Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
piątek, 27 lutego 2009
235. miasto to nic przyjemnego...
Zazwyczaj zachwycam się miastem.

Nie tylko zresztą ja - większość stałych czytelników tego bloga zalicza się pewnie do ludzi, którzy miasto co najmniej lubią.
Ba! AKTYwiści, o których ostatnio trochę pisałem, to rosnąca grupa fascynatów i miłośników miasta.

Trzeba sobie jednak uczciwie powiedzieć - miasto to nic przyjemnego...

Miasto bowiem ufundowane jest na kłamstwie, manipulacji, arogancji i wyzysku.

Pierwsze miasta powstawały jako siedziby władców i kapłanów, elit, które wyzyskiwały pracujących na nich chłopów.
Religijne gusła (pamiętacie "Faraona"? ;)), święte wyrocznie, świątynie. Pisarze liczący ilość oddanych towarów. Władcy i ich zaufani wojownicy zmuszający do posłuchu.
Grecka Polis, do której jakże często się nostalgicznie odwołujemy, była oparta na ścisłym podziale na trzy odrębne kasty, i tylko jedna z nich była "tą właściwą", która Polis rządziła.

Miasta nie były ani przyjemnym ani miłym miejscem - dla większości. Dla elit (jak zawsze) - a i owszem.

Potem, gdy po wybuchu rewolucji przemysłowej biedni, wykorzystywani chłopi zamienili się w jeszcze biedniejszych i bardziej wykorzystywanych robotników, miejskie elity wycofały się do lepszych dzielnic, Haussmann pokroił Paryż tak, by po szerokich bulwarach mogła przechadzać się miejska elita, biedotę spychając za fasady.
W Brytyjskich miastach, jeszcze tuż przed Drugą Wojną Światową zdecydowana większość mieszkańców nie miała ciepłej wody, a łazienki były prawdziwym luksusem.

Dziś, miliony biedaków oszukane wizją lepszego bytu (oraz zmuszone do opuszczenia swych wiosek przez postępującą globalizację) ciągną do wielkich miast i kończą zamieszkując slamsy, czyszcząc puszki po farbach lub grzebiąc w wysypiskach śmieci.


(fota: Bart Pogoda)

Nic dziwnego, że nie lubi miast ani ideowa prawica, ani lewica.
Kochać je mogą jedynie cyniczni liberałowie lub ironiczne postmodernistki.

Wirth i Simmel mieli oczywiście racje opisując miasto jako przestrzeń alienacji, skoncentrowaną na tym co policzalne (czyli na pieniądzach), zmieniającą swych mieszkańców w pozbawione emocji automaty.
Jeśli Agamben pisał, że dziś obóz jest najlepszym modelem opisującym współczesne społeczeństwa i przeciwstawiał obóz miastu, to robił to niepotrzebnie.
Miasto i obóz nie różnią się tak bardzo.
Wszędzie są strażnicy i usłużni kapo...

Miasto to nic przyjemnego...
20:10, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (11) »
wtorek, 24 lutego 2009
234. czerwony konserwatyzm
Dziś, jak obiecałem, pociągnę jeszcze chwilkę polemikę/dyskusję z naszymi drogimi miejskimi aktywistami.
Pretekstem jest tekst "Rise of the red Tories",



który ukazał się w magazynie Prospect (thx TK za polecenie).
Tekstu nie będę streszczał - przeczytajcie sami - powiem tylko jakie jest jego główne przesłanie.
Phillip Blond, bo to on jest autorem tego tekstu, proponuje by pożegnać się całkowicie z thatcheryzmem, z toryzmem który jest radykalnie wolnorynkowy i anty-społeczny.
Blond, sięga do innej, komunitarianskiej czy raczej paternalistycznej tradycji konserwatyzmu - jego wizja to odbudowa społeczeństwa, zniszczonego - jego zdaniem - przez liberalizm. Liberalizm z jednej strony będący skrajnym wolnorynkowym dognatyzmem, z drugiej zaś wyrosłym na dziedzictwie maja 68 - "polityce pożądania".

Phillip Blond jest profesorem teologii i zadeklarowanym anglikaninem. Anglikaninem zafascynowanym jednakże katolicką nauką społeczną (o której i ja często wspominam).
Ta katolicka nauka społeczna, z naczelną zasadą pomocniczości - a więc warunkowej autonomii poszczególnych fragmentów systemu - jest zadziwiająco pociągająca by stosować ją w myśleniu o mieście, o relacji pomiędzy fragmentem a całością.

