|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A oto autor
A za treść komentarzy, odpowiadają ich autorzy/autorki!!!
Blogi
Inne
Moje
Napisz do mnie
![]() This work is licenced under a Creative Commons Licence |
sobota, 28 stycznia 2012
607. w.w.w. (wspólnota, wolność, własność)
Dyskusja wokół ACTA momentami zostaje sprowadzona do dyskusji o prawach własności. Jak wiemy sprzeciw wobec ACTA dotyczy przede wszystkim mechanizmów jego pokątnego przyjmowania, dominacji korporacji nad rządami narodowymi (pochodzącymi z wyborów), zagrożenia prywatności oraz narzucania interesów krajów rozwiniętych (słynny telefon z ambasady USA) krajom o mniejszym potencjale. Spór dotyczy więc podmiotowości państwa narodowego oraz podstaw demokracji. Mówiąc wprost - kto popiera ACTA występuje przeciwko prawie społeczeństw do decydowania o swoim losie. Jednak prawo własności również jest częścią tego sporu. Zwolennicy ACTA usiłują zrównać prawa własności intelektualnej z 'tradycyjnymi' prawami własności, przyrównując 'piractwo' do zwykłej kradzieży (samochodu). Ich przeciwnicy - słusznie - odpowiadają, że to są zupełnie inne sprawy. Mimo tego, wydaje mi się, że dobrze byłoby przy okazji tego sporu zastanowić się nad tym czym jest i czemu służy własność. Co więcej, dyskusja o własności intelektualnej na najbardziej podstawowym poziomie, nie różni się specjalnie od dyskusji o własności gruntów i kamienic i właśnie dlatego - szczególnie, gdy gniew przeciw ACTA usiłuje zawłaszczyć prawica, ze szczególnym uwzględnieniem Korwina Mikke, fanatyka idei świętości własności prywatnej, warto w ten spór wejść. Już kiedyś pisałem o regulacjach brazylijskich dotyczących własności w miastach, nawiązując do idei katolickiej nauki społecznej. W skrócie chodzi o to, że własność prywatna ma dwojaki wymiar - z jednej strony ma służyć osobie ludzkiej (właścicielowi i jego najbliższym), z drugiej 'całej rodzinie ludzkiej'. Jeśli więc ktoś jest właścicielem gruntu lub budynku, lecz stoi on pusty i czeka na wzrost ceny, można owego właściciela obciążyć podatkiem i zmusić, by coś ze swoją własnością pożytecznego uczynił (w najgorszym wypadku, można mu tą własność po prostu odebrać). Z własnością intelektualną jest podobnie. Do pewnego stopnia oczywiście powinna wynagradzać wysiłek (czyli pracę) włożony w jej uzyskanie (napisanie książki, wyprodukowanie filmu, wynalezienia czegoś), z drugiej jednak strony, muszą istnieć jej ograniczenia (rodzaj 100% podatku po przekroczeniu jakiejś wysokości zarobku, czy wejścia do domeny publicznej po pewnym czasie), tak by pożytek całej rodziny ludzkiej był uwzględniony. Istnieje jeszcze drugi aspekt dyskusji o prywatnej własności. Jeśli jej uzasadnieniem jest praca włożona w jej wykonanie (zebrałem w lesie jagody, zrobiłem z nich konfiturę i teraz ją sprzedaję) to podstawą jest coś (jagody), co było powszechnie dostępne. Zawsze, gdy sięgniemy dostatecznie głęboko, ten nie-prywatny element istnieje i bez niego trudno wyobrazić sobie rozwój gospodarczy i społeczny. W przypadku własności intelektualnej tych powszechnie używanych elementów jest kilka, z czego najbardziej oczywistym jest język. Pisząc książkę (proszę zasysać) korzystałem ze słów, z fraz, z idei i pojęć, które nie należą do mnie, lecz są powszechnie dostępne. Gdy cytowałem inne prace, to szanowałem ich autorów, ale im nie płaciłem przecież - podobnie gdy ktoś mnie cytuje, nie jest mi żadnych pieniędzy winny. Dyskusja o własności prywatnej dotyczy więc również wspólnoty - struktur, które umożliwiają nam funkcjonowanie (o czym też niedawno pisałem). Tłumy na polskich ulicach to nie zbiór jednostek, krzyczących 'ja', lecz początki wspólnoty, myślącej 'my'. To 'my' domaga się dostępu do kultury, boi się odebrania resztek wolności i prywatności, domaga się uwzględnienia swojego głosu (który mu i polski rząd, i EU odbiera). 