Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Blog > Komentarze do wpisu
711. koniec ruchów miejskich?
Rozpad stowarzyszenia My-Poznaniacy (My-P) jest - być może - symbolicznym znakiem, że polskie ruchy miejskie (RM), które dopiero co zaczęły zdobywać samoświadomość, właśnie umarły. Wiem, że to ryzykowna hipoteza, która pewnie wielu miejskich aktywistów oburzy, ale być może nie jest ona pozbawiona podstaw...

Mimo głosów przypominających o stowarzyszeniach zajmujących się od wielu lat różnymi miejskimi sprawami (na przykład kwestiami dotyczącymi rowerów), przyjmuje się, że RM zaczęły w Polsce zyskiwać na znaczeniu około roku 2007-8. RM bowiem są czymś więcej niż tylko grupą aktywistów zajmujących się jakąś konkretną kwestią, konkretnym problemem. Stowarzyszenie My-P (a wcześniej Porozumienie Społeczne My Poznaniacy) było takim archetypicznym RM, który narodził się z grupek protestujących przeciwko/walczących o partykularne sprawy i który potrafił połączyć je w ogólnomiejską narrację. Ten zakładany uniwersalizm jest fundamentalną cechą konstytuującą RM, która równocześnie sprawia, że jest on w rzeczywistości bytem niemożliwym.

Już sama nazwa - My Poznaniacy - zawiera w sobie niemożliwą do spełnienia obietnicę powszechności i jedności. RM są z zasady nie tylko a-polityczne, ale wręcz anty-polityczne (to najwyraźniej taka polska karma - pre-polityczna Solidarność, apolityczne Komitety Obywatelskie...). Milcząco zakładają, że istnieje jakiś ideał miasta, jakaś cudowna homeostaza, uzyskiwana w drodze racjonalnych negocjacji - ale nie tylko negocjacji pomiędzy mieszkańcami (stąd możliwy byłby skok w polityczność), ale negocjacji oświecanych światłem prawdy o owym "idealnym mieście". Ta wiara w idealny wzorzec (kiedyś istniejący na mitycznym Zachodzie, a dziś będący hybrydą Kopenhagi i Kurytyby) w połączeniu z pewną naturalną anty-instytucjonalnością/demokratycznością daje RM poczucie moralnej wyższości nad (każdymi) władzami miasta. Ten łatwy podział - złe władze miasta (i nie ma tu ironii - najczęściej władze miasta rzeczywiście są złe) i dobrzy mieszkańcy, reprezentowani/wysłuchiwani/mobilizowani przez ruchy miejskie jest ich (ruchów miejskich) elementem konstytuującym.

Na marginesie warto chyba zauważyć, że My-P wcale nie są typowym polskim ruchem miejskim. Po pierwsze, startując w wyborach odważyli się zakwestionować swą apolityczną "niewinność", po drugie (i to chyba nawet mocniej wpłynęło na ich los) My-P było zakładane przez zupełnie inne pokolenie (pamiętające Solidarność i PRL), niż pozostałe ruchy miejskie w większości polskich miast.

W swoim tekście 'Polityka jest miejska' (na tytuł, jako autor 'Miasta jako idei politycznej' oczywiście patrzę z sympatią ;) Przemysław Filar podąża za Benjaminem Barberem w wierze, że "Stoimy w pół drogi do nowego świata, który będzie federacją miast a nie narodów", wieszcząc nowe idee, które ruchy miejskie wniosą do zapleśniałego świata partyjnej polityki. Problem w tym, że polskie ruchy miejskie żadnych nowych idei do polskiej polityki nie wniosły. Och, oczywiście, okazały się skuteczne w kopiowaniu idei wymyślonych gdzie indziej - takich jak budżet partycypacyjny (warto przypomnieć, że chyba pierwszym w Polsce jego poważnym prorokiem był nieżyjący już anarchista, Rafał Górski), czy bezpłatnego transportu publicznego - ale same z siebie intelektualnie okazały się dość jałowe.

