Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2007
90. podsumowania i deklaracje
Dziewiećdziesiąty wpis, na dodatek ostatniego dnia roku 2007. Czas więc na małe podsumowanie oraz zobowiązania na rok następny.

Najpierw jednak - podziękowania.
Wszystkim moim czytelnikom, tym którzy się ze mną zgadzają i tym którzy czytają mojego bloga by podnieść sobie poziom adrenaliny ;) za to że są.
I że im się chce. Że im się chce, również tym do których linkuję obok - macie świetne blogi!
Za komentarze - nawet gdy prowadzą na manowce (to w końcu ja jako gospodarz muszę wiedzieć kiedy skończyć) oraz za linkowanie do mnie.

Pozwolę sobie też zacytować byłego marszałka sejmu - ci którzy się ze mną nie zgadzają, tak naprawdę podzielają moje poglądy, tylko jeszcze o tym nie wiedzą ;))

Teraz życzenia - by 2008 rok nie był gorszy niż 2007, byście mieli radość z pisania i ciekawość czytania.

No i deklaracje:
W lutym wyjdzie moja książka "Miasto jako idea polityczna". Dla mnie ta książka jest ważna - mam nadzieję, że będzie ważna również dla wielu jej czytelników. Również dla Was :)
Do końca 2008 chciałbym zamknąć szkic nowej książki, o roboczym tytule jak tytuł tego bloga. To będzie swego rodzaju podsumowanie trylogii, która rozpoczęła się "Ideologiami w przestrzeni...".
Ten blog jest otwartym notatnikiem tej nowej książki - oczywiście bardzo brudnopisanym notatnikiem, ale jednak.

W mijającym roku pożegnałem się z architekturą i mam nadzieję, że przez najbliższe kilka lat (a może już nigdy - z wyjątkiem projektu własnego domu;)) do niej nie wrócę.
Pracuję teraz nad dwoma projektami badawczymi, ale przygotowuje projekty dwu kolejnych - zrobię wszystko, by doszły do skutku.
Projekty dotyczą tego czego dotyczy ten blog - ludzi w przestrzeniach miejskich. Będę więc o nich tutaj wspominał.

I chyba nadszedł moment, bym złożył swoje wyraziste "Miejskie Credo".
Ale to już w przyszłym roku... :)

Póki co (wiem wiem, że nie pisze się "póki co" ;)) zapraszam do lektury 13tej Między - miejscowej (oraz wszystkich pozostałych).

A dziś - miłej zabawy i trzymajcie się ciepło przez najbliższe 365 dni :)
13:00, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 grudnia 2007
89. nędza turystyki?
Turystykę widzi się dziś jako najprostszy i najłatwiej dostępny mechanizm stymulujący wzrost miast i regionów.
Nawet w dystkusji o centrum Katowic pojawia się argument, że centrum przyciągnie turystów z pieniędzmi.
Czy rzeczywiście? I czy turystyka jest tak jednoznacznym czynnikiem wzrostu?
(Zostawmy na razie kwestie ekologii - skupmy się jedynie na egoistycznym interesie miasta)

Jeszcze w latach 90tych, dyskutując rosnący wtedy przemysł turystyczny, zwracano uwagę na fakt, że przemysł ten generuje przede wszystkim niskopłatne miejsca pracy. Więc oczywiście - generuje wzrost gospodarczy, ale czy rzeczywiście generuje? I czy to jest rzeczywiście wzrost o jaki nam chodzi?

Moja ukochana Ryga jest miastem niezwykle popularnym wśród Brytyjczyków i Irlandczyków.
Tanie i dobre alkohole, tanie i urodziwe prostytutki, kilka niezłych klubów, kawałek starego miasta. Morze i plaża. A przede wszystkim tanie połączenia lotnicze i łatwy dostęp z lotniska do miasta.
To wszystko powoduje, że miliony młodych, spragnionych wrażeń młodzieńców odwiedza corocznie to miasto. Nie tylko z Wysp, ale też ze Skandynawii i Rosji.

Mimo tego, zeszły rok był dla łotewskiej gospodarki umiarkowanie udany - mimo bezrobocia utrzymującego się na poziomie około 6% i wzrostu PKB przekraczającego 10%, 13% inflacja jest kubłem dziegciu w beczce miodu.

Warto też przyjrzeć się jaki rodzaj turystyki jest w Rydze najbardziej popularny.
Nie jest to bynajmniej turystyka biznesowa (kilkanaście procent) ani rodzinna. Większość turystów koncentruje się na urokach łotewskich prostytutek.
Czy tego typu turystyka rzeczywiście jest dobrodziejstwem dla miasta?
Nie przesądzam odpowiedzi - jednak słynąca z sex-turystyki Tajlandia nie jest państwem mlekiem i miodem płynącym.
I to raczej Tallinn a nie Ryga jest nadbałtyckim tygrysem...

