Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Blog > Komentarze do wpisu
138. beyond buildings... and back
W tym roku, Bienale Weneckie w swej części architektonicznej, odbywać się będzie pod hasłem "Out There: Architecture Beyond Building" (swoją drogą, to chyba pierwsza tak duża architektoniczna impreza, w której ścisłym kierownictwie jest Polak...).
Aaron Betsky, dyrektor wystawy, pisze tak: "... architektura nie jest budynkiem. Budynki są obiektami, a akt budowania powoduje powstanie budynków, lecz architektura jest czymś innym. To sposób w jaki myślimy i rozmawiamy o budynkach, w jakis sposób je przedstawiamy, w jaki sposób je tworzymy. To właśnie jest architektura".

Ja od architektury konsekwentnie odchodziłem od dłuższego czasu. Najpierw bliziutko, słuchając Jana Gehla, uznałem, że Życie jest pomiędzy bydynkami.
Potem coraz dalej, traktując budynki za coraz bardziej przygodne i tymczasowe wypełnienie przestrzeni, efekt sił i procesów, również politycznych, na które dumni twórcy architektury nie mają żadnego wpływu. Ta konkluzja, odbierająca architektom status kreatorów świata (wszak w czasach PRLu, a wcześniej w innych reżimach autorytarnych, architektom wydawało się że to oni, a nie politycy zmieniają świat, przebudowując miasta, proponując nowe sposoby zamieszkiwania i użytkowania przestrzeni realnie wpływają na los milionów ludzi) i sprowadzająca ich do pozycji marionetek nigdy nie potrafiących wyrwać się z ideologiczno-polityczno-ekonomicznego kontekstu, spowodowała - jak sądzę - niemal całkowite zignorowanie mojej pierwszej książki w "środowisku", mimo niezłego przyjęcia "poza" nim.

Póniej odchodziłem od budynków coraz bardziej, koncentrując swoją uwagę zarówno na skali całego miasta, analizując jego funkcjonowanie; jak i na pojedynczych miasta mieszkańcach, próbując poprzez nich, poprzez taką możliwie najbardziej zindywidualizowaną perspektywę opowiedzieć miasto, opowiedzieć jego błędy i szukać jego lepszego kształtu.
Badania nad diasporą, wydawać by się mogło nie mające z budynkami i architekturą już zupełnie nic wspólnego, były taką właśnie wyprawą poza fizyczne i przestrzenne struktury, w świat społecznych sieci i powiązań.
(I znów - studencki konkurs związany z tegorocznym Bienale jest pod hasłem:
EveryVille: Community beyond Place, Civic Sense beyond Architecture... czy więc rzeczywiście odszedłem od architektury tak bardzo?)

Czas jednak chyba, by bogatszy o te poza-architektoniczne doświadczenia, do budynków wrócić.
Czym jednak są budynki widziane z takiej, dalekiej pespektywy? Jakie znaczenie ma architektura i czym ona jest?
Jeśli - jak pisałem w poprzednim wpisie - miasto jest maszyną wychowującą, kształtującą swoich mieszkańców, to ta maszyna, ten System, ma swoje podsystemy, ma wyspecjalizowane urządzenia wykonujące określone zadania.
Zarówno cała miejska infrastruktura techniczna, od dróg i kanalizacji zaczynając a na bezprzewodowym internecie kończąc, jak i cała niematerialna infrastruktura społeczna, kulturalna i ekonomiczna, w taki czy inny sposób zbiega się i ogniskuje w budynku. Sam budynek, ta ochrona przed deszczem, chłodem i złoczyńcami, jest węzłem sieci - materialnych i niematerialnych - powiązań.

Budynek, a szerzej - przestrzenny artefakt (jak Dotleniacz czy nielegalny park w Warszawie) stają się pojemnikiem na znaczenia.
To banał, lecz mimo tego, że miasto to ludzie, że życie toczy się między budynkami, to owe budynki _muszą istnieć_ by mogło być coś pomiędzy nimi.

