Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
czwartek, 22 listopada 2012
674. rynkowy antykapitalizm?
W ostatnim numerze miesięcznika Znak, Marzena Zdanowska zadaje pytanie, czy pożywienie powinno być traktowane tak jak każdy inny towar, czy raczej, jak prawo człowieka (ciekawy raport dotyczący problemów z wyżywieniem, również wśród klasy średniej w UK, opublikował ostatnio Guardian nie jest więc to jedynie problem krajów rozwijających się, czy generalnie uznawanych za biedne...). W tekście tym, powołuje się ona na niezwykle interesującą książkę Michaela Sandela, What Money Can't Buy. The Moral Limits of Markets. Książka ta nie jest pisana z pozycji rewolucjonisty z nożem w zębach, a raczej 'konserwatyzującego' liberała, którego przepełnia niesmakiem (estetycznie odrzuca?) fakt, że niemal wszystko jest na sprzedaż (w tym fragmenty ludzkiego ciała). Sandel nie atakuje rynku jako takiego, lecz jedynie fakt, że logika rynku stała się wszechobecna, stała się totalna, wymywając wszelkie inne logiki. To etyczne oburzenie jest dość podobne (zresztą - sam Sandel o tym pisze) do postawy 'Oburzonych', ale również reakcji mediów głównego nurtu na kryzys roku 2008. Wszystko to składa się na hasło:
Kapitalizm tak - wypaczenia nie!
I nie piszę tego, by etyczne oburzenie wyśmiewać - Jadwiga Staniszkis wielokrotnie wskazywała na etyczne podstawy ruchu Solidarności i odrzucenia realnego socjalizmu, trudno zignorować fakt, że to fundamentalne rozróżnienie pomiędzy dobrem a złem organizuje ludzkie postępowanie (oczywiście do pewnego stopnia jedynie - wciąż będę wracał do idei 'struktur grzechu', a więc sytuacji, gdy tego wyboru jesteśmy pozbawieni). Wydaje mi się po prostu (i znowu muszę odesłać do mojej ostatniej książki), że wyznaczenie granic pomiędzy różnymi logikami, które organizują nasze życie (bo przecież wciąż - mimo wszystko - rynek nie pożarł wszystkiego do końca, wciąż resztki przed-rynkowych logik istnieją) jest fundamentalnym zadaniem politycznym, daleko wykraczającym poza etyczny sprzeciw. Dobrym przykładem konsekwencji destrukcyjnych tendencji kapitalizmu jest niemal całkowite urynkowienie budownictwa mieszkaniowego (oczywiście istnieje związek pomiędzy urynkowieniem kwestii związanych z wyżywieniem i tych związanych z mieszkaniem - właśnie na poziomie etycznym, w świetle dyskusji o prawach człowieka - 'mieszkanie prawem nie towarem'. Tu przy okazji warto zauważyć, że skrajna nacjonalistyczna prawica odrzuca idee praw człowieka, co sprawia, że staje się ona - do pewnego stopnia wbrew własnym intencjom - najlepszym sojusznikiem neoliberałów i globalnych rynków). Urynkowienie budownictwa mieszkaniowego łączy się jednak przede wszystkim ze spekulacyjnym kredytem, co kryzys roku 2008 udowodnił aż nadto boleśnie. Budownictwo mieszkaniowe jest niemal czystą bańką spekulacyjną (ceny mieszkań rosną bez związku z kosztami budowy), opartą o 'biopolityczny kredyt', tworzący 'wiecznych dłużników'. Budownictwo mieszkaniowe jest jednak ekonomicznie 'martwe' (według przed-hiperspekulacyjnej logiki wczesnego i dojrzałego kapitalizmu), mieszkanie przecież nic nie produkuje - oprócz produkcji biopolitycznej, dlatego też kredyt jest biopolityczny dotyczący fundamentów ludzkiego przetrwania. A przecież to właśnie nadmiar 'pustego/wirtualnego' pieniądza pochodzącego z kredytu, jest fundamentalnym problemem współczesnej gospodarki. W kontekście europejskich miast, gdzie produkcja przemysłowa została/zostaje zastąpiona spekulacjami nieruchomościami konsekwencje są oczywiste - miasta są i będą coraz bardziej - bankrutami.
Pozostaje więc pytanie postawione w tytule tej (chaotycznej/dygresyjnej) notki - czy rynek jest tożsamy z kapitalizmem? Czy może istnieć niekapitalistyczna gospodarka rynkowa? Na te pytania postaram się odpowiedzieć* 8go grudnia podczas wykładu w Krakowie na konferencji 'po Kapitalizmie, od egoizmu do wspólnoty' na którą serdecznie zapraszam!
_____
*będę obecny głosem i obrazem w sobotę o 20.45
08:29, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 listopada 2012
673. poza post-katolicyzm
Będąc w PL tradycyjnie już kupiłem numer Pressji. Tym razem z jeszcze większym przekonaniem, niż poprzednio. I nie zawiodłem się - jak już kiedyś pisałem, gdyby Polska była rządzona przez jakąś lewicową partię, prawdopodobnie zostałbym fanem tego pisma. No ale cóż - wciąż wypada mieć nadzieję, że albo Polska w końcu przestanie być prawackim skansenem, albo Pressje przejdą na jasną stronę mocy.

