Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | architektura | Chiny | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
sobota, 13 lipca 2013
718. pożeganie z bloxem
Nadejszła wiekopomna chwila i przeniosłem się (w tym bloga) na 'własne śmieci'. Pierwsza notka już dostępna.
17:10, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 lipca 2013
717. nie ma mnie dla nikogo...
W przyszłym tygodniu, dzięki uprzejmości ASŁ, znikam do pracy. Do końca miesiąca mam zamiar pisać - przede wszystkim nową książkę (w tej chwili roboczy tytuł brzmi 'Wyprodukować rewolucję'), ale też skończyć tekst do naszej po-konferencyjnej książki o miejskiej re-industrializacji (który jest lekko zmienioną wersją tekstu o Jungerze, opublikowanym w ostatnim Autoportrecie) oraz (oczywiście inspirowany pisaniem ABR) tekst o Taubesie, Róży Luksemburg, Imperium, architekturze i rewolucji na moją pierwszą prawdziwie filozoficzną konferencję. Bardzo jestem szczęśliwy, że mój abstrakt został na nią przyjęty.

Ukazała się (dosłownie przed chwilą) kolejna recenzja 'Holes in the Whole' w piśmie Journal of Political Power, recenzja dość niechętna (ignoruje całkowicie idee 'dziury w całym', interfejsów oraz nie wspomina ani razu moich odniesień do Alaina Badiou, co jednak jest sporym osiągnięciem) ale pismo niezłe, a recenzja zawiera sporo cytatów (oczywiście specjalnie dobranych, jak ten na przykład: "In the context of the modern city, an organically organised society needs hard, authoritarian control structures sooner or later", czytelnik ma dojść zaraz do wniosku, że ja jakiś ultra-prawak jestem...), jest więc nadzieja, że nie-postmodernistów może 'przypadkiem' zachęcić, by po książkę sięgnęli. Nie ważne jak piszą, ważne, że piszą (?).

Na stronie Zachęty poświęconej przyszłorocznemu Biennale Architektury w Wenecji powinny za chwilę pojawić się dwie notki - jedna podsumowująca spotkanie z Remem Koolhaasem, wyjaśniająca jego główne idee na wystawę (szczególnie zachęcam do jej przeczytania i przemyślenia biorących udział w konkursie na wystawę w pawilonie polskim), druga notka to taki trochę CfP / CfA... jedna instytucja dyskusji nie zrobi - jest więc to wołanie o zaangażowanie.

Powoli z kilkoma znajomymi (m.in. z UK, Brazylii, USA, Niemiec i Australii) organizujemy nową 'lewacką' międzynarodówkę architektów - za parę tygodni powinniśmy być gotowi by to co robimy/chcemy zrobić upublicznić.

Nasz program (Master of Architecture) włączył się w Live Project Network, trzy nasze projekty obecne są na stronie. W październiku znów jedziemy do Polski, znów nas ktoś zaprosił (jesteśmy za to bardzo wdzięczni), tym razem zupełnie inna skala i inne problemy niż w zeszłym roku w Ursusie, już przebieramy nóżkami z radości, by się tym nowym projektem zająć.

Na koniec jeszcze troszkę o polskiej prawicy. Nieopatrznie chciałem być grzeczny i gdy pod moją fb_kową notką pojawiło się "Bauman to przestępca" nie zbanowałem autora, lecz starałem się delikatnie tłumaczyć, że "przestępca" to nie jest odpowiednie słowo, że bycie "stalinistą" to pogląd, a bycie "przestępcą" odnosi się do uczynków (chyba, że wierzymy w myślo-zbrodnie, ale to zazwyczaj prawica oskarżała lewicę, że ma totalitarne zapędy, a tu proszę...). Oczywiście jak grochem o ścianę. Jak napisał oski: "Był zbrodniarzem ponieważ wyznawał poglądy komunistyczne. W prostych głowach wychowanych przez prawicowe elity posiadanie takich poglądów pozbawia godności ludzkiej." To niestety jest fundamentalny problem z prawakami - albo nie chcą, albo nie potrafią myśleć poza ideologicznym schematem. Trochę to przerażające, bo jeśli nie można się z nimi porozumieć, to albo się od nich odseparujemy, albo to się skończy jakąś przemocą (ale to raczej oni nam wleją niż my im - nie tylko ze względu na liczebność, ale przede wszystkim na nowo-lewicową niechęć do przemocy). Zresztą, wydarzenia we Wrocławiu były takim starciem przemocy tłumu z przemocą państwa. Niektórzy na lewicy, ci o bardziej anarchistycznych ciągotach, się tego wstydzą - że jak to, policja musi nas bronić? Ja nie widzę tu żadnej niekonsekwencji - wręcz przeciwnie. Ja chcę państwa, które będzie chronić słabszych, będzie wspierało budowę i utrzymanie żłobków, szkół, przedszkoli, służby zdrowia. Oczywistym więc jest, że chcę też sprawnej, uczciwej policji, która przeprowadzi staruszkę przez jezdnie i nie pozwoli "czyścicielom kamienic" prześladować mieszkańców. Nie pozwoli też by naziole biły obcokrajowców czy usiłowały zerwać wykład. Tu nie ma co się krzywić, tu trzeba odzyskać państwo.

I tym optymistycznym akcentem się z Szanownymi Czytelniczkami i Czytelnikami tego bloga na jakiś czas żegnam. Miłego lata.
08:24, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 czerwca 2013
716. 'autorytarny impuls' czyli mapa i wyobrażenie
Na portalu Nowe Peryferie ukazała się polemika z moim tekstem o 'Śląskiej Metropolii'. Autorka - Daria Gosek - swoim tekstem przywróciła mi wiarę w sens publicznej debaty, pokazała, że można napisać krytyczny tekst, który nie jest mordobiciem, a zaproszeniem do rozmowy. Myślę, że nie tylko większość polskich dziennikarzy czy znajomy filozof z Poznania (i jego koledzy i koleżanki) ale my wszyscy (ze mną włącznie, ofkors) moglibyśmy z DG brać przykład.

