Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
wtorek, 27 listopada 2007
81. wiara i miasto

Łatwo przychodzi deklarować wiarę, gorzej z przestrzeganiem dekalogu. W Warszawie widać to wyraźniej, bo jest mocno zurbanizowana. - mówi ksiądz Zaręba. Osobiście nie do końca rozumiem, co ksiądz Zaręba chciał powiedzieć, oprócz wyrażenia - jakże powszechnego - przekonania, że miasto i wiara nie bardzo do siebie przystają. Ów anty-miejski rys chrześcijaństwa (a szerzej -wszystkich religii Księgi) jest powszechnie znany - w końcu wg. Biblii, pierwsze miasto - Enoch - zostało założone przez Kaina...

Na "antymiejskość" chrześcijaństwa, ale w bardzo już pogłebionym studium zwraca uwagę Richard Sennett w książce "The Conscience of the Eye: The Design and Social Life of Cities". Sennett widzi miasto jako swego rodzaju "maszyną oddzielającą" - przede wszystkim naszą prywatność od tego co publiczne. Za to podzielenie, Sennett wini chrześcijańską teologie (wydaje się, że to znów raczej manichejskie w niej wpływy, bo Sennett powołuje się na św. Augustyna). Zostawmy jednak ten wątek - sam w sobie bardzo interesujący. Jeszcze do niego kiedyś wrócę.

Na pierwszy rzut oka, fakty nie pozostawiają wątpliwości - statystyki wprost pokazują, że mieszkańcy miast praktykują swą wiarę wyraźnie mniej gorliwie, niż mieszkańcy wsi czy małych miasteczek.

Wytłumaczenie tego faktu jest dość oczywiste - presja społeczna na wsiach jest silniejsza niż w miastach, a religijność jest przede wszystkim fenomenem społecznym. Podstawowym powodem, dla którego ludzie chodzą do koscioła jest więc nie ich wewnętrzna potrzeba, lecz "co ludzie powiedzą". Człowiek więc przede wszystkim chce być częścią wspólnoty, która go akceptuje, a dopiero w drugiej kolejności, wspólnoty religijnej.

Ten mechanizm ma się jednak nijak do kwestii wiary jako takiej.

Można by zaryzykować tezę - wymagającą oczywiście pogłębionych badań - że WIARA w mieście, jest bardziej intensywnie przeżywana, niz wiara poza miastem. Jest to po prostu inny rodzaj wiary - znacznie bardziej zindywidualizowany. W mieście też, mamy do czynienia ze wzmożoną aktywnością nowych ruchów religijnych (będę unikał określenia "sekta"). Te nowe ruchy religijne, są nastawione albo bardzo na wspólnotowe przeżywanie wiary - dla tych, dla których miasto to "zła samotność", lub też przeżywanie bardzo indywidualistyczne - tu najczęsciej mamy do czynienia z jakimiś skomercjalizowanymi rodzajami "pseudobuddyzmu".

Ciekawe, że nawet w ramach Kościoła katolickiego, to właśnie w miastach następuje rozwój duszpasterstw personalnych (Opus Dei) oraz generalnie nie związanymi z określoną terytorialnie parafią (tradycjonaliści).

Wypada więc raczej nie zgodzić się z księdzem Zarębą, że miasto powoduje problemy z przestrzeganiem dekalogu (statystyki świadczą, że "niemoralność" kwitnie coraz mocniej na wsiach). Natomiast wyraźnie widać, że archaiczna struktura Kościoła katolickiego, coraz gorzej radzi sobie z nowoczesnością.

Religia katolicka w mieście słabnie - co do Wiary - nie byłbym juz taki pewien...

14:28, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 19 listopada 2007
80. Warszawa 23112007
Ogłoszenie parafialne ;) :
Będę w Warszawie.
Powodem jest mój udział (aktywny;) w takiej oto konferencji:
http://www.bramykraju.pl/
Drugiego jej dnia (czyli właśnie 23.11.07) będę mial krótki wykład pt.

 "Dynamiczny model zarządzania przestrzenią miejską".

Konferencja jest przeznaczona głównie dla samorządowców, więc gdyby jakimś cudem ktoś z moich Szanownych Czytelników pracował w samorządzie - zapraszam!
06:37, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (8) »
sobota, 17 listopada 2007
79. ... bo prawica już to zrobiła!

Skończyłem wczoraj czytać Planet of Slums.
Chcecie zacząć się bać? Chcecie poczuć się nieswojo? Nie idzcie na horror do kina, nie czytajcie Kinga, przeczytajcie Planet of Slums.