Już numer poświęcony mesjanizmowi wzbudził negatywne komentarze korwinistycznych sekciarzy, najnowszy - poświęcony ekonomii trynitarnej - również zdenerwował i oburzył co bardziej darwinistycznie zorientowanych prawicowców. Z mojego punktu widzenia, to co denerwuje kapitalistycznych fundamentalistów - wszelkie próby wyjścia poza kapitalistyczną logikę zysku i straty, odrzucenie zrównania pieniądza z wartością czy generalnie uznanie ekonomii za naukę normatywną, zadającą pytanie 'po co to wszystko'?  zasługuje na zainteresowanie i szacunek. Szczególnie, że niektóre intuicje formułowane przez autorów Pressji zgadzają się z uniwersalistyczną perspektywą 'Dziur w całym' (przykro mi, ale przez jakiś czas będę się na tę książkę powoływał). W kluczowym dla tego numeru tekście Marcina Kędzierskiego, co rusz natykałem się na fragmenty, które witałem oklaskami. Gdy pisał on (krytycznie) o działalności filantropijnej jako zewnętrznej wobec rynku, przypomniało mi to moje rozważania o 'zabrudzaniu pieniądza' tak by stał się on bardziej związany z życiem, by przestał być idealnie gładkim, zewnętrznym wobec kultury i 'ekonomii' (gdzie ekonomia jest rozumiana jako nauka pochodząca od pojęcia oikos - w opozycji/uzupełnieniu polis) przepływem; gdy przeciwstawiał się myśleniu hybrydowemu, przywodzi to na myśl moje odrzucenie magmy i gloryfikacja przerwania/pustki. Ciekawa bardzo jest też uwaga, że '...koncentracja wyłącznie na więzach rodzinnych, bez ich przekraczania, nie jest pełną realizacją relacyjnej istoty człowieka, a zatem uniemożliwia powstanie w pełni trynitarnego społeczeństwa' co współgra z tym co ja pisałem o wspólnotach lokalnych (i szerzej - z ideą granicy/instytucji) a także rezonuje z niektórymi konceptami Hardta i Negriego z 'Rzeczypospolitej'.

Wszystko to oczywiście jest bardzo budujące, lecz czytając Pressje (szczególnie tekst o antropologii trynitarnej, ale również teksty o teologii negatywnej) coraz bardziej stawiałem sobie pytanie, na ile mój deklarowany post-katolicyzm wynika z prostego stwierdzenia skąd przychodzę, a na ile jest jeszcze intelektualnie użyteczny. Pytanie to ma znaczenie w kontekście mojej fascynacji uniwersalizmem - czy jest on możliwy w kontekście monoteistycznej teologii (nawet osłabionej poprzez idee trynitarną)? czy też raczej, używam tych schematów myślenia po prostu dlatego, że innych nie mam i trudno byłoby mi w tej chwili zapomnieć mój kulturowy bagaż i przejść na pozycje - powiedzmy - posthinduistyczne. Być może jednak, nie ma to pytanie aż takiego znaczenia - ważna jest raczej funkcjonalność i efektywność wykorzystywanych narzędzi, niż narzędzia jako takie.

