Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence
Blog > Komentarze do wpisu
338. kapitalizm finansowy i miasto
Kłopot polega oczywiście na tym, że nie jestem specjalistą od finansów. Notka więc opiera się na intuicjach - jeśli jakiś finansista z otwartą głową chciałby się włączyć do dyskusji, uprzejmie zapraszam!

Nie można (niestety?) poważnie mówić o mieście ignorując znaczenie jakie we współczesnym świecie ma finansowy i komunikacyjny aspekt współczesnego kapitalizmu.
O 'digitalizacji' (oczywiście bez użycia tego pojęcia) relacji międzyludzkich w mieście pisał już sto lat temu Georg Simmel. Jak pisałem w notce 'pieniądz jako kompresja stratna' pieniądz  osłabia związek pomiędzy pozycją społeczną a ekonomiczną.
Oczywiście, nie zrywa (zrywał?) tego związku ostatecznie ani zupełnie - wciąż pozostawał kulturowy kontekst w jakim pieniądze podlegały obrotowi (były wydawane i zarabiane).
Jednakże fenomen Stanów Zjednoczonych, zastępujących w pozycji hegemona Zjednoczone Królestwo pokazuje rewolucyjną siłę pieniądza odartego z post-feudalnych ograniczeń.

Relacje międzyludzkie, te w których pieniądze występują (w różny sposób) opierają się na splocie różnych akcji i pozycji - zawsze jednak wymagały istnienia realnego ciała.
Nawet jeśli dokonuję zakupu kartą kredytową pliku mp3 w sklepie iTunes, to ja - mój gust muzyczny, moja potrzeba lub kaprys są kluczowe dla aktu zakupu.
Ponieważ współczesny kapitalizm, ze swym terrorem GDP, usiłuje maksymalizować ilość transakcji (ilość przepływającego kapitału), jest oczywistym, że to moja niedoskonałość w generowaniu potrzeb, moja ograniczona 'pożądliwość' jest dla kapitalizmu największą przeszkodą (problem w postaci braku gotówki został zlikwidowany poprzez wynalezienie kart kredytowych).

Po raz kolejny więc to ludzkie ciało, ze wszystkimi swoimi ograniczeniami, staje się ostateczną zaporą dla współczesnego kapitalizmu.

'Kapitalizm finansowy', w połączeniu z 'kapitalizmem komunikacyjnym' usiłują te przeszkodę przezwyciężyć.
W jednym i drugim przypadku nie mamy już do czynienia z pieniądzem zahaczonym w człowieku lub przedmiocie czy też z informacją która ma nadawcę i odbiorcę, lecz z cyrkulacją.
Zarówno kapitał jak i informacja dziś przede wszystkim krążą - i tylko ich 'odbicia' są widoczne w 'realnym' świecie.

Z tego też powodu, kryzys finansowy 2008-2009 okazał się o wiele mniej niebezpieczny, niż wszyscy się obawiali(śmy).
Wbrew kasandrycznym zapowiedziom, że to nie koniec, moim (laickim) zdaniem - kryzys mamy za sobą.
Pytanie brzmi - co z tego wynika?

Przede wszystkim - że to co niedoskonałe zawsze zatryumfuje nad tym co idealne. Że brak jest lepszy i bezpieczniejszy od pełni. Że ciało wciąż opiera się duchowi.

Lekcja z kryzysu to też lekcja dla miast.
'Branding' i 'marketing', finansowe spekulacje i architektoniczne ekscesy (Dubaj) mają znaczenie tylko o tyle, o ile mają zakotwiczenie w ludzkich ciałach (z ich potrzebami i żądzami).

Najwyższy czas miasto 'rozkleić'. Skupić się na powierzchniach pomiędzy różnymi logikami. Czas jeszcze raz odrzucić totalitarną metanarrację neoliberalizmu i skupić się na warstwach i tym co pomiędzy nimi.

