Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
sobota, 28 stycznia 2012
607. w.w.w. (wspólnota, wolność, własność)
Dyskusja wokół ACTA momentami zostaje sprowadzona do dyskusji o prawach własności. Jak wiemy sprzeciw wobec ACTA dotyczy przede wszystkim mechanizmów jego pokątnego przyjmowania, dominacji korporacji nad rządami narodowymi (pochodzącymi z wyborów), zagrożenia prywatności oraz narzucania interesów krajów rozwiniętych (słynny telefon z ambasady USA) krajom o mniejszym potencjale. Spór dotyczy więc podmiotowości państwa narodowego oraz podstaw demokracji. Mówiąc wprost - kto popiera ACTA występuje przeciwko prawie społeczeństw do decydowania o swoim losie.

Jednak prawo własności również jest częścią tego sporu. Zwolennicy ACTA usiłują zrównać prawa własności intelektualnej z 'tradycyjnymi' prawami własności, przyrównując 'piractwo' do zwykłej kradzieży (samochodu). Ich przeciwnicy - słusznie - odpowiadają, że to są zupełnie inne sprawy.

Mimo tego, wydaje mi się, że dobrze byłoby przy okazji tego sporu zastanowić się nad tym czym jest i czemu służy własność. Co więcej, dyskusja o własności intelektualnej na najbardziej podstawowym poziomie, nie różni się specjalnie od dyskusji o własności gruntów i kamienic i właśnie dlatego - szczególnie, gdy gniew przeciw ACTA usiłuje zawłaszczyć prawica, ze szczególnym uwzględnieniem Korwina Mikke, fanatyka idei świętości własności prywatnej, warto w ten spór wejść. Już kiedyś pisałem o regulacjach brazylijskich dotyczących własności w miastach, nawiązując do idei katolickiej nauki społecznej. W skrócie chodzi o to, że własność prywatna ma dwojaki wymiar - z jednej strony ma służyć osobie ludzkiej (właścicielowi i jego najbliższym), z drugiej 'całej rodzinie ludzkiej'. Jeśli więc ktoś jest właścicielem gruntu lub budynku, lecz stoi on pusty i czeka na wzrost ceny, można owego właściciela obciążyć podatkiem i zmusić, by coś ze swoją własnością pożytecznego uczynił (w najgorszym wypadku, można mu tą własność po prostu odebrać). Z własnością intelektualną jest podobnie. Do pewnego stopnia oczywiście powinna wynagradzać wysiłek (czyli pracę) włożony w jej uzyskanie (napisanie książki, wyprodukowanie filmu, wynalezienia czegoś), z drugiej jednak strony, muszą istnieć jej ograniczenia (rodzaj 100% podatku po przekroczeniu jakiejś wysokości zarobku, czy wejścia do domeny publicznej po pewnym czasie), tak by pożytek całej rodziny ludzkiej był uwzględniony.

Istnieje jeszcze drugi aspekt dyskusji o prywatnej własności. Jeśli jej uzasadnieniem jest praca włożona w jej wykonanie (zebrałem w lesie jagody, zrobiłem z nich konfiturę i teraz ją sprzedaję) to podstawą jest coś (jagody), co było powszechnie dostępne. Zawsze, gdy sięgniemy dostatecznie głęboko, ten nie-prywatny element istnieje i bez niego trudno wyobrazić sobie rozwój gospodarczy i społeczny. W przypadku własności intelektualnej tych powszechnie używanych elementów jest kilka, z czego najbardziej oczywistym jest język. Pisząc książkę (proszę zasysać) korzystałem ze słów, z fraz, z idei i pojęć, które nie należą do mnie, lecz są powszechnie dostępne. Gdy cytowałem inne prace, to szanowałem ich autorów, ale im nie płaciłem przecież - podobnie gdy ktoś mnie cytuje, nie jest mi żadnych pieniędzy winny.

Dyskusja o własności prywatnej dotyczy więc również wspólnoty - struktur, które umożliwiają nam funkcjonowanie (o czym też niedawno pisałem). Tłumy na polskich ulicach to nie zbiór jednostek, krzyczących 'ja', lecz początki wspólnoty, myślącej 'my'. To 'my' domaga się dostępu do kultury, boi się odebrania resztek wolności i prywatności, domaga się uwzględnienia swojego głosu (który mu i polski rząd, i EU odbiera). 'My' na polskich ulicach to polscy wściekli, a ACTA jest tylko kroplą, która przelała kielich. Fakt, że protestują kibice nie powinien ani dziwić, ani zniechęcać do protestów - to grupa, która rządu nie lubi i wykorzysta każdą okazję by to okazać, lecz jest to też grupa, dla której pojęcie wspólnoty jest naturalne i bliskie. Oczywiście, sposób w jaki nacjonalistyczna prawica i kibice rozumieją słowo wspólnota może nas przerażać, ale to jest właśnie dla nas wyzwaniem, by o tym co wspólne rozmawiać, by inkluzywne 'my' uczynić programem, który dla manifestujących na ulicach ludzi stanie się przekonujący.