Wracając do Pressji i intelektualnej ekwilibrystyki, jaką uprawiają jej autorzy warto wspomnieć T.S. Eliota (przywołanego ostatnio przez Slavoja Zizka), który twierdził, że są takie chwile, gdy jedyny wybór istnieje pomiędzy herezją a niewiarą. Jeśli z jednej strony mamy plemienny polski katolicyzm, a z drugiej scjentystyczny prymitywizm 'nowego ateizmu'*, wydaje się, że wrażliwi i myślący katolicy nie mają za bardzo wyjścia i że za jakiś czas spotkamy się w innym miejscu, po jasnej stronie mocy...
________

* Również w kontekście tragicznej śmierci Savity Halappanavar. Tu całkowicie zgadzam się z komentarzem Gavana (którego naprawdę trudno oskarżyć o bycie niewystarczająco lewicowym):

Gavan uważa (moim zdaniem całkowicie zasadnie), że Dawkinsowi chodzi przede wszystkim o ideologiczną krucjatę, o to by dowalić kościołowi  a nie o tragiczną śmierć Savity. W tym sensie, zarówno katoliccy antyaborcjoniści jak i Dawkins są przedstawicielami prawdziwej 'cywilizacji śmierci'.
17:55, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 12 listopada 2012
672. każdy może zostać faszystą
No i doczekaliśmy się naszej własnej, swojskiej, skrajnej prawicy.
Szukanie winnych jest zadaniem zbyt łatwym - media, politycy, kościół katolicki, w gruncie rzeczy wszyscy, którzy obecni są w sferze publicznej. Przenoszenie dyskusji z kwestii egzystencjalnych/społecznych na kulturowe, akceptacja dla języka nienawiści ('ulubiony i liberalny' biskup GW, niejaki Pieronek mówiący o polewaniu kwasem feministek to tylko jeden z wielu przykładów), przyzwolenie na pogardę i wykluczanie tych, którzy nie są 'nasi'. Również nazywanie faszystami wszystkich, którzy nie mieszczą się w demo-liberalnym schemacie.

Mamy więc naszych swojskich oburzonych, którzy odrzucają liberalny egoizm, którzy poszukują tego co wspólne, którym nie wystarcza perspektywa 'ciepłej wody w kranie' (bo być może tej perspektywy nie mają). Nie, oczywiście nie usprawiedliwiam nacjonalistów, nie twierdzę, że do 'dobrzy, zagubieni chłopcy'. Każdy z nich świadomie wybiera zło.
I piszę zło z pełną odpowiedzialnością. Wspólnota i sens którego poszukują jest zły, bo fałszywy. Wyklucza i odrzuca. U zarania ruchu narodowego leżało dążenie do włączenia w naród tych warstw społecznych, które wykluczali przedstawiciele postszlacheckiego konserwatyzmu (przede wszystkim chłopstwa). Jest więc w endecji element pozytywny, element emancypacyjny i inkluzywistyczny. Co stało się z endecją później, gdy ewaluowała w plemienny kult swoich przeciw obcym, też oczywiście tkwiło w niej od początku. Endecja sprzeciwiała się socjalistom, odrzucając walkę klas i podział wspólnoty politycznej, lecz sama definiowała podmiot polityczny bardzo mocno i brutalnie kreśląc jego granice i wyrzucając wielką część polskiego społeczeństwa poza niego. Dzisiejsi nacjonaliści odwołują się oczywiście do tego co w endecji najgorsze, najbardziej prymitywne i plemienne. Ewolucja polskiego katolicyzmu w religię plemienną, przeciw idei katolickiej (a więc powszechności) tylko ten proces wzmacnia.

To oczywiście powoduje, że RN jest anachroniczny i pozostanie ugrupowaniem marginalnym. Nawet jeśli wejdzie do parlamentu (w co szczerze wątpię) to PiS zrobi z nim to co zrobił z LPRem i Samoobroną. Nie znaczy to jednak, że nic się nie stało i nie ma się czym przejmować. PiS zniszczył LPR i Samoobronę stając się nimi. Jeśli więc JarKacz wygra z liderami RN (co wydaje się oczywiste), stanie się to kosztem dalszego przesuwania się tego ugrupowania na prawo.