Postmodernizm jest niedokończonym projektem.
środa, 13 stycznia 2010, krzysztof_nawratek

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Tomek tribute, ip-89.171.118.226.static.crowley.pl
2010/01/13 23:01:30
Przyglądałeś się kiedyś banknotowi dolarowemu? (nominał nieistotny)
Przede wszystkim, jest tam napisane "In God we trust". Ani słowa o tym, że ten banknot ma pokrycie w złocie czy srebrze czy czymkolwiek:-) A bardziej serio, dolary emituje Rezerwa Federalna, która... jest prywatnym przedsiębiorstwem! FR przynosi spore zyski, a za emisję dolarów otrzymuje zapłatę od rządu amerykańskiego (nie muszę dodawać, że w dolarach).
W tym sensie karta kredytowa nic nie zmienia: w zasadzie "gotówka" jest takim samym nośnikiem wartości jak wirtualny zapis na koncie winien/ma, który pojawia się przy transakcji kartą. Czegoś takiego jak pieniądz - w tradycyjnym sensie - już nie ma. Wszystko jest umowne. Nawet banki nie mają pieniędzy, w tym sensie, że mają tylko OBIETNICĘ pieniądza. Np. zaciągnięcie kredytu nie polega na przekazaniu przez bank pieniędzy komukolwiek. Chodzi tylko o to, żeby - w sensie wirtualnym - różnica między depozytami a kredytami była zgodna z wymogami w danym kraju.

I teraz: kryzys? Co to jest kryzys i czy się skończył?

Moim zdaniem kryzys jest wpisany w fundamenty kapitalizmu. Skoro cyrkulacja, o której piszesz, jest napędzana przez konsumpcję, to bez konsumpcji nie ma cyrkulacji. Banalne?
Nie do końca: w rachunku ekonomicznym nie są uwzględnione koszty np. niszczenia środowiska, CO2 etc. a jest to jeden z czynników/barier wzrostu (np. dostępność ropy, brak wody pitnej, kryzys żywnościowy).
Nie sądzę, abyśmy powrócili do złotej dekady konsumpcji. Ale też: nie widać na horyzoncie innych motorów wzrostu...
Cały świat jest wpatrzony w USA i ma nadzieję, że Amerykanie znowu zaczną kupować i konsumować.

Piszesz, że kryzys się kończy... Niezupełnie. Wpompowano bardzo dużo pieniądza bez jakiegokolwiek pokrycia. Moim zdaniem musi pojawić się inflacja, czyli wzrost cen.

A miasto? To prawda, że związek między pozycją społeczną a majętnością został zerwany. Nowobogaccy są bardzo widoczni w mieście:-)
Ale czy kryzys zmieni to, że miasto to handel, wymiana, spotkanie, praca, wypoczynek, uczestnictwo, lans, kultura, knajpy etc.?
Tylko i aż tyle.
-
2010/01/14 08:17:54
Tomku: my point is... (i wiem, ze lece w jakas cholerna ezoteryke :/), ze inflacji nie bedzie.
ze zarowno kryzys jak i te olbrzymie kwoty pompowane przez rzady dzieja sie na jakims meta-jezykowym poziomie gospodarki.
nie znaczy to, ze sa 'nieprawdziwe', znaczy tylko tyle, ze ich przelozenie na 'rzeczywistosc' nie jest 'wprost'. nie znam sie na finansach, wiec nie powiem Ci, jak (moim zdaniem) ta translacja nastepuje, raczej _czuje_ (brrr...) że to się dzieje.
chetnie bym ten mechanizm poznal i zrozumial...
nie cierpie Platona, ale tutaj jego schemat wydaje sie sprawdzac jak ulal.

jesli 15 lat temu dom kosztowal 50 tysiecy , a 2 lata temu 200 tysiecy , to co sie wlasciwie przez ten czas stalo?
jak sugerujesz w swym komentarzu - ludzie 'porozumieli sie', ze wartosc jest wyzsza.
czy dzis ten dom kosztuje znow 50 tysiecy? albo chociaz 100? (tak staloby sie, gdybysmy zakwestionowali ta umowe i - powiedzmy - uwzglednili jedynie inflacje itp. tak staloby sie, gdyby kryzys finansowy _wprost_ przekladal sie na 'zycie') Nie - ten dom nadal kosztuje prawie 200 tysiecy - spadek ceny okazal sie minimalny.