Jesteśmy bardzo dumni (my, wielbiciele miast) z tego, że ponad połowa mieszkańców Ziemi mieszka w miastach.
Szkoda tylko, że zapominamy dodać, że połowa tych "mieszczuchów" mieszka w slamsach (a ich liczba rośnie nieprzerwanie), a jedna czwarta usiłuje przeżyć za mniej niż dolara dziennie...

Jeśli podniecają nas wielkości miast, powiedzmy coś o największych slamsach:

- w Mexico City, Neza/Chalco/Izta - 4.0 miliona mieszkańców

- w Caracas, Libertador - 2.2 miliona

- na siódmej pozycji - Miasto Sadra w Bagdadzie (coś wam sie kojarzy?) - 1.5 miliona

- a na dziewiątej Gaza w Palestynie - 1.3 miliona

Mike Davis nie jest egzaltowany, nie jest delikatny i nie wzrusza się łatwo. Opisuje świat, jakiego nie znamy - my, mieszkańcy Kryształowego Pałacu. Opisuje świat prawdziwego kapitalizmu (tego, którym tak w GW zachwyca się ostatnio Majcherek?)
Świat bez tych obrzydliwych zabezpieczeń socjalnych, świat bez tego całego socjalnego zniewolenia, którego doświadczamy w Europie.
Świat prawdziwego kapitalizmu z elastycznymi pracownikami, ze sprywatyzowaną przestrzenią miejską, świat w którym większość ludzi to drobni kapitaliści - sprzedający na ulicach wszystko, od podkoszulek szytych przez dzieci w Chinach po własne ciała. Oto raj wyznawców neoliberalizmu.

Davis pisze o wolności.
Opisuje zadziwiające (jak je nazywa) "intelektualne małżeństwo", które w latach 70tych zawarli szef Banku Światowego Robert McNamara i John Turner. McNamara to jeden z głównych strategów wojny w Wietnamie, lecz ciekawsza jest postać Johna Turnera - architekta, anarchisty, wielbiciela samoorganizujących się społeczności.
I właśnie ta anarchistyczna wizja, została przyjęta przez Bank Światowy. Cóż to za wspaniałe rozwiązanie naszych problemów - zamiast dzielić się z biedakami naszym bogactwem, zamiast dawać im wciąż i wciąż ryby, zostawmy ich w spokoju, niech sami sobie zrobią wędki z patyków i sznurków konopnych, a my nawet ich nauczymy jak łowi się wykonanym z włókna węglowego spiningiem.

Tak właśnie anarchistyczna strategia została z zachwytem przyjęta i zaadopotowana przez neoliberalny świat.
Zamiast budować nowe domy, zaczęto faworyzować "regeneracje" slamsów.
Pierwszym projektem, był St. Joseph Village w Manilii, gdzie działała Imelda Marcos (ciekawe, że tak często ów "wolnosciowy" projekt ma miejsce w krajach rządzonych przez dyktatorów...) pod patronatem papieża Pawła VIgo.
Efekt?
Po pięciu latach, CAŁA populacja została tam "wymieniona". "Zregenerowana" dzielnica stała się po prostu za droga dla biedaków, którzy musieli przenieść się gdzie indziej, zasiedlili ją ludzie z klasy średniej.
Czyż to nie wspaniały model? (Jakiś czas temu w Katowicach rzecznik prezydenta zachwycał się projektem wysiedlania "patologii" z centrum miasta).
Gdyby jeszcze można było tych biedaków od razu rozstrzelać, problem zniknąłby całkowice... ale do strzelania zaraz dojdziemy.

Najpiękniejsza taktyka neoliberalna (pan PROFESOR Majcherek byłby zachwycony) polega na tym, że "uwłaszcza się" mieszkańców slamsów.
Czyż to nie wspaniałe - zamiast milionów biedaków, mamy miliony POSIADACZY.
Ciekawe tylko, że owi "uwłaszczeni" stają się nagle wyzyskiwaczami tych, którzy się "nie załapali", wynajmując skrawki przestrzeni, po cenach (za m2) nawet dwukrotnie przewyższających te w bardziej "cywizowanych" fragmentów miasta.
Najpiękniejsze jednak w owej taktyce jest to, że taki "uwłaszczony" slams, może być bez przeszkód wykupiony przez deweloperów.
I ta właśnie współpraca pomiędzy "elitą slamsu" a deweloperami i władzami miejskimi jest esencją owego pomysłu.

Davies podaje w swej książce dane dotyczące śmiertelności niemowląt i chorób na jakie cierpią mieszkańcy slamsów, pisze o wzrastającej (wbrew powszechnej propagandzie) biedzie w owych neoliberalnych rajach, ale nie będę tego tutaj streszczał - przeczytajcie sami.

Na koniec chciałbym tylko wrócić do obiecanego strzelania.