Tyle laurki.
Teraz polemika z polemiką (i postaram się utrzymać wyznaczony przez Darię standard rozmowy).

Podstawowym zarzutem Autorki wobec mojego tekstu, jest śląsko (czy wręcz katowicko)-centryczna perspektywa, która odrzuca i ignoruje interesy mniejszych miast. Jednym z elementów potwierdzających tę perspektywę, jest używana przeze mnie konsekwentnie nazwa 'Metropolia Śląska'. To jest oczywiście zasadny zarzut (zaraz się z niego będę - dziecinnie tłumaczył), przyznam z ochotą Autorce słuszność i nie miałbym żadnego problemu, by zmienić na 'Metropolię Śląsko-Dąbrowską'. Wydaje mi się wręcz, że wymowa mojego tekstu kwestionuje jego tytuł. Prawdę mówiąc nie miałbym nic przeciwko ani Metropolii Sosnowieckiej albo, bo ja wiem... Bojkowskiej? Mój błąd (a dziecinne tłumaczenie brzmiałoby tak - tekst został początkowo zamówiony przez kwartalnik Fabryka Silesia i zamówienie dotyczyło tekstu o 'Metropolii Silesia'. I ja tak bezrefleksyjnie przerobiłem to na 'Metropolia Śląska'.), biję się w piersi. Byłoby jednak błędem, skończyć dyskusje na źle użytych słowach czy nieprawidłowej nazwie. Tekst Darii Gosek to o wiele więcej, niż tylko spór o język.

Jedną z pierwszych dyskusji, jakie prowadzę z moimi studentami, to dyskusja o mapie. To w sumie bardzo prosta dyskusja dotykająca podstaw postmodernistycznej geografii - mapa jest pewnym rodzajem autorytarnego odwzorowania fizycznych elementów przestrzeni, jej geometrii, najczęściej (choć mapy też są różne) ignorująca indywidualne narracje zbiorowości zamieszkujących czy użytkujących dane terytorium. Jednym z najprostszych ćwiczeń, które napięcie pomiędzy mapą fizyczną a wyobrażeniem o przestrzeni jasno pokazuje, jest wykonanie tak zwanej mapy mentalnej. Prosimy naszych studentów bardzo często, by nam takie mapy mentalne rysowali (podobne ćwiczenie zrobiłem z działaczami regionalnych klubów KP na warsztatach, które prowadziłem w zeszłym roku), a ich wyniki porównujemy z 'oficjalnymi' i 'urzędowymi' odwzorowaniami przestrzeni.

Mapy mentalne są bardzo użytecznym narzędziem, są jednak całkowicie bezużyteczne dla jakichkolwiek projektów inżynierskich - czy to dotyczących infrastruktury (drogi, sieci etc.) czy samych budynków. Mapy mentalne są bowiem odwzorowaniem, mapy fizyczne (nazywane czasem w budowlanym żargonie 'podkładami') służą do komunikacji pomiędzy różnymi uczestnikami procesu projektowania. Nie znaczy to oczywiście, że mapa mentalna nie ma dla procesu projektowania znaczenia - wręcz przeciwnie, zwraca uwagę na nieoczywiste, często nie do końca mierzalne elementy przestrzeni. Polska Wiki nazywa takie mapy 'mapami wyobrażeniowymi'. Jednak funkcja mapy mentalnej jest funkcją krytyczną, natomiast podkład służy do tego, by nanosić na nim nowe obiekty i elementy.

Czasem jednak w sporze o śląsko-zagłębiowskie tożsamości warto spojrzeć na mapę fizyczną:

i zobaczyć jak w przestrzeni mają się do siebie Katowice, Sosnowiec, Będzin, Bytom czy 'duchowe, katolickie serce' Górnego Śląska - Piekary Śląskie.

Darię Gosek najbardziej niepokoi mój uniwersalistyczny autorytaryzm:
"Powstanie uniwersalnej, totalnej śląskiej tożsamości, która jednakże, jak zauważa Nawratek, byłaby narracją „nie odrzucając[ą] prawa jednostek do konstruowania swoich własnych, (prywatnych) historycznych opowieści”? Czy przekroczenie „klanowych, rodzinnych, narodowych i wszelkich innych więzów” nie oznaczałoby utraty przez mieszkańców poszczególnych miast ich związków z przeszłością i małą ojczyzną? Co z ich poczuciem przynależności, odpowiedzialności czy identyfikacji? Czy takie zatomizowane społeczeństwo (powiązane jedynie ideą mieszkania/pracowania na danym terenie) mogłoby nadal być nazywane społeczeństwem".

Ciekawe w tym fragmencie jest bardzo wąskie (powiedziałbym - konserwatywne?) definiowanie więzi społecznych opartych na historii i geografii. Idea 'małej ojczyzny' - moim zdaniem - w kontekście aglomeracji, czy każdego dużego miasta powinna być traktowana jednak z pewną rezerwą i zdecydowanie inaczej, niż w XIX wieku. Ludzie mieszkają w Sosnowcu czy w Katowicach niekoniecznie dlatego, że są śląskimi czy zagłębiowskimi patriotami, ale najczęściej z praktycznych przyczyn - cena mieszkania, atrakcyjność miejsca czy odległość do zakładu pracy. Czy to powoduje, że społeczeństwo przestaje istnieć? Czy jedyne możliwe więzi społeczne to rodzina i 'więzy krwi i ziemi'? Wielokrotnie już (również w 'Dziurach w Całym') usiłowałem pokazać, że zupełnie nie, że społeczeństwo jest/może być konstruowane w inny sposób, poza 'ziemią i krwią' czy 'lokalną tożsamością'. Zdecydowanie przeciwko takiemu sposobowi konstruowania Metropolii Śląskiej (czy Śląsko-Zagłębiowskiej) wymierzony był mój tekst!

