Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
środa, 30 stycznia 2008
98. W jak Warszawa (w Berlinie ;)

Fundacja Bęc Zmiana prezentuje/presents:
W (is for Warsaw)
release party, 9.02.2008, 8 p.m.
Galerie Magazin, Lindenstrasse 35, 10969 Berlin


-----------------------------------------------------------
W
Is it true that the further away you stand, the more you see?
Can Warsaw be seen from far away? From how far?
What comes to mind when you think of Warsaw?
Invited by us curator and art critic Sebastian Cichocki, architect Jakub Szczęsny and urban planner Krzysztof Nawratek asked artists, atchitects and theorists from all over the world to make their own statements on Warsaw. We did not look for descriptions of reality or simple associations. We searched for intuitions, clouds of afterimages, traces of overheard news, echos.
Bogna Świątkowska, The Bęc Zmiana Foundation
 
W
Czy to prawda, że im dalej stoisz, tym więcej widzisz?
Czy widać Warszawę z daleka? Z jak daleka?
Co przychodzi do głowy, gdy myśl trafia na Warszawę?
Zaproszeni przez nas kurator i krytyk sztuki Sebastian Cichocki, architekt Jakub Szczęsny oraz urbanista Krzysztof Nawratek, zwrócili się do artystów, architektów i teoretyków miasta z całego świata, o wypowiedzi odnoszące się do Warszawy.
Nie szukaliśmy opisów rzeczywistości, ani prostych skojarzeń. Szukaliśmy przeczuć, mgły powidoków, pogłosu zasłyszanych wiadomości, echa.
Bogna Świątkowska, Fundacja Bęc Zmiana

-----------------------------------------------------------
*WARSAW DOES NOT EXIST is an exhibition in the form of a book. Invited artists, both those who had never visited Warsaw, and those who remembered it from short, casual visits, have been asked to abandon their research methods and techniques in order to let their imaginations run wild when thinking about this particular Central Eastern city. They created their works in a very short time, skipping the usual procedures for projects on specific places (explored mainly by artists from outside)—interviews with residents, browsing through statistics, photographic documentation, collecting surveys, hours spent in archives and libraries. Instead, fictitious Warsaw guides used their lack of knowledge, basing chiefly on fabrications, dreams, speculations and gossip. As a result, we receive a peculiar compilation of tips for people travelling around an imagined city. A story about its backstreets, inhabitants, built and unbuilt architecture, its secrets and crawling nightmares.
 
*WARSZAWA NIE ISTNIEJE to wystawa jako książka. Zaproszeni artyści i dizajnerzy, zarówno ci, którzy nigdy w życiu nie odwiedzili Warszawy, jak i ci, którzy zapamiętali ją z krótkich, niezobowiązujących wizyt, poproszeni zostali o porzucenie badawczych metod na rzecz beztroskich fantazji o "pewnym mieście", leżącym "gdzieś" we Środkowo-Wschodniej Europie. Prace zrealizowane zostały w bardzo krótkim czasie, z pominięciem procedur towarzyszących projektom poświęconym pojedynczym miejscom (eksplorowanych zwłaszcza przez artystów z zewnątrz) - wywiadów z mieszkańcami, zgłębiania statystyk, dokumentacji fotograficznej, zbierania ankiet, wielu godzin spędzonych w archiwach i bibliotekach. W zamian za to fikcyjni przewodnicy po Warszawie użyli swojej  n i e w i e d z y, opierając się głównie na konfabulacjach, snach, domysłach, plotkach. Książka jest osobliwą kompilację wskazówek dla osób podróżujących po wyobrażonym mieście. To opowieść o jego zaułkach, mieszkańcach, wybudowanej i niewybudowanej architekturze, skrywanych tajemnicach i pełzających koszmarach.