Pytanie bowiem, jakie rodzi się po lekturze 90% książki brzmi - I CO DALEJ???
Mike Davis pisze, że prawie nikt nawet nie próbuje odpowedzieć na to pytanie. Odpowiedź bowiem wydaje się tak przerażająco oczywista, że niemal nikt nie chce jej udzielić.
Niemal?
Ano niemal - tymi którzy się nie boją, są stratedzy Air Force Academy, RAND Arroyo Center czy Marine's Quantico Warfighting Laboratory.
A wiecie jaka to odpowiedź?
Nazywa się MOUT - Military Operations on Urbanized Terrain.
Są więc testowane nowe taktyki (również z użyciem robotów bojowych) walki w miastach takich jak Tuzla, Mogadiszu, Beirut czy... Los Angeles.

Ciekawe, czy są opracowywane również strategie dla Katowic, Łodzi i Warszawy?

Cóż, jeśli pozwolimy prawicy urzeczywistnić jej sen o totalnie sprywatyzowanych "miastach", być może się dowiemy...
08:35, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (13) »
wtorek, 13 listopada 2007
78. lewico, ucz się miasta!

Hegemonie prawicy w Polsce potwierdza nie fakt wygrania przez PO wyborów, ani nawet nie fakt, że najsilniejszą partią opozycyjną jest prawicowe PiS, lecz fakt, że wszystkie partie polityczne w Polsce mówią prawicowym językiem, i wszystkie są uczniami Korwina Mikke.

Są dwa filary, na których wspiera się dominująca liberalna ideologia i język:

- wolność jednostki

- prawo własności (mam tu jednak przede wszystkim na myśli "prawo własności do dzieci i żony" - bo ideologia liberalna w Polsce jest przede wszystkim ideologią mężczyzn. Stąd na przykład argumentacja, że JA pośle MOJE dzieci do szkoły jaką im wybiorę, a MOJA żona będzie mi gotować obiadki)

Oba te filary, wyrastają z jednego korzenia, a jest nim koncepcja jednostki. Jednostki, jako bytu całkowicie autonomicznego. Wiemy dobrze, że ani wolność jednostki, ani prawo własności nie są absolutne, a nawet więcej - nie istnieją (pisałem już zresztą o tym kilka wpisów temu), jednakże ich zabsolutyzowanie w dyskursie, jest całkowite.

Jest oczywistym, że z przyczyn PRowych, łatwy, lekki przekaz trafia najłatwiej - dlatego właśnie to nie lewicowe rozbieranie wolności i własności na części pierwsze, ani nawet katolicka idea osoby ludzkiej i zasady pomocniczości państwa zdobyły w dyskursie dominującą rolę, lecz proste jak budowa cepa idee które zainfekował w polskich umysłach Pan-W-Muszce.

Jeśli więc szukać (co lewica robi dość rozpaczliwie) gdzieś punktu zaczepienia dla anty-liberalnego dyskursu, to jedynie w realnie istniejącym bycie. W czymś, co łatwo zobaczyć, co łatwo może służyć za czytelny przykład i metafore. Takim czymś jest oczywiście miasto. I nie piszę tego, bo mam taki akurat kaprys :)

Miasto jako Polis (będę to powtarzał do upadłego) powstało właśnie jako konkretna idea POLITYCZNA. Jako określony sposób życia terytorialnie zakorzenionej wspólnoty. Istnienie i funkcjonowanie miasta - nawet takiego post- czy anty-polis z jakim mamy dziś do czynienia, wyraźnie pokazuje fałsz fundamentalnych założeń prawicy (również dlatego w świecie w miastach zazwyczaj prawica przegrywa wybory - w Polsce bardziej skrajna prawica przegrała w mniej skrajną).

W mieście widzimy i doświadczamy siebie jako części czegoś większego niż jednostka. W mieście doświadczamy również ograniczeń naszej jednostkowej wolności. Równocześnie, to w mieście właśnie doświadczyć możemy społecznej wolności wyrywającej nas z kastowych, religijnych, rodzinnych czy klasowych ograniczeń. DO PEWNEGO STOPNIA.

Miasto, jest archetypicznym modelem życia "pomiędzy", pomiędzy różnymi strukturami i uwarunkowaniami - nigdy do końca się z nich nie uwalniając (stając się ową mityczną "jednostką") ale też nigdy do końca w żadnej nie więznąc. W mieście też, mamy do czynienia z przestrzeniami "wspólnymi", z przestrzeniami, które nie są zawłaszczone przez nikogo, które zadają kłam przekonaniu, że tylko jednostka dba o swoją własność (wystarczy pooglądać podwórka przed prywatnymi domkami w wielu miejscach w Polsce, by zobaczyć brud i nieporządek większy niż na dworcu Warszawa Zachodnia) lecz mogą stać się na chwilę moje, by potem "oddać" je komu innemu - jak ławka w parku chociażby.