Wspólnota! Wolność! Własność!  wcale nie są hasłami koniecznie należącymi do nacjonalistycznej prawicy, wręcz przeciwnie, WWW jest tym, o czym musimy rozmawiać, co powinno stać się fundamentem lewicowego programu.
15:16, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (16) »
niedziela, 22 stycznia 2012
606. metropolia TAK, autonomia? raczej nie...
To powinna być poważna długa notka i może kiedyś taka powstanie. Na razie jednak luźne uwagi (które dodadzą do ludzi którzy mnie nie znoszą, kolejne osoby).

Na Śląsku (Górnym) trwa debata na temat metropolii (można o niej poczytać na przykład tu) oraz na temat autonomii. Tylko częściowo chciałbym mówić na temat konkretnych rozwiązań prawnych - czym ma być autonomia z grubsza wiadomo; czym ma być metropolia też, ale to jest akurat taki kadłubek myślenia metropolitalnego, że nie warto tego traktować jako poważnej propozycji. Jeśli więc mówię TAK dla metropolii, to nie dla projektu przygotowanego przez śląskich posłów, lecz dla pewnej wizji metropolitalnej wspólnoty politycznej.
Dlaczego stawiam autonomię naprzeciw metropolii powinno stać się jasnym za chwilę, na razie tylko cytat z FAQ Ruchu Autonomii Śląska: "Zachowamy naszą tożsamość, jeśli system edukacji stworzą ludzie, którzy znają charakter ludzi, mieszkających na Śląsku. Kultura śląska nie jest przecież taka sama, jak kultura polska, dlatego warto zadbać o jej jak największą ochronę i poznawanie przez większą liczbę ludzi, również przez mieszkańców tej ziemi, którzy pochodzą z innych stron Polski."

Ja zawsze mam pewien problem z polityką tożsamościową. Oczywiście wiem, że nie musi być ona koniecznie ksenofobiczna (przy bardzo szerokiej definicji ksenofobii), niemniej jednak łatwo się taką staje. Dyskusja o metropolii i autonomii jest dyskusją o tym jak kształtować polityczną podmiotowość (nie tak dawno o tym zresztą pisałem). Jeśli będziemy mówić o autonomii znacznie łatwiej - co pokazuje powyższy 'tożsamościowy' cytat - ześlizgnąć się w narrację ekskluzywistyczną, śląska tożsamość przeciwko polskiej, kultura śląska przeciwko każdej innej. Zauważcie - 'kultura', w liczbie pojedynczej. Metropolia jest (mogłaby być) czymś zupełnie innym. Metropolia nie ma jednej tożsamości czy jednej kultury, ma ich wiele, związanych ze sobą w polifoniczną, funkcjonalną narrację. Metropolia nie określa ostrych granic, oczywiście przyjmuje jakieś granice administracyjne, nie mają jednak one decydującego znaczenia. Metropolia z zasady funkcjonuje jako podmiot sieciowy. Mamy więc do czynienia z funkcjonalnymi powiązaniami pomiędzy Metropolią Górnośląską (czy jak tam ją nazwiemy) a światem. Te powiązania są ważniejsze, niż granice. Metropolia jest więc ustawicznie konstruowanym i negocjowanym politycznym podmiotem (wspólnotą), jest procesem a nie ustabilizowanym bytem (ale oczywiście _jest_ podmiotem politycznym). Metropolia jest więc nowoczesnym podmiotem, o wiele bardziej efektywnym niż Autonomia, unikającym (na ile to oczywiście możliwe) niebezpieczeństw ksenofobicznych narracji 'prawdziwych Ślązaków'. Czy jesteśmy gotowi na Metropolię? Politycy oczywiście nie, ale świat starych politycznych elit być może właśnie się kończy...
_______
I oczywiście NIE dla ACTA!
(ależ PO strzeliło sobie w stopę!)
22:58, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (6) »
piątek, 13 stycznia 2012
605. class struggle
Taki tekst popełniłem:


miłej lektury...
19:45, krzysztof_nawratek , miasto
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 stycznia 2012
604. subscriber of the week
New Statesman, 16 Jan 2012:

