Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
środa, 27 lutego 2013
693. czekając na armię Imperium
Trzeba się umieć przyznać do porażki. Wizja inkluzywnej polityki, opartej na empatii i uniwersalizmie nie ma w Polsce żadnych szans na zaistnienie (nie powinienem więc być zdziwiony, że w żadnej recenzji 'Dziur...' ten wątek nie został nawet muśnięty). W Polsce (i chyba na całym świecie) liczy się polityka oparta na rozróżnieniu wróg - przyjaciel, podmiot polityczny budowany jest przez wykluczenie (my - oni). To, że taka polityka jest straceńcza, że bardziej niż podmiotowość produkuje nieprzekraczalne granice, że dzieli, rozwala i w gruncie rzeczy prowadzi donikąd nie ma znaczenia. To jest polityka wojny, polityka w której przeciwnika należy unicestwić lub zmusić do zajęcia wyraźnie oddzielonego od nas terytorium. To jest polityka epoki państw narodowych, odrębnych etnicznie, religijnie i kulturowo.
To jest to marzenie fanatycznej prawicy 'Polska dla Polaków, katolików, heteryków'. Nie ma miejsca na jakąkolwiek odmienność. I zawsze ktoś się w tej Polsce nie zmieści...

W takiej polityce zawsze będą ofiary, zawsze będą wykluczeni. Bo na wykluczaniu jest ona oparta. Polska jest przykładem do pewnego stopnia wyjątkowym, w którym niemal każda i każdy z nas tego wykluczenia i opresji ze strony państwa i współrodaków doświadczył. Każdy powód jest dobry - bieda, homoseksualizm, bycie kobietą, ateizm... ale tak naprawdę każdy powód jest dobry - również bycie mężczyzną czy katolikiem jedynie pozwala być częścią dominującej grupy, ale wcale nie chroni przed wykluczeniem. Jeśli mądra skądinąd osoba, używa określenia 'wyjechać na zmywak' i nie zdaje sobie sprawy, że to jest poniżające i wcale nietożsame z 'wyjechać do pracy za granicę' to ręce opadają...

W kontekście Polski osobną kwestią jest stosunek do religii i kościoła katolickiego. Wypowiedzi biskupów i księży (których już nawet nie warto cytować - wystarczy poczytać dowolną gazetę) przekraczają wszelkie granice przyzwoitości i naprawdę trudno mi wyobrazić sobie jak można być przyzwoitym człowiekiem i nie być antyklerykałem. Problem w tym, że 'druga strona' jest podobnie agresywna i skrajnie indywidualistyczna. Oczywiście jest słabsza, więc tu nie ma symetrii, ale za każdym razem, gdy nieśmiało wspominam o niebezpieczeństwach indywidualistycznego, liberalnego antyklerykalizmu, dostaję bęcki. Bo tu trwa wojna i nie ma miejsca na wątpliwości, na krytyczny namysł. Tu jest tylko 'my i oni', jesteś z nami albo przeciwko nam.

Trzeba przyznać się więc do klęski, do tego, że w tej wojnie są tylko dwie strony - choć one się wciąż zmieniają, to zasada 'my przeciwko tamtym' jest stała i niezmienna. Bez zmiany tej zasady, bez powstania trzeciej armii, armii operującej w logice Imperium - logice całości, inkluzywizmu i empatii będziemy na zawsze skazani na fragment, nienawiść i podział.