Jedyną chyba ciekawą ideą, była koncepcja narracji konkretnej sformułowana przez Lecha Merglera. Niestety, to co mogłoby teoretycznie wyrosnąć w ciekawy model myślenia o mieście, miejskiej organizacji i polityce, okazało się w przypadku My-P jedynie taktyką. (W "Dziurach w Całym" oczywiście inspirowałem się tym pomysłem pisząc o "prawdzie opowieści" oraz o "granicy/instytucji".)

Ruchy miejskie rościły (roszczą?) sobie pozycję monopolisty - tylko one wiedzą, jaka powinna być "słuszna" miejska polityka. W Poznaniu pojawiły się dwa różne stowarzyszenia, które zgłaszają to samo roszczenie. To musi spowodować albo ich upolitycznienie - co wydaje się już następować - albo upadek. Tak czy siak, idea ruchu miejskiego z jego a-politycznym roszczeniem do uniwersalizmu właśnie się kończy.

Unikanie polityki prowadzi do jałowego technokratyzmu, który widać w wypowiedziach zarówno 'staro-nowych' My-P jak i 'rozłamowców'. Co ciekawe, Andrzej Białas (były szef My-P a dziś szef Prawa do Miasta) przyznaje, że miasto się zmieniło, ale nic z tej zmiany w gruncie rzeczy ani dla niego, ani dla jego nowego stowarzyszenia nie wynika - mówią w zasadzie o tym samym, o czym mówili przez ostatnie lata. Lech Mergler z pewnym żalem przyznaje, że wiele z tego co My-P mówili, zostało przez władze przyjęte i strywializowane. Co oczywiście powoduje, że jedynym programem może być "będziemy robić to samo co władze, tylko lepiej, sprawiedliwiej, uczciwiej".

Czy więc nie ma nadziei i musimy wrócić do starej i sprawdzonej polityki partyjnej (w ramach neoliberalnego paradygmatu TINA)? Wydaje się, że nie ma innego wyjścia. Teoretycznie istnieją oczywiście inne drogi (choćby ta, o której pisałem w 'Dziurach...', a w uproszczonej wersji pisałem o tym tu), i możliwe jest inne, nie-schmittiańskie rozumienie polityki, ale nie wydaje one się w Polsce możliwe. Ruchy miejskie potrafiły przeszczepiać rozwiązania sprawdzone i przetestowane gdzie indziej, nie miały jednak ani siły ani odwagi, ani najwyraźniej potencjału, by nowe, niesprawdzone nigdzie idee kreować i próbować testować (bo tylko poprzez testowanie mogłyby one przybrać realne formy). Kongres Ruchów Miejskich pozostanie zapewne efektywną siecią wsparcia i wymiany informacji, jednak obawiam się, że niczym więcej. Intelektualna słabość i niezdrowa ostrożność spowodowały, że śmierć nadeszła niemal zaraz po urodzeniu. Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej...
---
[dopisane w odpowiedzi na komentarz Artura Celińskiego na fb]
Oczywiście RM nie znikną ot tak, puf! po prostu przekształcą się w coś co już RM z jego uniwersalistycznym roszczeniem być przestanie. Wydaje mi się, że są możliwe trzy drogi (zawsze trzy):
- RM pozostaną merytorycznym zasobem ludzi i idei, wykorzystywanym instrumentalnie (na co narzeka Lech Mergler) przez władze i partie polityczne. Nikt nie kwestionuje, że prawdziwi eksperci, ludzie, którzy naprawdę znają się na mieście są właśnie w RM. Problem w tym, że skuteczność ich działania jest zawsze z 'drugiej ręki', to inni realizują ich pomysły
- RM przekształcą się miejskie partie (lub jedną ogólnopolską partię miejską, co jednak wydaje się niemal niemożliwe), tak jak przekształciliby się prawdopodobnie M-Py, gdyby się nie rozpadli.
- RM zredukują się do NGOsów działających w obrębie jakiejś określonej tematyki, jakiejś puli problemów lub lokalnych nieformalnych inicjatyw walczących o skwer czy plac zabaw.

Wszystkie te scenariusze mają swoje zalety, wszystkie jednakże zakładają powrót w utarte koleiny działań i w znane formy. Nadzieja na 'nową politykę' czy 'nowe miasto' (w sensie radykalnej zmiany, a nie lekkiego ucywilizowania tego co jest) nie znajdzie tu swego spełnienia.