Nie ma co ukrywać - mój tekst (moje myślenie) jest zanurzony w modernistycznej, uniwersalistyczno-autorytarnej(?) narracji (choć ja też odrobiłem zadanie domowe postmodernistycznej krytyki oświecenia), która wyżej stawia 'podkład' niż mapę mentalną (nie odrzucając jej jednak), która szuka uniwersalnych narracji, z podejrzliwością traktując pomysł, by "...skupić [się] na harmonijnym rozwoju miast województwa śląskiego i jego subregionów. Dopiero gdy miasta staną się partnerem dla dominujących w regionie Katowic będziemy mogli w sensowny sposób mówić o budowie Metropolii." Nie dlatego, bym miał coś przeciwko harmonijnemu rozwojowi wszystkich miast i miasteczek województwa śląskiego (wręcz przeciwnie!), lecz dlatego, że taka wizja wydaje mi się bardziej utopijna niż moje odgórne i 'technokratyczne' ('totalne') budowanie Metropolii. Autorka nie pokazuje, kto miałby ten harmonijny rozwój zapewnić, komu na nim miałoby zależeć?

Tu dochodzimy do najcenniejszego - z mojego punktu widzenia - elementu tekstu Darii Gosek. Moim zdaniem, pokazuje on niemożliwość postmodernistycznej polityki jako polityki sprawczości. Polityka postmodernistyczna, rezygnująca z meta-narracji, oparta na narracji fragmentu i mniejszości jest jedynie narzędziem krytycznym (bardzo ważnym, chroniącym przed totalitarnymi skłonnościami totalnych i uniwersalistycznych narracji), lecz nie jest i nie będzie zdolna by dokonać jakiejkolwiek pozytywnej, emancypacyjnej zmiany. W ocenie maja 68 (którego dziedzictwo widzę we współczesnej narracji lewicowej - szczególnie ruchu Occupy! i pochodnych, a również w tekście Darii Gosek) stoję zdecydowanie po stronie Althussera, nie Ranciere (mimo całej sympatii i szacunku dla obu tych filozofów). 'Mapa' musi być korygowana przez 'wyobrażenie', ale to  'podkład' a nie 'mapa mentalna' pozwoli nam zbudować lepszy świat.

16:30, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (1) »
środa, 26 czerwca 2013
715. lustrańci
Skończyłem właśnie czytać wywiad-rzekę z Jerzym Urbanem (ciekawe fragmenty, ale zupełnie niewiarygodne wyjaśniania 'dlaczego zostałem rzecznikiem'. Czyżby jednak były rzeczy, których się JU wstydzi?), w którym mówi on, że jego ulubionym myślicielem jest Zygmunt Bauman. No cóż, jeśli Urban lubi Baumana, to przecież wszyscy 'przyzwoici ludzie' (już nawet nie tylko 'prawdziwi Polacy') powinni się Baumana wystrzegać, czyż nie? Urban wszak to czyste zuo!

To co Urban mówi z wywiadzie nie jest ani specjalnie szokujące, ani też nie odkrywa jakichś nieznany szczegółów z historii PRLu i 'pierwszej Solidarności' (choć jak słusznie zauważyła K. opis wprowadzenia stanu wojennego można podsumować jednym słowem: "dziadostwo!"), generalnie książka smutna, bo pokazująca przerażającą miernotę polskich klas politycznych (ze wszystkich stron barykady) niemal 'od zawsze'. Polscy politycy i ekonomiści nie mieli pojęcia o polityce i gospodarce. Mam wrażenie, że im to zostało do dziś...Pokazuje też Urbana jako kogoś, kogo nie warto było w stanie wojennym nienawidzić... to trochę tak, jakby dziś nienawidzić jakiegoś Bosaka czy innego Zawiszę...

Wróćmy jednak na chwilę do Baumana. Nie jestem do końca przekonany, że warto na temat tego, co stało się we Wrocławiu dyskutować, lecz z drugiej strony, jeśli uznamy, że nic się nie stało i że skandaliczne stanowisko białostockiej prokuratury też jest OK, za chwilę obudzimy (a raczej - wy się obudzicie...) w kraju, w którym chyba jednak większość z Was nie chciałaby się obudzić.

Wydarzenia we Wrocławiu mają kilka wymiarów. Z jednej strony pokazują konsekwencje 'antykomunistycznej' edukacji, przy pomocy której, polska prawica wyprała mózgi polskiej młodzieży w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Symetria nazizm-komunizm stała się ogólnie przyjętą prawdą, w związku z tym Bauman jest gorszy niż Heidegger.

Jestem w połowie książki 'Broniewski - Miłość, wódka, polityka' i tak sobie myślę, że polska młodzież, szczególnie ta zamawiająca pięć piw, powinna tę książkę przeczytać. Postać Broniewskiego mogłaby jej się spodobać - twardy żołnierz, legionista, odznaczony orderem Virtuti Militari, kobieciarz i... komunista. Więziony i prześladowany zarówno przez sanacyjną Polskę jak i przez NKWD. Książka ta pokazuje również czym był i wciąż jest komunizm (i dlaczego owa symetria nazizm-komunizm jest fundamentalnie błędna) - marzeniem o lepszym, sprawiedliwym świecie. Sprawiedliwym i lepszym dla wszystkich. W taki komunizm wierzył i takiego pragnął Broniewski i wielu polskich przedwojennych komunistów; takiego komunizmu nie zbudował Związek Radziecki, takiego komunizmu nie było też w PRLu, choć ani ZSRR ani PRL nie zasługują na całkowite i bezwarunkowe potępienie... (z poglądem tym nie zgodziłbym się pewnie pod koniec lat 80tych i na początku 90tych - jeśli ja zmądrzałem, to może i - przynajmniej niektórzy - młodzi polscy prawicowcy nie są bez szans na nawrócenie?).

Wróćmy jednak znów do wydarzeń we Wrocławiu. Reakcje prawicowych polityków i 'intelektualistów' rzeczywiście boleśnie przypominają to co wyprawiała niemiecka konserwatywna prawica tuż przed dojściem Hitlera do władzy. Ja też nie lubię argumentu 'ad Hitlerum', a szczególnie źle znoszę mieszanie niemieckiego nazizmu z włoskim faszyzmem; problem jednak w tym, że wśród drących ryja kiboli (również z tytułami profesorskimi), subtelność intelektualnych rozważań Giovanniego Gentile naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Mamy też - po raz kolejny - dowód na hipokryzję prawicy, która bynajmniej nie osądza tego co ludzie czynili, lecz używa i interpretuje przeszłość w zależności od tego co ludzie mówią i czynią dziś. Jeśli więc dziś jesteś prawicowym politykiem czy 'intelektualistą' - wszystkie świństwa z twojej przeszłości ulegają zamazaniu, jeśli natomiast nie jesteś prawicowcem - wszystkie twoje czyny zostaną prześwietlone i zinterpretowane na twoją niekorzyść.