Współczesne miasta przeżywają oczywiście głęboki kryzys. Są niszczone przez prymitywnych egoistów, nawykłych jedynie do dbania o SIEBIE i o SWÓJ interes (nawet gdy jest on taaaki tyciuni). Mimo tego jednak, Miasto jako model życia, wciąż pozostaje żywą inspiracją.

Lewico (albo jakkolwiek się nazwiesz...) - ucz się (od) miasta!

16:01, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 listopada 2007
77. ciało w przestrzeni... namierzone
Jak co piątek, mieliśmy u nas wewnętrzne seminarium (to samo, na którym dwa tygodnie temu ja mówiłem o analizowaniu przestrzeni miejskiej). Wczoraj seminarium prowadził szef NCG i miało ono znamienny tytuł "We know where you are!".
Nie będę się wymądrzał w kwestiach technicznych - bo to nie moja działka - ale jest kilka spraw, które nadają się do poruszenia na tym blogu.
Najpierw kilka smakowitych anegdotek z wykładu.
Na przykład, że w Londynie na jedną kamerę CCTV przypada jedynie 12 mieszkańców i że statystyczny mieszkaniec Londynu jest dziennie filmowany przez 300 (sic!) kamer.
Albo, że robi się z powietrza pomiary ilości ciepła, emitowanego przez poszczególne domy w mieście - co pozwala napiętnować tych co za bardzo grzeją (bo to przecież nieekologiczne) oraz wykryć domy w których jest podejrzanie zimno...
No bo o tym, że przy pomocy Waszych komórek czy też tagów RFID można Was łatwo namierzyć to przecież dobrze wiecie.
Ciekawe też było uzmysłowić sobie, jak przy pomocy zdjęć satelitarnych wykrywać można samowole budowlane ;) oraz jak nasze dane z kart kredytowych mogą być wykorzystywane. Nie mówiąc już o szwedzkim systemie, w którym po podaniu nazwiska (i kodu pocztowego) otrzymujecie dokładny adres zamieszkania, telefon oraz jak z Waszego domu dojechać do tego, którego mieszkania szukaliście.

Wnioski?
Dwa.

Po pierwsze - nie da się zatrzymać procesu powszechnej i totalnej inwigilacji.
Nasze ciała w przestrzeni oraz umysły (i żądze) w internecie mogą być precyzyjnie namierzane.
Po drugie - większość tych informacji na nasz temat nie zbierają bynajmniej rządy, lecz prywatne korporacje.

I to jest ciekawy fakt do dalszych rozważań.
Bo jeśli wiedza to władza, to kto rządzi naprawdę?
19:30, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 08 listopada 2007
76. stadion z lewej strony
Wygląda na to, że HGW wycofała się ze swoich pomysłów by wybudować Stadion Narodowy poza centrum Warszawy.
Mimo to, temat Stadionu wciąż jest aktualny i pewnie będzie aż do 2012 roku.
We wczorajszej Gazecie interesujący wywiad z człowiekiem, który na budowaniu stadionów się zna i w nim takie oto zdanie: "... zła lokalizacja może spowodować straty kilkakrotnie większe, a nawet uniemożliwić budowę". Więc może nie warto było na HGW wylewać tych kublów pomyj? Bo co będzie jak za pare lat okaże się, że lokalizacji w centrum to wtopa?

Generalnie - wypowiedzi Pana Edmunda Obiały są profesjonalne i pragmatyczne.
A zaraz pod wywiadem wypowiedź p. Borowskiego w moim ulubionym stylu polsko-aroganckim - co nam tu bedzie jakiś kolo z Australii się wymądrzał, nie takie rzeczy my ze szwagrem budowali...

Tym jednak, co mnie w tym sporze interesuje najbardziej, to ideologia która stoi za argumentacją jednej i drugiej strony.
Jeśli argumentacja HGW (wpisuje się w nią też opinia pana Obiały) jest pragmatyczno-rynkowa, że cena gruntu, że komunikacja etc., to argumentacja przeciwników (nazwijmy ich "obozem około PiS") jest argumentacją symboliczno-nacjonalistyczną - że pierwszy mecz musi być w stolicy i że mistrzostwa są najważniejszym wydarzeniem dla Polski etc.

A gdyby w Polsce była lewica? Jakakolwiek? Za jakim rozwiązaniem by się opowiedziała?