Nie bardzo widzę jednak, skąd owa trzecia armia mogłaby nadejść... pozostaje więc marzyć o Solarnym Imperium ;)


______
I jeszcze dopisek.
Zalinkuję tu tekst profesora Zybertowicza z... hm... Gazety Polskiej. Trudno się z tym tekstem nie zgodzić (jeśli już, to polemizowałbym z idealistycznym obrazem 'Zachodu' jaki ma profesor Jałowiecki - wystarczy wspomnieć Wielką Brytanię, której rząd ma jeszcze mniejsze niż rząd RP doświadczenie 'z realnego świata' i jest jeszcze bardziej niekompetentny...To struktury państwa - i nagromadzony przez lata kapitał, różnego zresztą rodzaju - stanowią o sprawności - coraz mniejszej, ale wciąż chyba wyższej niż w PL - tego państwa). Szkoda, że profesor Zybertowicz nie zastosuje swoich rozważań do kościoła katolickiego w Polsce, by zanalizować jego pozycje polityczną i ekonomiczną (zostawmy religię, ona ma tu czysto funkcjonalne znaczenie). Szkoda również, że nie ma on świadomości (albo nie może tego napisać), że cała polska prawica w swej 'ideologii spójnej podmiotowości' proponuje politykę opartą na wykluczeniu i fragmentaryzacji. Taka polityka w oczywisty sposób reprodukuje owe obszary niekompetencji o których pisze Zybertowicz, po prostu przesuwa je gdzie indziej, by komu innemu, innym grupom i elitom służyły (ten płacz prawicowych celebrytów, że salon ich sekuje, podczas gdy stoją za nimi duże media i duże pieniądze, jest naprawdę żałosny...). Ideologia prawicy jest ideologią wykluczenia, a więc ideologią strukturalnej niekompetencji.
15:19, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 lutego 2013
692. re-industrialisation and progressive urbanism
Ponieważ sympozjum w Londynie okazało się sukcesem, postanowiłem kuć żelazo póki gorące i zorganizować 'ciąg dalszy', tym razem jednak bardziej koncentrując się na społeczno-politycznych (potencjalnej) re-urbanizacji. Jeśli jesteście zainteresowani - albo znacie takich, którzy mogliby być - przyślijcie abstrakt! Na razie mamy dwójkę potwierdzonych zaproszonych wykładowców, ale czekamy jeszcze na potwierdzenie od dwu kolejnych (bardzo ciekawych) mówców. Zapraszamy!

 Re-industrialisation and progressive urbanism

One day conference, 13th of June 2013

School of Architecture, Design and Environment, Plymouth University

Call for Abstracts

Could urban re-industrialisation be seen as a method of increasing business effectiveness in the context of a politically stimulated 'green economy'? Could it be seen as a nostalgic mutation of a creative-class concept, focused on 3D printing, 'boutique manufacturing' and crafts? These two notions place urban re-industrialisation within the context of the current neoliberal economic regime and urban development based on property and land speculation. The key question for this conference is could urban re-industrialisation be imagined as a progressive socio-political and economical project, aiming to create an inclusive and democratic society based on cooperation and symbiosis that goes way beyond the current model of a neoliberal city?

We invite abstracts (max. 300 words) for papers from researchers and practitioners from a broad range of disciplines, including, but not limited to architecture, urban design, planning, economics, sociology, anthropology, geography, and environmental science. We welcome submissions based on empirical research as well as theoretical and visionary investigations.

Abstracts will be selected for further development as papers to be presented at the conference. Papers shall be 2000 words maximum. Further submission requirements will be distributed to the authors of selected abstracts.

Abstracts should arrive no later than Monday 1 April 2013. Please send them in .doc or .pdf format to: krzysztof.nawratek@plymouth.ac.uk

Keynote presentations and selected conference papers will be considered for publication following the symposium in an edited volume.

Keynote speakers (confirmed):

Professor Malcolm Miles, Plymouth University, UK

Dr Michelle Adams, Dalhousie University, Canada


13:26, krzysztof_nawratek , miasto
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 lutego 2013
691. reindustrializacja jako projekt polityczny
Wczoraj w Londynie miało miejsce sympozjum na temat re-industrializacji. Zaprosiłem do udziału w nim z jednej strony ludzi związanych z biznesem i pieniędzmi (jak Neil Bennett, partner w duże i uznanej firmie architektonicznej Terry Farrell and Partners, czy doktor Adrian Murphy z International Synergies) z drugiej akademików o wyraziście lewicowych poglądach - przede wszystkim Micheal Edwards (na jego blogu krótka notka o wczorajszym sympozjum). Wśród biorących udział w dyskusji była na przykład Anna Minton, ale też architekci i doktoranci, także goście z Polski. Ciekawi ludzie, ciekawa dyskusja.