Ta postawa nie jest jednak jedynie przypisana polskiej prawicy - obrzydliwy przykład z lewej strony dał Jaś Kapela pisząc donos na Szczepana Twardocha, gdy ten nie przyjął propozycji by dla KP pisać. Wiem wiem - tu nie ma związku przyczynowo-skutkowego, to czysty przypadek następstwa niezwiązanych ze sobą wydarzeń... Na tymże portalu KP strategią lustracji popisała się też jakiś czas temu Kinga Dunin prowadząc swą prywatną wojnę z Agatą Bielik Robson.

I właśnie owa lustracyjna mentalność wydaje mi się jednym z trzech największych problemów polskiej debaty publicznej (obok jej prostactwa oraz niechęci do wysłuchania przeciwnika; czwartym, drobniejszym choć bardzo popularnym w internetowych 'dyskusjach' jest ignorowanie całości tekstu i wyciąganie poszczególnych fraz i zdań). Lustracyjna mentalność nie tylko jest czymś wyjątkowo małostkowym i podłym, lecz jest z gruntu niechrześcijańska. I piszę to serio, bynajmniej nie ironicznie. Lustracyjna mentalność odrzuca bowiem możliwość nawrócenia, odrzuca możliwośc zerwania i zaprzeczenia. Zakłada nierozerwalną ciągłość naszego życia, homogeniczność historii i bezwględny związek pomiędzy każdym ludzkim słowem i czynem. Lustrańci to oczywiście sekciarze, głoszący poglądy kłamliwe, niemające nic wspólnego z rzeczywistością. Lustrańci są więc symptomem bardzo ciężkiej i śmiertelnie niebezpiecznej choroby (ściśle związanej z TINA) - fakt, że ulegają jej całkowicie Polacy Pięciu Piw powinno otrzeźwić (jeśli nie zrobiły tego inne fakty) tych lewicowców, którzy wciąż zdają się widzieć w nich rewolucyjny, anty-kapitalistyczny potencjał.

Może właśnie dlatego, potępienie z 'kapitalistycznego jądra' zawsze będzie nieszczere...

_____

I jeszcze trzy ogłoszenia:

Jak już pisałem na fb, poszukuję ekonomisty/stki (może być nawet łebski student/ka), która czytała z zaciekawieniem moją ostatnią książkę i uważa, że można niektóre idee w niej zawarte popchnąć dalej. Oprócz korwinistów-balcerowiczystów jestem w stanie rozmawiać z każdym.

Artykuł na temat naszego (moich studentów) projektu dla Ursusa można przeczytać tu.

Mimo tego, że moja macierzysta uczelnia, nigdy mnie na żaden wykład czy spotkanie nie zaprosiła, to 'chwali się' mną jako swoim absolwentem. Zabawne, ale jednak miłe.
20:29, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 czerwca 2013
714. od przemocy po sabotaż
Nie pisałem od pewnego czasu, zbyt dużo się działo. Ale teraz trochę się uspokoiło, więc jest czas na krótkie podsumowanie.
Zacznijmy od debaty w Krakowie, w ramach ArtBoom, która odbyła się pod tytułem 'Dobra Przemoc'. To było bardzo interesujące spotkanie - nie wiem na ile ważne było moje wprowadzenie, nie jestem przekonany, że powiedziałem coś, o czym zebrani (ludzie robiący w PL festiwale artystyczne, przede wszystkim festiwale sztuki w przestrzeni publicznej) nie wiedzieli, ale czasem dobrze jest coś powiedzieć na głos.

Mówiliśmy więc o tym, że przestrzeń publiczna nie jest neutralna, mówiliśmy o problemie partycypacji w mieście, w którym mieszkańcy i użytkownicy przestrzeni to rozdzielne zbiory, mówiliśmy wreszcie o polityce i instytucjach.

W kuluarach odbyłem bardzo ciekawą dyskusję na temat 'partycypacji i demokracji niewerbalnej', którą łatwo sobie wyobrazić przy projektowaniu (zamiast dyskutować - projektujmy), ale ilość problemów i wyzwań, które się pojawiają jest ogromna. Jest to jednak fascynujący problem i być może uda się tę dyskusję kontynuować.

Następnie moi studenci oddawali swe finałowe projekty (Ursus: Miasto Przemysłowe 2.0). Wiele absolutnie fascynujących prac - od dość klasycznego traktowania architektury w projekcie Fontasa, który zaproponował budynek uczący o różnych relacjach władzy

Przez projekty zmagające się z różnymi sposobami produkcji wiedzy, po całościową wizję samo-wystarczających wspólnot produkcyjnych (gdzie produkowana jest również żywność) o roszczeniu uniwersalistycznym w projektach Chrisa czy Dana



W końcu, przyjmując projekty dla Ursusa jako punkt wyjścia, miała miejsce w Plymouth konferencja 'Re-Industrialisation and Progressive Urbanism'. Kto nie był, niech żałuje. (kto nie mógł - tutaj skrótowa relacja Suzanne). Prezentacje były z różnych stron, bardzo techniczne i dość teoretyczne (moja o 'Robotniku' Jungera, która powtarzała tezy z tekstu w Autoportrecie spotkała się ze zrozumieniem klasycznych marksistów (nie-marksistów zresztą też), w przeciwieństwie do polskich internetowych 'lewicowych trolli', którzy nie nie reagują na kontent, lecz na 'złe' nazwisko), ale wszystkie były interesujące i były raczej ciągłą dyskusją - z odniesieniami do wcześniej wygłoszonych referatów - niż po prostu szeregiem niezwiązanych ze sobą prezentacji. Wszyscy mamy ochotę, by tę dyskusję kontynuować. Będzie książka (również po polsku, wydana przez Bęc! Zmianę) ale będą też kolejne projekty i kolejne konferencje.