Przeczytałem wywiad-rzekę z Agatą Bielik-Robson, w którym klarownie opisuje ona skąd wzięli się dzisiejsi publicyści Uważam Rze i tzw. 'intelektualne zaplecze PiSu'. Bardzo podobny mechanizm produkuje dziś naszych 'oburzonych nacjonalistów'. Gdy sięgam pamięcią do początku lat 90tych, wspominam własne lektury w gronie moich prawicowych przyjaciół. Czytaliśmy i socjalistów i endeków, lecz żadna z tych narracji nie wydawała nam się przekonująca. Brnęliśmy więc w tereny zajmowane przez ezoteryczną prawicę (lewica jednak po PRLu była mało sexy), niektórzy z nas (jestem dumny, że ja nie) zaliczali chwilowy flirt z korwinizmem. Nikt z nas jednak nie został faszystą. Moi ówcześni przyjaciele (PS, PStr, RM, TM, BP i GP również FL - wszystkim im jestem wdzięczny za dyskusje i wspólne lektury) są dziś w korporacjach, w edukacji, w PO, w służbach państwowych. I choć od ponad dziesięciu lat to już nie są moi przyjaciele, to nie jest moje środowisko, z niektórymi chętnie bym się spotkał na kawę (choć inni budzą mój głęboki niesmak). W latach 90tych mieliśmy nadzieję, nie czuliśmy się jakoś specjalnie zmarginalizowani, wiedzieliśmy, że - przynajmniej teoretycznie - istnieją ścieżki, którymi wejdziemy w dorosłość i staniemy się pełnoprawnymi cząstkami społeczeństwa.

Dziś jest inaczej, dziś nadzieja się zagubiła, a tym co nas wszystkich (którzy nie zdążyli się załapać na jakiś dobry 'układ') łączy, jest poczucie niepewności i powszechnej niesprawiedliwości. Niektórzy zostają więc cynicznymi egoistami, innych frustracja prowadzi na ścieżki plemiennej lub sekciarskiej nienawiści.

Powstanie Ruchu Narodowego jest symptomem choroby, jaką jest kolonialny, neoliberalny kapitalizm lecz również schmittiańska wizja polityczności, opartej na wykluczeniu, na podziale przyjaciel-wróg.
W mojej najnowszej książce zarysowałem alternatywę, oparty o horyzont pełnej inkluzywności uniwersalizm. Na spotkaniach w Warszawie, Łodzi i czy Gdańsku, starałem się przekonywać, że to nie jest utopia, lecz realna perspektywa, realny program ideowo-polityczny. W większości przypadków, spotykało się to z odrzuceniem, uznawano że to bzdura lub w najlepszym razie utopia. No cóż... odrzucacie uniwersalizm, pozostaje wam konflikt, pogarda i wykluczenie. Na pierwsze danie - Ruch Narodowy.
Smacznego.
11:46, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (5) »
piątek, 09 listopada 2012
671. dużo, intensywnie, dobrze
Ostatnie trzy tygodnie były niezwykle intensywne, czas by spróbować je jakoś podsumować (choć pewnie szczegółowe wątki będą powracać).

Przede wszystkim, wraz z moimi studentami byliśmy w Warszawie, w Ursusie, na zaproszenie Stowarzyszenia Rozwoju Ursusa. Muszę tu publicznie podziękować za zaproszenie nas i organizacje naszego pobytu - w tym spotkań z przedsiębiorcami i ludźmi związanymi z Ursusem. Wszystko odbyło się perfekcyjnie. Spotkaliśmy się również z przedstawicielami UM Warszawa i to również było niezwykle interesujące spotkanie. Niestety nie udało spotkać się z deweloperem, który deklaruje chęć budowy osiedla mieszkaniowego na terenach po byłych zakładach Ursus. Mimo ponawianych prób, przedstawiciel dewelopera nie był zainteresowany/a spotkaniem z nami. No cóż - nieobecni nie mają racji...

Przy okazji pobytu w Polsce, wziąłem udział w dyskusji z Fran Tonkiss w Emilce o mieście post-kapitalistycznym. Moim zdaniem (ale też zdaniem moich studentów) bardzo udanej dyskusji.