'My' na polskich ulicach to polscy wściekli, a ACTA jest tylko kroplą, która przelała kielich. Fakt, że protestują kibice nie powinien ani dziwić, ani zniechęcać do protestów - to grupa, która rządu nie lubi i wykorzysta każdą okazję by to okazać, lecz jest to też grupa, dla której pojęcie wspólnoty jest naturalne i bliskie. Oczywiście, sposób w jaki nacjonalistyczna prawica i kibice rozumieją słowo wspólnota może nas przerażać, ale to jest właśnie dla nas wyzwaniem, by o tym co wspólne rozmawiać, by inkluzywne 'my' uczynić programem, który dla manifestujących na ulicach ludzi stanie się przekonujący. Wspólnota! Wolność! Własność! wcale nie są hasłami koniecznie należącymi do nacjonalistycznej prawicy, wręcz przeciwnie, WWW jest tym, o czym musimy rozmawiać, co powinno stać się fundamentem lewicowego programu.
niedziela, 22 stycznia 2012
606. metropolia TAK, autonomia? raczej nie...
To powinna być poważna długa notka i może kiedyś taka powstanie. Na razie jednak luźne uwagi (które dodadzą do ludzi którzy mnie nie znoszą, kolejne osoby). Na Śląsku (Górnym) trwa debata na temat metropolii (można o niej poczytać na przykład tu) oraz na temat autonomii. Tylko częściowo chciałbym mówić na temat konkretnych rozwiązań prawnych - czym ma być autonomia z grubsza wiadomo; czym ma być metropolia też, ale to jest akurat taki kadłubek myślenia metropolitalnego, że nie warto tego traktować jako poważnej propozycji. Jeśli więc mówię TAK dla metropolii, to nie dla projektu przygotowanego przez śląskich posłów, lecz dla pewnej wizji metropolitalnej wspólnoty politycznej. Dlaczego stawiam autonomię naprzeciw metropolii powinno stać się jasnym za chwilę, na razie tylko cytat z FAQ Ruchu Autonomii Śląska: "Zachowamy naszą tożsamość, jeśli system edukacji stworzą ludzie, którzy znają charakter ludzi, mieszkających na Śląsku. Kultura śląska nie jest przecież taka sama, jak kultura polska, dlatego warto zadbać o jej jak największą ochronę i poznawanie przez większą liczbę ludzi, również przez mieszkańców tej ziemi, którzy pochodzą z innych stron Polski." Ja zawsze mam pewien problem z polityką tożsamościową. Oczywiście wiem, że nie musi być ona koniecznie ksenofobiczna (przy bardzo szerokiej definicji ksenofobii), niemniej jednak łatwo się taką staje. Dyskusja o metropolii i autonomii jest dyskusją o tym jak kształtować polityczną podmiotowość (nie tak dawno o tym zresztą pisałem). Jeśli będziemy mówić o autonomii znacznie łatwiej - co pokazuje powyższy 'tożsamościowy' cytat - ześlizgnąć się w narrację ekskluzywistyczną, śląska tożsamość przeciwko polskiej, kultura śląska przeciwko każdej innej. Zauważcie - 'kultura', w liczbie pojedynczej. Metropolia jest (mogłaby być) czymś zupełnie innym. Metropolia nie ma jednej tożsamości czy jednej kultury, ma ich wiele, związanych ze sobą w polifoniczną, funkcjonalną narrację. Metropolia nie określa ostrych granic, oczywiście przyjmuje jakieś granice administracyjne, nie mają jednak one decydującego znaczenia. Metropolia z zasady funkcjonuje jako podmiot sieciowy. Mamy więc do czynienia z funkcjonalnymi powiązaniami pomiędzy Metropolią Górnośląską (czy jak tam ją nazwiemy) a światem. Te powiązania są ważniejsze, niż granice. Metropolia jest więc ustawicznie konstruowanym i negocjowanym politycznym podmiotem (wspólnotą), jest procesem a nie ustabilizowanym bytem (ale oczywiście _jest_ podmiotem politycznym). Metropolia jest więc nowoczesnym podmiotem, o wiele bardziej efektywnym niż Autonomia, unikającym (na ile to oczywiście możliwe) niebezpieczeństw ksenofobicznych narracji 'prawdziwych Ślązaków'. Czy jesteśmy gotowi na Metropolię? Politycy oczywiście nie, ale świat starych politycznych elit być może właśnie się kończy... _______ I oczywiście NIE dla ACTA! (ależ PO strzeliło sobie w stopę!)
