Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
niedziela, 26 lutego 2012
613. employability
Jednym ze słów, które doprowadza mnie do szewskiej pasji jest 'employability'. Używane w kontekście uniwersyteckim, oznacza po prostu przygotowanie studentów do wejścia na rynek pracy. Brzmi dobrze prawda? No właśnie - nie.
Po pierwsze, owo przygotowanie zakłada, że tymi, którzy decydują co powinni nauczyć się studenci są działający przedsiębiorcy. Mamy więc istniejącą, konserwatywną strukturę, która potrzebuje zasilania tego co jest. Wbrew więc modnym (i również przeze mnie znienawidzonym) słowom 'kreatywność' i 'innowacyjność', niczego nowego się od studentów nie oczekuje. Jak pisze Stefan Collini - w publicznej debacie w UK (ale przecież także, a nawet jeszcze bardziej w PL) uniwersytety mają tylko dwie funkcje: by dawały studentom wiedzę i umiejętności, niezbędne by mogli znaleźć pracę w szybko zmieniającej się gospodarce przyszłości; oraz by przyczyniały się do wzrostu gospodarczego. Problem w tym, że o to jaką pracę mają znaleźć oraz czym jest wzrost i na czym się opiera zostało już ustalone. Nie ma więc szansy na zakwestionowanie paradygmatu, uniwersytet nie ma dążyć do prawdy, do Realnego, ukrytego poza obecną Reprezentacją. Ma ową tymczasową, obecną Reprezentacje wzmacniać.

Do tego wpisu sprowokowała mnie trochę notka fronesisa - nie chcę polemizować z recenzją książki, której nie czytałem, jednak - jeśli dobrze odczytuję intencje - z romantyczną (taką steampunkową trochę) wizją inżyniera i technologii, jaką fronesis wydaje się prezentować. Wizją, która widzi postęp technologiczny linearnie i jako główną przyczynę i napęd zmian społecznych.

Dyskusja na temat 'employability' i tego czego powinniśmy nauczać studentów dotyczy mnie osobiście. Będąc wykształconym w PL w mocno stechnicyzowanej, pragmatycznej szkole architektury (inżynierów budownictwa prosi się o nie prychanie z pogardą), głęboko wierzę w to, że bez zrozumienia jak budynek jest zbudowany, architektura traci sens. Gdybym szukał spisków, powiedziałbym, że to jak się architektury naucza w UK - traktując kwestie technologiczne po macoszemu, nie mówiąc nic o ekonomii i kwestiach społecznych, a jedynie o 'tożsamości' i 'kulturze' służy właśnie uniemożliwieniu jakiejkolwiek społeczno-politycznej zmiany. Architektura bez technologii jest niegroźna. Ale architektura nauczana w Polsce, gdzie wciąż funkcjonuje kult inżyniera (gdy na budowie chciano mi okazać szacunek, zwracano się do mnie 'panie inżynierze', gdy chciano mnie obrazić mówiono o mnie 'pan architekt') jest równie, a może i bardziej politycznie nieszkodliwa.

Nie chciałbym znów pisać o naszym kursie, o tym jak staramy się łączyć polityczny radykalizm z praktyczną wiedzą o świecie i o profesji. Chciałbym za to pokazać przykład w jakim kierunku myślenie o technologii i społecznej zmianie może iść.
Irlandzki architekt Dominic Stevens zbudował sobie dom. Owszem, malutki, ale fakt, że zbudował go za £21k robi wrażenie (szczególnie, gdy porówna się to do cen domów w UK czy Irlandii i jasne - dochodzi jeszcze koszt ziemi, ale to jest zupełnie inny problem, łatwy do rozwiązania poprzez prostą nacjonalizację ;)). Stevens nie wynalazł nowych technologii (a więc jego dom nie jest elementem linearnego postępu technologicznego), po prostu sprytnie użył tego co istnieje - ale w nowatorski sposób. Mamy więc tu do czynienia z określoną potrzebą, odrzuceniem paradygmatu w którym dom kupuje się u dewelopera (zaciągając trzydziestoletni kredyt w banku) z innowacyjnym zastosowaniem istniejących materiałów i technologii. Sam dom Stevensa nie jest oczywiście rewolucyjny, ale zawiera w sobie ziarna rewolucji. Na dodatek, Stevens publikuje w sieci pełną informację jak ten dom powstał - rysunki, opisy, wyceny. To wpisuje się ładnie w dyskusję o prawach autorskich, wzmacniając anty-systemowość prezentowanego rozwiązania.