Konkluzja wydaje się jasna i oczywista. Można mówić o przemysłowej ekologii i powrocie przemysłu do miast w kontekście miasta neoliberalnego, ale taka re-industrializacja będzie jedynie wzmocnieniem wyzysku i niesprawiedliwości, mimo 'zielonych' pozorów, będzie powrotem do XIX wieku. Można mówić o re-industrializacji jako mutacji idei klasy kreatywnej (drukowanie 3D, 'boutique manufacturing', rzemiosło), ale to myślenie oparte o nostalgiczno - idylliczną wizję miasta.

Pozostaje tylko jedna droga, która prowadzi poza obowiązujący paradygmat - reindustrializacja jako lewicowy projekt społeczno-polityczny. Z tego punktu widzenia przemysł (i ekologia przemysłowa) staje się narzędziem budowy bardziej sprawiedliwego, równego i inkluzywnego społeczeństwa, narzędziem budowania podmiotowości miast i wspólnot (recycling i upcycling). Wydaje się, że o prawdziwej rewolucji (zmianie) nie można mówić bez reindustrializacji - bo to ona tworzy 'bazę' i infrastrukturę dla zmian społecznych. Ona wymusza zmianę paradygmatu z indywidualistycznego zaspokajania konsumenckich zachcianek na zaspokajanie ludzkich potrzeb i rozwiązywanie problemów/przezwyciężanie sprzeczności. Jeśli komunizm w 20 wieku to była elektryfikacja plus władza rad, to sprawiedliwe, wolne i równe społeczeństwo (widzicie jak sprytnie unikam tego okropnego słowa zakazanego w PL?) w 21 wieku to granica/instytucja i reindustrializacja oparta o idee 'industrial symbiosis'.
11:16, krzysztof_nawratek , miasto
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 lutego 2013
690. partia nowego typu
Jedyna organizacja, do jakiej się (po ponad 10 latach) zapisałem, właśnie przeżywa dramatyczny kryzys, który najprawdopodobniej skończy się jej zmarginalizowaniem. Grupa, która była w stanie wznieść się ponad partykularne interesy i stać się wzorem dla wielu polskich miejskich aktywistów, właśnie pogrąża się w bratobójczej walce, której z fałszywą troską przyglądają się wszyscy jej wrogowie.
Być może to tylko niezręczność i głupota, być może nie ma tu żadnych zewnętrznych sił pociągających za sznurki, lecz sytuacja w której stowarzyszenie (do którego należą działacze partii politycznych) zaczyna prowadzić działalność polityczną musi doprowadzić do wewnętrznych napięć. Tym bowiem co przesądza ostatecznie o sukcesie czy klęsce, to struktura organizacji, procedury i regulaminy. Jeśli struktura organizacji nie odpowiada temu, czym organizacja w rzeczywistości jest, klęska czai się za rogiem [obawiam się więc, że akurat w tym przypadku, jedynym wyjściem jest stworzenie nowej struktury...].

Od pewnego czasu powracam (dość obsesyjnie) do głównej tezy "Dziur w Całym', głoszącej, że polityka oparta na inkluzywizmie jest możliwa. Moje polityczne motto dziś brzmi:
"Polityka empatii w horyzoncie absolutnej inkluzywności."
A narzędziem realizowania takiej polityki, jest granica/instytucja.

Co to jednak znaczy w praktyce?
Wyobraźmy sobie organizację złożoną z wielu różnych grupek, o dość różnych interesach i skupiającą ludzi o różnych światopoglądach (to może dotyczyć organizacji o której pisałem powyżej lub też hipotetycznego Zjednoczonego Frontu Polskiej Lewicy Kulturowej i Socjalnej, do którego utworzenia zdaje się namawiać Agnieszka Grzybek z Zielonych. Przy okazji - pesymistyczny, ale bardzo dobry moim zdaniem głos Agnieszki Graff). W jaki sposób taka organizacja może funkcjonować?