-----------------------------------------------------------
part 1 Warsaw Does Not Exist* (Sebastian Cichocki)
Bas van Beek, Daniela Brahm, Pavel Büchler, Caner Büyükgökmen, Yane Calovski, Lawrence English, Cevdet Erek, Bjorn Hegardt, Little Warsaw, Rainer Ganahl, Scott Hayes, Hristina Ivanoska, Wolfgang Mahler, Antje Majewski, Nikoleta Marković, Marko Mäetamm, Hatake Nakemura, Ahmet Ögüt, Anu Pennanen, Khaled D. Ramadan, Markku Peltola, Sean Snyder, Nedko Solakov, Franziska Wicke, Florian Zeyfang
part 2 Capital  of the Universe (Krzysztof Nawratek)
Jacek Dukaj, Philippe Fayeton, Florian Koch
part 3 SYNCHRONICITY 1: No Hear, No See (Jakub Szczęsny)
Dorell Ghotmeh Tane Architects, Ecosistema Urbano, Elegant Embellishments, Husos, IwamotoScott Architecture, JHG Jorge Hernandez de la Garza, Kokkugia, Mass Studies, O-S-A, R.A.M.A.D.O.W.N., StudioBasar, Fabio Schillaci, Srdjan Jovanovic Weiss

Poszukujesz W? / Looking for W?
Galerie Magazin, Lindenstrasse 35, 10969 Berlin
Fundacja Bęc Zmiana, Radna 10, Warszawa, www.funbec.eu
5. berlin biennale 05.04. – 15.06.2008, part of Alphabeth project by Kronika: W (Warszawa), Instytut Polski, KunstWerke, etc.


Fundacja Bęc Zmiana
------------------------------
bęcbiuro: +48 22 827 64 62
radna 10, warszawa
www.funbec.eu 

14:51, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (8) »
niedziela, 27 stycznia 2008
97. miasto w kulturze
W sumie aneks do poprzedniego wpisu, ale też informacja marketingowa ;)

Ukazał się właśnie pierwszy numer pisma

Kultura Miasta, Miasto w Kulturze

W którym jest mnóstwo bardzo ciekawych tekstów (w tym jeden mój;)

Polecam!


09:08, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (3) »
sobota, 26 stycznia 2008
96. urbanistyczna krucjata ;)
W dzisiejszej Europie niezwykle interesujący wywiad z Wiesławem Chrzanowskim.
O tym, jak neoliberalizm wypłukuje wszystkie ideologie i wartości - również z katolicyzmu. O tym, że Kościół wrócił de facto na pozycje kulturowego spoiwa, stelażu próbującego podtrzymać rozpadające się społeczeństwo. Wrócił na pozycje podtrzymywania dominującego ustroju, a nie siły twórczej, siły która zmienia (przebóstwia? ewangelizuje?) świat.
Ale jak pokazał to w trzech wywiadach z ostatniej Krytyki Politycznej Sierakowski - żadna ideologia, ani konserwatywna ani socjalistyczna, żadna religia nie jest w stanie oprzeć się totalitarnej sile wolnego rynku.

Chrzanowski mówi też oczywistą nieprawdę, twierdząc że "I to poza Kościołem powstała koncepcja człowieka sprowadzonego nieomalże wyłącznie do jego seksualności." Bo to przecież Kościół właśnie sprowadził człowieka do ciała, ciała które ma produkować kolejne ciała. Czym innym jest katolicka nauka o małżeństwie, w której podstawową wartością jest płodzenie dzieci?
Czym innym jest obsesyjny regulacje dotyczące właśnie seksu i spraw intymnych?

Kościół stając się posiadaczem totalitarnej ideologii, próbując regulować ludzkie życie w najdrobniejszych szczegółach (a cóż innego jest wyznacznikiem totalitaryzmu?) czyni to poprzez dyscyplinę ciała i cielesności.

Kościół więc sam jest współwinny neoliberalnemu egoizmowi, egoizmowi ciała i pożądania.

Mój opór wobec atakowania Kościoła brał się stąd, że przeczuwam co będzie po-Kościele. Egocentryzm ("mój brzuch" feministek, "ja decyduje do której szkoły pójdzie moje dziecko" oraz "ja decyduje na co idą moje podatki " korwinistów) i skrajna indywidualizacja - tylko "ja" oraz "moje" - jest czymś co jest tak bardzo anty-miejskie, że bardziej się już chyba nie da. Chrzanowski potwierdza jednak, że Kościoła nie warto już bronić, bo Kościół utracił chęć obrony ludzi przed nimi samymi, ducha przed materią. Dziś może apostazja Tomasza Węcławskiego jest newsem jednego dnia, ale to finansowa potęga ojca Rydzyka fascynuje polskich biskupów.

Ponad ciałem i przestrzenią jest ideologia. Są mechanizmy, są relacje. To dominująca ideologia określa co uznajemy za dobre i właściwe, a co za złe, lub czego w ogóle nie uznajemy, bo nie potrafimy sobie tego wyobrazić.

Spory pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem dziś nie mają sensu - neoliberalizm jest czymś innym, czymś nowym. Wizja człowieka, jako konsumenta-indywiduum nie jest przecież wizją kapitalistyczną. Jest być może konsekwencją kapitalizmu, ale jej redukcjonistyczna potęga jest czymś wyjątkowym.

A ja chyba, gdybym miał definiować swoją polityczno-ideologiczną orientacje, powiedziałbym, że jestem nie kapitalistą, nie socjalistą, lecz ... urbanistą...
Podnoszę więc swój sztandar i wyruszam na krucjatę...
;)
10:05, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (5) »
środa, 23 stycznia 2008
95. okruchy w maszynie

SQRO napisał w komentarzu:

"Jednak za tym wszystkim dalej stoi człowiek i to nie technokratyczny demiurg-informatyk, on tu jest tylko wykonawcą-trybikiem, sprawcą jest ktoś kto mu to zlecił np urzędnik imigracyjny który określa reguły wpuszczania do amerykańskiego raju.
Inny przykład - urzędnik bankowy który ustala reguły przyznawania kredytów - komputer tu jest tylko wykonawcą jego woli (fakt wyrażonej w sposób bardzo ogólnych reguł).

Fakt nieogarniania całości funkcjonowania złożonego systemu nie oznacza jeszcze jego autonomii. Natomiast taki system na pewno sprawia wrażenie nieludzkiego
"

Gdy pisałem poprzedni wpis, bynajmniej nie chodziło mi o SI ;) Nie mam bałwochwalczego stosunku do rzeczy których działania do końca nie rozumiem. Chodziło mi raczej o nierozumienie / niedostrzeganie właśnie.

Pamiętacie słynne "... i czasopisma"? Słowo, które warto było miliony złotych. A przecież taki właśnie jest dzisiejszy świat - drobiazgi mogą mieć olbrzymie znaczenie. Ktoś kiedyś bawił się w udowadnianie, że gdyby stałe fizyczne były w naszym wszechświecie ociupinke inne, nigdy nie byłoby żadnych ludzi. Ale nawet nie wchodząc w kwestie fundamentalne - drobiazgi nad którymi nie panujemy, szczegóły które nam umykają, dopiski drobnym drukiem których nigdy nie czytamy, mogą mieć fundamentalne znaczenie.

To Staniszkis gdzieś pisała, że prawdziwa władza w Unii Europejskiej nie istnieje na poziomie politycznym, lecz na poziomie ekspertów definiujących oscypka. To samo powiedział ostatnio w wywiadzie Jacek Dukaj "Rządzą nie części składowe (ludzie), ale to, co pomiędzy nimi, sama struktura, dynamika procesów."

I jeśli jesteśmy w stanie przebić się przez prawniczy żargon, jeśli jesteśmy w stanie zapanować nad projektem budynku, to czy jesteśmy w stanie zapanować nad miastem? A jeśli w mieście coraz więcej procesów odbywa się poprzez software (który rozumie SQRO i jemu podobni ;)) to czy nie jest jednak tak, że pomiędzy nami a światem, pojawił się jakiś autonomiczny (lecz nie samoświadomy) byt?

To jest ów SYSTEM, to jest ta meta-sieć szarych sieci, który nam się wymyka, nad ktorym nie panujemy, bo on panuje nad nami.

Liberałowie (spod znaku Faceta-W-Muszcze) poddani presji rzeczywistości której nie rozumieją mówią - pass. Niech sie system sam kręci - czym mniej będziemy w niego ingerować tym lepiej.

Pogrobowcy Keynesa mówią inaczej - nie jesteśmy w stanie w pełni nad systemem zapanować, ale metodą prób i błedów jesteśmy go w stanie korygować i naginać do naszych potrzeb.

Liberałowie są jak buddyści, a post-keynesiści jak wyznawcy voo-doo ;)

A co z miastem?

GRIPERPL napisał : "Podobnie w przestrzeni. W lesie mozna chodzic gdzie się chce, najwyżej człowiek pomoczy sobie buty. Na wsi, przeszkadzaja nam rózne płoty, ale da sie je przeskosczy lub obejść. Natomiast w mieście trzeba chodzić wyznaczonymi szlakami i to jeszcze bardzo uważać, bo król szos czyha i moze nas rozjechac".

Czy więc miasto jest takim systemem, taką KONIECZNOŚCIĄ o jakiej w Lodzie pisze Dukaj? Koniecznością, która praktycznie biorąc nie potrzebuje by nią rządzić, a która sama sobą zarządza? Dukaj pisze o stanie natury, w której robak robi to co robi nie dlatego, że ma taki kaprys, lecz bo MUSI. Miasto byłoby więc takim stanem "sztucznej natury" w którym człowiek podlega prawom i konieczności nad którymi nie ma żadnej władzy? (choć sam je stworzył i nadal CZĘŚCIOWO je kontroluje?)

11:43, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 20 stycznia 2008
94. software i język magiczny
Jestem prawie pewien, że kiedyś, gdzieś, czytałem na temat związku magii z oprogramowaniem komputerowym, ale nie pamiętam gdzie, a pobieżne guglowanie nie przyniosło spodziewanych efektów - gdyby więc komuś się skojarzyło to będę wdzięczny za informacje.

Rozmawiałem w czwartek z moim szefem luźno o jego najnowszych fascynacjach - zajmuje się on ostatnio tym jak software konstruuje przestrzeń.
(obiecal mi podesłać najnowszy tekst jaki napisał, więc jak poczytam to może napiszę wiecej).
I tak jak go słuchałem, myśli zaczęły mi krążyć i odpływać ;)
Szef opowiadał, jak oprogramowanie konstruuje budynki - że lotnisko bez softwaru jest tylko wielką poczekalnią, jak wpływa na nasze ciała - na naszą prace - skanowanie paszportu czy inne wprowadzanie danych do systemu... i że software nie jest związany z władzą dyscyplinującą, że to jest coś innego...
No i tak sobie pomyślałem, że rzeczywiście - może nie o władzę dyscyplinującą tu chodzi, lecz przecież to jest władza, władza która powoduje działanie.
To jak magia - mówisz zaklęcie i coś się dzieje. Tak samo z softwarem - określona komenda (a więc słowo, informacja) powoduje określony skutek.

Przykład lotniska nie do końca mnie przekonał, bo w sumie czym się różni  lotnisko bez oprogramowania od  kopalni bez windy? Też nie działa.
Ale rozumiem, że chodzi tu o niematerialny element, który konstytuuje fizyczność - to rzeczywiście jest interesujące.

Rozróżnienie na władze jako kontrolę i władzę jako siłę sprawczą również wydaje mi się nie do końca ostre.
Oprogramowanie staje tu blisko innym niematerialnym elementom  dyscyplinującym - takim jako moda czy konwenans.  Z tym tylko, że moda i konwenans to oprogramowanie które dotyczy nas, a software dotyczy  maszyn.

I jeszcze jedna rzecz mi przyszła do głowy - że nie wyrwie się spod kontroli ten, kto nie jest w stanie pomyśleć buntu.
Więcej - może istnieć system totalny, w którym sam bunt stanowi integralny składnik mechanizmu kontroli.
Taki totalny totalitaryzm, w którym człowiek jest kontrolowany zarówno w swym zniewoleniu jak i w swym buncie.
Czy my przypadkiem nie funkcjonujemy w takim właśnie systemie?
A jeśli tak - czy to źle?
Bo jeśli ten system jest idealny, to czy etycznie jest się przeciw niemu buntować?
18:38, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (8) »
piątek, 18 stycznia 2008
93. Amerykanin wynalazł koło...
Wróciłem właśnie z konferencji - było ciekawie, inspirująco i w ogóle ;)
Ale było też zabawnie.
Przynajmniej ja się nieźle bawiłem...

Jednym z wykładowców był Nicolas Retsinas z Universytetu Harvarda (w administracji Clintona był kimś w rodzaju ministra budownictwa).

Kryzys kredytów hipotecznych tak nim wstrząsnął, że postanowił dać nam trzy rady:
- najlepszym argumentem przeciwo nieregulowanemu wolnemu rynkowi jest nieregulowany wolny rynek
- ludzie w swych indywidualnych wyborach podejmują błędne decyzje, błedne i z ich punktu widzenia i szkodliwe dla całego społeczeństwa
- mieszkanie jest przede wszystkim do mieszkania a nie do handlowania.

No cóż... większa radość w Niebie z jednego nawróconego grzesznika... ;)
22:06, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 10 stycznia 2008
92. przestrzeni! przestrzeni!
Nie, to nie będzie wpis o Harrym Harisonie ;)
Choć istnieje tu pewien podtekst...

Więc tak - T K podesłał mi linka do artykułu. Artykuł jest w dzienniku na który poważni ludzie się nie powołują, ale tekst dotyka problemu który mnie bardzo zajmuje od dawna a poza tym - czy ja jestem aż tak poważny? ;)

Najpierw mapka:



która pokazuje, jak zmiejszał się zakres swobody jaką miały (mają) dzieciaki.

Mnie jednak interesuje nie tyle pozycja dziecka w rodzinie i społeczeństwie (o tym między innymi ostatnio w GW dość ciekawa rozmowa) co przestrzenny aspekt życia. W mieście przede wszystkim, ale nie tylko.

Na mapce widzimy, jak zmniejszał się zakres przestrzennej swobody, jaką dysponowały cztery kolejne pokolenia. Nie ma tu szczegółowej analizy, jak konkretnie ta przestrzeń była wykorzystywana i jaka ona konkretnie była - czy były jakieś miejsca tabu? Jeśli tak to dlaczego? Czy były miejsca szczególnie przez dzieci ulubione i znów - dlaczego?

Te pytania dotyczą oczywiście nas wszystkich - i już na ten temat kilka razy pisałem - dotyczą bowiem tego, gdzie my tak naprawdę żyjemy?
Większość badaczy miasta, gdy pisze o segregacji czy dyskryminacji przestrzennej, skupia się na miejscu zamieszkania.
Oczywiście - niezależnie od tego, badane są procesy wykluczania konkretnych grup społecznych z określonych przestrzeni publicznych.

Mnie jednak nie interesuje perspektywa miejsca, a bardziej perspektywa użytkownika miasta.
Nie pytam i nie pytałem więc - dlaczego na placu X nie ma zbyt wielu kobiet po 60ce (co oczywiście jest ważnym pytaniem), lecz - jakie fragmenty miasta ludzie mieszkający w dzielnicy A (i którzy z nich?) użytkują?
A więc - interesuje mnie nie to, co takiego specyficznego jest w danej przestrzeni, że przyciąga takich a nie innych ludzi, lecz co jest takiego W MIEŚCIE, że dany jego fragment jest użytkowany przez jednych, a nie użytkowany przez innych.

Oczywiście, problem nie jest nowy - w 1980 roku, Parkes and Thrift opublikowali książke "Times, Spaces and Places", a jeszcze wcześniej podobne badania miały miejsce na Uniwersytecie w Lund, które stały się powszechnie znane gdy Hagerstrand w 1970 roku opublikował tekst "What About People in Regional Science?"
Większość tych badań jednakże, koncentruje się na dwu aspektach - albo na ruchu POMIĘDZY poszczególnymi przestrzeniami jakie ludzie użytkują (dom, szkoła, sklep, znajomi, praca etc.), albo na tym jakie konkretne aktywności zajmują ludziom określoną ilość czasu.
Pierwszy problem interesuje przede wszystkich ludzi zajmujących się planowaniem transportu, drugi natomiast przede wszystkim tzw. "retail planners".

Mnie jednak wciąż niepokoi wyrywkowość i fragmentaryczność tych badań. Wciąż widzę przed nimi znacznie szerszą perspektywę - dotycząca miasta jako całości, jego spoistości przestrzenno społecznej. Mówiąc górnolotnie - mam narastające wrażenie, że pytanie o przyszłość Miasta jako takiego kryje się właśnie w tych badaniach.

No i właśnie dlatego tym się zajmuję ;)
10:40, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (10) »
sobota, 05 stycznia 2008
91. anty-Polis?
Podstawowym problemem, z którym wciąż się zmagam, jest oczywiście definicja miasta. Jego opisanie.
Od naszej pierwszej rozmowy w cyklu "Tu Między-miejscowa" próbowaliśmy odpowiedzieć na pytanie czym jest miasto, za każdym razem - w taki czy inny sposób nawiązując wciąż do Polis. Nie my zresztą to wymyśliliśmy - do Polis nawiązują architekci i urbaniści co najmniej od 30 lat...

Ale dziś zastanawiam się, czy owe obsesyjne powoływanie się na Polis nie jest błędem?

Polis bowiem wyraźnie ustanawiało granicę pomiędzy tym co Miejskie i tym co Barbarzyńskie, miasta współczesne natomiast - i to przecież w nich tak kochamy - tę granicę zniosły. Barbarzyńcy są wewnątrz współczesnego miasta.
Oczywiście - dziś miasto na powrót stara się ustanowić granice, już nie na zewnątrz, lecz wewnątrz siebie. Strzeżone osiedla czy centra do których dostęp jest regulowany (w taki czy inny sposób) są właśnie próbą odtworzenia granic, jakie Polis posiadało.
A te granice, owo dzielenie miasta, jest czymś co odrzucam.

Istnieje natomiast inna, fundamentalna właściwość Polis na którą się powołuję - to samozarządzająca sobą wspólnota.

Ale ta właściwość nie konstytuuje przecież miasta! Znacznie łatwiej znaleźć taką wspólnotę (i wspólnotę jako taką!) w małym miasteczku a jeszcze łatwiej na wsi. Tam, jak w starożytnym Polis, mieszkańcy znając się nawzajem, są w stanie wspólnie podejmować trud budowania Dobra Wspólnego.
We współczesnych miastach, zarówno istnienie wspólnoty jak i prawdziwej samorządności wydaje się niemożliwe.

A jednak - podejmowane są takie próby, i niektóre z nich, zbliżają się do satysfakcjonujących wyników (że wspomne jeszcze raz Porto Alegre i Singapur).

Czy więc nawiązywanie do Polis dziś ma, czy nie ma sensu?

Mimo wszystko, wydaje mi się że odpowiedź powinna być twierdząca, choć trzeba mocno uważać, bowiem Polis to nie tylko agora, a jeśli nawet, to agora z której wykluczone było około 80% mieszkańców Miasta.