piątek, 13 stycznia 2012
czwartek, 12 stycznia 2012
wtorek, 03 stycznia 2012
603. cztery narracje o aborcji
Co jakiś czas powraca w Polsce rytualna nawalanka pomiędzy 'obrońcami życia' a 'zwolennikami wolnego wyboru' dotycząca prawnej dopuszczalności aborcji. Ścierają się w mediach i publicznych debatach dwie narracje, pomiędzy którymi - podobno - nie ma żadnej możliwości porozumienia. Problem jednak - moim zdaniem - nie polega na tym, że te dwie 'oficjalne' narracje są tak różne, lecz na tym, że ukrywają one narracje niewypowiedziane, które są do siebie zbyt podobne. Zacznijmy jednak od tego co na powierzchni. Mamy więc najmocniejszą w mediach narracje 'obrońców życia', która brzmi z grubsza tak: życie człowieka zaczyna się od poczęcia i trwa do naturalnej śmierci i jako takie powinno być chronione. To jest jednak stanowisko, które bardzo łatwo jest podważane poprzez wskazanie, że 'obrońcy życia' nie mają nic przeciwko karze śmierci czy wysyłaniu żołnierzy do Afganistanu i Iraku. Dlatego zaraz pojawia się narracja wspomagająca - 'nienarodzone dziecko' jest bezbronne i jako takie powinno być chronione przez silnych, jeśli pozwolimy by silniejsi (w tym przypadku - matka) 'dziecko zabiły' wyzbywamy się naszego człowieczeństwa. Te dwie oficjalne narracje, mimo, że nie mają ze sobą wiele wspólnego, występują razem, wzmacniając tożsamość 'obrońców', jako heroicznych rycerzy słusznej sprawy (tu doskonale wpasowują się w narracje militarystyczną, nie ma żadnej sprzeczności pomiędzy żołnierzem 'walczącym z terroryzmem' a 'obrońcą życia' walczącym z 'cywilizacją śmierci'. Zabójstwa ginekologów dokonujących aborcji w USA stają się zrozumiałe). Jednak istnieje jeszcze jedna narracja, której ślad już się pojawił, lecz której w oficjalnych wystąpieniach prawie nie znajdziemy. 'Chlubnym' wyjątkiem szczerości jest słynna deklaracja byłego posła i europosła PiS (i ojca senatora PO) Marcina Libickiego o kobietach jako żywych inkubatorach: "Nie można zmuszać kobiety, by zachodziła w ciążę, ale gdy jest w ciąży, to możemy ją zmusić do rodzenia. Dziecko poczęte wymaga ochrony. Matka jest tu tylko depozytariuszką". Tu mamy z jednej strony narracje 'heroicznych obrońców', lecz z drugiej pojawia się, zwykle skrzętnie skrywana, narracja anty-kobieca. "Matka jest tu tylko depozytariuszką" jest potwierdzeniem męskiej dominacji i dobrze wyjaśnia pęknięcie w narracji 'obrońców życia', gdy zaczynamy rozmawiać o tym co następuje _po_ urodzeniu dziecka. 'Obrońcy nienarodzonych' są bowiem również (prawie zawsze) zadeklarowanymi obrońcami autonomii rodziny oraz jej tradycyjnego modelu. W którym, jak wiadomo, dominującą pozycję zajmuje ojciec-mężczyzna. Ta ukryta narracja 'obrońców życia' jest więc po prostu obroną określonej struktury przemocy, struktury władzy mężczyzny, w której zarówno kobieta (żona, matka) jak i dziecko (narodzone i nie) stanowią 'symboliczną własność', z którą wewnątrz struktury rodziny mężczyzna może robić co