Chyba że, ta nadzieja nigdy nie była w ofercie, polskie RM miały w ofercie po prostu trochę więcej demokracji, trochę mniej korupcji, trochę więcej ścieżek rowerowych. To jest horyzont ambicji klasy średniej z ambicjami (która najwyraźniej nie zauważyła kryzysu roku 2008), wyznaczanym dziś w Polsce przez dziennikarzy zafascynowanych Janem Gehlem, którzy prawdopodobnie jak Zuzanna Ziomecka uważają, że jeśli nie mamy pracy, to w zamian powinniśmy być szczęśliwi, a jeśli nie mamy gdzie mieszkać to powinniśmy cieszyć się parkiem:  "...tworząc deptaki, ścieżki rowerowe i parki, można im zaoferować powrót do życia" (na ten temat więcej TU). Jeśli tak, to oczywiście Artur Celiński ma rację i RM odniosły i odnoszą spektakularne sukcesy i o żadnym końcu mowy być nie może. Tyle tylko, że tu może nie potrzeba RM, wystarczy kilku ekspertów (wywodzących się z KRM) i dziennikarzy?
sobota, 11 maja 2013, krzysztof_nawratek

Polecane wpisy

  • 707. rząd fanatyków?

    Do tej pory myślałem, że rząd PO to taka zbieranina nudnych, umiarkowanie niekompetentnych ludzi, którzy rządzą bo większość wolałaby uniknąć Antka Macierewicza

  • 705. zło smoleńskiej lewicy

    Wygląda na to, że brand 'lewica smoleńska' został wypromowany, nie istnieje co prawda jako rzeczywisty byt, lecz czy dziś kogokolwiek interesuje treść? W polity

  • 703. Polska, nie mieszkam w Polsce

    Byłem kilka dni w Warszawie. Najpierw na dziwnej konferencji, pełnej panów w garniturach i pań w garsonkach, powiedziałem, że mówiąc o modelu miasta musimy brać

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/05/11 08:54:42
@ KN
"Chyba że, ta nadzieja nigdy nie była w ofercie, polskie RM miały w ofercie po prostu trochę więcej demokracji, trochę mniej korupcji, trochę więcej ścieżek rowerowych. "

Mam wrażenie, że to ewoluowało. Na początku to mogło tak być, ale na KRM2 wyraźnie czuć było dyskusje o szkołach, eksmisjach, żłobkach czy drenażu mózgów przez centra. I wyszło to w postulatach. Z drugiej strony grupa rowerowa była najmocniej zorganizowana i miała najkonkretniejsze uwagi - więc widać było rdzeń ruchu (ale to może bias lokalizacji w Łodzi).
-
Gość: michalkucharski, *.icpnet.pl
2013/05/11 12:32:41
W dużej mierze się zgadzam z treścią. Tylko, że odejście jakiejś części osób nie przekreśla funkcjonowania jednego ruchu. Pytanie też na ile ruchy miejskie mają być ruchami stricte politycznymi (gdzieś na krawędziach partii politycznych) a na ile ma być to ruch społeczny - zmieniający rzeczywistość bez zasiadania w kołach, które odpowiadają za rządzenie - jak Rada Miasta. Nie zgadzam się np. z wizją Przemka Filara - bo ona właściwie narzuca miejski sposób pojmowania świata. A nie tylko miasta na świecie istnieją. Dlaczego mamy taką koalicję w kraju jaką mamy? Bo PO myśli o "mieszczuchach" a PSL o wsi (posługując się uogólnieniem). Jeśli ruch miejski ma iść w politykę (rozumianą znacznie bardziej wąsko niż jako zaangażowanie w zmienianie rzeczywistości) to ja nie zagłosuję na ruch miejski tylko dlatego, że utożsamiam się z częścią jego idei, jeśli gdzieś w tym gubi się solidarność społeczna z innymi niż ja - czyli niekoniecznie mieszkańcami miast. Miejskość nie definiuje wszystkich a narzucana jakiejś idei politycznej nadaje jej od razu charakter wykluczający. Ruch miejski jest miejski póki działa na poziomie miasta. Ale jeśli wychodzi dalej w "wielką politykę" to swoją miejskością (wśród wielu działaczy bardzo ekspansywną czy wręcz agresywną - bo zawłaszczającą cały obraz rzeczywistości) traci.