Mamy oczywiście przykłady partii prawicowych, jak PiS czy PO, które łączy wewnętrznie władza, pieniądze oraz silna, autorytarna wręcz pozycja lidera. Autorytarne skłonności organizacji, a więc i autorytarna struktura. Czy można jednak inaczej?

Mam zamiar ułatwić sobie zadanie i założyć, że organizacja o której mówię przyjęła idee 'empatii w horyzoncie inkluzywności' za swój rdzeń ideowy. Jeśli tak, to ostatecznym jej celem jest włączenie w siebie wszystkich podmiotów politycznych (to jest cel ostateczny, będący wyznacznikiem kierunku, a nie czymś co może zostać zrealizowane) przy jednoczesnym zapewnieniu im zachowania własnej (cząstkowej) podmiotowości. To tylko na pierwszy rzut oka wygląda totalitarnie, w rzeczywistości wyobraźmy sobie raczej mieszkańców miasta - wszyscy są w miasto 'włączeni', w niczym owo 'włączenie' w miasto nie przeszkadza im mieć własne poglądy, mieć własne życie, często zupełnie bez związku i relacji z życiem innych mieszkańców. Miasto umożliwia (oczywiście do pewnego stopnia) taką koegzystencję, przede wszystkim dlatego, że jest bytem przestrzennym. Mieszkam w dzielnicy A i mogę nigdy nie mieć ochoty ani interesu by do dzielnicy B zawitać.

Czy podobna zasada może obowiązywać w organizacji?

'Narracja konkretna' Lecha Merglera była próbą (niewystarczającą, ale zdecydowanie idącą w dobrym kierunku) prowadzenia takiej właśnie działalności - w której poszczególni aktorzy biorą udział tylko cząstkowo, nigdy nie wymaga się od nich, by w całości podporządkowali się jakiejś 'idei'. Problem oczywiście w tym (i bynajmniej nie twierdzę, że Lech o tym nie wiedział), że musi istnieć pewien wspólny interfejs, który pozwala poszczególnym aktorom wchodzić razem ze sobą w interakcję. Ten interfejs może być zbudowany w różny sposób, lecz dla mnie idealnym jest empatia. To oczywiście może budzić (i budzi) uśmiechy politowania (od kiedyż to empatia jest kategorią polityczną?), będę jednak tego stanowiska bronił. Empatia jest czymś co każdy z nas do pewnego stopnia posiada, jest fundamentalnym czynnikiem umożliwiającym socjalizację (czyż nie odwołujemy się do niej, gdy dziecko kogoś skrzywdzi, prosząc je, by wyobraziło sobie siebie na miejscu skrzywdzonego/skrzywdzonej? czyż nie powinniśmy do tego samego namawiać posłów?) jest też czymś czego staramy się pozbyć i osłabić. Empatia jest bowiem zaprzeczeniem zarówno egoizmu oprawcy jak i egoizmu ofiary.

Obok interfejsu, drugim fundamentalnym czynnikiem kształtującym byt polityczny jest jego cel. Po co dana organizacja istnieje i działa? Jak napisałem powyżej, ułatwiam sobie zadanie, deklarując jej 'inkluzywistyczny horyzont'. Organizacja ('my wszyscy') zmierza do tego, by każdy człowiek mógł w pełni zrealizować swój potencjał. Potencjały są różne, marzenia mamy inne, szczęście znaczy co innego dla różnych ludzi - dlatego równość to nie urawniłowka. Niebezpieczeństwo takiego podejścia, że wyrodzi się w realizację okrutnych marzeń niweluje empatia.