Lecz oczywiście racje ma Aaron Betsky mówiąc, że architektura to nie sam budynek, lecz sposób w jaki o nim myślimy i go tworzymy.
Owi nieszcześni architekci, którzy poczuli się urażeni umniejszaniem przeze mnie swojej roli, nie są jedynie _neutralnymi_ narzędziami Wielkich Sił. Owszem, nie mogą na owe siły wpływać, lecz mogą - w określonym zakresie - wpływać na kształt przestrzeni jaką te siły tworzą.
Oczywiście, architekt projektujący obóz koncentracyjny, ponosi odpowiedzialność za śmierć i cierpienie jakie zaprojektowana przez niego maszyna przynosi, ale pomijając tak ekstremalne przypadki, (a nawet do pewnego stopnia w nich) architekt może wpływać na intensywność działania projektowanych przez siebie maszyn.

By to jednak czynić architekt musi po pierwsze wiedzieć, jak działają siły którym służy, a po drugie chcieć, mieć moralny kręgosłup, by próbować je hakować i odkształcać.
Wiele budynków i osiedli, powstałych w najczarniejszych czasach stalinizmu, wiele osiedli zaprojektowanych przez architektów nazistowskich, nie tylko nie jest maszynami śmierci i zniszczenia, lecz do dziś, są to dobre miejsca do życia.
Nawet tak wydawałoby się odległe od budynków i architektury studia, jak te dotyczące diaspory i migracji, mogą pokazać nam w jaki sposób architekci z innych kultur, wykształceni w inny sposób myślą, mówią a przez to i tworzą budynki.
Tak samo jak i z drugiej strony - pokazać nam, jak użytkownicy z innej kultury radzą sobie w obcym sobie przestrzennie i kulturowo mieście.
Architekt więc nie jest Wielkim Twórcą, nie jest romantycznym artystą czy demiurgiem, ruchem swej ręki, jak Corbu, mogącym dać ludziom radość lub cierpienie.



Architektura jest sztuką (jak i gotowanie jest sztuką) negocjacji.
Architekt, co zabrzmi być może dziwnie - musi ze wszystkimi żyć w zgodzie.
Stararchitekt to przekleństwo i zaprzeczenie tego, czym architektura tak naprawdę jest.

Mój ojciec - że pozwolę sobie na osobistą dygresję, ale i Tribute dla Niego - ostatnie lata swego życia spędził służąc swym doświadczeniem, wiedzą i talentem lokalnej społeczności, w małym śląskim miasteczku. Od projektu szkoły po kolor ścian w pałacu ślubów czy zasłonki w przedszkolu - doradzał, dyskutował, negocjował. Nie, nie negocjował swoje, twórcze fanaberie, lecz negocjował pomiędzy potrzebami użytkowników, ambicjami urzędników, możliwościami technicznymi i finansowymi.
Nie był Twórcą, lecz był Maszyną Tworzącą. To on splatał w sobie te wszystkie nitki sił i powiązań, w pokorze lecz i w świadomości konsekwencji poszczególnych decyzji, rzeczywiście zmieniał świat.
A dzieci z przedszkola, które nie było jeszcze modernizowane prowadziły rodziców do tych miejsc które modernizacje już miały za sobą i mówiły, że one też tak chcą.

Architektura jest więc negocjacją, budynek jest efektem ale i kolejnym elementem owych niekończących sie negocjacji. Budynek jest zgrępleniem w przepływie.
Jest maszyną, urządzeniem będącym częścią większej całości, lecz jest też chwilową śmiercią, zastygłym życiem, wypełnioną a więc i zabitą potencjalnością. Nie istnieje ciało bez organów. Nie istnieje miasto bez budynków.
Jeśli już, to z punktu widzenia Miasta budynki mogą być ciałami bez organów. Tu prawdopodobnie tkwi owa nieuświadomiana przepaść między architektem a urbanistą. To jest powód, dla którego architekt wciąż musi odpierać pokusę zostania demiurgiem. Budynek jako ciało bez organów jest zagrożeniem, jest niebezpieczeństwem.
Budynek musi być aktywny, musi produkować miasto. Tylko w tym tkwi sens jego istnienia.
niedziela, 18 maja 2008, krzysztof_nawratek

Polecane wpisy

  • 718. pożeganie z bloxem

    Nadejszła wiekopomna chwila i przeniosłem się (w tym bloga) na 'własne śmieci'. Pierwsza notka już dostępna .