Turystyka łączy się z tym co Sharon Zukim nazywa "ekonomią symboliczną". Turyści przyjeżdżają do miast, które mają coś unikalnego do zaoferowania. Najczęściej miasta próbują więc budować muzea i galerie, bycie "europejską stolicą kultury" też jest pożądaną metką. Nawet jeśli jednak liczymy na taką kulturalną turystykę, to wciąż skupiamy się na rynku usług - hotele, restauracje, przewodnicy, taksówkarze...
A przecież ekonomia oparta na usługach nie jest już tą ekonomią, która zapewniałaby prawdziwy rozwój. Dziś mówi się o gospodarce opartej na wiedzy.
To nie knajpki i burdele, nawet nie muzea i galerie lecz ośrodki badawcze, przemysł IT, centra designu czy biotechnologia wydają się kluczami do przyszłości.

Florida co prawda usiłuje udowodnić, że buzujące rozrywką miasto przyciągnie również młodych freaków, którzy tworzą "masę krytyczną" niezbędną do rozwoju gospodarki opartej na wiedzy, ale czy kilka knajpek i biurowców wystarczy?

Moje wątpliwości nie budzi jednak turystyka jako taka. Nawet sex-turystyki nie traktuję jako jednoznacznie złego zjawiska.
Tym co budzi moje zastrzeżenia, jest zachwiana optyka jaka stoi za strategiami opartymi na turystyce (podobne zastrzeżenia budzą też strategie skupiające się na gentryfikacji wybranych obszarów miasta), optyka "dalekowidza".

Pytanie brzmi - czy rzeczywiście miasto musi szukać źródeł swojego rozwoju jedynie "na zewnątrz"? Czy "wewnątrz" nie jest w stanie znaleźć wystarczająco sił, by zagwarantować sobie stabilny rozwój? Florida piszę (i trudno się z nim nie zgodzić), że prawdziwym źródłem rozwoju są ludzie. Florida swoje strategie miejskie buduje przecież właśnie na przyciąganiu kreatywnych, wybitnych jednostek. Nie na chwilę, lecz na wiązaniu ich z miastem. Jeśli kapitał pojawia się i znika, to ludzie - jeśli poczują się z miastem emocjonalnie związani - z miastem pozostają na zawsze (to jest uwaga tribute to gkw ;)).

Jeśli więc szukamy stymulacji na zewnątrz, to czyż nie powinniśmy szukać takich sił, które będą rozwój miasta stymulować stabilniej i w bardziej przyszłościowych kierunkach? Może więc nie turysta a stypendysta? Może więc nie rozwój centrum, a rozwój uniwersytetu powinien być priorytetem?

15:05, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 24 grudnia 2007
88. seasonal greetings
Wesołych Ciał w Świątecznych Przestrzeniach


życzę

:)
06:03, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (4) »
piątek, 21 grudnia 2007
87. wreszcie neoliberalizm!
Jak pewnie niektórzy czytelnicy mojego bloga się zorientowali, liberalizm w kontekście miejskim budzi moje głębokie wątpliwości. Jednakże przekonanie, że liberalizm (a jeszcze bardziej neo-liberalizm) zniszczy polskie miasta jest tylko dobrze ugruntowaną - ale jednak - hipotezą.
To co w planowaniu miejskim po 89 roku w Polsce robiono, miało z tym nurtem myślenia niewiele wspólnego - liberalizmu było w tym niewiele (również intelektualnie oprócz Czesława Bieleckiego trudno wymienić zwolenników takiego myślenia), neoliberalizmu też kapkę, raczej był to taki post-komunistyczny potworek. Jak mówi mój przyjaciel KK - do nowych, kapitalistycznych celów usiłowano stosować stare, etatystyczne metody.

Wygląda na to, że po zwycięstwie PO jest jednak szansa, że teoria moja - że (neo)liberalizm w każdej postaci - spowoduje w polskich miastach katastrofę, będzie miała szansę przejść test prawdy.

W dzienniku Polska z dnia 5 grudnia 2007 ukazał się wywiad z panem wiceministrem infrastruktury odpowiedzialnym za budownictwo, Olgierdem Dziekońskim. Wywiad pod znamiennym tytułem "Plany zagospoadarowania i pozwolenia na budowę nie będą już potrzebne".

W tym wywiadzie, pan Dziekoński przedstawia spójną wizję (po raz pierwszy chyba w Polsce) jak oddać całą niemal władzę nad przestrzenią w ręce inwestorów i deweloperów. Doktryna jaką wyznają polscy neoliberałowie jest bowiem prosta - tylko jednotki aktywne, przedsiębiorcze są prawdziwymi obywatelami. Pracownicy najemni, bierni wykonawcy poleceń, są zwykłym mięsem wyborczym. W gruncie rzeczy, to taka nietzsche'anska koncepcja przedsiębiorcy-nadczłowieka.