Wydaje mi się więc, że dyskusja o tym, czego powinien uczyć uniwersytet oraz skąd nadejdzie rewolucja (lub 'zmiana', dla tych których słowo rewolucja przeraża) powinna iść w kierunku odrzucenia dyktatu 'employability', powrotu do modelu uniwersytetu szukającego Prawdy - poza zasłoną obecnej Reprezentacji. To poszukiwanie prawdy idzie więc równolegle dwiema ścieżkami - poprzez kwestionowanie istniejącego modelu społeczno-gospodarczego i politycznego, oraz poprzez zaangażowane myślenie o materialności (trochę to brzmi jak model marksistowski, ale to niech koledzy filozofowie się wypowiedzą).
10:13, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (17) »
piątek, 17 lutego 2012
612. z pretensjami
W Six Feet Under pada takie zdanie: "Wydaje ci się, że świat jest ci coś winien". Oczywiście, w pewnym wieku (i to jest ten moment, w którym zaczynamy dorosłość) zdajemy sobie sprawę, że guzik - świat nic nam nie jest winien i jeśli czegoś chcemy, to musimy sobie to sami wydrzeć, wywalczyć, wybłagać lub wy-coś tam.

Więc gdy słyszę oburzoną absolwentkę wydziału architektury, która mówi, że miasta nie mogą się w Polsce rozwijać, bo ona nie może sobie kupić mieszkania na starym mieście, wpadam w melancholijną zadumę.

Miałem przy okazji mojej nowej książki spór z redaktorem - używam w niej słowa 'wściekli', a on proponował, bym zastąpił je słowem 'oburzeni'. Bo to słowo dziś jest w Polsce używane.
Nic z tego. Nienawidzę słowa 'oburzeni'. Oburzony to może być mój wujek, że w kościele służą do mszy ministrantki. Lub młoda absolwentka PG, że nie może kupić sobie mieszkania w centrum. Oburzenie nie ma żadnej siły. Co innego wściekłość.

Gdy debata o polskich miastach, w której biorą udział główni urbaniści wielkich miast, politycy i urzędnicy, międli bez końca klasę kreatywną, nowych mieszczan, nieograniczony wzrost i miasto jako grzybnię, a słowem nie zająknie się o prekariacie, o zadłużeniu, o prywatyzacji wszystkiego co się da, czy o kontenerach mieszkalnych, chce mi się wyć. Z wściekłości, a nie z oburzenia.
00:11, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (10) »
niedziela, 12 lutego 2012
611. humble christian
Na komentarz - ale żeś się na lewo przesunął - padła odpowiedź: "I am just a humble Christian". Może dziś rzeczywiście wszystko co nie jest neoliberalnym ekstremizmem zysku i własności prywatnej jest widziane jako (skrajnie) lewicowe, nieważne skąd przychodzi inspiracja...?

Krótki tekst w lokalnej prasie.

07:15, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 lutego 2012
610. 'manewry miejskie'
Ukazał się nowy numer Zielonych Wiadomości, który polecam nie tylko dla tego, że jest tam również mój tekst

(dla czytelników tego bloga mało odkrywczy), ale dlatego, że w całości poświęcony jest 'kwestii miejskiej'. A w końcu o tym przede wszystkim jest ten blog i większość mojego pisania. Polecam więc!
09:34, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 lutego 2012
609. odzyskać państwo czyli prekariusze i instytucje
W najnowszym New Statesman David Miliband (brat obecnego szefa labourzystów, z którym minimalnie przegrał walkę o przywództwo partii, były(hm...) blairysta) opublikował esej 'The Dead End of the Big State' w którym próbuje (nie on pierwszy i pewnie nie ostatni) przysposobić idee samo-organizującego się społeczeństwa (którą torysi wcielają w życie pod hasłem 'Big Society') dla lewicy. Zdecydowanie odrzuca natomiast (jak wskazuje na to sam tytuł) idee państwa scentralizowanego. Oczywiście, to zawsze gdzieś tam zahacza o myśl anarchistyczną, ale ten wątek na razie zostawmy. David Miliband (podobnie zresztą jak jego brat) to nie są moje ulubione postacie brytyjskiej polityki, z generalną wymową wspomnianego eseju też się nie zgadzam, ale jest w nim przynajmniej kilka fragmentów, które skłaniają do refleksji.
Miliband pisze na przykład:
"[Active government] will only be effective when it mobilises people, whether as patients or parents or employees or citizens, to make choices and take decisions that reshape their own lives."
Druga część tego zdania bezbłędnie demaskuje blairystę, wciąż zafiksowanego na idei obywatela-konsumenta, kierującego się w życiu swoim indywidualnym, egoistycznym interesem (w gruncie rzeczy przecież Blair był uczniem Thatcher, niewierzącym w społeczeństwo), lecz pierwsza część jest ważna - rząd jest sprawny tylko wtedy gdy stoi za nim aktywne społeczeństwo. Owszem, brzmi to trochę totalitarnie (to właśnie poprzez mobilizowanie swoich społeczeństw uprawiali politykę faszyści, sowieccy i chińscy komuniści czy naziści) lecz idea społeczeństwa masowego ma dziś wciąż alternatywę (wroga) przede wszystkim w ekskluzywnym elitaryzmie plutokracji, który woli społeczeństwo bezwolne, wykształcone w liceach już-nie-ogólnokształcących.