Wykorzystałem też czas w Polsce na inne aktywności (kilka spotkań towarzyskich, na wszystkie które planowałem nie starczyło czasu), przede wszystkim warsztaty o mieście z przedstawicielami klubów KP (z wielu miast - od Cieszyna po Gdańsk) - bardzo dziękuję za organizacje i przybycie; ale także na trzy spotkania dyskusyjne wokół mojej najnowszej książki. Najpierw w Warszawie, chyba najmniej udane, mam wrażenie, że niewiele osób na sali przeczytało książkę, a obecność wiceprezydenta Warszawy (który przeczytał tylko 17 stron książki) w panelu przesunęła dyskusję w poza-książkowe sfery.
Potem Łódź - całkiem udane spotkanie (mimo blipowych komentarzy ludzi z okolic 'nieistniejącego ttdknu. To przykre, że niegłupi przecież ludzie, o liberalno-lewicowej wrażliwości pozostają uwięzieni w mentalności licealistów. Mogliby coś zrobić pożytecznego, ale najwyraźniej łatwiej, bezpieczniej jest pozostawać po prostu internetowymi, lewicowymi trollami. No cóż - ktoś też to musi robić...), ciekawe pytania i dyskusja. Wydaje się jasne, że moja książka jednak trafiła w punkt, tylko, że ten punkt jest jeszcze nie w pełni uświadomiony - zafiksowanie na starych pojęciach jest tak duże, że moja ich dekonstrukcja (próba dekonstrukcji) napotyka na mur niezrozumienia. Ale już w Łodzi było przynajmniej kilka osób, które podjęły dyskusję poza habermasowskim paradygmatem.
Najlepsze spotkanie miało miejsce w Gdańsku, z jednej strony entuzjastyczne (chyba mogę tak napisać?) wprowadzenie Romana Kurkiewicza (to pomaga, gdy prowadzącemu spotkanie książka się podoba) z drugiej strony duża część osób obecnych nie tylko przeczytała książkę, ale również już o niej dyskutowała (między innymi na zajęciach prowadzonych przez Joannę Erbel). Poza tym, to było trzecie spotkanie i łatwiej było mi precyzyjniej na pojawiające się wątpliwości i pytania odpowiadać. Myślę, że zarówno dyskusja o inkluzywizmie / horyzoncie uniwersalności jak i moja próba wyjścia poza horyzont ekonomii kapitalizmu w 'ekonomię mocy' spotkała się ze zrozumieniem i zainteresowaniem. Bardzo dziękuję za to spotkanie!

Po Gdańsku - Moskwa. W Strelka Institute wykład dla studentów. Bardzo ciekawa dyskusja (choć po całym dniu podróży - z Gdańska przez Warszawę do Moskwy - nie byłem chyba w szczycie swojej formy intelektualnej...;) inteligentne, twarde pytania. Widać chyba jednak, że pewna awersja do polityki może zamykać architekturę/urbanistykę na rzeczywistość.

W końcu, najdalszy (geograficznie) etap mojego wojażowania - Kuala Lumpur i wykład na UiT MARA (na tym uniwersytecie studiuje 200 tysięcy studentów!!! A ja myślałem, że Plymouth jest dużą instytucją...). Trochę pod wpływem dyskusji w Moskwie (ponieważ wykład miał podobną zawartość), postanowiłem się trochę usprawiedliwić i wytłumaczyć dlaczego uważam, że o polityce mówić należy. Zacząłem więc od swoich książek oraz tradycji egalitarnego modernizmu.

Ku mojemu - jednak - zaskoczeniu, ten wątek mojego wykładu spotkał się z bardzo dużym zainteresowaniem i generalną akceptacją. Wydaje się, że z jednej strony w Malezji 'nabrzmiewa' zainteresowaniem polityką (echa 'Arabskiej Wiosny'?) z drugiej, etos państwowego uniwersytetu, gdzie edukacja jest darmowa (co odróżnia go zarówno od Strelki jak i od Plymouth) niemal wymusza społeczną wrażliwość i polityczną świadomość studentów i wykładowców. Bardzo dobra dyskusja, również w mniejszym gronie ze studentami programu magisterskiego. Mam poczucie, że do Malezji jeszcze wrócę...

Generalnie - bardzo udane, intensywne trzy tygodnie. Teraz jednak chciałbym trochę pobyć w domu, jeśli można...
07:58, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »