|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
A oto autor
Blogi
Inne
Moje
Napisz do mnie
![]() This work is licenced under a Creative Commons Licence |
czwartek, 19 listopada 2009
324. sieć zabiła rewolucje
"These new cognitive workers have more power than was possessed by technicians over material capital, because they are no longer reducible or controllable by means of the weight of capital" (Yann Moulier-Boutang) Problem w tym, że w społeczeństwie sieci w jakim dziś przyszło nam żyć, każdy 'cognitive workers' jest zastępowalny. Internet został stworzony by przetrwać atak nuklearny, społeczeństwo sieciowe jest odporne na rewolucje.
wtorek, 17 listopada 2009
323. antyliberal?
Moi studenci 3 roku robią projekt szkoły. Dopiero zaczynają, więc rozmowy jeszcze na sporym poziomie ogólności. Pytam trzech chłopaków - określcie proszę jednym słowem wasze podejście do tego projektu. Usłyszałem: hierarchia indywidualność porządek ...coś czuję, że będzie się działo... A na portalu Kultura Liberalna dyskusja (kolejna) o zainteresowaniu miastem i fenomenie miejskich aktywistów. Między innymi jest tam i moja wypowiedź.
niedziela, 15 listopada 2009
322. kupiłem bilety
Będę w Polsce w grudniu. 3 grudnia na zaproszenie Małopolskiego Instytutu Kultury i Projektu Miejskiego będę w Krakowie. 4 grudnia będę w Warszawie na konferencji 'Wartościowanie Współczesnej Przestrzeni Miejskiej' gdzie wezmę udział w Panelu Twórców (pod hasłem: O co i jak grać w miasto?) wraz z: dr Czesławem Bieleckim, dr Krzysztofem Chwalibogiem, prof. dr hab. inż. arch. Sławomirem Gzellem, prof. dr hab. inż. arch. Konradem Kucza-Kuczyńskim... Wielkie Nazwiska i ja, mały miś. Panel będzie prowadziła Magdalena Staniszkis, która kilka dni temu przysłała mi mejla z pytaniem o czym chce mówić. Odpisałem że chcę poruszyć trzy kwestie: - niezgoda na język w jakim sformułowany jest tytuł Panelu ('gra w miasto') - 'starchitecture culture' / architektura dla onanistów - co zamiast cynizmu? Mam nadzieje, że nie wykreślono mnie z listy mówców... ;)
sobota, 14 listopada 2009
321. urban sprawl po polsku
Z lekkim poczuciem wyższości zwykle mołnuję moim brytyjskim studentom na brytyjskie budownictwo i brytyjskie (nie) miasta. Na blogu Polandian widok z drugiej strony: "Polish “developers” need little encouragement beyond a narrow muddy track leading absolutely nowhere, preferably into the middle of a field of crops or a forest. Follow this with a casual discussion in the bar and you have the beginnings of ‘Tomasz Trump IV’. TT IV – “No, jak tam, stary!” MATE – “Soohigh, dude! Moj kumpel, Marek, kupalowałesz fajne teren agricultoraliczny na tam ten pole blisko moja babcia. Wiesz! On ma tylko 1,500 metre quadratowy i budowaliśmyczjyzny 58 domki. Bliżniaki, oczywiszcze. Mały kurdupoły domki ale ludzie bardzo lubi tego domki i on sprzedawały sie jak ciepłe bułeczki! Teraz on ma Range Rowera, wakacja na Bali i wszystki najlepsze sprzet AGD, nawet expres do kawy!” TT IV – “Kurde! Ja tesz chce expres do kawy. Znam pole ktory ma malutki pierdolowy droga. Do roboty!” Such are the beginnings and before you can say “O co chodzi?” something looking for all the world like a set for Coronation Street has appeared in the centre of a very large field somewhere on the edge of Łomianki. Surrounded by nothing but crops, served by only a mud track, the electrical supply provided by a set of jump leads hooked onto a nearby overhead line. Like a powerful lighthouse it flashes its message to all passers by “Look what a fellow Pole did. He got rich and now drives a Range Rowera. And you…..loser??!”" Cały wpis niewiarygodnie śmieszny - polecam!