Wreszcie kwestia techniczna - w jaki sposób taka empatyczno-inkluzywna organizacja może działać?
Granica/instytucja jest bytem, który rozdziela i mediuje pomiędzy poszczególnymi aktorami i grupami. W organizacji empatyczno-inkluzywnej granica/instytucja znajduje się w miejscu zarządu, lecz jej funkcją jest 'zbieranie/kumulowanie mocy' i używanie jej do realizacji 'polityki inkluzywności'. Granica/instytucja więc nie może dzielić i wykluczać, choć może (i czasami powinna) chronić odrębność i autonomie. Granica/instytucja istnieje i działa jedynie siłą i poprzez innych aktorów (grup) wewnątrz organizacji, jej zadaniem jest ciągłe budowanie koalicji dla osiągnięcia konkretnych celów. Taka struktura z jednej strony powinna gwarantować skuteczność i legitymacje działań organizacji, z drugiej zaś gwarantować jej anty-autorytarny charakter i ochronę każdego, nawet najsłabszego aktora.

Problemy zaczynają się, gdy taka empatyczno-inkluzywna organizacja musi istnieć w hierarchicznym, autorytarnym systemie i na przykład wziąć udział w wyborach, gdzie w ręce jednej (prezydent) lub kilku osób (posłowie/radne) oddaje się (mimo wszystko realną) władzę. To jest oczywisty moment niepewności, ponieważ musimy założyć i zaufać, że wybrane osoby użyją darowanego im 'impulsu autorytarnego' by demokratyzować strukturę. No ale cóż, bez zaufania żadna, nawet najlepiej zorganizowana struktura się rozleci...

12:42, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 lutego 2013
689. rasizm i empatia
Po głosowaniu za odrzuceniem ustaw o związkach partnerskich liberalne i lewicowe środowiska się zagotowały - pojawiło się sporo mocnych komentarzy, sporo memów, atakujących w brutalny sposób posłankę (będę używał na tym blogu takiej formy, jaka mi odpowiada) Pawłowicz, przy okazji obrażając ludzi bezdzietnych i samotnych oraz posła Godsona, wykazując się nieskrępowanym rasizmem, co słusznie wypunktował Kacper Pobłocki. To zresztą nie pierwszy raz, gdy 'oświecone' elity nie mają problemu by obrażać innych od siebie (by wspomnieć tylko niezwykle popularny filmik pokazujący tańczące starsze panie na Krakowskim Przedmieściu, z którego zaśmiewali się swego czasu 'młodzi, wykształceni z wielkich miast').

Do koloru skóry wrócił jednak dziś sam Godson, wypowiadając jakże głęboką myśl, że: "Homoseksualizm jest wypaczeniem. Bycie ciemnoskórym - nie." Pewnie więc kolejna fala rasistowskich komentarzy za chwilę się pojawi. I tak to się będzie kręcić...

Moi lewicowi i anty-rasistowscy znajomi zżymają się na fakt, że wśród wszystkich posłów, którzy głosowali przeciwko związkom partnerskim, to właśnie Godson (oraz Pawłowicz) zostali zaatakowani. Widzą w tym polski rasizm i pewnie mają dużo racji. Jak mówi AN - Godson jest chrześcijaninem i to warunkuje jego poglądy, a nie kolor jego skóry. Zgoda, czy jednak gdyby jego religia była rasistowska (a nie homofobiczna, jak konserwatywne chrześcijaństwo) to mógłby bezkarnie - powołując się na wolność religijną - obrażać ludzi o innym kolorze skóry?

Podrążmy więc głębiej naturę ataków na posła Godsona. Oprócz posądzenia o rasizm, wydaje mi się, że istnieje inny powód, dla którego wypowiedzi posła Godsona jakoś bardziej uwierają, niż katolickich fanatyków z PiS czy PO. I owszem, ma to związek z kolorem skóry. Poseł Godson doświadczył w Polsce rasizmu (pewnie nie tylko w ostatnich dniach, ale i wcześniej), sam poczuł, co znaczy być dyskryminowanym za coś, na co się nie ma wpływu. Naturalnym więc wydaje się założenie, że powinien być w stanie, zrozumieć innych, którzy z innych powodów doświadczają dyskryminacji. Mówiąc wprost - oczekiwalibyśmy od posła Godsona wyższego poziomu empatii niż od posła Gowina (od którego ja osobiście niczego dobrego już nie oczekuję).