Przede wszystkim, lewica przyjełaby perspektywę społeczną. Co to znaczy?
Zapewne szukałaby takiego miejsca w Warszawie, które jest wyjątkowo zaniedbane, w którym mieszkają ludzie na krawędzi marginesu społecznego. Dla lewicy bowiem, budowa Stadionu byłaby narzędziem prowadzenia polityki społecznej a nie celem samym w sobie.
Znalezienie więc miejsca, w którym lokalizacja stadionu mogłaby po pierwsze przełamać społeczną stygmatyzację, a po drugie stać się pretekstem do zbudowanie dużego programu społecznego wciągającego mieszkających tam ludzi w budowę stadionu - również połączonego z kursami zawodów budowlanych (to zrobili Brytyjczycy w Londynie), byłoby lewicowym kryterium lokalizacji Stadionu Narodowego w Warszawie.

Nie znaczy to oczywiście, że argumentacja pragmatyczna dotycząca przede wszystkim komunikacji byłaby pominięta - oczywiście nie!
Lewica użyłaby jej jednak, by przebudować i wzmocnić transport publiczny, lokowałaby więc Stadion tak, by w przyszłości z infrastruktury komunikacyjnej mogli korzystać w jak największym stopniu ludzie z niższych klas społecznych. Biedniejsi po prostu.

Lewicowa argumentacja nie przekreśla też oczywiście wymiaru symbolicznego - pisałem powyżej o przełamywaniu stygmatyzacji zaniedbanej dzielnicy, o budowaniu wspólnoty lokalnej wokół inwestycji.

No ale w Polsce lewicy nie ma. Nikt tak do tego projektu nie podchodzi.
A szkoda...
10:49, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (20) »
wtorek, 06 listopada 2007
75. w zdrowym ciele, tresowany duch

Pod Gliwicami znajduje się małe miasteczko (administracyjnie dzielnica Gliwic) - Wilcze Gardło. Miejsce to do dziś budzi emocję, ponieważ powstało, jako miasteczko przeznaczone dla oficerów SA. Jest więc przykładem architektury, a przede wszystkim urbanistyki nazistowskiej - przykładem skończonym i zachowanym w bardzo dobrym stanie. Tym co jest charakterystyczne dla układu Wilczego Gardła

(źródło: www.zumi.pl)

jest stadion, znajdujący się w centrum układu.

I właśnie kwestia sportu, jako narzędzia manipulacji i dyscyplinowania wydaje mi się interesująca (oczywiście - nic nowego, sporo na ten temat już napisano). Również z powodu zamieszania związanego z Euro 2012.

Ostatnio dyskutuję z moim przyjacielem o racjonalności planowania przestrzennego. Podobnie jak cała filozofia post-modernistyczna, jestem trochę nieufny wobec tego co racjonalne - wszak wielkie totalitaryzmy XX wieku były właśnie "racjonalne" i "naukowe".

Wszystko było uporządkowane i określone - i nawet jeśli nie dochodziło to do takiej skrajni, jak w przypadku "domu komuny", gdzie dokładny harmonogram przewidywał nawet określony czas na stosunki intymne, to i tak przekonanie polityków, architektów i urbanistów było takie, że można a nawet należy ludziom życie zorganizować.

Bo co? Bo jak ci, którzy są "mądrzejsi" nie powiedzą tym "głupszym" co mają robić, to mogą sobie jakąś krzywde zrobić? Przede wszystkim, wyłamią się z powszechnie obowiązującego, "dobrego dla wszystkich" systemu.

To system bowiem, a w przypadku nazistów "organizm" był najważniejszy. Jednostka istniała jedynie jako część większej całości, jako komórka w tkance społecznej.

Oczywistym staje się więc fakt, że państwo musi dbać o zdrowie i dobry byt swoich obywateli - "zła" komórka, komórka "rakowa" może zniszczyć cały organizm. Ta idea miała swoją jasną stronę - właśnie dbałość o zdrowie, o higienie, o jakość życia (naziści opracowali normatywy wielkości pomieszczeń mieszkalnych na które do dziś się powołujemy!), oraz stronę mroczną - komórki które uznano za groźne, bez litości zabijano.

W przypadku nazizmu, "jakość" człowieka była oceniana zarówno z punktu widzenia ciała jak i "ducha". W przypadku komunizmu, apekt cielesności nie był tak eksponowany, choć również istniał, jednakże raczej w admiratywnej niż represyjnej postaci - sport, masowa gimnastyka, turystyka - to były dziedziny aktywności którymi powinni zajmować się obywatele przede wszystkim.

Dziś aktywność fizyczna ma formę przede wszystkim indywidualną - to jednostka katuje swoje ciało w siłowni, a nie - jak to widziałem w Szanghaju - setki dzieci na dźwięki muzyki wybiega przed szkołę by razem, jeszcze zanim zaczną się lekcje - ćwiczyć.