  • 717. nie ma mnie dla nikogo...

    W przyszłym tygodniu, dzięki uprzejmości ASŁ, znikam do pracy. Do końca miesiąca mam zamiar pisać - przede wszystkim nową książkę (w tej chwili roboczy tytuł br

  • 716. 'autorytarny impuls' czyli mapa i wyobrażenie

    Na portalu Nowe Peryferie ukazała się polemika z moim tekstem o ' Śląskiej Metropolii '. Autorka - Daria Gosek - swoim tekstem przywróciła mi wiarę w sens publ

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
grimperpl
2008/05/18 12:34:51
Ja pamietam jak chodzilem na zajecia z architektury na uniwersytecie w Paryzu. BYl to wydzial sztuki wiec zajecia byly pomyslane jako uzupelnienie dla studentow rzezby, a ja chodzilem tam zeby wyrobic limit kursow na ktore chodze, a ten akurat mi pasowal terminami i po 5 latach w Polsce byl latwy do zaliczenia. I prowadzacy zajecia powiedzial jedna bardzo wazna rzecz: ze architektura jest pomiedzy. Jest wnetrze, jest na zewnatrz i pomiedzy jest architektura. Poza tym zwrocil uwage na cos co sie bardzo ladnie po francusku nazywa 'lieu dit'. Jest nie przetlumaczalny zwrot, ale chodzi o konkretne miejsce. Cos jakby dzielnica ale duzo mniejsze. W Polsce takie pojecie nie za bardzo funcjonuje, bo ludzie identyfikuja sie z dzielnicami gdzie mieszkaja (jestem z Sikornika czy tez z Ostropy), ale okresla to o wiele wiekszy rejon. Bardziej to odpowiada dzielnicom w Dublinie, gdzie prawie kazde 5 ulic ma swoja nazwe rejonowa.

