Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
czwartek, 29 stycznia 2009
226. anty-planistyczna diatryba
Jest wiele odcieni totalitaryzmu. Jest totalitaryzm oczywisty i zbrodniczy - jak komunistyczna czy nazistowska dyktatura, jest totalitaryzm ukryty, delikatny i subtelny - jak idea dobra wspólnego, ładu przestrzennego czy powszechnego konsensusu.
Jest totalitaryzm politycznej miłości, który ukrywa światopoglądowe fiksacje i fobie.
Każda prawda bowiem jest totalitarna, każdy pewnik morduje wątpliwość i zawahanie.
To jak konsensus może być zabójczy dla demokracji doświadczaliśmy po roku 1989, gdy konsensus znaczył neoliberalną hegemonie.

Lecz wątpliwości mogą być równie tragiczne w skutkach, brak pewności skutkuje dominacją nagiej siły. Tolerancja równa się czasami skatowanemu dziecku za ścianą.

Wbrew pozorom, takie rozważania są jak najbardziej na miejscu, gdy myślimy o procesie planowania miasta.

Czym bowiem jest plan, jak nie totalitarną wizją przyszłości?

Kiedyś, gdy świat był z grubsza przewidywalny, gdy wnuczka ubierała suknie ślubną babki, a miecz przechodził z ojca na syna, planowanie było projekcją istniejącej (lub pożądanej) struktury społecznej na przestrzeń. Polis Hippodamosa było ładnie podzielone na trzy klasy społeczne, zajmujące różne przestrzenie i mające różne prawa. I tak miało być na zawsze.

Dziś świat jest zupełnie inny. Świat jest nieprzewidywalny.
Z jednej strony takiego właśnie świata pragniemy - nietzscheanskiego świata nieprzewidywalnej przygody - z drugiej jednak usiłujemy nad ową  nieprzewidywalną przyszlością jakoś zapanować. Usiłujemy ją kształtować.
Temu między innymi służy planowanie.

Jeśli więc planowanie jest jedynie (lub aż) mglistą projekcją pożądanej przyszłości, jego istota mniej dotyczy rzetelnych i "naukowych" analiz teraźniejszości, nie jest prostym przedłużeniem trendów, a jest Kreacją.
Plan staje się więc na powrót dziełem sztuki, zbiorowym marzeniem, projekcją lęków i nadziei.

Z definicji, plan nie jest umocowany w żadnej Realności, w żadnej Prawdzie.
Plan jest fantazją, jego uzasadnienie i Realność znajdują się w nieznanej przyszłości.

Z tego też powodu, próby zawłaszczania planowania przez urbanistów oparte na podstawie posiadanej przez nich jakoby "wiedzy" są zwykłą uzurpacją.
Nikt nie ma wiedzy o przyszłości, nikt więc nie może uczciwie używać tego argumentu.

Oczywiście, urbaniści, planiści czy architekci posiadają pewne doświadczenia, pewną wiedzę opartą na przeszłości i na tej podstawie mogą służyć radami, mogą próbować domyślać się skutków konkretnych rozwiązań.
Nie mogą jednak być pewni, nie mogą dać gwarancji, nie mogą więc również brać odpowiedzialności za plan.
Gdy to robią, są najczęściej obłudnymi sługami hegemonicznej władzy (politycznej lub ekonomicznej), usiłującymi omamić mieszkańców miasta miazmatami w rodzaju "ład przestrzenny" czy "dobro wspólne". Nie dajcie się oszukać!

Kto więc powinien brać odpowiedzialność za plan?
Ci których będzie on prawdopodobnie dotyczył - mieszkańcy i użytkownicy. Prawdziwi Sprawcy i Twórcy miasta.

Dlatego właśnie tak ważnym jest by wszystkie głosy zostały wysłuchane, by ta wizja była zbiorową kreacją, zbiorową fantazją. Tylko jako taka będzie miała siłę by się zmaterializować. Prawdziwa, agonistyczna debata o mieście dostarcza budulca z którego konstruowana jest Wizja.

Odbierzcie więc plany urzędnikom! Odbierzcie urbanistom, planistom i architektom!
Każdy z Was jest Twórcą!
Nie bójcie się marzyć!
20:59, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (18) »
piątek, 23 stycznia 2009
225. lewicowej rewolucji nie będzie
Na portalu Bryla pojawił się artykuł na temat nowych ruchów miejskich.
Ja już na ten temat kiedyś pisałem, ale myślę, że wciąż nie dość.