Jak więc w skrócie wygląda plan pana Dziekońskiego?
Przede wszystkim, jak na razie, pan Dziekoński mówi jedynie o osiedlach mieszkaniowych. Znaczy to, że jakiś rodzaj planowania, dotyczący innych funkcji prawdopodobnie pozostanie - jak jednak miałoby to wyglądać nie jest jasne.
Pozostaje też podstawowe zaangażowanie miasta / gminy w proces planistyczny, ponieważ pan Dziekoński zakłada istnienie studium uwarunkowań.
Mamy więc pewien bardzo ogólny (ale nie bardziej niż na przykład w Irlandii) zapis tego, co i gdzie w danej gminie można wybudować.

I teraz nadchodzi inwestor, który rzeczywiście chce jakieś osiedle postawić.
Procedura jest następująca:
Inwestor na własny koszt sporządza "Plan urbanistyczny". (Czyli irlandzki master-plan jeśli wciąż jesteśmy w orbicie budowania "drugiej Irlandii").
Pan Dziekoński nie precyzuje kto taki plan zatwierdza - dopuszcza dwie możliwości - albo rada gminy, albo postępowanie administracyjne.
W tym drugim przypadku, pan Dziekoński zakłada, że "mieszkańcy istniejących już na danym terenie budynków będą mieli prawo WYPOWIEDZIEĆ SIĘ (podkreślenie moje) co do projektu nowego osiedla". Pan Dziekoński nie precyzuje na czym to "wypowiadanie się" miałoby wyglądać, trudno jednak uwierzyć, że mieszkańcy będą mieli jakąkolwiek szansę by na kształt osiedla wpływać - pan Dziekoński bowiem w dalszej części wywiadu na pytanie "Jak miałaby wyglądać taka społeczna kontrola" mówi tak:

"Obywatele powinni być w najgorszym razie POINFORMOWANI co będzie się wokół nich działo. Powinni mieć możliwość WYRAŻENIA SWOJEJ OPINII na ten temat. W wielu krajach , w przypadku znaczącej inwestycji bądź budowy planowanej po sąsiedzku, taki obowiązek szerokich KONSULTACJI funkcjonuje. I to w tak liberalnych gospodarkach jak USA czy Wielka Brytania. To oczywiście nie znaczy, że władza ma związane ręce. To znaczy tylko tyle i aż tyle, że mieszkańcy muszą mieć prawo do WYSŁUCHANIA i prawo uzyskania odpowiedzi od władzy na swoje pytanie (podkreślenia moje)".

Proszę zauważyć - pan Dziekoński ani słowem nie zająknął się o jakiejkolwiek rzeczywistej społecznej kontroli! Kiedyś już, na starym blogu pisałem o stopniach włączenie społeczności lokalnej w procesy decyzyjne - to o czym mówi pan Dziekoński, to jest dół tokenizmu, nie mający nic wspólnego z demokratyzacją procesu planistycznego który jest w krajach EU standardem (czasem trudno osiągalnym ale jednak).
Bardzo ciekawe jest ostatnie zdanie - pan Dziekoński mówi, że to władza ma udzielać obywatelom odpowiedzi.
Fajnie.
Ale dlaczego władza, jeśli to deweloper odpowiada w zasadzie w całości za projektowane osiedle?
Odpowiedź jest w sumie oczywista - w systemie neoliberalnym, władza samorządowa służy jako bufor i ochrona dla prywatnych interesów.

Jest jeszcze jeden bardzo ciekawy moment tego wywiadu - pan Dziekoński mówi na temat wykupu działek przez inwestora - co dzieje się, gdy jakiś cholerny pieniacz nie chce swojej sprzedać? Ha! Nic prostszego:
" Być może ustawa będzie wprowadzać taką zasadę, że na wniosek INWESTORA gmina proponuje właścicielowi zamianę jego nieruchomości na inną, WSKAZANĄ PRZEZ INWESTORA, lub będzie miała mozliwość wykupienia jego ziemi".

No i wszystko jasne - jak Pan Deweloper chce coś zbudować, to nic i nikt mu w tym przeszkadać nie będzie.

Przedstawiona wizja pana Dziekońskiego, jest spójną neoliberalną wizją zarządzania przestrzenią miejską.
Mieszkańcy miasta nie mają żadnego wpływu na to co się wokół nich z ich... o przepraszam - już nigdy ICH - miastem dzieje, władza samorządowa staje się odrębną kastą, której zadanie to neutralizowanie społecznych niepokojów i ułatwianie życia inwestorom. I tylko deweloperzy mają w ręku wszystkie atuty. To oni - jak pisałem powyżej, jako ci neoliberalni Nad-ludzie - mają prawo wpływać na przestrzeń miejską.