Jaki to ma związek z naszymi polskimi miejskimi AKTYwistami?

Otóż moim zdaniem (co pisałem ostatnio - zarzucając im brak języka a więc brak jakiejkolwiek spójnej wizji po co robią to co robią), mimo wciąż wyraźnego zaczadzenia korwinizmem, wielu z nich zdaje sobie sprawę, że liberalizm nie jest do pogodzenia z miastem. Że miasto JEST SPOŁECZNE.
Ci ludzie potrzebują - i wiem, że rozpaczliwie szukają - intelektualnego konstruktu, który nadałby sens temu co robią.

Mimo tego, że wciąż jestem określany jako "lewak" lub "lewicujący", kilka razy pisałem już dość wyraźnie, że lewicowej rewolucji w mieście nie będzie.
Miasto - moim zdaniem - zawiera w sobie zarodki innego, stricte miejskiego systemu.
Jak już pisałem - nie wierzę w socjalizm, nie wierzę w liberalizm, wierzę w ... URBANIZM.
23:56, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 23 lutego 2009
233. chwalipięta
W zestawieniu internetowego magazynu "verte" na najlepsze/najważniejsze książki 2008 roku, Emilia Walczak, zastępczyni redaktora naczelnego, umieśliła "Miasto jako idea polityczna" na trzecim miejscu :)

Dziś jestem strasznie zajęty (wróciłem z wojaży, a jutro dwa wykłady, z czego jeden wciąż nie jest do końca gotowy), ale postaram się jutro jeszcze chwilę podrążyć temat miejskich atywistów i ich (potencjalnych) ideologicznych siatek.
Przeczytałem bowiem niezwykle interesujący tekst o "red tories", który po pierwsze znów udowadnia, że (neo)liberalizm na zachodzie Europy jest już martwy na amen, a po drugie pasuje całkiem zgrabnie do naszych z Wropismakiem i g625 przepychanek.
Ale to jutro...
Teraz wracam do pracy.
21:23, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 lutego 2009
232. brak wam języka więc brak wam idei
Od czasu do czasu spieramy się z Wropismakiem.
W zasadzie zawsze o to samo.
Wropismak jest elitarystą, a ja jestem egalitarystą.
Więc wciąż i na nowo, On wychwala elity którym się chce (o tym co im się chce - to za moment) oraz z pogardą odtrąca tych, którym "się nie chce".

Ten spór jednak, moim zdaniem, wynika przede wszystkim z tego, że Wropismak (myślę, że z rozmysłem) nie przyjmuje do wiadomości istoty tego o czym piszę.

O tym niezrozumieniu świadczy jedno drobne słowo - Wropismak pisze tak:

"Dobrze, że aktywistami są tylko tacy, którzy chcą. I dobrze, że nie chcą nic więcej niż tylko normalności".

Tak - to właśnie "normalność" jest słowem, które obnaża Wropismaka. "Normalność", którą miałem za słowo dawno zabite - którym szermowali nasi dzielni modernizatorzy na początku lat 90tych.
Normalność, która oznaczała wprowadzanie neoliberalizmu do post-komunistycznej Polski.
Owo słówko wytrych, jest częścią hegemonicznego dyskursu w języku, który wszystkie alternatywy definiuje jako "NIE - normalne".

Wropismak, jako zdeklarowany liberał używa więc słowa właśnie po to, by zepchnąć mnie na pozycje świra, kogoś z kim się nie należy liczyć, kogo nie warto słuchać.
To nie jest spór polityczny - to jest próba wypchnięcia mnie poza obszar debaty politycznej.

Wbrew pozorom bowiem, to właśnie o język toczy się walka.
Język, który produkują ci, którzy to potrafią.
A więc między innymi Wropismak i ja.
On cieszy się z tego, że jego koledzy zawłaszczyli i zawłaszczają język publicznej debaty, że to opowiastki o przestrzeniach publicznych i inwazji reklam dobrze się sprzedaja w mediach. Z pogardą naśmiewa się z tych, którzy nie zabierają głosu w debacie, albo ktorych język nie jest popularny w mediach (skłotersi, lokatorzy wyrzucani na bruk, mieszkańcy złych dzielnic, mieszkańcy stający na drodze walca modernizacji).
On chciałby im ten głos trwale odebrać:

"Nie idziesz głosować? Nie musisz. Ale w następnych wyborach nie możesz. Pauza. Przerwa".

To trochę tak, jak by mówił do człowieka na wózku inwalidzkim "Nie wchodzisz po schodach na piętro do sklepu? Nie musisz. A jutro już nie możesz. Ten sklep nie bedzie dla ciebie."

Czy gdy zaczynasz gorzej widzieć wyłupujesz sobie oczy, czy zakładasz okulary?

Zabawne jest jednak to, że nie tylko przeciwnicy Wropismaka nie mają języka który byłby słyszalny i którym mogliby opowiadać o mieście.
Nie mają go również - wbrew pozorom - również owi AKTYwiści.
Happeningi się nieźle sprzedają, bo można je pokazać w telewizji, ale gdy przychodzi do opowiedzenia czym owo lepsze, "normalne" miasto miałoby być, pozostają miałkie, mdłe opowieści o tym że miasta mają być dla ludzi. (Jak w linkowanym już przeze mnie filmiku)

Owi aktywiści, są w istocie PRowcami deweloperów, za darmo i w wolnym czasie tworzący "werbalne wizualki".
Język, którym się posługują, jest gnijącym właśnie językiem neoliberalnej hegemonii - która jeszcze chyba tylko w Polsce wciąż otumania umysły (ale najprawdopodobniej, dzięki działaniom rządu, wkrótce namacalnie dowiedzie swej nieprzystawalności do rzeczywistości).

Nie mają języka, bo POMYŚLEĆ prawdziwą zmianę.

Nie chcę być okrutny, ale być może niespłacone kredyty na mieszkania (szczególnie we frankach szwajcarskich), wybudowane z wieloprocentowym zyskiem przez tychże deweloperów, zmuszą AKTYwistów do zobaczenia się po drugiej stronie barykady.
Nie jako PRowców kapitalistów i neoliberalizmu, lecz jako tychże kapitalistów i neoliberalizmu ofiary.
Może wtedy służalcza miłość zamieni się w gniew.

Wtedy wróćcie do moich tekstów (oczywiście - między innymi).
Daję Wam język. Nie instrukcje obsługi rewolucji, lecz język, którym będziecie mogli w końcu pomyśleć o zmianie.
Jaka ta zmiana bedzie, zależy już od Was...
W przeciwienstwie bowiem do Was, ja z politycznej debaty, na margines "NIE - normalności" wyrzucać nikogo nie próbuję...
10:46, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (15) »
piątek, 20 lutego 2009
231. za chwilę
... pojawi się kolejny wpis.
Właśnie siedzę na lotnisku w Berlinie - kolejna wizyta w tym mieście, tym razem ze studentami.
Łaziliśmy po zaśnieżonym Berlinie i oglądali "architekturę".
Bez emocji (z wyjatkiem ambasady Holandii - Rem rulezzzz :))

Spotkałem się za to z dwoma blogerami (Tym i Tym) - i to było bardzo przyjemne.
Pozdrowienia!
10:00, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (6) »
sobota, 14 lutego 2009
230. there is not such thing as society...
... jak mawiała Małgośka.

Nasi populistyczni liberałowie też widać w to wciąż głęboko wierzą (a może to tylko cynizm?) - właśnie zlikwidowali pozwolenia na budowę.
Jaki ma to związek ze społeczeństwem?
Otóż taki, że teraz liczyć się będą tylko jednostki oraz przedsiębiorstwa. Stowarzyszenia czy grupy mieszkańców nie mają żadnego znaczenia.
Proces destrukcji kapitału społecznego w Polsce trwa.

W uchwalonej właśnie (jak donosi Rzeczpospolita) nowelizacji, najpiękniejsze jest bowiem ubezwłasnowolnienie sąsiadów. Koniec pyskowania - jak deweloper chce Ci coś za płotem postawić, to masz się cieszyć, bo w ten sposób korzyść odnoszą tysiące Polaków (jak twierdzi Marek Wójcik ze Związku Powiatów Polskich). Nie znasz tych tysięcy, za to znasz kilkudziesięciu sąsiadów z Twojego osiedla, których owa inwestycja unieszczęśliwi? To pieniacze, stojący na drodze walca historii - kto by się nimi przejmował!
Niech się cieszą, że za swój sprzeciw nie trafią do tiurmy.

Za to deweloperzy zacierają ręce.
Pewnie mają nadzieję, że to dopiero początek zmian - wszak od dłuższego czasu przebąkują, że taka regulacja dotycząca minimalnej wysokości pomieszczeń mieszkalnych to głupia fanaberia. Tych "głupich" regulacji jeszcze trochę zostało...