Również jako spin-off (choć dyskusja na ten temat trwa już od pewnego czasu) formuje się powoli sieć radykalnych/lewicowych architektów i wykładowców architektury. Szczegóły prawdopodobnie w ciągu najbliższych dwu tygodni.

I to na razie tyle. Miłej reszty niedzieli (i nie śmiejcie się tak bardzo z niedostatków wykształcenia polskiej narodowej młodzieży - ja myślę, że to był sabotaż głęboko ukrytej opcji równościowej w ONRze. Nasi są wszędzie!).
12:56, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 maja 2013
713. drobiazgi
Podobno są tacy, których zadziwia fakt, że KP wydała moją książkę.
Pewnie jeszcze bardziej zszokuje ich, gdy dowiedzą się (jeśli jeszcze nie wiedzą), że również Zer0 Books ją wydało a LSE Review of Books zamieściło bardzo pozytywną recenzję. Jak donoszą znajomi (dzięki Joanna!), książkę można kupić po sąsiedzku, w Berlinie (oprócz sieciowych księgarni ofkors).



Na portalu Nowe Peryferie mój tekst o metropolii śląskiej, na papierze ukaże się w Śląskich Studiach Polonistycznych. Tekst został zamówiony przez kwartalnik Fabryka Silesia, ale się nie spodobał ('nie na temat'). No cóż - dzięki temu zamiast w jednym niszowym piśmie, ukazał się w dwu :)

Za chwilę powinien się ukazać nowy numer Aspen Review Central Europe z moim (dość krytycznym) tekstem o idei 'smart city'; a w lewicowo-katolickim Magazynie Kontakt również za chwilę wywiad ze mną o re-industrializacji (w nim też przywołuję Jungera).

Za trochę ponad tydzień, jeśli ktoś będzie w Krakowie zapraszam na dyskusję 'Dobra Przemoc'.

No i to na razie tyle. Na uczelni moi studenci oddają projekty, szaleństwo ocen i przygotowań do wizyty zewnętrznych egzaminatorów i do naszej re-industrializacyjnej konferencji. Gdy wszystko ucichnie, znowu się odezwę.
18:26, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (1) »
sobota, 25 maja 2013
712. miasto, assemblage i popiół
Miasto konstytuują instytucje i to, co pośredniczy. Sieci elektryczne, instalacje kanalizacyjne, drogi... Jedziemy tym samym autobusem, pijemy kawę w tej samej kawiarni, siadamy na tej samej ławce. Nie znaczy to przecież, że musimy się zaprzyjaźnić, ale - jeśli akurat nam się zechce - możemy. Jednak to właśnie to co pomiędzy daje nam wolność niezaangażowania, niewchodzenia w bliższe interakcje, daje nam przywilej pozostania ze sobą na dystans. To jest miasto, miasto, które wyzwala z klanowych więzów, z tego co plemienne, co przed-miejskie.

Assemblage jest niemiejski. To banda internetowych trolli, która zbiera się jak muchy nad ciastkiem, bez odpowiedzialności, bez tożsamości, po to by się nażreć i defekować. Oczywiście, assemblage nie jest tylko zły, ma w sobie gwałtowność i pierwotną siłę zamieszek, ma potencjał rewolucyjnego wybuchu, ale to jest regres, to jest natura, assemblage niczego nie buduje (choć może - gdy proces jego powstawania jest dobrze zmanipulowany - być wykorzystany do budowy i do niszczenia, do zainicjowania rewolucyjnej zmiany).

Awantura, jaką sprowokowałem (nie do końca z premedytacją) na fb moimi wątpliwościami w stosunku do 'Marszu Szmat', pokazała kilka rzeczy. Po pierwsze, mimo tego, że SlutWalk jest (jak napisał Łukasz) 'franczyzą' i na świecie zarówno wśród środowisk lewicowych jak i feministycznych stosunek do tej formy manifestacji nie jest wcale jednoznaczny, to właśnie w Polsce (gdzie na dodatek 'slut' zostało przetłumaczone jako 'szmata', a nie - jak sugerowało kilkoro komentatorów na przykład jako 'zdzira', a więc przyjęto słowo które tylko poniża i uprzedmiotawia, zamiast słowa, które zawiera w sobie agresywne wyzwanie rzucone konserwatywnemu społeczeństwu) nie można na ten temat dyskutować. W Polsce można tylko 'Marsz Szmat' bezkrytycznie popierać, albo jest się zwolennikiem gwałtów, prawicowym barbarzyńcą. 'Dyskusja' pod moją niewinną w sumie notką - która doprowadziła, ku wyraźnemu zadowoleniu co niektórych - do deklaracji ABR o wycofaniu się z publikowania felietonów, ujawniła niesamowite wręcz pokłady nienawiści, które przez środowiska lewicowe (a w każdym razie uznające się za takie) uwalniane są z porażającą łatwością.

Owi lewicowi arbitrzy elegancji dobrze wiedzą, kto na przynależność do ich klanu zasługuje, a kto nie.



Ta 'dyskusja' pokazała, że łatwo jest robić krzywdę (ja też żałuję jednego słowa, którego mogłem nie użyć), łatwo jest niszczyć, bardzo trudno rozmawiać i budować. Ta 'dyskusja' pozostawiła po sobie popiół i obrzydliwy posmak w ustach, którego niełatwo będzie się pozbyć.

Przed-miejskie, naturalistyczne, plemienne nawalanki są wszystkim tym, czemu zaprzecza miasto. Plemię wyznacza granicę - kto z nami, kto przeciw nam. Nie ma tu miejsca na niezaangażowanie, nie można być poza, nie można nie mieć zdania. To jest wojna i nikt nie pozostanie nieporaniony.