Ta wizja, jest w tak oczywisty sposób sprzeczna z moimi poglądami na miasto i na rolę mieszkańców, na sposób tym miastem zarządzania, że w gruncie rzeczy powinnienem się cieszyć.
(Gdyby nie cierpienia i dramaty dziesiątków tysięcy ludzi, jakie przewiduję)
Jeśli te plany wejdą w życie, za 4 lata będziemy mieli pełne ręce roboty, by po PO posprzątać.
Wielbiciele wolnego rynku w mieście, elitarni i aroganccy przedsiębiorcy (a jeszcze bardziej ci wszyscy którzy wierzą, że nimi zostaną), wszyscy zaczadzeni "korwinizmem" będą mieli szansę zobaczyć co ich idee znaczą w praktyce.

Ale może się mylę.
Może czeka nas raj na ziemi.

A jeśli nie? No cóż, zawsze będę mógł powiedzieć - a ostrzegałem...
08:51, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 20 grudnia 2007
86. suplement
Generalnie nie powinienem wdawać się w pyskówki, które odbywają się poza tym blogiem. Ale ponieważ na forum gkw sobie na mój temat używają, najwyraźniej mając problem ze zrozumieniem tego co napisałem, to gwoli "dania odporu" kilka uwag.

Niejaki "miglanc" pisze tak:

Pan Nawratek pisze tak jakby estetyka i symbolika miasta byla oderwana od jej warstwy socjo-ekonomicznej.

Bynajmniej. W odpowiedzi Shayerowi pisałem:

... wielokrotnie pisalem o Bilbao - ze nie wiem czy budynek Gehrego jest dobry czy nie, wiem ze jest nowym symbolem miasta i ze w ciagu kilku lat w Bilbao pojawilo sie 9 mln turystow! wiec nie lekcewaze sily znaku, sily spektakularnych budynkow ani nawet zwyklego "przylgniecia" mieszkancow do przestrzeni w jakiej przyszlo im zyc.

Następnie miglanc pisze:

Tak jakby duskutujac na jeden temat zapomianlo sie o drugim. Jest to powaznym bledem. Jelsi dyskutujemy nad projektami zabudowy Korfantego to nie o lad estetyczny tu chodiz przede wsyzstkim. To ejst dysusja na temat roli przestrzeni centralnej w miescie. To rozwaznia czy chcemy by centrum odzylo i pelnilo swe tradycyjne funkcje, czy tez zgadzamy sie na to by malle typu Silesia city Center przejely role centrum bizensowo-uslugowego, a tradycyjne centrum miasta stalo sie... no wlasciwie to czym?

Taaak? Jeśli tak, to co jest złego w projekcie Pana Koniora? On deklaruje dokładnie to samo.

I dalej:

Poza tym Pan Nawratek sam sobie przeczy. Zarzuca nam ze zajmujemy sie debata o estetyce. A roznwoczesnie sprzeciwia sie pomyslom rewitalizacji socjalnej centrum, o ktorych tu debwtujemy i wobec naszych debat sie ustosunkowuje.

To już jest kuriozum :/
Ja nie sprzeciwiam sie rewitalizacji centrum - ja po prostu pytam o rewitalizacje CAŁEGO miasta.
Pytam co z tymi ludźmi których usunie się z centrum?

Zas jesli chodzi o problem tzw marginesu to jak do tej pory nikt jeszcze rzadnego sensownego rozwiazania nie wymyslil. W wielu miastach dochodiz do gettoizacji i skupeinia tej ludnosci na jakism obszarze, a wszystkie pomysly pomocy tym ludziom by doznali awansu spoelcznego spelzly na niczym. Wyglada na to ze "plebs" jako elemnt spolecznosci miejskiej jest jej stalym skaldnikiem.

Guzik prawda.
Opisywałem choćby proces rewitalizacji Wschodniego Manchesteru. Jak się o czymś pisze, to fajnie byłoby nie powtarzać banałów, tylko trochę poczytać. Dobrze by było też zrozumieć, jakie mechanizmy prowadzą do powstawania getta.
Problem zresztą jest problemem przede wszystkim politycznym (ha ha) i dotyczy całości modelu społeczno-ekonomicznego w państwie.
W jakiejś innej wypowiedzi radzono mi bym sobie pochodził po Katowicach wieczorem - moge tylko odpowiedzieć, że znam dzielnice Dublina i Rygi przy których najgorsza dzielnica Katowic to kurort.

Na koniec perełka:

I jeszcze jedno. Pan Nawratek sie pyta co mieszkancy sodza o ICH miescie - w koncu o oni powinni to czuc. I tu wlasnie wychodiz na jwa brak logiki w mysleniu tego czlowieka. Otoz najwiekszym problemem Katowic jest brak spolecznosci lokalnej - brak ludzi, ktoryz identyfikuja sie z miastem. A jest to spowodowane brakiem przestrzeni symbolicznej, ktora bylaby podstawa dla identyfikacji.