Tym co pozostaje w krajach zachodnich masowe, to raczej spektakl, niż sama fizyczna aktywność (choć nadal istnieją maratony czy Bieg Piastów).

W ustrojach totalitarnych występowały oba aspekty fizycznej aktywności - pięknie to opisuje (łącznie ze łzą, która uronił czechosłowacki przywódca Gustav Husak) Petr Roubal w tekście " Politics of Gymnastics: Mass Gymnastic Displays under Communism in Central and Eastern Europe". Roubal zresztą odcina się od politycznych aspektów masowej gimnastyki w krajach realnego socjalizmu, widząc ją raczej jako konsekwencję oświeceniowego (znowu!!!) racjonalizmu i traktowania ciała jako maszyny.

Cokolwiek jednak byśmy na ten temat powiedzieli, to organizowane przez państwo masowe ćwiczenia fizyczne jednoznacznie kojarzyć nam się będą z opresją i militaryzacją społeczeństwa.

Dzisiejszy kult zdrowego, pięknego i wysportowanego ciała, nie jest przecież specjalnie oddalony od tych racjonalno-totalitarnych wzorców. Ciało zdrowe bowiem jest bardziej efektywne w pracy, jest tańsze w obsłudzę przez służbę zdrowia, a dodatkowo zindywidualizowane techniki sportowe nakręcają koniunkturę producentom sprzętu sportowego, właścicielom siłowni czy fitness klubów.

Nawet gorzej - zindywidualizowane dbanie o własną kondycję, wpisuje się w ten perwersyjny neoliberalny schemat wycofywania się państwa z zajmowanych do tej pory pozycji i zarządzania w bardziej subtelny sposób. Zindywidualizowane techniki dbania o własną kondycję przerzuciły bowiem "organistyczną" idee społeczeństwa jako tkanki, z państwem które - na dobre i złe - stara się dbać o zdrowie swoich "komórek", na obywateli. Na jednostki. To każdy z nas - dla własnego dobra, wymuszanego modą ale też wysokościami opłat w firmach ubezpieczeniowych - musi "dbać o siebie".

Zamiast więc tresury państwowej, mamy auto-tresurę, cele jednak, jak i fundamenty się nie zmieniły.

Jak widać więc - zarówno państwowa kontrola nad ciałem jak i kontrola osiągana we współczesnym, radykalnie zindywidualizowanym, społeczeństwie, wygląda podobnie i ma podobny - racjonalny - cel. Trudno nawet z nim polemizować - wszak to DOBRZE być zdrowym, pięknym i wysportowanym. No i przecież dziś każdy z nas jest WOLNY i sam może zdecydować czy chce czy też nie być częścią systemu.

Dziś nie ma konkluzji w moim wpisie. Zostawiam jej wypowiedzenie komentatorom :)

13:59, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (10) »
sobota, 03 listopada 2007
74. drobne niedogodności, albo o wyższości centrum handlowego nad miastem
Najpierw drobne reklamy - w dzisiejszej Europie relacja z dyskusji Staniszkis ze Sloterdijkiem. Przeczytajcie sobie!
To szokujące, że Uznany Filozof intelektualnie nie jest w stanie nadążyć za prostą panią socjolog z post-socjalistycznego kraju ;))

I druga reklama - wczoraj kupiłem nową Naomi Klein "Shock Doctrine", jest tam cały rozdział o Polsce, od którego zacząłem - bardzo juicy!!!
Recenzja będzie. Ale książka ma ponad 550 stron a czytam jeszcze kilka równocześnie, więc za jakiś czas :)

A teraz do rzeczy.
Rozmawiałem ostatnio z K. na temat cielesności w przestrzeni. Kilka wpisów poniżej, jest krótka analiza Doma Laukums w Rydze.
K. zwróciła mi uwagę, że nie tylko ludzie niepełnosprawni mają problem by w pełni z przestrzeni korzystać, ale że problem ten dotyczy w zasadzie wszystkich.
No bo ja na przykład noszę okulary, a K. jest alergikiem. Kobiety mają okres a niemowlęta obniżoną tolerancję na hałas.
Wszyscy natomiast potrzebujemy od czasu do czasu (ludzie starsi na przykład częściej) skorzystać z ubikacji.