Pierwsze twierdzenie jest analogiczne do tego co piszesz. To co jest wybudowane jest tylko powloka i o wiele bardziej istotne jest to jak zostala podzielona przestszen na to co wewnatrz i co na zewnatrz, niz jaka konkretnie ma to forme. Ilustracja tego ze architektura jest poniekad poza miastem jest strona bryla.pl publikujaca awangardowe rozwiazania architektoniczne, ktore nie istnieja. 90% tresci przez nich publikowanych istenieje tylko w komputerach, fajnie wyglada na renderingu i nawet jesli ktos to wybuduje to i tak sie to wielokrotnie zmieni z powodu kosztow czy klopotow technicznych, a na zaywo nigdy nie bedzie tak fajnie wygladac jak podpicowane obrazki z Photoshopa. Ot taka tworczosc na poziomie 3 roku architektury, gdzie wyobrazna siega nieba i nie ma zadnych innych ograniczen.
A 'lieu dit' przeciez istnieje tylko w ludzkich glowach. Przeciez wiele dzielnic powstalo bardzo dawno i wygladaly zupelnie inaczej. Kiedys staly domki w sadach teraz szklane biurowce, a nazwa zostala. Czesto pewnie funkcja miejsca zostaje (dzielnica 'czerwonych latarni', willowe czy slumsy). Czasami zmienaja to przestrzenne rewolucje (wybuzenie paryskich Hali) a czasem nie np. park przed Pizza Hut w Katowicach, ktory stal przed dworkiem - teraz chyba przedszkole - stoi do dzis choc al. Korfantego z ulicy typowo fabrycznej zmienila sie w szeroka aleje z biurami i mieszkaniowka. Tylke ze w tym przypadku zabito tez swiadomosc tego faktu.
-
Gość: cucumelo, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2008/05/18 20:10:08
Idąc tropem "architekt jako negocjator" dochodze do wniosku, ze chyba mamy slabych architektow ;). Wystarczy wyjrzeć przez okno, zeby stwierdzic, ze prawdopodobnie jedyne negocjacje do ktorych tu doszlo, dotyczyly ceny gruntu, ew. projektu.
Nie tak dawno z kolega zastanawialismy sie, co da sie zrobic, zeby nie powstawaly koszmarki i koszmary architektury w guscie "murator - katalog domow jednorodzinnych" lub cos jak to. Problemem podstawowym w tym zagadnieniu jest przede wszystkim to, ze ludzie chca tak mieszkac !!! I co z takimi ludzmi zrobic? Mozna ich zmusic do mieszkania w czyms innym? Czy moze raczej E D U K O W A Ć ? Jesli tak, to kto powinien to robic? Rodzice? Szkola? Czy mozemy liczyc na to, ze dobrze wyksztalcony, oczytany, znajacy sie na sztuce, bywaly w swiecie... slowem czlowiek na poziomie, w dodatku dobrze sytuowany chce mieszkac "nowoczesnie" i adekwatnie do danego miejsca? Czy ta sama osoba, bedac deweloperem zdecyduje sie powtorzyc krok firmy Gieschego i wystawic osiedla, ktore swoja jakoscia i smialoscia przebily wszystko znane do tamtej pory? Jesli mozemy liczyc na takich ludzi, to jest szansa, ze wplyna oni na innych. Niestety doswiadczenie wskazuje, ze o takiego inwestora bardzo trudno, zwlaszcza w sytuacji gdy organ "zarzadzajacy architektura i urbanistyka miasta" daje wolna reke.
Brnac dalej w zagadnienie edukacji, logiczne wydaje sie byc, ze architekt, z racji swojej pozycji, nie powinien projektowac syfu, skrotowo mowiac. Ale jesli przyjdzie do jednego architekta klient, ktory chce sobie postawic "ludwika XIV" w Starych Gliwicach i ten architekt nie przyjmie zlecenia, zawsze znajdzie sie ktos inny, kto to zrobi.
Pozostaje jeszcze MIASTO JAKO NAUCZYCIELKA? ;) No dobrze, tylko znow cos trzeba by bylo zrobic... dostarczyc jakas taka "matryce" albo "bodzce", zeby podmioty "zabudowujace i pozostawiajace wolna przestrzen" byly w rownowadze i nie zamienialy miasta w "obszary zurbanizowane". Regulacje prawne? A wiec jednak PRZYMUS :D

troche sie tu zagalopowalem ;P ale mam nadzieje, ze w miare klarowne to jest :)
pozdrawiam
-
2008/05/18 20:46:23
odnosnie MK Inwestycje - architekta Bartka Brzozke to ja baaardzo dobrze znam :)
co do meritum - oczywiscie ze przemoc. kazda regulacja jest przemoca.
ale to mieszkancy miasta musieliby zdecydowac ze nie chca palacykow w starych gliwicach.
tak, to jest kwestia edukacji. ale edukacji bardzo glebokiej - no bo w zasadzie dlaczego nie chcemy tych palacykow?
co zlego jest w tym co MK proponuja?
wiec to jest dyskusja o zyciu, o jakosci zycia, o wspolnocie, o ograniczeniach... bardzo powazne, fundamentalne wrecz dyskusje.
ja nie robie nic innego, tylko do takich dyskusji namawiam i zachecam :)
-
grimperpl
2008/05/19 01:09:38
Cos w temacie: wo.blox.pl/2008/05/Warschau-Berlin-Kattowitz.html