Pojawiające się jak grzyby po deszczu różne grupy i stowarzyszenia, stawiające sobie za cel odnowę i rewitalizacje miast, są czymś w Polsce nowym, a ich charakterystyka wyróżnia je dość zdecydowanie od ruchów tego typu istniejących na świecie.
Jak już kiedyś pisałem - ludzie tworzący te organizacje to przede wszystkim młodzi profesjonaliści (profesjonalistki) lub / i studenci (studentki).
Czy używając marksistowskiej klasyfikacji - klasa średnia.

Klasa średnia ma w społeczeństwach kapitalistycznych uprzywilejowaną pozycj, nie z powodu znajdowania się "pomiędzy" dwiema antagonistycznymi klasami, lecz z powodu panowania nad językiem i sferą publiczną.
Burżuazyjna sfera publiczna, o której z sympatią pisał Habermas, była i jest przede wszystkim sferą klasy średniej.
To właśnie przy produkcji kultury, wiedzy i języka pracuje klasa średnia, to właśnie sfere publiczną ta klasa wytwarza (co oczywiście w oczywisty sposób zaprzecza idealistycznej wizji sfery publicznej jako sfery wolnego dostępu dla wszystkich).

Takie ambicje ma też i młoda polska (często wanna-be) klasa średnia grupująca się w nowych ruchach miejskich.
Potwierdza to choćby komentarz pod moim poprzednim wpisem, autorstwa prominentnego przedstawiciela tego ruchu, ukrywającego się pod nickiem g625:
"...inspirować w niezauważalny sposób - przez zmianę kierunku dyskursu publicznego albo pokazywanie własnych pomysłów w taki sposób, aby władze mogły pokazywać je jako niemal własne".

W jakim kierunku miałby dyskurs być zmieniany sugerują nie tylko wypowiedzi na forach czy akcje podejmowane przez łódzką GPO, warszawskie Forum Rozwoju Warszawy czy inne, ale też kolejny komentarz g625:

"...ja próbowałem ten temat (samolubstwo samochodziarzy z przedmieść) przetransponować do 100% liberalnego kraju - wyobraźmy sobie, że drogi należą do spółek mieszkańców dzielnicy."

Oczywiście, g625 jedynie rozważa taki model, jako rodzaj myślowego eksperymentu, jednak przywiązanie do burżuazyjnie definiowanej wolności i własności jest powszechne wśród działaczy i aktywistów.
Przywiązanie do estetyki miasta, do kształtu przestrzeni publicznych (burżuazyjnych), do "przemyślanych" inwestycji miejskich czy w najlepszym razie do rewitalizacji fragmentów dzielnic (proces który zawsze prędzej czy później prowadzi do gentryfikacji) jest działaniem podobnym do działań dziewietnastowiecznych reformistów brytyjskich czy amerykańskich.
Nawet akcja Łukasza Rotha, który pomalował farbą niezgodnie z prawem zaparkowane samochody nie wyłamuje się z tej logiki - dokładnie taką samą akcje (tyle że bardziej radykalną i przeprowadzoną przez policje) możemy wyobrazić sobie w Singapurze.

Ciekawe, że lewica - łącznie z najważniejszym jej centrum intelektualnym, jakim jest Krytyka Polityczna - wydaje się miastem zupełnie niezainteresowana.
Jeśli jakieś teksty na ten temat na portalu KP się pojawiają, to są to teksty przeważnie post-chadeka Krzysztofa Nawratka ;)

(oczywiście przesadzam - pojawiły się teksty Joanny Erbel, Wiktora Marca - którego tekst trudno uznać lewicowy - czy innych autorów)

KP miasto zdaje się ignorować, co jest o tyle dziwne, że to w miastach tkwi przecież polityczna siła, która odebrała władze PiS i dała ją PO.

Ciekawym przykładem jest stowarzyszenie Duopolis (którego miałem przyjemność być gościem dwa tygodnie temu), które skupia nie tylko ludzi jak wspomniana, związana z KP Joanna Erbel, lecz też innych, bardziej konserwatywnie nastawionych działaczy.
Program Duopolis również utrzymuje się w centrum "średnioklasowego" dyskursu, wczorajsze spotkanie nt. gender w mieście, potwierdziło że feminizm może być nie-lewicowy prawicowy (co od dawna potwierdza socjopatyczna_malkontentka vel pawian).