chce, a państwo (czy jakakolwiek zewnętrzna struktura) nie ma prawa interweniować. Z drugiej strony mamy narrację 'prawa wyboru'. Zwolennicy i zwolenniczki prawnej dopuszczalności przerywania ciąży z jednej strony argumentują, że 'mój brzuch, moja sprawa', a płód jest zależny od matki, więc to matka ma prawo decydować o jego losie; z drugiej jednak (ponieważ taka narracja brzmi lekko egoistycznie, jest więc retorycznie słaba) zwolennicy 'prawa wyboru' podchwytują skrywaną, antykobiecą narrację 'przeciwników aborcji' (tak pięknie wypowiedzianą przez Libickiego) i do 'prawa wyboru' dołączają narrację ochrony kobiety, przed chcącymi ją ubezwłasnowolnić (a w drastycznych przypadkach pozbawić życia - co miało przecież w Polsce kilkakrotnie miejsce, gdy dobro 'dziecka nienarodzonego' było ważniejsze od życia 'depozytariuszki') mężczyznami - czy szerzej, zwolennikami i zwolenniczkami brutalnego patriarchatu. Narracja 'zwolenników wyboru' staje się tutaj narracją samoobrony, zagrożenia życia i zdrowia kobiety przez nieludzkie prawo (tego przecież dotyczyła słynna sprawa Alicji Tysiąc). Dwie powyższe 'oficjalne' narracje 'zwolenników i zwolenniczek wyboru' nie dają jednak pełnego obrazu tego, o co idzie spór. Trzecia narracja pojawia się oczywiście w dwu powyższych, lecz rzadko kiedy można ją usłyszeć lub przeczytać wypowiedzianą do końca. Ta trzecia narracja jest Singerowską narracją świadomości. Aborcja jest dopuszczalna, ponieważ płód jest na niższym niż matka poziomie samoświadomości. Przyjęcie tej narracji powoduje, że - jak postuluje Peter Singer - nie tylko płód, ale również narodzone dziecko, nie byłoby traktowane jako pełnoprawny człowiek (co zresztą w kulturach tradycyjnych było praktykowane i często jest praktykowane do dziś). W publicznej debacie ta narracja jest raczej rzadko używana, ze względu na jej łatwe skojarzenie ze zwolennikami eugeniki co (w publicznej debacie) równe jest zwolennikom nazizmu. Ta narracja jest przede wszystkim narracją hierarchii a przez to władzy i dominacji i w takim kontekście trzeba na nią patrzeć. Mamy więc cztery narracje 'oficjalne', które można sprowadzić do dwu. Z jednej strony więc: 'chrońmy życie nienarodzonych maluszków', z drugiej 'pozwólmy kobietom decydować o ich własnym zdrowiu i życiu'. Czy te dwie narracje rzeczywiście całkowicie i nieodwołalnie się wykluczają? Nie wydaje mi się... Czy dyskusja jest jednak możliwa, gdy z jednej strony mamy: 'kobiety, szczególnie w ciąży, nie są w stanie podejmować poważnych decyzji, dlatego musimy (my mężczyźni) sprawować nad nimi kontrolę', a z drugiej 'osobnik o wyższym poziomie samoświadomości ma prawo decydować o losie osobnika o niższej samoświadomości'? Jeśli w pierwszym, 'oficjalnym' obiegu mamy dwa dyskursy oparte o współczucie, to dwa 'podskórne' dyskursy są dyskursami władzy i dominacji. Te dwa pierwsze - moim zdaniem - mogłyby 'zejść się' w jakiś realny kompromis, minimalizujący _realną_ ilość dokonywanych