Jak się niestety okazuje - takie oczekiwania są zupełnie bezpodstawne.

Ja na temat posła Godsona mam niezmienną opinię od momentu, gdy przeczytałem z nim wywiad na portalu Krytyki Politycznej (z 2010 roku). Wywiad, który miał w podtekście oczekiwanie i fascynacje Innością. Niestety, poglądy posła Godsona są jak najbardziej mejstrimowo neoliberalne:
"Kiedy zapewniam pracownikowi odpowiednie warunki, to jego wydajność jest lepsza. A przecież chodzi nam o większą wydajność, o większe zarobki. To jest jak najbardziej liberalne. Jest system kar i nagród, ale jest też system motywacji. Jeśli pomagamy pracownikowi wydobyć to, co w nim najlepsze, on będzie dawał z siebie wszystko, będzie dumny, że pracuje w tej firmie. Da z siebie wszystko."
Po tych słowach, promujących 'wyzysk z ludzką twarzą', najbardziej cyniczną formę kapitalizmu, ja się od posła Godsona empatii już nie spodziewałem i jego głosowanie przeciwko związkom partnerskim zupełnie mnie nie zaskoczyło. Indywidualne doświadczenia dyskryminacji być może więc czynią niektórych z nas na dyskryminacje ślepymi. To przykre, ale nauka z tego taka, byśmy jeszcze mocniej unikali dyskryminacji i poniżania innych - bo prędzej czy później to wróci. Karma zawsze wraca.
11:24, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 lutego 2013
688. totalitaryzm, hipokryzja i impotencja
W najnowszym Magazynie Świątecznym GW tekst o. Macieja Zięby "Wolność nie może uderzać w słabych", tłumaczący dlaczego związki partnerskie to ZŁO, które skrzywdzi kobiety, dzieci i emerytów.

Ojciec Zięba (z wykształcenia - fizyk, Marcinie ;) rozpoczyna łagodnie:
"Polską chorobą jest konstruowanie publicznych debat na zasadzie ''światłość - ciemność'', ''dobro - zło'' czy ''prawda - fałsz''."
O! Jak fajnie, ktoś występuje przeciwko prostackiemu dualizmowi, myślę sobie... Dalej w podobnym duchu: "Proszę podać mi listę 10 polityków i 10 dziennikarzy, a z łatwością przewidzę, co mają oni do powiedzenia...". No dobrze się zapowiada, czytam więc dalej, w nadziei, że o. Zięba napisze coś, czego bym nie przewidział.
I w pewnym sensie się doczekałem...

Najpierw, jeszcze trochę nieśmiało:
"Albowiem dobrowolnie tworząc wspólnotę polityczną, opowiadamy się za wspólną tożsamością i wspólnotą metod działania." No cóż - po pierwsze, nie "dobrowolnie". Oprócz nielicznych osób, które przyjęły polskie obywatelstwo, reszta się w Polsce urodziła, wspólnota narodowa (a więc i polityczna) została nam dana. A twierdzenie, że wspólnota polityczna wymaga wspólnej tożsamości i "wspólnych metod działania" jest niczym innym, jak wezwaniem do totalitarnej urawniłowki... Czy naprawdę musimy - po doświadczeniach III Rzeszy i stalinowskiego ZSRR wciąż bronić pluralizmu i prawa do różnych tożsamości?