piątek, 13 listopada 2009
sobota, 07 listopada 2009
319. Slavoj Žižek i Sharon Athena na plaży w Barcelonie
![]() Najnowsza książka Slavoja Žižka 'First as Tragedy, then as Farce' kończy się słowami: "...do not be afraid, join us, come back! You've had your anti-communist fun, and you are pardoned for it - time to get serious once again!" i ten cytat nie powinien pozostawiać wątpliwości - tak, Žižek agituje za komunizmem (w Polsce to zdaje się już jest przestępstwem?). Książkę powinno przeczytać kilku populistyczno - prawicowych czytelników tego bloga, słoweński Brodacz stawia bowiem tezę, że jedyna prawdziwa alternatywa istnieje pomiędzy komunizmem a socjalizmem, że socjalizm nie jest 'krokiem na drodze do komunizmu' lecz jego jedynym prawdziwym, śmiertelnym wrogiem. Kto wie - może kilku z Was po lekturze Žižka przejdzie z obozu wielbicieli Faceta-Z-Muszką do obozu zwolenników Filozofa-Z-Brodą... ;) Jest w tej książce jeszcze jedna teza, która w moich uszach współgra z tym co pisałem na tym blogu od pewnego czasu. Žižek pisze o tym, że niemal wszyscy jesteśmy proletariuszami, jesteśmy "part of no-part", wszyscy jesteśmy wykluczeni. Wspomina o agambenowskim homo sacer i mimo tego, że podobno Agamben nie ma zastosowania politycznego, ten właśnie fragment jest moim zdaniem najsilniejszy w książce. Moja recepcja tezy Žižka jest bowiem egzystencjalna - bycie proletariuszem to potencjalne bycie homo sacer. To nie zabawa, to nie kwestia smaku czy kultury - tu chodzi o życie. O to, że nasze istnienie jest zagrożone. Przez ostatnie dziesiątki lat europejski model socjalny dawał pewność, że jeśli coś nam w życiu nie wyjdzie, to istnieje państwo i jego służby, które nie pozwolą nam zginąć. Możemy oczekiwać bezpłatnej opieki medycznej, zasiłku dla bezrobotnych czy wręcz subsydiowanego mieszkania. I choć wciąż te zabezpieczenia istnieją, to ich kruchość napełnia trwogą. Priorytety kapitalistycznych rządów są przecież oczywiste - dofinansować banki, obciąć wydatki socjalne. Jak pokazał Berlusconi, stan wyjątkowy wprowadza się zadziwiająco łatwo Žižek nie oferuje w swojej książce pocieszenia, nie przekonuje że historia jest 'po naszej stronie'. Dokładnie przeciwnie - historia jest przeciwko nam. Naszym przeznaczeniem jest zginąć, zostać zmiażdżonymi i wykorzystanymi. I właśnie w akceptacji nieuchronności tego przeznaczenia tkwi wezwanie do aktu 'nieracjonalnej' wolności. Sharon Athena, jedna z moich ulubionych bohaterek Battlestar Galactica, jest piękną (choć trochę naiwną - ale niech nikt nie próbuje zabrać mi prawa do naiwności!) ilustracją takiej niewykalkulowanej wolności. Bohaterką, która wygrywa. Jako jedna z niewielu (uwaga spoiler) dostępuje łaski dobrego, spokojnego życia. Życia odartego z heroizmu, życia wśród tych których kocha i którzy ją kochają. Siedząc na plaży w Barcelonie celebrowałem swoją tymczasowość, to że istnieję tu i teraz. Przez ten moment, mgnienie oka moje istnienie było pewne i stabilne, wyrwane z kapitalistycznej maszyny efektywności, produkcji i zysku. Siedziałem bezużytecznie i bezproduktywnie, lecz nie siedziałem sam. Bycie poza kapitalizmem, nie oznacza koniecznie bycia poza wspólnotą. Bezproduktywność nie jest oczywiście programem, bezużyteczność nie jest bronią. Epifania plaży w Barcelonie mówi o czymś innym...