Jako ten człowiek z brakami w logicznym myśleniu, spadłem ze śmiechu z mojej sofy. Taaaa... brak przestrzeni symbolicznej powoduje brak identyfikacji ludzi z miastem.
Nowy Jork ma Manhatan i ma Harlem oraz Bronx, Paryż ma Wieże Eiffla i ma zamieszki na przedmieściach... Tak, ludzie z przedmieść Paryża, z Bronxu czy londyńskiego Canning Town strasznie się z miastem identyfikują, tworzą spójną wspólnotę lokalną z mieszkańcami bogatych dzielnic i to oczywiście rozwiązuje wszystkie społeczne problemy...

Proszę mi wybaczyć Panowie i Panie z forum gkw - ale takich bzdur dawno nie czytałem :/

I jeszcze tylko jedno - ja nie pytałem co mieszkańcy sądzą o swoim mieście, raczej wzywałem do nacisków na władze, by planując inwestycje stosowali mechanizmy publicznej partycypacji. Nie sondaże opinii lecz realny wpływ.
Przede wszystkim zaś, ja wciąż pytam o polityczną opozycję w mieście - pytam co polityczni przeciwnicy prezydenta Uszoka mają do powiedzenia o przestrzeni miasta.
I jak na razie - nie usłyszałem odpowiedzi.

Przepraszam, za ten wpis - to był ostatni raz gdy wdałem się z dyskusję poza tym blogiem.
Więcej nie będę.

Szczególnie, że rząd chce znieść plany zagospodarowania przestrzennego oraz pozwolenia na budowę - i to jest temat, na który warto kilka słów napisać.
Wkrótce.

07:05, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (18) »
piątek, 14 grudnia 2007
85. esteci

Trafiłem ostatnio na forum gkw  na starą dyskusję na temat wysiedlania "elementów patologicznych" z centrum miasta. Ktoś tam zacytował mój wpis  ze starego bloga, w którym nie odnosiłem się do tego pomysłu zbyt życzliwie.
Na forum natomiast w zasadzie wszyscy byli zachwyceni - "nareszcie Katowice bez meneli".
Ciekawe, że często ci sami ludzie, którym usuwanie częsci społeczeństwa z miasta wydaje się super rozwiązaniem, protestują przeciwko wyburzeniu dworca i zabudowie Korfantego wg. projektu Koniora. I pewnie będą zaskoczeni, dlaczego łączę te dwie sprawy... :)


To pokazuje, że ich widzenie miasta jest czysto estetyczne  i że nie jest mi z nimi po drodze.


Wydaje się, że miasto ma dla tych ludzi przede wszystkim wymiar symboliczno - estetyczny.

Ważne są na przykład wieżowce. Dlaczego są ważne? Bo są ładne i podkreślają prestiż. Ważna jest aleja Korfantego. Dlaczego? Bo to rozpoznawalne założenie przestrzenne Katowic. Ważny jest dworzec. Bo to zabytek. I tak dalej.
Oczywiście nie uważam, że kwestie estetyczno - symboliczne nie mają znaczenia. Mają. Tylko że - nie podstawowe.
Ostatnio udzieliłem wypowiedzi portalowi e-Sosnowiec (zadzwonili do mnie ;)) gdzie wprost powiedziałem, że frazę "ład przestrzenny" uważam za skrajnie szkodliwą (w druku poszło w złagodzonej formie). Ów "ład przestrzenny" bowiem kładzie nacisk na fizyczne aspekty miasta. Na skorupy. Na dekoracje.


I choć scenografia jest istotna, to żywa sztuka jest ważniejsza.
Ile razy mam powtarzać, że miasto to przede wszystkim ludzie?
Owe estetyczne widzenie świata jest widzeniem turysty. To są ludzie z gatunku - och, byłem w 30 krajach, znam świat.
Guzik znasz. Oglądanie turystycznych atrakcji, czy generalnie ocenianie świata z punktu widzenia gościa to ułuda. Dopiero mieszkając gdzieś, żyjąc, robiąc zakupy i chodząc na spacery masz szanse rozumieć jak miasto na prawdę funkcjonuje. I też oczywiście od ciebie zależy ile zrozumiesz - pod spodem jest wpis o "miastach subiektywnych". Owi esteci nie chcą poza nie wyjść. Widzą to co widzą i jest im z tym dobrze.
I guzik ich obchodzi, co się stanie z ludźmi, których oni nie lubią - z biedniejszymi, brudniejszymi czy głupszymi od nich. Ważne by skorupy miasta były Ładne...


I OK - taką postawę mieszkańca miasta, egoisty, można zrozumieć - ale przecież dokładnie taką samą postawę reprezentują władze Katowic!