Powtórzę więc deklarację, która złożyłem dawno temu w tekście 'Urbanizm jako ideologia?' - bardziej niż lewicowcem czy prawicowcem, jestem 'urbanistą' (jednak w innym znaczeniu, niż używane powszechnie), bo urbanizm to myśl i praktyka przyszłości. Praktyka, która daje wolność, również wolność do bycia razem.

[Problem tylko w tym, że po tej 'dyskusji' pozostało bardzo niewielu ludzi, z którymi chcę być razem... Jestem 'miejski' również w tym sensie, że nie chcę mieć z wami nic wspólnego - choć wciąż będziemy jeździć tym samym autobusem i pić kawę w tej samej kawiarni.]
19:40, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (5) »
sobota, 11 maja 2013
711. koniec ruchów miejskich?
Rozpad stowarzyszenia My-Poznaniacy (My-P) jest - być może - symbolicznym znakiem, że polskie ruchy miejskie (RM), które dopiero co zaczęły zdobywać samoświadomość, właśnie umarły. Wiem, że to ryzykowna hipoteza, która pewnie wielu miejskich aktywistów oburzy, ale być może nie jest ona pozbawiona podstaw...

Mimo głosów przypominających o stowarzyszeniach zajmujących się od wielu lat różnymi miejskimi sprawami (na przykład kwestiami dotyczącymi rowerów), przyjmuje się, że RM zaczęły w Polsce zyskiwać na znaczeniu około roku 2007-8. RM bowiem są czymś więcej niż tylko grupą aktywistów zajmujących się jakąś konkretną kwestią, konkretnym problemem. Stowarzyszenie My-P (a wcześniej Porozumienie Społeczne My Poznaniacy) było takim archetypicznym RM, który narodził się z grupek protestujących przeciwko/walczących o partykularne sprawy i który potrafił połączyć je w ogólnomiejską narrację. Ten zakładany uniwersalizm jest fundamentalną cechą konstytuującą RM, która równocześnie sprawia, że jest on w rzeczywistości bytem niemożliwym.

Już sama nazwa - My Poznaniacy - zawiera w sobie niemożliwą do spełnienia obietnicę powszechności i jedności. RM są z zasady nie tylko a-polityczne, ale wręcz anty-polityczne (to najwyraźniej taka polska karma - pre-polityczna Solidarność, apolityczne Komitety Obywatelskie...). Milcząco zakładają, że istnieje jakiś ideał miasta, jakaś cudowna homeostaza, uzyskiwana w drodze racjonalnych negocjacji - ale nie tylko negocjacji pomiędzy mieszkańcami (stąd możliwy byłby skok w polityczność), ale negocjacji oświecanych światłem prawdy o owym "idealnym mieście". Ta wiara w idealny wzorzec (kiedyś istniejący na mitycznym Zachodzie, a dziś będący hybrydą Kopenhagi i Kurytyby) w połączeniu z pewną naturalną anty-instytucjonalnością/demokratycznością daje RM poczucie moralnej wyższości nad (każdymi) władzami miasta. Ten łatwy podział - złe władze miasta (i nie ma tu ironii - najczęściej władze miasta rzeczywiście są złe) i dobrzy mieszkańcy, reprezentowani/wysłuchiwani/mobilizowani przez ruchy miejskie jest ich (ruchów miejskich) elementem konstytuującym.

Na marginesie warto chyba zauważyć, że My-P wcale nie są typowym polskim ruchem miejskim. Po pierwsze, startując w wyborach odważyli się zakwestionować swą apolityczną "niewinność", po drugie (i to chyba nawet mocniej wpłynęło na ich los) My-P było zakładane przez zupełnie inne pokolenie (pamiętające Solidarność i PRL), niż pozostałe ruchy miejskie w większości polskich miast.

W swoim tekście 'Polityka jest miejska' (na tytuł, jako autor 'Miasta jako idei politycznej' oczywiście patrzę z sympatią ;) Przemysław Filar podąża za Benjaminem Barberem w wierze, że "Stoimy w pół drogi do nowego świata, który będzie federacją miast a nie narodów", wieszcząc nowe idee, które ruchy miejskie wniosą do zapleśniałego świata partyjnej polityki. Problem w tym, że polskie ruchy miejskie żadnych nowych idei do polskiej polityki nie wniosły. Och, oczywiście, okazały się skuteczne w kopiowaniu idei wymyślonych gdzie indziej - takich jak budżet partycypacyjny (warto przypomnieć, że chyba pierwszym w Polsce jego poważnym prorokiem był nieżyjący już anarchista, Rafał Górski), czy bezpłatnego transportu publicznego - ale same z siebie intelektualnie okazały się dość jałowe.

Jedyną chyba ciekawą ideą, była koncepcja narracji konkretnej sformułowana przez Lecha Merglera. Niestety, to co mogłoby teoretycznie wyrosnąć w ciekawy model myślenia o mieście, miejskiej organizacji i polityce, okazało się w przypadku My-P jedynie taktyką. (W "Dziurach w Całym" oczywiście inspirowałem się tym pomysłem pisząc o "prawdzie opowieści" oraz o "granicy/instytucji".)

Ruchy miejskie rościły (roszczą?) sobie pozycję monopolisty - tylko one wiedzą, jaka powinna być "słuszna" miejska polityka. W Poznaniu pojawiły się dwa różne stowarzyszenia, które zgłaszają to samo roszczenie. To musi spowodować albo ich upolitycznienie - co wydaje się już następować - albo upadek. Tak czy siak, idea ruchu miejskiego z jego a-politycznym roszczeniem do uniwersalizmu właśnie się kończy.

Unikanie polityki prowadzi do jałowego technokratyzmu, który widać w wypowiedziach zarówno 'staro-nowych' My-P jak i 'rozłamowców'. Co ciekawe, Andrzej Białas (były szef My-P a dziś szef Prawa do Miasta) przyznaje, że miasto się zmieniło, ale nic z tej zmiany w gruncie rzeczy ani dla niego, ani dla jego nowego stowarzyszenia nie wynika - mówią w zasadzie o tym samym, o czym mówili przez ostatnie lata. Lech Mergler z pewnym żalem przyznaje, że wiele z tego co My-P mówili, zostało przez władze przyjęte i strywializowane. Co oczywiście powoduje, że jedynym programem może być "będziemy robić to samo co władze, tylko lepiej, sprawiedliwiej, uczciwiej".