No ale załóżmy, że o. Zięba nie miał na myśli tego, co napisał. Załóżmy, że bardzo niewinnie chodzi mu jedynie o sformułowanie warunków istnienia wspólnoty politycznej. Pisze więc dalej tak: "...wspólnota w swoich działaniach kieruje się zasadą solidarności, to znaczy troski o dobro wszystkich swoich członków, a zwłaszcza o najsłabszych, o najbardziej bezbronnych.".
Bardzo ładnie - "dobro wszystkich swoich członków", a więc wspólnota inkluzywna, taka, która nie wyklucza nikogo. Mi pasuje.

No ale jednak dla o. Zięby są tacy, których interesy należy poświęcić, dla interesów innych, dla interesu 'całej wspólnoty' - tu pojawia się niepokojąco totalitarnie brzmiący element myślenia o. Zięby. Nazistowskie Niemcy również budowały inkluzywną wspólnotę, po tym, gdy wykluczyły z niej Żydów, komunistów, homoseksualistów... No właśnie - homoseksualistów. O. Zięba pisze dalej:
"Dojrzała wspólnota polityczna powinna się jednak również zastanowić, czy ustawa taka jest dobrodziejstwem dla wszystkich - a zwłaszcza winna rozważyć, co oznacza ona dla jej najsłabszych członków i czy nie uderzy w nich rykoszetem?". W całym tekście o. Zięby nie mam ANI SŁOWA o homoseksualistach! O. Zięba pisze tak, jak gdyby spełniło się marzenie posła Niesiołowskiego (a wcześniej Heinricha Himmlera) i w Polsce homoseksualistów po prostu nie było.
Będziemy więc rozważać interes wspólnoty i jej członków przy założeniu, że homoseksualiści są wobec tej wspólnoty zewnętrzem - gdyby bowiem byli jej częścią, 'dojrzała wspólnota polityczna' powinna kształtować prawo tak, by również ich interesy były uwzględnione. Jak wszyscy, to wszyscy.

Dalej jest coraz dziwniej.
W obronie interesów 'wszystkich' o. Zięba atakuje związki partnerskie, widząc je jako rodzaj 'słabego małżeństwa', podczas gdy tylko mocne małżeństwo jest w stanie obronić interesy słabszych członków wspólnoty. Kogo ma na myśli o. Zięba?
 
"Po pierwsze, ci słabsi w realnym świecie to kobiety, które mężczyźni mogą jeszcze łatwiej porzucić." Mówi przedstawiciel najbardziej przyjaznej kobietom instytucji świata, w której wszystkie najważniejsze stanowiska zajmują kobiety... no dobrze - zostawmy złośliwości...
Kobiety w wizji świata o. Zięby istnieją jedynie jako żony, podporządkowane i zależne od męża. O. Zięba nie pisze o słabszych zarobkach kobiet, o dyskryminacji w pracy i organizacjach zawodowych, nie pisze oczywiście o ustawie aborcyjnej, która - w formie, którą chciałby wprowadzić kościół katolicki, skazuje kobiety na śmierć. W takim patriarchalnym świecie, w którym kobieta bez męża nie może pracować i nie ma żadnych praw, rzeczywiście, związki partnerskie byłyby złym rozwiązaniem. Tylko, że takiego świata (między innymi dzięki sufrażystkom, feministkom i politycznej lewicy) w Europie (i dużej części świata) już nie ma. Świat nadal jest patriarchalny, ale problemy leżą już gdzie indziej i to poza małżeństwem leżą również rozwiązania.

Kolejna grupa, która, zdaniem o. Zięby będzie cierpiała z powodu związków partnerskich to dzieci. Związek partnerski łatwiej rozwiązać, niż małżeństwo, a jedynie w małżeństwie dzieci mogą być szczęśliwe. Czy o. Zięba - tak przywiązany do rzeczywistości - zająknął się może, że w Polsce 20% dzieci rodzi się _poza_ związkami małżeńskimi...? Czy te dzieci z definicji są gorsze dla o. Zięby? Czy może po prostu je wykluczył ze swoich rozważań (podobnie jak homoseksualistów)? Po drugie - czy związek (małżeństwo) musi posiadać dzieci? A co z tymi, którzy dzieci nie mają? Won ze wspólnoty? Ostrożnie Ojcze...