I właśnie dostępność ubikacji (jak zabawnie by to nie brzmiało) wydaje mi się niezwykle ważna gdy zastanawiamy się nad "publicznością" przestrzeni.
Zauważyliście zapewne, jak popularnym miejscem dla matek z małymi dziećmi są centra handlowe.
Dlaczego?
Bo są to jedyne miejsca gdzie jest czysto, bezpiecznie i są darmowe ubikacje.
W Dublinie będą odnawiane biblioteki miejskie - działają one jak domy kultury. Przychodzą tam ludzie, często właśnie matki z dziećmi - szczególnie gdy biblioteka jest w okolicach parku i placu zabaw.
Bibliotekarzy to wkurza - nie podoba im się, że ICH ubikacja w ICH bibliotece jest wykorzystywana jako ubikacja publiczna.
Ale to właśnie fakt istnienia miejsca gdzie przede dziecko ale i dorosły może mogą załatwić swoje fizjologiczne potrzeby - jest kluczowy dla realnego istnienia parku jako miejsca publicznego.
Sprywatyzowanie i skomercjalizowanie toalet w mieście jest jednoznacznym i brutalnym sprywatyzowaniem przestrzeni publicznej miasta.

Wracając do drobnych niedogodności jakie powoduje nasza "nieidealność" - gorszy wzrok, alergia, miesiączka, nadwrażliwość na dźwięki lub zapachy... wszystko to warunkuje nasze używanie przestrzeni. Drobiazgi, które nie powinny mieć wpływu na nasze życie - decydują o tym, że lepiej pójść do klimatyzowanego, zadaszonego i z bezpłatnymi toaletami centrum handlowego niż do parku w mieście lub na rynek.
Te drobiazgi powodują, że dla naszych ciał, to centrum handlowe jest przestrzenią znacznie bardziej przyjazną i dostępną niż miasto.

Czyż to nie jest przerażające?
13:30, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (23) »
czwartek, 01 listopada 2007
73. erotyzm jako źródło rewolucji
Mam świadomość, że na temat rewolucyjnego potencjału erotyzmu, pożądania, pragnienia i seksu napisano już tomy, ale ponieważ ukazała się nasza nowa Między-miejscowa (już dwunasta) gdzie staram się na ten temat coś powiedzieć, uznałem, że na blogu mogę napisać więcej.

Przede wszystkim, usiłuję zadać pytanie - pytanie fundamentalne dla wszystkiego co piszę na tym blogu - gdzie istnieje linia oporu, na której możemy zatrzymać pożerający wszystko neoliberalizm.
Neoliberalizm bowiem (polecam audio z seminarium Ewy Charkiewicz i Michała Herera) jest potworem, którego główną cechą jest nienasycenie oraz wiara w swoją zupełność.

Neoliberalizm usiłuje uzurpować sobie prawo, do tłumaczenia całego świata poprzez jego wymiar rynkowy. Rynek jest - jak to powiedziała Ewa - ostatecznym kryterium prawdy.

Jednakże, jeśli macie dość cierpliwości, by czytywać teksty Korwina Mikke i jego wyznawców (są ich dziesiątki na salonie 24, dziesiątki na forum GW), to wiecie, że wszystko, każdy aspekt ludzkiego życia, jest przez nich przykładany do tego schematu - wolny człowiek dokonuje wyboru, kupuje to lub tamto, angażuje się w to lub śmo.
Możemy oczywiście polemizować, czy archaiczny Korwin jest dobrym przykładem neo-liberała, wydaje mi się jednak, że gdy porównamy go z Gadomskim czy Balcerowiczem, to widać gdzie bije czyste źródło szczerej doktryny, a gdzie są strumienie zanieczyszczone cynizmem.

Jeśli więc przyjmiemy Korwina i jego akolitów jako rdzeń intelektualny doktryny, to zobaczymy, że to bynajmniej nie rynek jest kryterium prawdy. Nie rynek jest fundamentem neoliberalizmu.
Tym fundamentem jest wolność.
Wolność wyabstrahowana, ubóstwiona lecz przede wszystkim woność indywidualna.
To właśnie neoliberalna wolność wydaje się prawdziwym potworem. Istnieje ona bowiem poza społeczeństwem, ba! poza ciałem i w jakiś sposób poza człowiekiem.
Tylko czlowiek dokonujący WOLNEGO wyboru jest prawdziwym człowiekiem - wszelkie uzależniania, wszelkie uwikłania, wszelkie uwarunkowania są odrzucane jako niepotrzebne, a wręcz szkodliwe. Wolność neoliberalna jest wolnością totalitarną - nie ma przed nią ucieczki, nie ma usprawiedliwienia dla tych którzy nie oddają się jej w pełni.
Ten totalitarny wymiar wolności widać doskonale POZA rynkiem - widać w srodowiskach, które o neoliberalizm byśmy nie posądzali. W środowiskach PiSowskich.
Stosunek PiSu do lustracji pokazuje tożsamy z neoliberałami stosunek do wolności - sympatycy PiSu wierzą, że człowiek jest całkowicie wolny i zawsze ze swej wolności korzysta. Podpisanie więc "lojalki" jest zawsze i w każdych okolicznościach wolnym wyborem.
Nie ma mowy o żadnych uwarunkowaniach, nie ma mowy o ŻYCIU.
To absolutyzowanie ludzkiej wolności - bez znaczenia czy mówimy o podpisywaniu lojalki czy o kupnie jogurtu, jest esencją projektu neoliberalnego.