W zderzeniu z instytucją - czy to jest państwo, administracja miejska czy przedsiębiorstwo, pojedynczy człowiek nie ma prawie żadnych szans.
Dlatego właśnie słabi powoływali związki zawodowe (również NSZZ Solidarność w 1980 roku), ludzie zbierali się razem, by opresji się przeciwstawiać.
Dziś już tego nie można zakazać, można za to ludzi podzielić, skłócić, można ciało społeczne pokawałkować.
Z pozostałymi strzępkami nikt się już nie musi liczyć.

I tylko smutny śmiech mnie ogarnia, gdy myślę o tych wszystkich młodych zwolennikach liberalizmu, którzy wciąż wierzą, że za chwilę to oni będą na górze, że to oni będą mogli hołocie narzucać swoje kaprysy.
Dziś jednak zginają karki przed swoimi szefami, płacą krocie deweloperom za żałosne klitki na strzeżonych osiedlach (lub właścicielom mieszkań za wynajem). Wciąż marzą, że jeszcze wszystkim pokażą...
Za kilkanaście lat stracą nadzieję... ale będzie już za późno. I dla nich i dla Polskiej Republiki Bananowej...

czwartek, 12 lutego 2009
229. architektura nie istnieje
Cóż to jest architektura?
Budynki? To jak o budynkach mówimy i myślimy (jak twierdzi Aaron Betsky)?

Architektura wciąż wymyka się jasnym i klarownym definicjom, zdaje się istnieć w kilku równoległych światach, z których jednak dwa wydają się najważniejsze, zawierające w sobie wszystkie inne, bardziej subtelne, rozróżnienia.

Architektura jest więc z jednej strony sztuką tworzenia opakowań na funkcje, z drugiej zaś jawi się jako sztuka nadawania tym skorupom znaczenia.

Ta dwoistość architektury jest jej siłą i słabością – siłą, ponieważ architektura wciąż i na nowo jest w stanie otwierać nowe przestrzenie w jakich się objawia, słabością, ponieważ jawi się jako sztuka pasożytująca na innych dyscyplinach – zarówno tych inżynierskich, zajmujących się praktycznym tworzeniem budynków i wypełnianiem ich instalacjami; jak i tych które zajmują się kulturą i człowiekiem.

Czy jednak istnieje jakiś język specyficznie architektoniczny? Jakaś metodologia? Oryginalna, niezapożyczona z innych dyscyplin?


Architektura nie istnieje.

Istnieje przestrzeń, istnieją przestrzenne artefakty, istnieją ludzie.
Wszystko to jest opisywane i / lub kreowane przez socjologów, geografów, artystów, konstruktorów czy w końcu majstrów.
Architekci wciąż i na nowo usiłują ukraść nie swoje narzędzia, nie swoje pomysły. Wciąż chcą by wierzono właśnie im, jako prawdziwym twórcom, prawdziwym znawcom.
To uzurpatorzy.

Architektura nie istnieje. Architekci to oszuści.

Wszystko jest architekturą. Każdy jest architektem.

00:50, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (21) »
środa, 04 lutego 2009
228. być jak Bóg
Gdy opublikowałem wpis "anty-planistyczna diatryba", zostałem na priva złajany, że nie wolno mi tak pisać, bo sobie różni miejscy aktywiści pomyślą jacy to oni nie są zaj....
Pikanteri dodaje fakt, że osoba która mnie w ten sposób pouczała, w swoich publicznych deklaracjach kreuje się na gorącego zwolennika demokratycznego zaangażowania obywateli.


Wielu moich komentatorów (i blogowych i na priva) stara się przekonać mnie i innych,  że w mieście nie ma rzeczywistych, immanentnych konflików. A jeśli są, to są to po prostu drobne błędy, które Mądry Planista potrafi zniwelować.

Wiara w post-polityczną racjonalność, jakże często ścisle powiązaną z tradycją neoliberalnej rewolucji lat 80' i 90tych, jest zadziwiająca.
I naprawdę nie trzeba śledzić literatury przedmiotu, nie trzeba znać badań Neila Smitha, Mike'a Daviesa czy Jean Hillier, można nie być na bieżąco z tekstami publikowanymi w Planning Theory czy Antipode (choć jeśli się ktoś uważa za planistę, to trochę wstyd), ale wystarczy wyściubić nosek poza pokoik w którym się popija kawkę, oderwać się od biureczka z rozłożoną gazetką, by zobaczyć że miasto jest konfliktem, że miasto jest opresyjne dla słabszych grup społecznych i że KAŻDA decyzja planistyczna jest polityczna - jednym sytuację poprawia a drugim niekoniecznie.
Nie istnieje jedna "dobra" droga - zawsze będzie ona dobra dla jednych, a gorsza dla innych.