Zarówno ruch Occupy, We are 99% czy nasze polskie manifestacje przeciw ACTA są aktami społecznej mobilizacji. Przypadek polski jest w sumie jednym z ciekawszych, pokazuje bowiem jak rząd mobilizuje społeczeństwo przeciwko sobie (co w przypadku ruchu oburzonych wygląda inaczej - społeczeństwo mobilizuje się przeciwko rozproszonym przeciwnikom, nie do końca będąc w stanie wyartykułować swoje żądania). Ruch przeciwko ACTA jest do pewnego stopnia ruchem jednej sprawy (choć jak pisałem poprzednio - kumuluje społeczny gniew mający różne źródła). Ale jego powodzenie w Polsce (bo rząd się pod jego naporem powoli zaczyna cofać) nie bierze się z siły jego mobilizacji, lecz ze słabości państwa polskiego oraz z siły mediów. Sytuacja w której telewizyjny detektyw zastępuje państwową policję i samodzielnie feruje wyroki, a inny telewizyjny filantrop nawołuje do totalnej prywatyzacji, gdy sam żyje ze zbierania pieniędzy dla potrzebujących, chyba dowodzi tego w stopniu wystarczającym. To media są w Polsce w stanie mobilizować społeczeństwo (lub się do zmobilizowanego społeczeństwa przyłączyć) i to media w Polsce są w stanie wpływać na rząd (a w niektórych wypadkach go obalić).

Społeczeństwa na świecie mobilizują się dziś przeciwko bankom, burżujom, państwu. Niechęć do instytucji, niewiara w nie, a za to wiara w 'rój' w samo-organizującą się sieć wydaje się być powszechna. Tą niechęć wobec instytucji podziela również David Miliband i duża część europejskiej lewicy. To błąd. Wygrana prawicy w Hiszpanii i relatywny sukces ruchu anty-ACTA w Polsce pokazuje wyraźnie siłę i impotencję sieci, oraz skuteczność i ograniczenia organizacji. To instytucje są w stanie wyjść poza bunt, są w stanie działać i wprowadzać zmiany. Instytucje jednak - i tu ich krytycy i Miliband mają rację - łatwo fiksują się na wypracowanych wcześniej mechanizmach, na wewnętrznej hierarchii, na procedurach. Aparat biurokratyczny wyradza się w autonomiczny, zainteresowany własnym przetrwaniem, byt.

Czasem słyszy się narzekanie na słabość prekariatu. Mówi się, że to nie jest prawdziwa klasa społeczna (a na pewno nie klasa dla siebie), że nie jest w stanie się zorganizować, że to grupa indywidualistów, połączona marzeniem by się ze swej mizerii wyrwać. Rzeczywiście - klasa robotnicza jest (była) wyrazista i miała swoje przedstawicielstwo. Dziś też co sprytniejsi pracownicy korporacji się w związki zawodowe organizują. Prekariat nie ma tej możliwości.

Instytucja jest silniejsza niż jednostka. Rój bez struktury jest w stanie dokonać zniszczenia, dekonstrukcji, jest w stanie zbierać informacje, analizować dane. Jednak prędzej czy później struktura staje się niezbędna (czyż wikipedia nie ma struktury? czy ludzie zbierający podpisy w sprawie referendum przeciwko ACTA nie stworzyli właśnie struktury koordynującej akcję?). Instytucje są niezbędne. Gniew nie powinien być kierowany przeciwko nim, lecz przeciwko ich zamknięciu, ich obecnej formie. Nie niszczcie instytucji - zmieniajcie je. Otwierajcie, czyńcie je transparentnymi. Rój niech jest przepływa, ożywia i kontroluje.

Prekariat bardziej niż jakakolwiek inna klasa potrzebuje państwa. Silnego, wydajnego państwa, które stanie w obronie jednostki przeciwko korporacjom. Nie partykularne związki zawodowe, lecz państwo z systemem prawa, skutecznie egzekwowanym. Państwo robotników, chłopów i prekariuszy. To, że w sprawie ACTA zawiódł i rząd (państwo narodowe) jak i Unia Europejska, nie powinien - nie może! - prowadzić do wniosku, że państwo narodowe i Unię mamy odrzucić. Wręcz przeciwnie - działalność lobbystów tym bardziej pokazuje, jak bardzo potrzebujemy skutecznych instytucji, które będą nas - obywateli, prekariuszy, proletariuszy - przed innymi instytucjami/organizacjami/korporacjami bronić.

Czas prekariuszy domaga się hybrydy roju i instytucji. Nie odrzucajmy instytucji, nie odrzucajmy państwa, nie odrzucajmy Unii - przejmijmy je!
23:33, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (8) »
środa, 01 lutego 2012
608. tusk - errors
...nie mogłem się powstrzymać...




a przy okazji - przyzwoita muzyka...
21:36, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (1) »