aborcji i w maksymalnym stopniu chroniący zdrowie i życie (życie również w sensie jego jakości) kobiet. Jednak to nie one wyznaczają prawdziwy ton debaty - w cytowanym powyżej wywiadzie Marcin Libicki jasno mówi, że jemu wcale o realne życie (ani kobiet, ani 'nienarodzonych maluszków') nie chodzi, chodzi mu jedynie o utrzymanie określonego modelu władzy i moralności. Dopóki więc debata nie wyjdzie z tego 'darwinowskiego' stadium walki o dominację, spór o aborcje w Polsce pozostanie nierozwiązany. I nie jest to bynajmniej problem prawny czy polityczny - prędzej czy później (i myślę, że raczej prędzej) do zmiany prawa dojdzie i aborcja będzie dopuszczalna. To jest problem kulturowy czy wręcz cywilizacyjny. Bez wyjścia poza debatę 'kto kogo może zjeść', nie będziemy w stanie zbudować w Polsce współczującej, solidarnej społeczności (wspólnoty). Dlatego właśnie dyskusja o aborcji jest kluczowa dla wszystkich, którzy chcieliby widzieć społeczeństwo jako coś więcej niż zbiór rywalizujących ze sobą jednostek. Czym prędzej zrozumieją to polscy konserwatyści (jeśli jeszcze jacyś zostali, nie pożarci przez barbarzyńskie hordy) tym większe Polska ma szanse na przetrwanie i - jeśli bogini pozwoli - rozwój.
sobota, 31 grudnia 2011
602. plac czerwony i inne drobiazgi
To był ciekawy rok. Dla mnie osobiście [bardzo] udany, dla świata... interesujący. Najważniejsze w polskiej polityce to (moim zdaniem) dwa wydarzenia - zdobycie przez My Poznaniacy prawie 10% w wyborach samorządowych [zwrócono mi uwagę, że wybory samorządowe to jeszze w 2010... mimo tego jednak, myślę, że warto widzieć te wybory jako początek procesów kluczowych w 2011] oraz wejście do Sejmu Ruchu Palikota. Choć same w sobie naznaczone klęską (My Poznaniacy nie wprowadzili ani jednego radnego, Ruch Palikota znokautował SLD, ostatecznie dobił Zielonych 2004 oraz pozbawił tchu inne lewicowe grupy i grupki) otworzyły jednak nowe, świetlane chciałoby się powiedzieć, perspektywy. My Poznaniacy pokazali, że ruchy miejskie są poważnym graczem, ośmielili innych, zorganizowali Kongres Ruchów Miejskich i zintensyfikowali walkę o 'miasto do życia'. Nie oni jedni oczywiście (wielkie zasługi należy oddać Sopotowi oraz anarchistom). Budżet partycypacyjny na dobre wszedł do głównego nurtu debaty publicznej (o tych i innych sukcesach dobrze pisała Joanna Erbel). Oczywiście, 'wrażliwe społecznie' ruchy miejskie przyglądały się w tym roku szeregowi działań, zaciskając bezsilnie zęby nie mogąc - mimo prób - im zapobiec, przede wszystkim eksmisjom i 'osiedlom kontenerowym' ale też prywatyzacji przedsiębiorstw komunalnych, prywatyzacji nieruchomości miejskich, podwyżkom cen biletów komunikacji publicznej i wielu innych. Cóż - bez władzy można tylko sobie zaciskać zęby i mleć wyrazy pod nosem. Mimo wszystko jednak, coś się przełamało i jest szansa, że będzie lepiej. Podobnie ma się rzecz z RP. Niby nie lewica, przeszłość lidera podejrzana, ludzie w partii przeróżni... ale to nie przypadek, że nagle mejstrimowy tygodnik (cóż z tego, że lekko podupadły) wielki kapitał oddaje w pacht lewicy. Tak, lewica dziś to nie jest postkomuna, to jest szerokie (choć z mediów widać tylko KP) środowisko (jeszcze nie 'ruch'). Więc mimo, że RP to nie jest szczyt moich marzeń, to coś się przełamało i rok 2012 zapowiada się lepiej. W Europie w Danii mamy lewicowy rząd, na Islandii trwa ciekawy eksperyment z budowaniem nowego, radykalnie demokratycznego ładu politycznego, w Irlandii lewica w sumie zdobyła ponad 40% i choć jest w opozycji, to jest to ciekawa sytuacja - Sin Fein staje się najważniejszą partią opozycyjną, a w parlamencie są zadeklarowani trockiści. W Wielkiej Brytanii dostała się do parlamentu szefowa Zielonych, ale poza tym niewiele dobrego można o obecnym kraju mojego zamieszkania powiedzieć... Na świecie kraje BRIC rosną w siłę, Brazylia wyprzedzi w tym roku Wielką Brytanię (nie żeby mi było źle w Plymouth, ale propozycję pracy na brazylijskim uniwersytecie bym życzliwie rozważył...;)) o Indiach i Chinach wiadomo. No może nie wszystko - bo na przykład sprawująca kontrolę nad częścią terytorium Indii komunistyczna partyzantka, walcząca w obronie interesów rdzennej ludności przeciwko wielkim korporacjom, nie znajduje się na pierwszych stronach polskich gazet. Wracając do prywatnych podsumowań, zostałem w tym roku wiernym czytelnikiem (i subskrybentem) New Statesman, New Left Review i Radical Philosophy; nie jestem w stanie wskazać najważniejszej dla mnie książki wydanej w tym roku, ale wielką frajdę sprawiła mi lektura Hegla oraz Grahama Harmana. Teraz czytam między innymi Wykłady z klasycznej filozofii niemieckiej, Marka Siemka i żałuję, że nie studiowałem filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Nic z architektury nie zrobiło na mnie wrażenia, może w następnym roku. Z seriali z przyjemnością (choć bez szaleństwa) oglądałem (i czekam na ciąg dalszy) Fringe, trochę z mniejszą przyjemnością Warehouse 13. Wciąż nie ma porównania z X Files... Z filmów tylko Sucker Punch. Najważniejszych, tych które lądują we wszystkich rankingach, po prostu nie widziałem. Z muzyki znalazłem kilka ciekawostek, trochę rzutem na taśmę (dzięki mmm). Wciąż wierny jestem zepsutej muzyce. Takiej jak na przykład ta: którą dedykuję nienawidzącym tańców i imprez masowych radosnym introwertykom w średnim wieku. Do przeczytania (a może i zobaczenia) w 2012 roku. Być może na placu czerwonym od powiewających sztandarów... ;)
piątek, 30 grudnia 2011
601. nowa czerwona architektura_online 2
Nie wiem czy będzie ktoś miał czas i ochotę spędzić prawie dwie godziny oglądając mnie jak gadam, no ale może... :) [15 Stycznia 2012: link do całości wykładu http://vimeo.com/34403447] 600. nowa czerwona architektura_online 1
Wykład, który parę tygodni temu wygłosiłem na Wydziale Architektury
Politechniki Warszawskiej, na zaproszenie Fundacji Bęc! Zmiana.Enjoy! ___
czwartek, 29 grudnia 2011
599. tyralierą!
W zielonogórskiej Gazecie Wyborczej (skąd też zdjęcie) trzy teksty na temat tego co o Zielonej Górze myślimy (my jako szkoła architektury z Plymouth): jeden, drugi i trzeci.
wtorek, 27 grudnia 2011
598. plotka i rytuał a rewolucja
W mojej trzeciej książce (Pisałem też o tym na tym blogu) używam pojęcia 'interfejs' w znaczeniu medium oraz instytucji umożliwiającego komunikację.Wprowadziłem podział na trzy (zastrzegając, że to są raczej trzy stany charakterystyczne istnienia interfejsu, których jest niemal nieskończenie wiele). Mówię więc o interfejsie intymnym, wewnętrznym oraz zewnętrznym; odnosząc je odpowiednio do konwencji, organizacji i instytucji. Te trzy interfejsy są mi potrzebne by opisać w jaki sposób funkcjonujemy w mieście. Owo funkcjonowanie powinno być widziane w kontekście dwu rodzajów wolności - wolności wyboru, oraz wolności kreacji. Musimy zdać sobie sprawę, że dla funkcjonowania miasta wolność wyboru jest kluczowa, wolność kreacji stanowi natomiast potencjalne niebezpieczeństwo. Dla nas jednak, jako rozwijających się i poszukujących szczęścia osób, wolność kreacji jest równie potrzebna (dla miasta zresztą też, choć zmiana jest zawsze ryzykowna i bywa bolesna, dlatego jeśli nie musimy, to raczej do niej nie zmierzamy). Z punktu widzenia miasta jako zbioru instytucji, wolność wyboru jest sednem istnienia - pozwala bowiem otrzymywać stałe informacje zwrotne, informujące instytucje o tym w jakim stopniu zaspokaja potrzeby mieszkańców w kontekście innych instytucji. Wolność wyboru jest fundamentem miasta kapitalistycznego. Owa wolność wyboru przynależy do interfejsu zewnętrznego, który nie tyle jest instytucją, co rytuałem. Rytuał przekracza biorących w nim udział ludzi (oraz nie-ludzkich aktorów, by dopieścić Latourystów), ustanawia transcendentalny porządek (opowieść) by stworzyć (odtworzyć) wspólnotę (raczej niż społeczność). W rytuale następuje redukcja biorących w nim udział aktorów, do czynności/działań, które wykonują. Rytuał jest czysto zewnętrzny, lecz jego moc wypływa z wewnętrznej wiary w jego skuteczność. W tym kontekście rytuał jest fundamentem istnienia miasta. Miasto kapitalistyczne ma tych rytuałów po prostu znacznie więcej, niż miasto przed-kapitalistyczne. Plotka jest czymś innym - mimo oczywistych podobieństw (nie będę wchodził w niezwykle frapujący spór pomiędzy Paine a Gluckmanem z końca lat 60tych, w każdym razie nie w tej chwili) jako dwu różnych rodzajów komunikacji - to właśnie różnica jest tu istotna. Jeśli rytuał redukuje, to plotka produkuje nadwyżkę. Plotka jest gdzieś pomiędzy interfejsem intymnym a wewnętrznym. I chyba ciekawiej jest myśleć o plotce raczej niż organizacji, gdy się o tym interfejsie rozmawia. Siłą plotki jest więc nadwyżka znaczenia i informacji. Jest ona zmianą opowieści, jest wolnością kreacji, a nie wyboru. Znaczenie plotki jako źródła zmiany jest oczywiste (od plotek wywołujących pogromy po plotkę o zabitym demonstrancie podczas manifestacji w Czechosłowacji na początku Aksamitnej Rewolucji). Plotka - w przeciwieństwie do interfejsu intymnego, który daje nam schronienie przed uniwersalizmem, domagającym się bezwzględnego posłuszeństwa - ma funkcje transgresywne. Jeśli rytuał pozwala miastu istnieć, to plotka daje szansę na zmianę. W tym kontekście plotka jest jednym z podstawowych narzędzi w arsenale każdego rewolucjonisty ![]() (lub kontrrewolucjonisty). |