piątek, 06 listopada 2009
318. zamiast architektury
Wróciliśmy z Barcelony. Zaraz pojawi się dłuższy wpis, teraz tylko jedno zdjęcie kawałka ściany (foto: KBN): ![]()
czwartek, 05 listopada 2009
317. w obcym języku
Na łotewskim portalu architektonicznym wywiad z autorem tego bloga. Google translator does its job...
niedziela, 01 listopada 2009
316. mój dom gdzie serce moje?
Mój brak zainteresowania architekturą i budynkami jest powszechnie znany. Nikomu to w mojej szkole architektury nie przeszkadza - w końcu od początku wiedzieli kogo zatrudniają. ![]() (workshop in Riga, photo from: http://www.andrejsala.lv/73/2238/)Gdy jednak ową niechęć do architektury zaczynają podzielać nasi studenci ja sam zaczynam mieć wątpliwości. Gdy poprawiałem pierwszy projekt naszej magisterki, "at home in the city" uderzyło mnie jak nieistotna jest dla studentów fizyczna przestrzeń. Liczą się ludzie, liczą się idee, ale nie miejsca. Miejsca - niemal w każdym przypadku są konstruowane. Jedną z bardziej interesujących ścieżek wskazał jeden ze studentów twierdząc, że zmiana (odejście od 'miejsca') bierze się z utraty związku pomiędzy miejscem a pracą. Bardzo ładny marksistowski (oraz deleuzjanski) trop - ponieważ nie jesteśmy już (w większości) związani z ziemią jako przedmiotem naszej pracy (bo już tylko kilka procent z nas, mieszkańców krajów Zachodu zajmuje się rolnictwem) to i związek pomiędzy lokalnością a poczuciem 'bycia u siebie' obumiera. Inni proponowali nawet ciekawsze, i prawdopodobnie bardziej kontrowersyjne ścieżki - twierdząc na przykład, że zawłaszczenie przestrzeni (fizycznej i symbolicznej) przez globalne korporacje gwarantuje poczucie ontologicznego bezpieczeństwa - McDonalds w Pekinie jako schronienie? Gdyby to było tylko kilku z nich, można by uznać że to przypadkowa zbieżność idei. Ale to dotyczy prawie wszystkich studentów z którymi mam do czynienia. Nie jest jednak tak, że ci ludzie nie są zakorzenieni i że tego zakorzenienia nie potrzebują. Owo ontologiczne bezpieczeństwo jest dla nich kluczowe, reterytorializacja jest nieunikniona - nie zapewniają oni i one go sobie poprzez przynależność do konkretnego miejsca, określonej przestrzeni, co raczej poprzez wpięcie się w określoną sieć zależności. Ich miejsce na Ziemi jest uważnie konstruowane na różnych poziomach rzeczywistości. Ten brak zainteresowania miejscem, stabilną fizycznością przekłada się na brak zainteresowania moich studentów architekturą w klasycznym tego słowa znaczeniu. To nie tylko jest odrzucenie heiddeggerowskiego dyskursu domu, ale również neoliberalnych zabaw starchitektów - budynki znaki, ikony budzą u moich studentów niesmak. Budynki których nikt nie rozumie, które są jednorazowym gestem rozdętego ego nie mają dla nich znaczenia. Czekam na rewoltę. Na rekonkwistę. Na nowe znaczenie, nowy sens jaki architektura i przestrzeń może mieć. Kto wie, może moi studenci będą częścią kontrrewolucji. Część pierwszą - negację - już zaczęli. Teraz czas na część drugą - afirmację...
piątek, 23 października 2009
315. błagając o alternatywę...
Nasi studenci (Master in Architecture - M.Arch) pracują nad dwoma projektami - M.Arch. rok 1 wzięli na warsztat tereny Millbay w Plymouth, M.Arch. rok 2 tereny Andrejsali w Rydze. Ten drugi projekt powstaje w kontekście masterplanu, który za spore pieniądze przygotował Rem Koolhaas i jego słynne biuro OMA ![]() Pierwszy (Millbay) powstaje również w kontekście planowanej regeneracji. Oczywiście - to tylko studenckie projekty, nieistotne wprawki... a raczej byłyby nimi, gdyby nie obecna sytuacja ekonomiczna. W obu bowiem przypadkach 'oficjalne' plany nie mają szans na realizację. Oczywiście - nikt tego jeszcze oficjalnie nie przyzna, lecz to co słyszymy gdy mikrofony są wyłączone jest jednoznaczne - to błaganie o alternatywę. Oba te projekty przyjęły wzrost za pewnik. Zarówno wzrost gospodarczy jak i wzrost populacji. Ten drugi jest oczywistą ułudą (w Rydze populacja kurczy się w tempie 10 tysięcy na rok, w Plymouth rosła przez ostatnie lata w tempie 1 tysiąc rocznie - o wiele za mało by ambicje miasta mogły się ziścić), ten pierwszy jest coraz bardziej wątpliwy. Wątpliwości na temat nieograniczonego wzrostu nie są niczym nowym (pisałem o tym w notce którą wyciągnęłem z szuflady) lecz dziś zaczynają mieć wpływ na politykę - jak słynny plan administracji prezydenta Obamy 'shrink to survive'. Oba wspomniane przeze mnie projekty przyjęły za źródło swego finansowania wzrost wartości gruntów i nieruchomości. Mówiąc wprost - były ufundowane na spekulacyjnej bańce. To już nie działa (wiem, powtarzam się). Bardzo ciekawe są dodatkowe motywy i uwarunkowania tych projektów - przede wszystkim niezwykle silne lobby wspierające projekty infrastrukturalne. Na ten temat od dawna wyrażałem swoje wątpliwości, podając za przykład tereny dawnego NRD, w których nową infrastrukturę włożono setki miliardów euro i z których wyjechała 1/3 ludności - przede wszystkim młodych, wykształconych ludzi. Nie sposób nie wspomnieć tu o katowickiej obsesji o której już kilka razy pisałem - najpierw chciano tam zabudować centrum tysiącami metrów kwadratowych nowych powierzchni biurowych, dziś chce się uzyskać kilkanaście hektarów poprzez włożenie pod ziemie istniejących torów kolejowych. Wielkie infrastrukturalne projekty, które oprócz ambicji ich zwolenników i pomysłodawców nie mają żadnego sensu. Nie mają też żadnych szans na realizację. (trudno się powstrzymać by nie użyć wulgaryzmu na określenie tego do czego tych projektów używają katowiccy architekci, dziennikarze i politycy - produktywność tej aktywności jest dokładnie taka sama). Wiatr się zmienia. Jeszcze tego nie widać na powierzchni, jeszcze wciąż pustkę po wirtualnych pieniądzach spekulacyjnej bańki rządy zalewają produkowanymi przez siebie pieniędzmi, ale błaganie o alternatywy słychać coraz głośniej. I one zaczynają powoli kiełkować. Niestety nie w Polsce, zdecydowanie nie w Katowicach. Peryferyjność polega przede wszystkim na braku samodzielności w myśleniu, w możliwości pomyślenia innej drogi. Peryferie kopiują rozwiązania i idee przychodzące z centrum, lecz czynią to z opóźnieniem i w sposób dla siebie szkodliwy. Czasem jednak Centrum testuje na peryferiach nowe idee - wtedy jest szansa doskoczenia do Centrum (z której w swoim czasie skorzystały Chiny). Ponieważ jednak w Polsce kryzysu podobno nie widać, więc i szukaniem alternatyw nikt się nie kłopocze. Zamiast tego powtarzane są stare błędy - i to właśnie wystawia takim miastom jak Katowice (a przede wszystkim jego 'elitom') jak najgorsze świadectwo. |