I wyrzucanie marginesu z centrum oraz projekt Koniora i przebudowa dworca mieszczą się dokładnie w tej samej kategorii (doskonale wpisując się w arogancką przebudowę Katowic z czasów PRLu, dlatego spór Koniora i Buszki jest sporem zupełnie wydumanym. Konior KONTYNUUJE soc-modernistyczną tradycję) - najważniejsze, by było ładnie, czysto i bogato. Tutaj. W centrum. Tu gdzie przyjeżdzają turyści, biznesmeni, goście. A że ci biedni będą gdzie indziej? A kogo to obchodzi - póki MY ich nie widzimy, jest OK.


Nie chciałbym wyjść na banalnego moralistę (co mi zarzucono), bo miłości bliźniego jest we mnie na poziomie stanów średnich.
Po prostu nie wolno ignorować istnienia społecznych czy ekonomicznych problemów w mieście, bo te problemy mają tendencję rozwojową.
Wyrzucanie ich poza zasięg naszego wzroku jest głupotą. Jest rozwiązaniem tymczasowym.
Dlatego wciąż i uparcie piszę o mieście jako problemie przede wszystkim społęcznym i ekonomicznym.

POLITYCZNYM!

Pytano mnie na forum co niby proponuje i że z mojego wpisu (poprzedniego) nie można się zorientować czy projekt Koniora mi sie podoba czy nie.

Więc jeszcze raz powtórzę - projekt Koniora mi się nie podoba, ALE NIE MA TO ŻADNEGO ZNACZENIA! Bo nie o mój gust tu chodzi, tylko o to, że przebudowa centrum odbywa się - pardon maj frencz - od d... strony!

Najpierw powinna powstać jasna i klarowna wizja, strategia rozwoju miasta. Wizja również polityczna (jak rozumiem polityczność miasta już pisałem poprzednio), społeczna, ekonomiczna i w końcu przestrzenna.

Ta strategia powinna powstać w oparciu o WIEDZĘ o mieście - w końcu jest profesor Szczepański, dlaczego miasto nie zleci mu studium sytuacji społecznej Katowic?

Jest Akademia Ekonomiczna, pewnie jest tam ktoś kto ma choćby blade pojęcie o gospodarce miejskiej, a jak nie to skorzystajcie z Krakowa. Doktor Murzyn, która pracowała nad rewitalizacją Kazimierza na prawdę zna się na swojej robocie.

(A jak chcecie z zewnątrz, to jest sporo intytucji badawczych na świecie, które chętnie się tym zajmą).

No i trzeba pytać ludzi. Public participation jest trudny, ale skuteczny - bo buduje poczucie mieszkańców, że to jest ICH miasto.

I na koniec powtórze pytanie - gdzie jest opozycja polityczna w Katowicach? Co ona sądzi na temat miasta? Jego strategii i przestrzeni? Dopóki nie usłyszę, będę wiedział, nie tylko że prezydent Uszok wygra kolejne wybory, ale że DOBRZE  że wygra. Bo on przynajmniej ma jakąś (nie ważne jaką) wizję. A w mieście jak na żaglówce - lepsza zła decyzja, niż żadna. 

10:44, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 10 grudnia 2007
84. jak dyskutować (o mieście) młotem

W sobotnim wydaniu katowickiej Gazety Wyborczej, został opublikowany mój tekst (który wpisałem wcześniej na forum, ale GW opublikowała go jako artykuł, o co mam pewne pretensje... ale pal sześć ;)) na temat Katowic.

Pierwotnie był do komentarz do wywiadu p. profesor Chojeckiej na temat dworca, który ukazał się w GW, ale mój tekst jest szerszy.

Czego dotyczy? (bo widzę w komentarzach nie wszyscy zrozumieli...)

Otóż tego, że dyskusje jakie trwają na łamach prasy, nie mają wiele sensu.

Owszem, wypowiedzi publikowane pod nazwiskiem mają trochę większą wagę, niż bluzgi na forum publikowane pod pseudonimem, ale tylko trochę. Nie twierdzę bynajmniej, że dyskusja jako taka jest zła - wręcz przeciwnie. Twierdzę, że dyskusja powinna służyć zmienianiu świata, a nie temu by kanalizować emocje.

A jak na razie - to tak to wygląda. Wielkie krzyki na temat dworca, troche cichsze na temat projektu Koniora przebudowy centrum - ale te krzyki obchodzą jakąś garstkę zapaleńców. Tak krytykowany prezycent Uszok wygrywa wybory i jakoś nie sądze, by następne przegrał.

Jednym z powodów, jest fakt, że Katowice się rozwijają, a zmiany jakie w nich zachodzą i będą zachodzić, są przez prezydenta wykorzystywane politycznie. A przeciwnicy? Czy opozycja polityczna w mieście (jest w ogóle jakaś???) przedstawiła jakąś własną wizje Katowic? Czy polityczna opozycja ma swoje zdanie jakie mają być Katowice? Co ma się zdarzyć w centrum, co z dworcem, co z komunikacją publiczną, co z blokowiskami? co z dzielnicami w rodzaju Załęża czy Szopienic? No? Słucham!