Czy więc nie ma nadziei i musimy wrócić do starej i sprawdzonej polityki partyjnej (w ramach neoliberalnego paradygmatu TINA)? Wydaje się, że nie ma innego wyjścia. Teoretycznie istnieją oczywiście inne drogi (choćby ta, o której pisałem w 'Dziurach...', a w uproszczonej wersji pisałem o tym tu), i możliwe jest inne, nie-schmittiańskie rozumienie polityki, ale nie wydaje one się w Polsce możliwe. Ruchy miejskie potrafiły przeszczepiać rozwiązania sprawdzone i przetestowane gdzie indziej, nie miały jednak ani siły ani odwagi, ani najwyraźniej potencjału, by nowe, niesprawdzone nigdzie idee kreować i próbować testować (bo tylko poprzez testowanie mogłyby one przybrać realne formy). Kongres Ruchów Miejskich pozostanie zapewne efektywną siecią wsparcia i wymiany informacji, jednak obawiam się, że niczym więcej. Intelektualna słabość i niezdrowa ostrożność spowodowały, że śmierć nadeszła niemal zaraz po urodzeniu. Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej...
---
[dopisane w odpowiedzi na komentarz Artura Celińskiego na fb]
Oczywiście RM nie znikną ot tak, puf! po prostu przekształcą się w coś co już RM z jego uniwersalistycznym roszczeniem być przestanie. Wydaje mi się, że są możliwe trzy drogi (zawsze trzy):
- RM pozostaną merytorycznym zasobem ludzi i idei, wykorzystywanym instrumentalnie (na co narzeka Lech Mergler) przez władze i partie polityczne. Nikt nie kwestionuje, że prawdziwi eksperci, ludzie, którzy naprawdę znają się na mieście są właśnie w RM. Problem w tym, że skuteczność ich działania jest zawsze z 'drugiej ręki', to inni realizują ich pomysły
- RM przekształcą się miejskie partie (lub jedną ogólnopolską partię miejską, co jednak wydaje się niemal niemożliwe), tak jak przekształciliby się prawdopodobnie M-Py, gdyby się nie rozpadli.
- RM zredukują się do NGOsów działających w obrębie jakiejś określonej tematyki, jakiejś puli problemów lub lokalnych nieformalnych inicjatyw walczących o skwer czy plac zabaw.

Wszystkie te scenariusze mają swoje zalety, wszystkie jednakże zakładają powrót w utarte koleiny działań i w znane formy. Nadzieja na 'nową politykę' czy 'nowe miasto' (w sensie radykalnej zmiany, a nie lekkiego ucywilizowania tego co jest) nie znajdzie tu swego spełnienia.

Chyba że, ta nadzieja nigdy nie była w ofercie, polskie RM miały w ofercie po prostu trochę więcej demokracji, trochę mniej korupcji, trochę więcej ścieżek rowerowych. To jest horyzont ambicji klasy średniej z ambicjami (która najwyraźniej nie zauważyła kryzysu roku 2008), wyznaczanym dziś w Polsce przez dziennikarzy zafascynowanych Janem Gehlem, którzy prawdopodobnie jak Zuzanna Ziomecka uważają, że jeśli nie mamy pracy, to w zamian powinniśmy być szczęśliwi, a jeśli nie mamy gdzie mieszkać to powinniśmy cieszyć się parkiem:  "...tworząc deptaki, ścieżki rowerowe i parki, można im zaoferować powrót do życia" (na ten temat więcej TU). Jeśli tak, to oczywiście Artur Celiński ma rację i RM odniosły i odnoszą spektakularne sukcesy i o żadnym końcu mowy być nie może. Tyle tylko, że tu może nie potrzeba RM, wystarczy kilku ekspertów (wywodzących się z KRM) i dziennikarzy?
00:57, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (7) »
niedziela, 05 maja 2013
710. nie chce mi się w wami gadać

Przywódca dużego ugrupowania autonomistów (do niedawna współrządzącego jednym z polskich województw) pisze na fb: 'Tea Party - tak, Occupy - nie' i 'że nie ma darmowych obiadów' i 'rząd nie ma swoich pieniędzy'. I nawet nie chodzi o ten absolutnie powszechny w Polsce korwinizm, który czasem mutuje w prześmieszne, wewnętrznie sprzeczne wersje ("Niskie pensje. W Polsce pracownik międzynarodowej korporacji zarabia cztery razy mniej niż w tej samej w Niemczech. Biurokracja. Jak chcesz załatwić pozwolenie na budowę domu czy założyć firmę, musisz uzbierać skrzynię papierów. Jedne z najwyższych podatków w Europie. Tragicznie niskie zasiłki dla bezrobotnych i samotnych matek."). Już prędzej chodzi o fakt, że gdy przyjmuje się barbarzyńską wersję liberalizmu, to jedynym spoiwem politycznej podmiotowości pozostaje ekskluzywny nacjonalizm. To, co mogłoby być ciekawym ruchem regionalnym, próbującym wymyślić 'inkluzywny nacjonalizm' w szkockim stylu, stacza się w nową wersję polskiej Narodowej Demokracji.

A jednak jest to już dyskusja, jakaś wymiana poglądów i argumentacja. Gdy jednak ktoś podsumowuje tekst Łukasza tekstem "dobro wspólne, które polega na dobraniu się do kieszeni podatnika", to nie chcę mi się dłużej gadać. Bo nie ma o czym. Wystarczy przeczytać umiarkowanie uważnie, z umiarkowanie dobrą wolą, o czym Łukasz pisze, by zrozumieć (co zresztą pokazują komentarze Petrosa pod tekstem), że dyskusja o 'dobru wspólnym' daleko wykracza poza banalny podział "etatyzm - wolny rynek". W Polsce - jak już komuś nie chce się czytać więcej - wystarczy na dobry początek odwołać się do katolickiej nauki społecznej, by zobaczyć, że sprawa nie jest tak prosta i zamknięcie jej w partyjnych podziałach lewica-prawica jest po prostu kłamstwem. Idee 'ekonomii trynitarnej' (cokolwiek byśmy na ich temat myśleli) proponowane przez środowisko Pressji, pokazują, że i na prawicy są ludzie, którzy myślą szerzej i głębiej. Ba! Oprócz "poważnej" (intelektualnej) prawicy, podobnie nie-prymitywne stanowisko (w tej kwestii, w innych już tak ładnie to nie wygląda) zajmują środowiska narodowo-rewolucyjne (określane też - chyba słusznie - jako faszystowskie), jak włoski ruch CasaPound, (czy polscy "autonomiczni nacjonaliści"), który buduje alternatywne instytucje społeczne, traktując skłoting jako ważne narzędzie polityczne.