I jedno uważam za poważny błąd w sposobie Pana diagnozowania rzeczywistości - twierdzenie, że już ktoś jest zawłaszczany przez konkretną opcję polityczną na podstawie jednego spotkania jednej osoby - świadczy o nieznajomości tej osoby i pewnym oderwaniu od rzeczywistości. Bo wkładanie działaczom jakiejś partii do głowy słusznych idei to raczej nic złego. Czy przekreślamy wszystkich działaczy ruchów miejskich, którzy współpracują z Instytutem Obywatelskim? Bo jest on think-tankiem PO? Czy przekreślał Pan osoby od grantu w My P bo zaprosiły na konferencję prezydenta Grobelnego? To fatalne myślenie, które zakłada okopywanie się na swoich pozycjach zawsze i wszędzie i nie przynosi korzyści nikomu.
-
Gość: Przemek Filar, *.play-internet.pl
2013/05/11 14:32:59
Ja nie mówię, że polityka ma być wyłącznie miejska. Ale dziś jest zupełnie oderwana od miast, przywróćmy po prostu proporcje.
Przemek Filar
-
Gość: Artur Celiński, *.warszawa.vectranet.pl
2013/05/12 22:15:30
Krzysztofie, piszesz: "Tyle tylko, że tu może nie potrzeba RM, wystarczy kilku ekspertów (wywodzących się z KRM) i dziennikarzy?" w odniesieniu do innej, niż Twoja wizja rozwoju RM. Chciałbym tylko powiedzieć, że gdyby ci eksperci wystarczyli, to by nie powstały ruchy miejskie.
-
2013/05/12 22:18:45
Arturze, ma Boginię! przecież to jest ironiczna uwaga... Ty tak na poważnie?
-
Gość: Lidia Makowska, *.dynamic.gprs.plus.pl
2013/05/12 23:48:24
Krzysztof, widzę, że "ruchy miejskie" nie ziściły Twoich marzeń o sprawiedliwym świecie. Czy takie marzenia można jednak spełnić?
"Ruchy miejskie" to konglomerat wielu wizji na zmianę szkodliwych praktyk samorządowych. Mamy tu wielogłos: jedni marzą o nowej idei dla zmiany świata, czekając na rewolucje a'la '68 rok. Inni nie rezygnując z marzeń o rewolucyjnej zmianie, zajmują się na co dzień skwerami, lokatorami, rowerami itp. Jeszcze inni są zainteresowani stricte akademickim dyskursem o miastach, traktując praktykę miejską jak case studies. I wszystkie te drogi się uzupełniają, My-P to przykład takiej kłączowej polityki. Ich rozłam ani nie zaczął ani nie skończy ruchów miejskich, nie da się już zatrzymać dążenia mieszkańców do potrzeby współdecydowania o najbliższym otoczeniu. Ta mikro skala przekłada się na skalę makro, ale tu nie ma spektakularnych efektów, typu upadek muru berlińskiego, stąd też się niecierpliwimy. Ja też czasami watpię.
-
2013/05/12 23:55:58
@Lidka: widzę, że też odczytujesz moją notkę jako żal dziecka, że Mikołaj mu nie przyniósł wymarzonego prezentu... a przecież to nie tak. ja w ruchy miejskie nigdy się przecież nie zaangażowałem, nigdy też nie uwierzyłem w nie do końca (a na pewno nie wierzyłem, że zbawią świat) . przeżyłem chwilową ekscytację My-P ale też przecież na odległość.

staram się robić to, co robią akademicy - nadawać teoretyczne ramy rzeczywistości. i ta notka jest taką właśnie szkicową próbą opisania pewnego niespełnionego modelu, oraz konsekwencji tego, że on nie zaistniał. co nie znaczy, że nigdy nie zaistnieje. co nie znaczy, że mam rację.