Na zakończenie spotkania dwa tygodnie temu, jedna z dyskutantek wyraziła pogląd, że jej demokratyzacja miasta nie interesuje, bo nie chce by jakiś menel decydował co ona może a czego nie może robić.
Klasowa świadomość młodej polskiej klasy średniej rośnie. Może wybuchnie jakimś rewolucyjnym zrywem, jednak jednego jestem dziś pewien - lewicowej rewolucji nie będzie. Nie z tej mąki.
10:57, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (38) »
sobota, 17 stycznia 2009
224. pomiędzy intymnością a współ-wpływem
Jakiś czas temu popełniłem wpis pt. przestrzeń publiczna nie istnieje (prywatna też zresztą nie).
Tamtem wpis ledwo dotknął tematu, dziś mogę chyba pójść krok dalej.

W ciągu ostatnich dwu tygodni miałem trzy wykłady i udzieliłem trzech wywiadów - zawsze tak jest, że mówienie do innych pomaga powiedzieć coś samemu sobie.
Ostateczną epifanie przeżyłem dziś w pociągu wracając z Festiwalu w Nottingham, gdzie powiedziałem coś czego chyba w pierwszej chwili ani słuchacze, ani ja sam do końca nie zrozumiałem ;)

Cały Festiwal był o zagrożeniach dla prywatności i komercjalizacji tego co publiczne - a ja powiedziałem, że typologia prywatne/publiczne jest nieskuteczna i błędna.

Ale zacznijmy od początku (który już trochę znacie...).

Zacznijmy od wspomnianego ostatnio przeze mnie Novalisa i Paolo Virno.
Oraz od konstatacji, że człowiek jest bezdomnym zwierzęciem.

Ta bezdomność jest czymś traumatycznym, czymś do przezwycięże(a)nia dla Novalisa i całej romantycznej (a potem fenomenologicznej) tradycji, lub też jest szansą na zbudowanie Rzeszy (Multitide) dla Paolo Virno.

Ale, jak trochę wiecie z mojej książki, wykładów i publikacji (oraz tego bloga) - obie te strategie nie mają wiele sensu.
W bezdomności nie da się wytrwać, bezdomność jest czymś przed czym uciekamy (nawet jako nomadzi) a trwałe zakorzenienie w swiecie/przestrzeni jest niemożliwe.
Istniejemy bowiem w nieustannym procesie przyklejania i odklejania się do / od świata. Proces wpinania się w świat (plug-in) nie dotyczy jedynie polityki - on dotyczy choćby przemieszczania się, poruszania.
Z każdym kolejnym krokiem musimy negocjować swoją pozycję wobec wciąż nowego otoczenia.

To oscylowanie powoduje, że koncept własności przestrzeni wydaje się absurdalny.
W jaki sposób możemy mówić, że posiadamy jakąś przestrzeń, jeśli jedynie czasowo w niej przebywamy? (nie rozmawiamy tu o systemie prawnym lecz o życiu).

To ciągłe wpinanie i wypinanie się, powoduje również, że najważniejszym pojęciem staje się interfejs, język powierzchni - jak pisałem w kontekście dzielnic/autonomicznych maszyn.
Nie ma najmniejszego znaczenia, co dzieje się w głębi - ba! nic nas to nie powinno interesować! Ważny jest naskórek, powierzchnia reagująca z inną powierzchnią (te powierzchnie są jednak półprzepuszczalnymi membranami - ingerencje w głąb są - do pewnego stopnia i w szczególnych okolicznościach - możliwe i konieczne). I właśnie (re)akcyjność powierzchni jest kluczowa dla naszych dalszych rozważań.

Definicja przestrzeni prywatnej / publicznej oparta jest na burżuazyjnej obsesji posiadania.
Jeśli więc mówimy o miejskiej rewolucji, musimy odrzucić "święte prawo własności", musimy zdobyć się na herezję użytkowania a nie posiadania.

Jednak odrzucając własność, musimy uratować intymność.