Wreszcie dochodzimy do najmocniejszego i najbardziej bulwersującego argumentu o. Zięby - z powodu ustawy o związkach partnerskich ucierpieliby ...emeryci i renciści.
O. Zięba pisze:
"Oczywiście najważniejszy jest konkretny los konkretnych dzieci [z wyjątkiem tych 20%, które rodzą się w związkach pozamałżeńskich, i pewnie też poza tymi 30%, które rodzą się w Polsce w biedzie, a jakoś nie zauważyłem, by o. Zięba się nad ich losem pochylił...] , ale dla społeczeństw ważny jest także problem dzietności. Jeśli społeczeństwo się nie reprodukuje, to - w trochę inny, ale tak samo konkretny sposób - zaciąga dług na koszt następnych pokoleń."
Takie słowa przywołują niesławne słowa poseł Pawłowicz, o 'ludziach jałowych', wypowiadane przez człowieka, który sam dzieci nie posiada (no chyba, że jednak posiada, tylko się tym nie chwali...?) i który jest przedstawicielem instytucji, której funkcjonariusze dzieci mieć nie powinni (a dostają przecież emerytury...) to już jest jawna hipokryzja...

Niestety, to biologiczne rozumienie człowieka i rodziny, które dziś staje się najwyraźniej rdzeniem myślenia polskich katolików i polskiej prawicy, przywodzi na myśl najgorsze wzorce z przeszłości, jak choćby nazistowską wizję człowieka, wyraźną w słowach przywołanego wcześniej Heinricha Himmlera:
"Jednakże, wszystkie rzeczy, które mają miejsce w sferze seksualnej nie są prywatną sprawą jednostki, ale dotyczą życia i śmierci narodu...".

O tym, że polski katolicyzm wyewoluował w pogańską, plemienną religię, w której ważny jest plemienny bożek oraz płodność plemienia, pisało już wielu. Tekst o. Zięby potwierdza niestety, że nie zostało już chyba nic z katolicyzmu 'posoborowego' nawet w swej wyjątkowo konserwatywnej formie, którą pamiętam z Polski lat 70tych i (początku) 80tych. Nie ma tu już żadnego namysłu nad światem, próby zrozumienia rzeczywistości, próby wejścia z nią w - płodny - dialog. Dziś pozostał już tylko obrona skostniałych form społecznych i kulturowych, podlanych dzikim, neoliberalnym kapitalizmem (który o. Zięba intelektualnie zawsze wspierał takimi na przykład 'złotymi myślami':
"...nadal 3 miliony ludzkości żyje za dolara dziennie, czy tego typu strasznie nędzne pieniądze i to nie przez wyzysk, tylko dlatego, że większość ludzi właśnie tak żyje."). Jeśli więc jeszcze niedawno deklarowałem swój 'post-katolicyzm', odwołując się do fragmentów katolickiej myśli społecznej czy elementów teologii, to dziś wypada chyba mi doprecyzować, że katolicyzm nie jest i nie był homogeniczną myślą, a przeciwnie, poprzez długi czas trwania i uwikłania w rzeczywistość (częściej jako element rządzącej hegemonicznej struktury, ale czasem jako element opozycyjny) wypracował wiele  interesujących odpowiedzi (liczba mnoga!) na ważne pytania. Z tego bogactwa historii warto (i mam zamiar) korzystać. Ale nic poza tym, nic ponadto. We współczesnym kościele 'głównego nurtu' nie ma już nic ciekawego, nic twórczego. To zombie, tak samo jednak natrętny i niebezpieczny, jak zombie-neoliberalizm.

____
A tak w ogóle, to nie chciałem wcale dziś pisać o o. Ziębie, katolicyzmie i innych takich sprawach, a tylko wrzucić tu chłopaków, których dziś spotkaliśmy na spacerze, bo fajnie grali:



___

21:36, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Dodaj komentarz »