Jeśli mimo wszystko uważam, że samorządność jest fundamentem na którym powstaje Miasto, lecz wiem, że ona sama miasta nie konstytuuje, to czy istnieje coś jeszcze głębiej? Jeszcze bardziej fundamentalnego?
Bo cóż to jest samorządność? Czy w polskich miastach nie istnieją samorządy? A czy te miasta to naprawde Miasta?
Głebiej niż samorządność leży samoświadomość.
By Miasto mogło sobą władać, musi wpierw być samoświadome siebie. Musi samo siebie rozumieć. Samo siebie poznać. Do najdrobniejszego detalu. Miasto, czyli zamieszkująca je wspólnota...
Czy z tej perspektywy wybory polityczne dokonywane przez wolne jednostki co cztery lata tworzą fundamenty Miasta?
Oczywiście że nie.

W ostatnich kilku wpisach wspominałem o zewnętrzych sposobach stymulacji rozwoju miasta.
Moi ideowi przeciwnicy szukający szansy miasta w turystach albo w inwestycjach które do miasta z zewnątrz przychodzą; koncentrują się na fragmentach miasta, które należy pobudzić by miasta zaczęło się rozwijać.
I to właśnie wydaje mi się podstawowym błędem.
Powiedziałbym, że to bardzo męskie myślenie, które potrafi wyobrazić sobie jedno jedyne erogenne miejsce.

Koncentracja na zewnętrznej i punktowej stymulacji - toż to typowa wyobraźnia nastolatka!

Zostawmy jednak te wątpliwej jakości metafory - jeśli  miałbym wrócić do  właściwości Polis, to  być może nie można  mówić o samoświadomym mieście, jeśli  to miasto nie ma wyraźnych granic i określonych właściwości.
Wydaje się, że właśnie te trzy cechy są niezbędne by miasta przekształciły się w Miasta: granice (ale zewnętrzne granice, a nie wewnętrzne podziały! i niekoniecznie do końca _fizyczne_ granice),  idee (w znaczeniu języka - ale też definiowanego bardzo szeroko, i podstawowego kodu kulturowego), samorządność (poprzedzona samoświadomością).

Jak ma się to do kwestionowanej przeze mnie zewnętrznej i punktowej stymulacji?

Miasto współczesne nie istnieje.
Castells pisząc o świecie pływów zakwestionował w grucie rzeczy istnienie miasta. Miasto to tylko tymczasowe zagęszczenie pływów, to wirtualny byt, powołany do życia przez zewnętrzne wobec niego siły.
Jeśli tak, to rzeczywiście, nic co jest w mieście stałe - a przede wszystkim jego mieszkańcy - nie mają znaczenia. Liczy się tylko fluktuacja kapitału, informacji, idei.
Właśnie takiemu widzeniu miasta mówię NIE.
Ja chcę Miasta, a nie chwilowego zagęszczenia czegoś-tam...

Jeśli więc nie pływy, nie zewnętrzna stymulacja to co?
Jeśli nie na zewnątrz, to może właśnie w środku należy szukać klucza do rozwoju miasta jako Miasta?

Wyobraźmy sobie, że każdy mieszkaniec miasta jest coś wart. Że każdy mieszkaniec miasta ma coś do zaoferowania. Każdemu też czegoś brakuje.
Naturalne (jakkolwiek nienawidzę tego słowa) napięcia pomiędzy tymi którzy mają i tymi którzy potrzebują wydają się oczywistą siłą napędową miasta.
Nie ma w nim więc miejsca na zapomniane czy na wydzielone dzielnice i strefy - każdy fragment jest potrzebny reszcie, każdy mieszkaniec jest Miastu niezbędny, każda komunikacja, każdy WEWNĘTRZNY przepływ budzi w nim życie.
Brzmi zbyt totalnie? Zbyt organicznie? Zbyt jednoznacznie?
Jak nowa Metanarracja?
Tego się boicie?
23:16, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (16) »