Nie da się?

No więc ja wam opowiem, jak to pewien obcokrajowiec w Rydze, stolicy Łotwy doprowadził (w zasadzie samodzielnie) do zmiany planu zagospodarowania miasta. Bo mu się chciało. Bo pokazał alternatywę. (w linkach obok jest "nabroiliśmy w Rydzę" - zobaczcie sobie)

Więc gdzie są propozycje tych malkontentów? tych krytyków? działaczy społecznych i politycznych? Przecież ja, prosty inżynier, nie będę wam mówił co macie robić...

Bo miasto jest POLITYCZNE. Polityczne w tym znaczeniu, że decyzje dotyczące jego przestrzeni mają wymiar ekonomiczny i społeczny a przez to polityczny. Inwestycja w jakimś miejscu powoduje wzrost kosztów nieruchomości w okolicy. Lub spadek. Istnienie albo nie dobrej komunikacji publicznej preferuje ludzi z - lub - bez - własnych samochodów. A wszystkie te decyzje są przecież decyzjami politycznymi - i to w klasycznym podziale na lewice i prawicę. Albo miasto jest zarządzane w interesie klasy wyższej średniej - tych co mają mieszkania, mają samochody i dobrą pracę, albo w interesie klasy średniej niższej i robotników, którzy raczej wynajmują mieszkania lub mają komunalne (spółdzielcze), którzy są zmuszeni polegać w dużym stopniu na transporcie publicznym.

TO WSZYSTKO JEST POLITYKA!

Więc gdzie jest opozycja? Gdzie jest PRAWDZIWY  i WAŻNY spór o przyszłość Katowic? Nie widzę, nie słyszę. Czytam za to dyskusje, że dworzec to zabytek albo że tam śmierdzi... Super. Bawcie się dalej. Nie udawajcie jednak, że chcecie naprawdę zmienić miasto.

11:16, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (8) »
środa, 05 grudnia 2007
83. narzędzie dla dyktatorów?

Był wczoraj w naszym instytucie dr Paul Torrens, który opowiadał o swoich badaniach na temat symulacji zamieszek w przestrzeni miejskiej. Troche w sieci możecie zobaczyć TU

Projekt, nad którym dr Torrens pracuje, prowadzi do tego, by przewidywać zachowania tłumu w czasie zamieszek.

Model składa się z trzech rodzajów "agentów": tych którzy są prowodyrami zamieszek ("rewolucjonistów"), policjantów oraz "przechodniów". Szczegółowo "zsymulowane" są potencjalne relacje między agentami (np. gdy "przechodzień" znajduje się daleko od policjanta a w otoczeniu "rewolucjonistów" jest spora szansa, że się do "rewolucjonistów" przyłączy). Określone są też takie parametry jak np. skłonność do ryzyka poszczególnych "agentów". Nie wspominając o analizie behawioralnej agentów - co widzą i jak szybko się poruszają.

Wszystko to razem powoduje, że symulacja jest bardzo wiarygodna.

Największe wrażenie, zrobił na mnie moment, w którym dr Torrens pokazał co się będzie działo, gdy policja użyje gazu łzawiącego i jak to wpłynie na przebieg konfliktu...

Oczywiście, możemy sobie wmawiać, że to źli ludzie wywołują zamieszki, a dobrzy policjanci dbają o porządek i bezpieczeństwo. Ale oczami wyobraźni widzę kilku mało sympatycznych panów (czasem z całkiem bliskiej zagranicy) którzy chętnie by takie narzędzie wykorzystali.

I tylko wypada się cieszyć, że w czasach Stanu Wojennego, milicja używała bardziej "intuicyjnych" metod...

18:21, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (4) »
sobota, 01 grudnia 2007
82. mój jest ten kawałek podłogi...
Może pamiętacie, jeszcze na moim starym blogu, prosiłem, byście rysowali mapki miast w których mieszkacie, z zaznaczeniem tych fragmentów które użytkujecie często i tych których nie znacie wcale (lub prawie wcale).
Całkiem sporo takich mapek już dostałem, wszystkie potwierdzają tę pierwotną intuicję - używamy miast w których mieszkamy w bardzo małym stopniu.
To przecież oczywiste - na 24 godziny co najmniej 8 spędzamy w pracy, około 10-12 w domu, pozostaje czas na zakupy, odwiedziny znajomych czy rodziny, jakaś knajpka, kino, czasem klub.
W gruncie rzeczy te trzy miejsca: dom / praca / centrum handlowo-usługowe są najważniejsze.
Oczywiście, zdażają się odstępstwa - trochę inaczej wygląda miasto studenta czy nastolatka, inaczej emeryta(tki); jednak w istocie, po prostu nie mamy czasu, by "być" w mieście w którym mieszkamy. A czym większe miasto, tym większa szansa, że go nie poznamy.
Zresztą, znana anegdota o Kancie, który mieszkając w Królewcu nigdy nie był nad morzem, pokazuje, że nie jest to problem współczesny.
Dziś tylko, możemy znać nieźle kilka fragmentów miast w różnych zakątkach świata, nie znając żadnego z nich dokładnie.