W moim wykładzie (na co zwrócił uwagę Łukasz), oprócz Róży Luksemburg i greckich skłotów, przywoływałem i Georgesa Sorela, i klasztory, i rodzinę. Dyskusja o dobru wspólnym, nakłada się bowiem na dyskusję o politycznej podmiotowości (i na kilka innych dyskusji) i jako taka wykracza poza doraźny aktywizm i partyjniacką politykę.

Prawdą jest, że dziś mniej chętnie niż kiedyś wdaję się w dyskusje z głupcami. Dyskusja zakłada bowiem chęć - jeśli nie przekonania, bo to nie jest konieczne - to na pewno dowiedzenia się czegoś, zrozumienia i poznania. Często jest to chęć spojrzenia na siebie i swoje poglądy z innej strony. Dyskusja, dialog, rozmowa - to sposób istnienia. Pyskówka z głupcami (z lewicy, prawicy czy z kosmosu), których nie stać na krytyczną refleksję, to strata czasu. Nie chce mi się w wami gadać.

____
Przy okazji trochę autopromocji - wywiad o książce 'Holes in the Whole', pogłębiona recenzja (w języku portugalskim), oraz wykład o re-industrializacji:

___

12:11, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (8) »
środa, 01 maja 2013
709. niech się święci 1 maja!
Dyskusja dotyczy tego, w jaki sposób może dziś powstać zbiorowy podmiot polityczny. Jak w społeczeństwie jednostek, w społeczeństwie, które nie wierzy w społeczeństwo można 'być razem' i 'działać (politycznie) razem'. Najprostsze rozwiązania ma prawica - naród, wspólnota religijna... odwołać się do tego co jest. Może jest ledwo ledwo, może i jest zdegenerowane, ale istnieje realnie. Samo w sobie nie byłoby to tak straszne, gdyby nie fakt, że immanentną cechą tak budowanej wspólnoty jest ekskluzywizm. Teoretycznie religia (szczególnie 'katolicka' a więc odwołująca się do tego co powszechne) mogłaby nie być taka, niestety, łatwiej zarządzać fanatykami, niż ludźmi krytycznymi. Kościół więc wybrał związek z prawicą. Ten flirt ma zresztą długą historię - w zasadzie zawsze kościół hierarchiczny wybierał zamordystów przeciw rewolucjonistom. Z sympatią patrzę na 'lewicę chrześcijańską', obawiam się jednak, że to jest projekt niemożliwy do zrealizowania (ale chętnie zmienię zdanie!). Z narodem sprawa jest jeszcze bardziej oczywista - bardzo łatwo jest wyznaczyć granicę pomiędzy 'my' i 'oni' (i przesuwać tę granicę według upodobań). Budowanie podmiotu politycznego w oparciu o naród jest więc z zasady wyłączające. Wiara w 'lewicę patriotyczną' jest - obawiam się - mrzonką.

Z drugiej strony mamy liberałów, którzy po prostu zarządzają 'społeczną masą upadłościową'. Społeczeństwo jest słabe, nie wierzy, że w ogóle istnieje, cóż więc prostszego niż do tej nie-wiary się odwoływać? Szczególnie, że ci, którzy wierzą (czy to w naród czy boga) są tak przerażający? Liberałowie jednak produkują barbarzyńców, nie liczących się z innymi ludźmi, ogarniętych obsesyjnym egocentryzmem. Liberalizm i prawica to dwie strony tej samej monety - "Kto jednak nie chce mówić o kapitalizmie, powinien także milczeć o faszyzmie", jak głosi jednej z bardziej popularnych cytatów z Maxa Horkheimera.



Chętnie więc będę nawoływał do tego by 'wziąć historię w swoje ręce' ale nie bardzo widzę tego, kto mógłby to zrobić.
Wyzwaniem dla lewicy jest nie tyle odkrycie, co zbudowanie zbiorowego podmiotu politycznego, który będzie z jednej strony inkluzywny, z drugiej wystarczająco samoświadomy by domagać się (i wziąć!) władzy.

Pisząc i mówiąc o 'interfejsach' próbuję do pewnego stopnia przezwyciężyć brak podmiotu, proponując konstruowanie spoiwa (a właściwie 'spoiw', bo to jest zawsze liczba mnoga), które różne 'resztki' oraz 'mimowolne zgęstnienia' tkanki społecznej mogłyby ze sobą związać. Tak, to jest jakaś wariacja na temat liberalnych instytucji,  tak, to jest do pewnego stopnia 'rozpaczliwy' albo 'prowizoryczny' projekt 'odgórnej rewolucji', moje myślenie ma również korzenie w zasadzie pomocniczości... Można więc krytykować go na różne sposoby i z różnych stron. Być może nawet nie jest on wcale projektem lewicowym (ja mocno wierzę, że jednak jest). Mimo wszystkich zastrzeżeń, będę się jednak go trzymał, choćby dlatego, że niczego bardziej przekonującego nie widzę (a z narodem i religią już kiedyś flirtowałem, i wolałbym do tych czasów nie wracać... mimo wszystko).

Cóż, może bez zbytniej euforii, ale jednak Niech Się Święci 1 Maja!
Wszak (choć nie jestem Marksistą) to zdanie jest mi bliskie:
"We must believe in the Principle of Hope. A Marxist does not have right to be a pesimist."

08:56, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67