Nie da sie edukowac architektonicznie. Villa Savoy ma prawie 100 lat i ciagle jest awangardowa. Wiec w estetyce architektury nie poczynilismy wielkich postepow.
-
Gość: mo.zaw, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2008/05/20 21:34:58
"To banał, lecz mimo tego, że miasto to ludzie, że życie toczy się między budynkami, to owe budynki _muszą istnieć_ by mogło być coś pomiędzy nimi."
to taki bezcenny banał dziś. mimo tego, że pan narzeka na post-modernę dekonstruującą podmiotowość, to właśnie moderna wydziedziczyła nas z miejsc, z materii -- zostaliśmy z własnym kruchym, neurotycznym ego (któremu, tu się zgodzę, doładowała jeszcze ponowoczesność). ja ogromnie wierzę w mur i w ścianę - trzymam się jej kurczowo, a gdy ona znika i ja znikam w abstrakcyjno-njuejdżowym locie. i, napewno, nie jestem już wtedy architektką, a już szczególnie nie architektką partycypującą :)
ksiązka się pojawiła w trójmieście, więc czytam.
-
2008/05/20 22:47:06
Pani Moniko, bo moja obrona (?) modernizmu wynika z konserwatyzmu, z szacunku dla ludzkiej heroicznej myśli i z przekonania, ze istniały i istnieją aspiracje modernizmu, warte zachowania. podobnie jest z post modernizmem - mój atak na niego wynika jedynie z jego siły i hegemonii. oczywiście dostrzegam ile w nim cennych aspiracji i intuicji.
trzymajmy się wiec ściany. ściana istniała i istnieje - i przed modernizmem, i mimo wszystko w modernizmie i nawet dziś.
nie rozpuścimy się :)

ciesze sie ze Pani czyta - z drżeniem czekam na jakieś podsumowanie...
-
Gość: mo.zaw, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2008/05/20 23:52:25
niektórzy aspirujący i wiecznie żywi moderniści twierdzą, że all that is solid melts into air :)
czasami przyciskam dłoń do nowych ścian i staram się uwierzyć, że nie jestem duchem - tak ogromnie roztrwoniliśmy materialność architekta, że architektura, która wychodzi z naszych drukarek nie stawia oporu, nie ma grawitacji. nie może być partnerem, ani nauczycielką )
dużo się dowiaduję z ksiązki - o polityczności nie wiem nieomal nic. jeszcze to trochę potrwa, bo czytam wolno.
-
Gość: cucumelo, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2008/05/20 23:56:14
Primo: Grimperpl - dlaczego uwazasz, ze nieda sie edukowac architektownicznie? Da sie ksztaltowac poczucie estetyki - swoisty gust, wiec dlaczego ma sie to nie tyczyc architektury? W pewnym sensie faktycznie, to ciezka sprawa. Bo jak przekonac czlowieka, ktory wychowal sie w wielkiej plycie (np. na Osiedlu Tysiaclecia), ze to dobra architektura, a jego wymarzony domek z katalogu to kicha nie z tej ziemii... trudne, ale nie niewykonalne ;).
Secundo: apropos ksiazki... wlasnie dzis odebralem przesylke, w ktorej miala sie znajdowac ksiazka. Miala... ale moja ksiazke najwyrazniej otrzymal ktos, komu firma kurierska miala dostarczyc drukarke (fajna :D), wiec chyba poszukam w ksiegarni, a poki co nie narzekam :P
Tertio: nie uwazam, aby "To banał, lecz mimo tego, że miasto to ludzie, że życie toczy się między budynkami, to owe budynki _muszą istnieć_ by mogło być coś pomiędzy nimi." bylo banalem. Jesli chodzi o miasto, to raczej oczywistosc, z ktora musimy sie jakos zmierzyc. A jesli chodzi o sciane, to nie widze jakos nawet prob pozbycia sie ich. To jest chyba jedna z tych rzeczy lezacych w naturze ludzkiej, ktorej nie przezwyciezymy. Nawet w tak "nienamacalnej" przestrzeni, ktora jest internet istnieja sciany... przeciez (prawdopodobnie kazdy z nas) ma taka sciane, zwana "firewall", na swoim komputerze. Nie mowiac juz o tych scianach, ktore mamy w glowach. I jak tu niby pozbyc sie ich? I po co? ;)