A przecież każdy z nas dobrze wie, że wolność istnieje tylko w pewnym zakresie. Nikt z nas do końca nie jest wolny - czy to z powodu braku wiedzy (która szkoła jest naprawde dobra dla naszych dzieci, który z produktów jest rzeczywiście zdrowy) czy też z powodu uwikłań naszego ciała (tortury złamią każdego, żadzy ulega większość) czy też z powodu uwikłań naszego umysłu - świat jaki widzimy, WYDAJE nam się rzeczywisty, ale każdy z nas widzi go trochę inaczej.
Absolutyzowanie wolności jest więc oszustwem, któremu z upodobaniem ulegają słabe umysły - oszukując się, że w końcu mają unikalne narzędzie pozwalające im zrozumieć świat.

A teraz wróćmy do rynku.
To jest kolejne uproszczenie. Tak jak zabsolutyzowana wolność obiecuje wytłumaczenie świata, tak pieniądz i rynek obiecuje jego obiektywną mierzalność.
Jeśli więc neoliberalne miasto stara się być racjonalne (czyż nie jest to wprost kontynuacja projektu modernistycznego? właśnie dlatego pisząc o projekcie Koniora na centrum Katowic pisałem, że on kontynuuje modernistyczne pomysły z lat 60tych i 70tych), wierząc że rynek tą racjonalność wyznacza, to czy istnieje możliwość oporu?
Czy jesteśmy w stanie przeciwstawić się "racjonalności" wolności, wolnego wyboru i rynku?

Zadajmy sobie pytanie - co musimy zrobić, by ulec owej wymuszanej racjonalności? Co musimy zrobić sami ze sobą, ze swoim umysłem i ciałem, by UWIERZYĆ w wolność i wolny wybór?
Musimy pozbyć się części siebie.
Katolickie wychowanie nam w tym pomaga, bo określa tą część nas jako "grzeszną" i "nieczystą" - w poszukiwaniu "czystości" tracimy siebie.
To jest moment kluczowy - jeśli uda nam się pozbyć własnych, prywatnych i indywidualnych smaków, gustów, przekonań - stajemy się zbrykietowanym elementem neoliberalnego społeczeństwa. Przekonani o "wolności", jaką ma taki kadłubek człowieka jaki sami tworzymy.
A to, że nie jest to żadna wolność, lecz miraż który dostarcza nam społeczeństwo? Po lobotomi jaką sami sobie robimy, żadne wątpliwości nie są możliwe.

Czy jednak ucieczką od ułudy wolności może być jakaś "prawdziwa" wolność? Wolność ulegania uwarunkowaniom i gustom? Wolność grzeszenia?
Być może, tylko cóż z tego?
Błąd bowiem znów jest podobny - zamiast liberała ulegającego mirażowi wolnej i nieskrępowanej woli, mamy libertyna, który ulegając swojemu ciału wierzy że staje się wolny.

Wolność jest złym tropem.

Jeśli stawiamy ją w centrum naszego życia - zawsze przegrywamy. Wolność bowiem - jak napisałem na początku - nigdy nie jest pełna, nigdy nie jest prawdziwa.

Nie wolno absolutyzować wolności (każdy ksiundz Wam to powie ;)), fundamentów naszego życia - jako społeczeństwa - musimy szukać gdzie indziej.
No właśnie - "jako społeczeństwa".
Jeśli żyjemy na pustkowiu - możemy robić co chcemy.
Jeśli jednak żyjemy w społeczeństwie, to właśnie relacje społeczne powinny być kluczem.
Ale jakie relacje?
Społeczeństwo wytwarza swoje normy, swoje regulacje - czy to im właśnie mamy sie poddawać? Czy wzywam do reaktywacji konfucjanizmu (profesor Staniszkis chyba by się to podobało)?
Nie.
Konfucjanizm i generalnie społeczeństwo jest z natury reakcyjne.
W zestawieniu ze społeczną masą, jesteśmy niczym.

Tym co chciałbym Wam (do przemyślenia) zaproponować, to erotyzm.
Relacja pomiędzy osobami.
Oczywiście - nie są one równe, ale są PODOBNE w pragnieniu. Podobne w pożądaniu.
Jeśli więc gdzieś szukać lini oporu przed niezwyciężonym dotychczas neoliberalizmem, to właśnie tu, w tym co między nami. Między Tobą a Mną. Miedzy Wami.
14:57, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (8) »