... ;)
21:28, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 stycznia 2012
603. cztery narracje o aborcji
Co jakiś czas powraca w Polsce rytualna nawalanka pomiędzy 'obrońcami życia' a 'zwolennikami wolnego wyboru' dotycząca prawnej dopuszczalności aborcji. Ścierają się w mediach i publicznych debatach dwie narracje, pomiędzy którymi - podobno - nie ma żadnej możliwości porozumienia. Problem jednak - moim zdaniem - nie polega na tym, że te dwie 'oficjalne' narracje są tak różne, lecz na tym, że ukrywają one narracje niewypowiedziane, które są do siebie zbyt podobne.

Zacznijmy jednak od tego co na powierzchni.
Mamy więc najmocniejszą w mediach narracje 'obrońców życia', która brzmi z grubsza tak: życie człowieka zaczyna się od poczęcia i trwa do naturalnej śmierci i jako takie powinno być chronione. To jest jednak stanowisko, które bardzo łatwo jest podważane poprzez wskazanie, że 'obrońcy życia' nie mają nic przeciwko karze śmierci czy wysyłaniu żołnierzy do Afganistanu i Iraku. Dlatego zaraz pojawia się narracja wspomagająca - 'nienarodzone dziecko' jest bezbronne i jako takie powinno być chronione przez silnych, jeśli pozwolimy by silniejsi (w tym przypadku - matka) 'dziecko zabiły' wyzbywamy się naszego człowieczeństwa. Te dwie oficjalne narracje, mimo, że nie mają ze sobą wiele wspólnego, występują razem, wzmacniając tożsamość 'obrońców', jako heroicznych rycerzy słusznej sprawy (tu doskonale wpasowują się w narracje militarystyczną, nie ma żadnej sprzeczności pomiędzy żołnierzem 'walczącym z terroryzmem' a 'obrońcą życia' walczącym z 'cywilizacją śmierci'. Zabójstwa ginekologów dokonujących aborcji w USA stają się zrozumiałe). Jednak istnieje jeszcze jedna narracja, której ślad już się pojawił, lecz której w oficjalnych wystąpieniach prawie nie znajdziemy. 'Chlubnym' wyjątkiem szczerości jest słynna deklaracja byłego posła i europosła PiS (i ojca senatora PO) Marcina Libickiego o kobietach jako żywych inkubatorach: "Nie można zmuszać kobiety, by zachodziła w ciążę, ale gdy jest w ciąży, to możemy ją zmusić do rodzenia. Dziecko poczęte wymaga ochrony. Matka jest tu tylko depozytariuszką". Tu mamy z jednej strony narracje 'heroicznych obrońców', lecz z drugiej pojawia się, zwykle skrzętnie skrywana, narracja anty-kobieca. "Matka jest tu tylko depozytariuszką" jest potwierdzeniem męskiej dominacji i dobrze wyjaśnia pęknięcie w narracji 'obrońców życia', gdy zaczynamy rozmawiać o tym co następuje _po_ urodzeniu dziecka. 'Obrońcy nienarodzonych' są bowiem również (prawie zawsze) zadeklarowanymi obrońcami autonomii rodziny oraz jej tradycyjnego modelu. W którym, jak wiadomo, dominującą pozycję zajmuje ojciec-mężczyzna. Ta ukryta narracja 'obrońców życia' jest więc po prostu obroną określonej struktury przemocy, struktury władzy mężczyzny, w której zarówno kobieta (żona, matka) jak i dziecko (narodzone i nie) stanowią 'symboliczną własność', z którą wewnątrz struktury rodziny mężczyzna może robić co chce, a państwo (czy jakakolwiek zewnętrzna struktura) nie ma prawa interweniować.