Gdy podobne nastawienie przejawiają moi studenci, mówię im - jeśli twierdzicie że projektujecie dla wszystkim - kłamiecie. Macie bowiem w głowach niewypowiedziane założenie, kto to są owi "wszyscy". Nie kłamcie - bądźcie uczciwi.
I oni są.
Bardzo szybko zaczynają dostrzegać społeczne i ekonomiczne konsekwencje swoich decyzji.

Z praktykującymi polskimi urbanistami nie jest tak łatwo.
Ich upodobanie do bycie Sprawiedliwym Panem Bogiem, który wszystkich kłócących się ludzików potrafi pogodzić wybucha z wściekłością owym "nie wolno ci tak pisać! bo sobie ci wszyscy aktywiści pomyślą, że są niewiadomo jak zaj..."

Powiedziałbym im - nie kłamcie. Powiedziałbym im (bo ta boska uzurpacja ma coś wspólnego z ich religijną wiarą w Jednego Boga, Jedną Prawdę, Jeden Ład Przestrzenny) prawda was wyzwoli!.
Lecz to nie ma sensu. Nie zrozumieją.
Wciąż uważają że to oni posiadają Prawdę, i ta ICH prawda nas wszystkich wyzwoli.
Czy nam się to podoba czy nie...
14:19, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (10) »
wtorek, 03 lutego 2009
227. koalicja z miejskim aktywistą, czy raczej z siecią Wi-Fi?
(wpis ten dedykuję naszemu najdroższemu Pawianowi, centroprawicowej feministce, mieszczce w najlepszym tego słowa znaczeniu :))

Prominentny miejski aktywista ;) przysłał mi dziś filmik z wywiadem z dwoma innymi miejskimi aktywistami - architektem z Warszawy i prawnikiem z Łodzi.

Panowie mówili, że chcieliby by miasta były czyste i dla ludzi.
W krótkim materiale poprzedzającym wywiad, chwalono aktywistów za walkę z natrętną reklamą, ze źle zaparkowanymi samochodami oraz wychodzenie z własnymi propozycjami zagospodarowania przestrzeni (przykłady z Warszawy i Katowic).

I nie chodzi o to, by powtarzać co już napisałem - że lewicowej rewolucji z tej mąki nie będzie; po wysłuchaniu tego wywiadu straciłem część mojej wiary że _cokolwiek_ z tego będzie.

Oczywiście - po raz kolejny zapewniam - z wielkim podziwem patrzę na to coraz bardziej samoświadome mieszczaństwo, które chce żyć w uładzonym mieście, które chce przejąć kontrolę nad otaczającą ich rzeczywistością.
Mam jednak wrażenie, że oprócz mieszczańskiego standardu estetycznego, nie ma tam nic więcej.
No dobrze - wiem, że w Polsce to wciąż może wydawać się ambitnym, wręcz rewolucyjnym programem.
Problem jedynie w tym, że ładem przestrzennym mogą się zajmować jedynie ci, którzy mają świadomość że ład jest czymś dobrym (a nieśmiało przypominam, że to słówko - ŁAD - może mieć całkiem złowrogie konsekwencje) a po drugie, ci którzy mają dość czasu.
Czyli najczęściej młodzi profesjonaliści, w swoim wolnym czasie.
To w sumie wydaje się coraz bardziej trendy (a może dziś mówi się "fancy"? albo "jezzee" bo już chyba nie "cool"?) taki społecznikowski pro-miejski aktywizm. Takie hobby - mniej reklam, więcej kwiatków.

We współczesnym, neoliberalnym mieście wymienia się trzy teorie wyjaśniające jak owo zdecentralizowane, pozbawione jasno określonej, podmiotowej władzy miasto jest zarządzane.
Chronologicznie, najstarsza, najprostsza jest teoria "growth coalition". Tak naprawdę, to stara dobra walka klas (tak tak), stary dobry marksizm - elita ekonomiczna (przede wszystkim ta posiadająca nieruchomości i ziemię) manipuluje/wchodzi w koalicje z elitami kulturowymi (wytwarzającymi kulturę - np. z mediami) i politycznymi by stymulować wzrost gospodarczy, który oczywiście skutkuje wzrostem wartości należacych do  tejże elity nieruchomości.
(Pamiętacie propagandę Gazety Wyborczej dotyczącą rynku nieruchomości? "Kupuj, taniej już nie będzie"?, to właśnie tak działa).
Profesor Malcolm Miles przysłał mi kiedyś pięknę zdjęcie - plakat z napisem: Sensem sztuki w przestrzeni publicznej jest wzrost wartości prywatnych nieruchomości (cytat niedokładny - ale taki był sens).
Nikt bowiem nie jest niezależny i niewinny.