A przeciez z gieldy 'wyparowaly' naprawde powazne pieniadze.
Ba, sam troche tracilem.
Ale co z tego? Jaka jest roznica pomiedzy tym ze nie mam tych paru tysiecy a tym ze je mialbym? Wlasciwie - zadna.
Nie byly planowane by je wydawac, wiec konsumpcji i tak by nie napedzily.
Generalnie, moj poziom konsumpcji jest od pewnego czasu z grubsza staly - zmiany w moich zarobkach wplywaja na niego umiarkowanie. To raczej moj czas i moja generalna 'dyspozycja' decyduja ile konsumuje...

Jaka jest roznica pomiedzy tym, ze mieszkasz w domu wartym 50 patykow, a tym ze jest on warty 200? (ubezpieczenie pewnie masz wieksze, OK).
Jesli chodzi o 'życie' - żadna.

a miasto to miejsce w ktorym - oprocz tego ze sie sie tam spotykamy i chodzimy do knajp - sie zyje.
roznica pomiedzy miastem a nie-miastem (bardziej 'lasem', niz wsia) jest taka, ze poziom kontroli poza miastem jest radykalnie mniejszy (choc z tym tez roznie bywa: www.tvn24.pl/-1,1637812,0,1,nie-maja-na-chleb-dostali-kare-za-galezie-z-lasu,wiadomosc.html). Latwiej jest przetrwac zbierajac chrust i grzyby, niz zlom i grzebiac w smietniku.
Generalnie wydaje mi sie - ale to na zupelnie inna rozmowe - ze wielkosc 'oczek kontroli' w miescie powinna byc jednym z podstawowych kryteriow oceny jakosci miasta.

tyle luznych uwag laika (na razie)
-
Gość: Tomek tribute, ip-89.171.118.226.static.crowley.pl
2010/01/15 20:03:52
Ja tez nie wiem, zastanawiam sie. Po kolei:
"my point is... ze inflacji nie bedzie."

Wg mnie inflacja bedzie. Pensje zostana na tym samym poziomie. Ceny wzrosna. Poziom zycia spadnie, najbardziej odczuwalnie w krajach biednych. W krajach Zachodu podstawowe potrzeby sa "na luzie" zaspokajane przez wiekszosc ludzi. Co najwyzej ograniczona zostanie konsumpcja dobr wyzszego rzedu i luksusowych... ale nikt nie bedzie rozpaczal.

"nie znaczy to, ze sa 'nieprawdziwe', znaczy tylko tyle, ze ich przelozenie na 'rzeczywistosc' nie jest 'wprost'"

Tak, bo przelozenie nie jest wprost, ale z opoznieniem w czasie i efektami nierowno rozlozonymi w roznych miejscach i u roznych ludzi.
Przyklad: jesli trudniej dostac kredyt na mieszkanie czy dom, to mniej ludzi kupi domy czy mieszkania. Niewielu ma gotowke, zeby kupic tak wprost.

"jesli 15 lat temu dom kosztowal 50 tysiecy, a 2 lata temu 200 tysiecy, to co sie wlasciwie przez ten czas stalo? ludzie 'porozumieli sie', ze wartosc jest wyzsza.
czy dzis ten dom kosztuje znow 50 tysiecy? albo chociaz 100? ten dom nadal kosztuje prawie 200 tysiecy - spadek ceny okazal sie minimalny."

Dotykamy sedna. Pan Balcerowicz i np. jego guru John B. Taylor [www.psz.pl/tekst-25926/John-B-Taylor-Zrozumiea-kryzys-finansowy-Przyczyny-skutki-interpretacje] wierza w to, ze rozwoj polega na wzroscie: efektywnosci, zarobkow, cen -- ich zdaniem inflacja jest ok, bo jak ceny nie rosna, to ludzie nie beda kupowac (=skoro ceny nie rosna, to moge odlozyc zakup).
Wzrost cen domow czy mieszkan w Polsce i w ogole na swiecie byl zwiazany z tanimi kredytami. W Polsce: "wolny rynek" ustawil to w ten sposob: skoro ludzie chca brac kredyty na mieszkania na srednio 30 lat, o sredniej wielkosci 50-70m i maja takie a takie dochody, to rata miesieczna powinna byc mniej wiecej taka a taka. A w zwiazku z tym cena mieszkania, zeby zmiescic sie w tych ramach, moze byc maksymalnie taka a taka. W koncowej fazie wzrostu cen mieszkan banki zaczely udzielac kredytow na 50 lat... A potem nastapilo zalamanie.
Jestem daleki od tezy, ze ktos tym steruje... ale na pewno na rynku mieszkaniowym zapanowala "goraczka zlota". Ludzie sie nakrecali, ze taniej juz nie bedzie i kupowali...
Teraz ceny nie spadly glownie dlatego, ze nie ma ruchu w interesie, nie ma transakcji. Skoro nie ma zainteresowania kupowaniem nieruchomosci, to sprzedajacy tez czekaja. Kredyty tez sa mniej dostepne.
Ale tez 200k teraz to inne 200k 20 lat temu... (inflacja!)
cd. powyzej
-
Gość: Tomek tribute cz. 2, ip-89.171.118.226.static.crowley.pl
2010/01/15 20:10:26
"A przeciez z gieldy 'wyparowaly' naprawde powazne pieniadze.
Ba, sam troche tracilem.
Ale co z tego? Jaka jest roznica pomiedzy tym ze nie mam tych paru tysiecy a tym ze je mialbym? Nie byly planowane by je wydawac, wiec konsumpcji i tak by nie napedzily.
Generalnie, moj poziom konsumpcji jest od pewnego czasu z grubsza staly - zmiany w moich zarobkach wplywaja na niego umiarkowanie. To raczej moj czas i moja generalna 'dyspozycja' decyduja ile konsumuje.."

Tez tak mam, ale jestesmy - wierz mi - w mniejszosci. Konsumujemy ksiazki, troche jedzenia, swiatlo, podroze czasem, jakies ciuchy etc.
Najwiekszym problemem moim zdaniem jest to, ze konsumpcja (np. w USA) jest glowna sila napedowa kapitalizmu.
Nie ma na horyzoncie innej tak mocnej sily... wiec co dalej?

"Jaka jest roznica pomiedzy tym, ze mieszkasz w domu wartym 50 patykow, a tym ze jest on warty 200? (ubezpieczenie pewnie masz wieksze, OK).
Jesli chodzi o 'życie' - żadna."

To jest punkt widzenia tych, ktorzy juz ten dom maja. Dla pozostalych (wiekszosci?) jest to bardzo istotna roznica...
Cena domu czy mieszkania (a takze kurtki, butow, komputera, etc) ma sie nijak do kosztow wybudowania czy zrobienia. Za duzo posrednikow po drodze! Dlaczego godzimy sie na marze rzedu 50-60% na domy???

"roznica pomiedzy miastem a nie-miastem: poziom kontroli poza miastem jest radykalnie mniejszy."

Nie wiem. Coraz bardziej widze T.I.N.A. Nie ma jak pytac: "albo jestes z nami, albo przeciwko nam".
Po prostu: "albo jestes z nami, albo cie nie ma".
Najwazniejsza jest swiadomosc...