Z drugiej strony mamy narrację 'prawa wyboru'. Zwolennicy i zwolenniczki prawnej dopuszczalności przerywania ciąży z jednej strony argumentują, że 'mój brzuch, moja sprawa', a płód jest zależny od matki, więc to matka ma prawo decydować o jego losie; z drugiej jednak (ponieważ taka narracja brzmi lekko egoistycznie, jest więc retorycznie słaba) zwolennicy 'prawa wyboru' podchwytują skrywaną, antykobiecą narrację 'przeciwników aborcji' (tak pięknie wypowiedzianą przez Libickiego) i do 'prawa wyboru' dołączają narrację ochrony kobiety, przed chcącymi ją ubezwłasnowolnić (a w drastycznych przypadkach pozbawić życia - co miało przecież w Polsce kilkakrotnie miejsce, gdy dobro 'dziecka nienarodzonego' było ważniejsze od życia 'depozytariuszki') mężczyznami - czy szerzej, zwolennikami i zwolenniczkami brutalnego patriarchatu. Narracja 'zwolenników wyboru' staje się tutaj narracją samoobrony, zagrożenia życia i zdrowia kobiety przez nieludzkie prawo (tego przecież dotyczyła słynna sprawa Alicji Tysiąc).

Dwie powyższe 'oficjalne' narracje 'zwolenników i zwolenniczek wyboru' nie dają jednak pełnego obrazu tego, o co idzie spór.
Trzecia narracja pojawia się oczywiście w dwu powyższych, lecz rzadko kiedy można ją usłyszeć lub przeczytać wypowiedzianą do końca. Ta trzecia narracja jest Singerowską narracją świadomości. Aborcja jest dopuszczalna, ponieważ płód jest na niższym niż matka poziomie samoświadomości.  Przyjęcie tej narracji powoduje, że - jak postuluje Peter Singer - nie tylko płód, ale również narodzone dziecko, nie byłoby traktowane jako pełnoprawny człowiek (co zresztą w kulturach tradycyjnych było praktykowane i często jest praktykowane do dziś). W publicznej debacie ta narracja jest raczej rzadko używana, ze względu na jej łatwe skojarzenie ze zwolennikami eugeniki co (w publicznej debacie) równe jest zwolennikom nazizmu. Ta narracja jest przede wszystkim narracją hierarchii a przez to władzy i dominacji i w takim kontekście trzeba na nią patrzeć.

Mamy więc cztery narracje 'oficjalne', które można sprowadzić do dwu. Z jednej strony więc: 'chrońmy życie nienarodzonych maluszków', z drugiej 'pozwólmy kobietom decydować o ich własnym zdrowiu i życiu'. Czy te dwie narracje rzeczywiście całkowicie i nieodwołalnie się wykluczają? Nie wydaje mi się...

Czy dyskusja jest jednak możliwa, gdy z jednej strony mamy: 'kobiety, szczególnie w ciąży, nie są w stanie podejmować poważnych decyzji, dlatego musimy (my mężczyźni) sprawować nad nimi kontrolę', a z drugiej 'osobnik o wyższym poziomie samoświadomości ma prawo decydować o losie osobnika o niższej samoświadomości'?

Jeśli w pierwszym, 'oficjalnym' obiegu mamy dwa dyskursy oparte o współczucie, to dwa 'podskórne' dyskursy są dyskursami władzy i dominacji. Te dwa pierwsze - moim zdaniem - mogłyby 'zejść się' w jakiś realny kompromis, minimalizujący _realną_ ilość dokonywanych aborcji i w maksymalnym stopniu chroniący zdrowie i życie (życie również w sensie jego jakości) kobiet. Jednak to nie one wyznaczają prawdziwy ton debaty - w cytowanym powyżej wywiadzie Marcin Libicki jasno mówi, że jemu wcale o realne życie (ani kobiet, ani 'nienarodzonych maluszków') nie chodzi, chodzi mu jedynie o utrzymanie określonego modelu władzy i moralności. Dopóki więc debata nie wyjdzie z tego 'darwinowskiego' stadium walki o dominację, spór o aborcje w Polsce pozostanie nierozwiązany. I nie jest to bynajmniej problem prawny czy polityczny - prędzej czy później (i myślę, że raczej prędzej) do zmiany prawa dojdzie i aborcja będzie dopuszczalna. To jest problem kulturowy czy wręcz cywilizacyjny. Bez wyjścia poza debatę 'kto kogo może zjeść', nie będziemy w stanie zbudować w Polsce współczującej, solidarnej społeczności (wspólnoty). Dlatego właśnie dyskusja o aborcji jest kluczowa dla wszystkich, którzy chcieliby widzieć społeczeństwo jako coś więcej niż zbiór rywalizujących ze sobą jednostek. Czym prędzej zrozumieją to polscy konserwatyści (jeśli jeszcze jacyś zostali, nie pożarci przez barbarzyńskie hordy) tym większe Polska ma szanse na przetrwanie i - jeśli bogini pozwoli - rozwój.

07:16, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (9) »