Bardziej wyrafiną teorią jest teoria reżimów miejskich (urban regime. Jestem prawie pewien, że ktoś z Pomorza się tym w Polsce zajmował już na początku lat 90tych... niestety nie pamiętam nazwiska).
Ta teoria dopuszcza co prawda istnienie reżimów nie-wzrostowych, ale przede wszystkim widzi rządzący miastem "układ" nie jako skonsolidowany i jednowymiarowy blok, a raczej jako sieć aktorów o różnych interesach, jednostkowo słabych i niezdolnych do działania, budujących koalicje, które uzupełnią ich braki i słabości.
Choć poszczególni aktorzy mogą posiadać pozaekonomiczne interesy, to jednak - w neoliberalnym mieście nie ma przed tym ucieczki - ostatecznym horyzontem jest oczywiście siła ekonomiczna miasta.
Mój przyjaciel, Florian Koch, zrobił doktorat z reżimu miejskiego Warszawy - dochodząc do wniosku, że tej amerykańskiej teorii, która generalnie w Europie ma umiarkowane zastosowanie, w Warszawie zastosować w zasadzie się nie da - za duży chaos ;)

Tak czy siak - polscy miejscy aktywiści wydają się widzieć siebie jako część takiego miejskiego reżimu. Większość z nich nie posiada nieruchomości, są za inteligentni by być marionetkami deweloperów, ich interesy są inne. Ich związki z deweloperami są bowiem dość skomplikowane - wystarczy poczytać forum miłośników wieżowców - nie jest to afirmacja, nie jest to negacja, raczej próba prowadzenia gry, której celem ma być rosnące, "cywilizowane" miasto.
Teoria reżimów miejskich ma swoją ciemną stronę - widzi ona demokrację, jako dobry system, ale dla wybranych.
Dla jej dobrego funkcjonowania niezbędna jest apatia dużej, "niemej" części społeczeństwa.
Ci wszyscy pieniacze, NIMBY, powinny zamilknąć.
Przypominają mi się moje dysputy z Wropismakiem, który ni mniej ni więcej takie tezy głosił - że obywatelstwo miejskie jest przywilejem, nie każdy powinien je otrzymywać.

Jest jeszcze jedna, dość szalona ;) teoria usiłująca tłumaczyć co w mieście się dzieje i jak.
To ANT, czyli Actor-Network Theory.
Teoria ta jest o tyle ciekawa, że wprowadza na równych prawach aktorów nie-ludzkich.
Oprócz więc burmistrza, biznesmena czy miejskiego aktywisty mamy drzewo, sieć Wi-Fi, drogę, kanalizację, w końcu pogodę.
ANT pokazuje jak skomplikowanym układem jest miasto, że kawałek lasu czy wzniesienie mają swe własne "interesy", mają swą siłe w miejskim układzie sił.
ANT widzi sieć powiązań w jakiej się znajdujemy niezwykle szeroko - od kultury po kostkę brukową.
Jeśli gdzieś szukać inspiracji dla moich "miejskich interfejsów", to ANT nie jest bardzo daleko - przykłada bowiem wielkie znaczenie do reguł / kodów, którymi rzeczywistość jest obudowana.

Na zakończenie tego przydługiego wpisu chciałbym wrócić do pytania z tytułu - czy jeśli nasi polscy miejscy aktywiści aspirują jedynie do "zmiękczenia" twardego, "drapieżnego" polskiego miasta początku XXI wieku, do uczynienia się częścią miejskiego reżimu, tak by swoje, partykularne interesy architektów i prawników (oraz pokrewnych zawodów) realizować, to może - przyznaję, trochę w akcie desperacji - dla rzeczywistej Zmiany, powinniśmy szukać sojuszników w drzewach, sieciach Wi-Fi, budynkach...  ci których bowiem nie chcemy słyszeć mogą kiedyś wejśc w koalicję z kostką brukową i koktajlami mołotowa, a tego mimo wszystko chyba wszyscy chcielibyśmy uniknąć...
00:56, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (14) »