Spory dotyczące ochrony prywatności, płacz nad utratą przestrzeni publicznych, jak już kilka razy udowadniałem, nie mają sensu. Nie dotykają prawdziwych sensów, istoty sporu. Nie dość, że nie istnieje przestrzeń publiczna (jako materializacja habermasowskiej sfery publicznej) to nie istnieje tak naprawdę również przestrzeń prywatna - wciąż bowiem w taki czy inny sposób albo sami się z niej wpinamy w zewnętrzne systemy, albo jesteśmy wpinani. To rozmycie i pomieszanie powoduje, że typologia prywatne/publiczne staje się bezużyteczna do analizy przestrzeni współczesnych miast.

Wyodrębnienie dwu biegunów, pomiędzy którymi opisujemy świat jest jednak użyteczne. Powtórzmy więc ten zabieg.
Istnieją dwa bieguny pomiędzy którymi rozpięte jest nasze bytowanie w świecie: jeden z nich wyznacza intymność, a drugi współ-wpływ.

Intymność bynajmniej nie jest tożsama z prywatnością.
O zagrożeniu prywatności mówimy przecież na przykład w kontekście CCTV - ktoś nas filmuje, a my uznajemy to za akt zagrażający naszej prywatności - trochę jak Indianie wierzący, że aparat fotograficzny kradnie nam kawałek duszy.
A przecież CCTV jedynie multiplikuje to co istnieje bez tej technologii - naszą obecność (choćby potencjalną) wśród innych ludzi. Będąc w przestrzeni współ-wpływu zgadzamy się na interakcje.
Znów jednak - powinniśmy negocjować warunki współ-wpływu. Nie ma to jednak nic wspólnego z "prywatnością".

Intymność jest czymś z goła innym - intymność jest brakiem wpływu.
Jest odmową interakcji.
Intymność nie dotyczy jednak jedynie nas jako jednostek - intymność istnieje wszędzie tam, gdzie istnieje autarkia relacji.
Intymnością jest spotkanie kochanków, lecz już niekoniecznie małżonków.

Oczywiście - nie muszę dodawać, że nie istnieje idealna, pełna intymność; tak jak i nie istnieje pełne współ-wpływanie.

Współ-wpływanie jest przeciwieństwem intymności. Współ-wpływanie ma miejsce wszędzie tam, gdzie w taki czy inny sposób interferujemy ze światem - zmieniamy go, odkształcamy.
Przestrzeń współ-wpływu nie ma nic wspólnego z "przestrzenią/sferą publiczną". To może być przestrzeń zakładu pracy - zarówno gdy produkujemy jak i strajkujemy. To szkoła. To centrum handlowe czy ulica.
Gdy tysiące ludzi spotka się w sieci, w zamkniętym czat roomie - mamy przykład przestrzeni intymnej, gdy kilkadziesiąt ludzi spotka się na flash mobie w galerii handlowej - mamy do czynienia z przestrzenią współ-wpływu.

Na razie tyle.

Jeszcze tylko uwaga porządkowa - powyższe rozważania są zadłużone w dwu tekstach: książce Agaty Bielik-Robson, Duch Powierzchni. Rewizja Romantyczna i Filozofia (na temat związków "Miasta ..." z tą książką jeszcze napiszę) oraz artykule Joanny Erbel, Intymność w Fotografii.

Oczywiście powyższy koncept jest mój -  pretensje, uwagi i obelgi proszę kierować wyłącznie do mnie ;)
02:36, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (57) »
wtorek, 13 stycznia 2009
223. interes mieszkańców to ściema?
Pod takim mniej wiecej tytułem w zielonogórskiej GW ukazał się wywiad ze mną.



(... jakaś taka niepokojąca poświata mnie otacza :-P)
15:52, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (10) »
222. miejskie interfejsy
(szkic do wystąpienia 7 stycznia w Warszawie)

Miasto współczesne jest dziś bardziej zagęszczeniem globalnych pływów (pływów informacji, kapitału, ludzi, idei etc.) niż autonomicznym bytem. Miasto – również w Polsce, co jest zapisane w ustawie o samorządzie gminnym – nie jest przedsiębiorstwem, nie może więc np. odliczyć sobie VATu – co powoduje że zawsze jest droższe, gdyby chciało rywalizować z jakąkolwiek korporacją .

Preferowane są więc rozwiązania neoliberalne – przede wszystkim partnerstwo publiczno-prywatne.

Miasto więc siłą rzeczy nie jest równoprawnym partnerem dla kapitału – a w przypadku wielkich globalnych korporacji, staje wręcz na pozycji petenta. Mimo tego, że przecież to miasto ma prawo (i powinno!) ustalać reguły gry.

Jeśli więc wspominam o miejskich interfejsach, to jeden z nich – ten przez który inwestorzy ingerują w miasto – jest dziś preferowany i uznawany za najważniejszy. A wręcz jedyny istotny.

Zarządzanie miastem odbywa się w wielu sferach i na wielu poziomach – politycznym, ekonomicznym, kulturowym, społecznym. Tylko niewielka część z nich podlega demokratycznej kontroli, lub wręcz jakiejkolwiek kontroli władz miejskich. Czym większe miasta, tym bardziej ta kontrola się rozmywa – Paul Hirts, w świetnej książce „Space and Power: Politics, War and Architecture”, pisząc o wielkich mega-miastach (jak Sao Paolo na przykład) pisze wręcz o anty-miastach, jako o przykładzie utraty efektywnej władzy.

Koncept obywatela Plug-in nie jest inspirowany koncepcjami Archigramu, tak naprawdę, środek ciężkości tej idei nie tkwi w Obywatelu (obywatelce) lecz w w procesie wpinania się.

Koncept obywatela Plug-in, jest inspirowany ideą plug-and-play. Najważniejszy jest interfejs.

Jeśli zadajemy pytanie „Kto współtworzy Miasto” to oczywiście musimy zadać pytanie w jaki sposób miasto jest tworzone? Mając na myśli wszelkie pomysły partycypacji społecznej w kreowaniu miasta.

Partycypacja społeczna jest w Polsce w powijakach, a największym chyba problemem, jest po prostu jej nieskuteczność. Najczęściej bowiem o żadnej partycypacji w tworzeniu miasta nie ma mowy, chodzi jedynie o propagandę czy wręcz manipulacje.

Są oczywiście podejmowane próby, którym nie można odmówić uczciwości – jak te w Warszawie na Szmulkach, organizowane przez ludzi związanych z PlanetWawa – lecz czy one są skuteczne? To jest pytanie do ludzi którzy w nich uczestniczyli...

Tu dotykamy kwestii władzy i interfejsu właśnie.

Można bowiem próbować hakować system – tworząc na przykład pirackie parki, czy usiłując tymczasową artystyczną instalacje uczynić permanentną częścią miasta, lecz wszystkie te działania okazują się prędzej czy później nieskuteczne.

Jedynym co daje szansę na skuteczność jest udział we władzy.

Choć jak powiedziałem wcześniej – władza w mieście jest pojęciem znacznie szerszym niż władza polityczna, to jednak właśnie ta sfera jest jedną z niewielu będących w zasięgu zwykłych mieszkańców. To władza polityczna przekłada się na administrację miejską, która może zmieniać reguły gry, może tworzyć i usprawniać interfejsy.

Twierdzenie bowiem, że władza w mieście jest dziś rozmyta, że należy w coraz większym stopniu do instytucji ponad-miejskich (na szczeblu państwa narodowego czy globalnej ekonomi), do przedsiębiorstw prywatnych, czy wreszcie, że władza miejska zanika i jest zastępowana przez struktury przestępcze, nie oznacza jeszcze akceptacji tych procesów i ich konieczności.

Więcej – rozmycie się władzy, nie oznacza, że każdy może mieć w niej swój udział. Władza w mieście jest dziś porowata, ale dostępu do poszczególnego pora bronią niezwykle silne instytucje, niezwykle silni aktorzy życia politycznego, społecznego i ekonomicznego.

Co więcej – jeśli wyobrazimy sobie władzę w mieście / nad miastem jako skorupę z otworami, to owa skorupa jest twarda i wciąż wzmacniana!

Jeśli bowiem będziemy chcieli odzyskać władzę nad miastem – my, miasta mieszkańcy i użytkownicy – to musimy wrócić do idei miasta jako samozarządzającej się wspólnoty, a więc miasta – idei politycznej.

Walka w obszarze kultury, wszelka aktywność artystyczna czy społeczna może stać się skuteczna jedynie jako część walki politycznej.

Demokratyzacja miasta natomiast, Miasto Współ-zależne stanie się możliwe jedynie gdy miasto wytworzy interfejsy działające na zasadzie plug-and-play w stosunku do mieszkańców/użytkowników, gdy miasto będzie wzmacniać siłą swojej organizacji jednostkę, a nie jedynie interferować z innymi organizacjami.

Pozostaje jeszcze jedna kwestia, którą chciałbym poruszyć – kwestia fundamentalna, lecz niesłychanie trudna. Musimy bowiem odpowiedzieć na pytanie: Co łączy mieszkańców i użytkowników miasta?

Jeśli państwo narodowe tworzone jest przez – tak czy inaczej definiowany – naród, jeśli organizacje religijne czy światopoglądowe tworzone są wokół określonych wartości i poglądów, jeśli wioska czy małe miasteczko może być konstytuowane wokół pewnej specyficznej lokalności, to jak ukonstytuować Miasto? Metropolie? Miasto nie jest wspólnotą (w tradycyjnym rozumieniu tego słowa), jest zbyt różnorodne, zbyt heterogeniczne. Miasta nie użytkuje więc LUD.

Być może więc odpowiedzią byłaby rzesza o której pisał Leibniz, a ostatnio Hardt i Negri czy Paolo Virno w niezwykle ciekawej książce „A Grammar of the Multitude”.

Virno definiuje rzeszę wokół poczucia wyobcowania, poczucia „bycia nie u siebie” (ta koncepcja Virno stoi w oczywistym kontraście do tezy Novalisa, że prawdziwym zadaniem filozofii jest poszukiwanie domu dla człowieka, ten kontrast będzie główną osią mojego wystąpienia w Nottingham w piątek - relacja będzie) w oraz marksowskiego pojęcia „general intellect”, czyli pewnego minimum wiedzy specjalistycznej oraz społecznej, umożliwiającej produkcję.

Virno definiuje jednak „general intellect” szerzej i węziej zarazem – jako swego rodzaju minimum kulturowe, dzięki ludzie mogą wchodzić ze sobą we wszelkiego rodzaju interakcje.

Ja byłbym bardzo bliski zaakceptowania myśli, że miasto – jako jedyny byt który możemy geograficznie opisać – jest fizyczną emanacją rzeszy. To brzmi bardzo przekonująco, bo Miasto jak powiedziałem przed chwilą – nie jest emanacją Ludu, grupy etnicznej czy religijnej. Niestety , obawiam się, że nie istnieje owa Rzesza o której pisze Virno. Albo inaczej – istnieje ich bardzo wiele i są one niezwykle niestabilne. Przede wszystkim, owo poczucie „bycia nie u siebie” jest czymś, przed czym ludzie starają się uciec. Nie tkwią bez końca w tym poczuciu i bynajmniej nie znajdują schronienia w „general intellect”, lecz starają się znaleźć jakiekolwiek schronienie – etniczne, religijne, światopoglądowe. Tworzą więc małe, lokalne (w sensie geograficznym i mentalnym) wspólnoty. Podobnie nie istnieje jeden „general intellect” lecz raczej wiele języków i kulturowych kodów.

I w tym miejscu wracamy do idei miejskich interfejsów – jeśli Miasto istnieje w głowach i rękach użytkowników, to znaczy że miasto istnieje poprzez interfejsy, którymi ludzie wpinają się w miasto by je aktywnie zmieniać.

Definiowanie interfejsów natomiast odbywa się na poziomie politycznym.

Corbusier wołał – architektura albo rewolucja. Klęska modernizmu nie pozostawia żadnych wątpliwości –
zapomnijcie o architekturze, zacznijcie REWOLUCJĘ!

sobota, 10 stycznia 2009
221. dziś są moje urodziny
I z tej okazji, chciałem czytelnikom tego bloga dać mały prezent... ;)

Jeśli kogoś to interesuje, a jeszcze nie czytał, to wrzuciłem w sieć pdf z kawałkiem (ostatnie 50 stron) mojej ostatniej książki.
http://www.gigasize.com/get.php?d=nqolr4gyt3d

Zapraszam do lektury (dostępność na warunkach cc)

Przy okazji muszę się trochę pochwalić - w ostatnim Czasie Kultury ukazała bardzo przyjemna recenzja tejże książki, a w Art Papierze bardzo interesujący tekst, w którym moja książka jest szeroko cytowana i omawiana, tekst który odnalazł religijny wymiar mojej książki. Bardzo interesujące.

W Zielonej Górze udzieliłem wywiadu Radiu Zachód, którego można posłuchać.
10:14, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (10) »
czwartek, 08 stycznia 2009
220. za ostro?
Wczoraj spotkanie w Warszawie - było rewelacyjnie!
Bardzo dziękuję tym tłumom, które przyszły, Oli Wasilkowskiej i organizatorom Grzegorzowi i bardzo Joannie!
(Więcej TU)

Być może było momentami (szczególnie pod koniec) trochę ostro, ale mam nadzieje ze nie za ostro :)
Z pewnością było ciekawie.

Na portalu TVN Warszawa ukazał się wywiad ze mną - o zdecydowanie ZA mocnym tytule (z kilkoma drobnymi błędami - nie ma autoryzacji) ale generalnie chyba OK.

Wrzuce za kilka dni konspekt mojego wystąpienia - dla tych, których to ciekawi.

A dziś spotkanie w Zielonej Górze - bardzo przyjemne i ciekawe i tak bardzo inne od tego w Warszawie!

Powoli zbieram się do powrotu...
22:22, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (9) »
sobota, 03 stycznia 2009
219. porozmawiajmy o przemocy

MMM opublikował recenzję poruszającego filmu. Filmu, ekspoatującego nieśmiertelny (przynajmniej od kilkudziesięciu lat) temat - rodzenia się totalitaryzmu, banalności zła.

I wszystko byłoby pięknie - wnioski z takich rozważań są znane i oczywiste. Mimo tego warto wciąż przestrzegać, wciąż być rewolucyjnie czujnym - nazizm czai się wszak za każdym rogiem.

I tylko jakieś swędzenie na krawędzi umysłu - a jeśli to tylko prymitywne uproszczenie, odwracające uwagę od tego co rzeczywiście groźne?

Czy rzeczywiście oprócz sekt czy naziolskich grupek, grozi nam jakiś autorytarny reżim?

Mechanizmy o ktorych opowiada film recenzowany przez MMM istnieją wszędzie - nienawiść zwolenników (i zwolenniczek) tokio hotel do fanek blog 27 (czy jakoś tak), niechęć miłośników Greenewaya do holywoodu...

Na różnych poziomach, w różnym stopniu, przemoc, wykluczenie, poszukiwanie wroga jest powszechne.

Z drugiej strony, "polityka miłości", tolerancja, stymulowane reklamami marzenia o skórzanej sofie z wyprzedaży, coniedzielne zakupy w hipermarkecie zamieniają nas w auschwitzowych muzułmanów. Jesteśmy chodzącymi trupami, ciałami które konsumują i wydalają. Naszego głodu nowych przedmiotów nic nie jest w stanie zaspokoić. Nic innego się nie liczy. Nam o nic już nie chodzi.

Solidarność roku 1980/81 powstała w autorytarnym państwie, była reakcją na przemoc. Foucault się mylił twierdząc, że polityka i przemoc jest wszędzie, że kapilarnie przenika całe nasze życie.

Grozą jest zanik, a nie nadmiar.

Przy okazji mała (auto) reklama.

Na dniach ukaże się kolejny numer zeszytów naukowych Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera  "Kultura i Polityka". Numer poświęcony miastu. Będzie tam mój tekst pt. "Miasto jako przestrzeń korekcyjna. Stadtluft macht..?", którego abstrakt poniżej:

Prezentowany tekst kwestionuje powszechne przekonanie, wskazujące na ścisły związek idei wolnościowych z Miastem. Wbrew maksymie Stadtluft macht frei pokazuje opresyjne aspekty miasta, uznając przemoc i segregacje za cechy immanentnie miejskie, wręcz konstytuujące miejskość i miasto. Uznając miasto za maszynę bio-polityczną artykuł analizuje zarówno czynniki niematerialne (prawo, symbolika etc.) jak i materialne (układ przestrzenny, infrastruktura, architektura i tym podobne) wskazując jak kształtują one ludzkie zachowania, jak wzmacniają – lub osłabiają - określone międzyludzkie relacje. Tekst zadaje również pytania kogo „wytwarza” miasto stosując określone technologie dyscyplinujące i kto w istocie posiada w mieście władzę pozwalającą tych technik używać.

Zapraszam do lektury!

13:19, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (11) »