Słynna "L A School" we współczesnej geografii miejskiej opisuje LA jako modelowy przykład miasta post-modernistycznego. Rozparcelowanego na kawałeczki - strzeżone osiedla, centra handlowa, centra biurowe...
Ale forma LA - według zwolenników tej szkoły - nie wynika z czynników ideologicznych czy nawet społecznych. Podstawowym czynnikiem kształtującym to miasto jest "nowa ekonomia". Jest "elastyczna akumulacja" kapitału, gdzie klastry nowych technologii powstają w otoczeniu obszarów biednych, zamieszkałych często przez nielegalnych imigrantów.
W tym wytłumaczeniu to nie owe "straszne" osiedla strzeżone wybijają się na pierwszy plan, lecz "wolność" i nieprzewidywalność rozwoju poszczególnych fragmentów miasta.

Jednak badanie o jakie prosiłem moich czytelników, tylko pozornie dotyczy pokawałkowania miasta, którym zajmuje się LA School, tak na prawdę, to nie fizyczne zróżnicowanie i rozpad, lecz mentalna niespójność przestrzeni interesuje mnie bardziej.
I znów, tu wydawać by się mogło, że nawiązuję do map mentalnych (rozpropagowanych przez Lyncha) - ale nie do końca.

(Swoją drogą, ostatnio kibicuje bardzo młodziakom z PlanetWawa , którzy usiłują w Polsce propagować "participatory planning". Dużo opowiadają właśnie o mapach mentalnych - trochę tylko zabawne, że opowiadają o tym tak, jak gdyby była to rewelacyjna nowość ;) ale nic to - stary zgred ze mnie wychodzi, a młodziaki mają entuzjazm i są całkiem skuteczni - wielkie brawa!)

No więc jeśli nie LA School i nie mapy mentalne - to co? Po co w ogóle piszę o rozpadzie miasta, jeśli uważam, że nie ma w tym ani nic nowego ani niepokojącego?

Rzeczywiście, fakt, że każdy z nas mieszka w swoim własnym świecie, nie jest ani nowy ani specjalnie groźny - problem zaczyna sie wtedy, gdy te światy tracą ze sobą kontakt. Wtedy wszystko się rozpada.

W przestrzeni, w mieście, istnieją punkty, linie i obszary charakterystyczne (to właśnie na nich skupiał się Lynch). W tradycyjnym mieście istnieją też wspólne dla wszystkich centra funkcjonalne.
McClintock pisał, że miasto jest pra-wzorem Internetu.
Myślę, że to jest myślenie ahistoryczne.
Owszem, dzisiejsze miasto jest podobne do internetu w tym, że możemy być w nim, może nam się wydawać że jesteśmy w przestrzeni publicznej, równocześnie będąc w przestrzeni sekciarskiej.

Internet bowiem, w swej anarchistycznej wolności, nie ma miejsc rzeczywiście wspólnych. Nie ma rynku, katedry, targu... Są setki tysięcy albo i miliony rynków, katedr i targów. Dokładnie tak samo, jak we współczesnym mieście.
Dawniej jednak, miasto miało strukturę hierarchiczną i chcąc nie chcąc, ludzie spotykali się ze sobą we wspólnej przestrzeni. Dziś to już nie jest takie oczywiste.
A przecież siłą miasta - również w modelu LA - jest synergia, jest zdolność tworzenia klastrów.
Czy więc sytuacja, w której synergia następuje jedynie między podobnymi bytami, jeśli spotkania tracą element genialnej przypadkowości, to czy za pozorne zwiększenie efektywności, nie tracimy szansy na radykalną nowość?

Pomijam tu kwestie spłeczne i polityczne - tak dla mnie przecież ważne - ale z punktu widzenia miasta jako maszyny produkującej wzrost gospodarczy,  oparty przede wszystkim na wiedzy, na inowacji, czy współczesne miasta nie są przypadkiem ślepą uliczką?

W tym kontekście tak ważne jest odejście od badania PRZESTRZENI miejskiej, a skoncentrowanie się na jej UŻYTKOWNIKACH.
Nie po to by  - za Lynchem -  opisywać generalne zasady funkcjonowania i rozumienia przestrzeni przez tychże użytkowników, lecz by zacząc opisywać ich prywatne i subiektywne światy.

Nie punkty charakterystyczne, granice, obszary i tak dalej są ważne, lecz  te skrawki przestrzeni w których moja podłoga jest też Twoją...
21:54, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »