Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
sobota, 31 grudnia 2011
602. plac czerwony i inne drobiazgi
To był ciekawy rok. Dla mnie osobiście [bardzo] udany, dla świata... interesujący. Najważniejsze w polskiej polityce to (moim zdaniem) dwa wydarzenia - zdobycie przez My Poznaniacy prawie 10% w wyborach samorządowych [zwrócono mi uwagę, że wybory samorządowe to jeszze w 2010... mimo tego jednak, myślę, że warto widzieć te wybory jako początek procesów kluczowych w 2011] oraz wejście do Sejmu Ruchu Palikota.

Choć same w sobie naznaczone klęską (My Poznaniacy nie wprowadzili ani jednego radnego, Ruch Palikota znokautował SLD, ostatecznie dobił Zielonych 2004 oraz pozbawił tchu inne lewicowe grupy i grupki) otworzyły jednak nowe, świetlane chciałoby się powiedzieć, perspektywy. My Poznaniacy pokazali, że ruchy miejskie są poważnym graczem, ośmielili innych, zorganizowali Kongres Ruchów Miejskich i zintensyfikowali walkę o 'miasto do życia'. Nie oni jedni oczywiście (wielkie zasługi należy oddać Sopotowi oraz anarchistom). Budżet partycypacyjny na dobre wszedł do głównego nurtu debaty publicznej (o tych i innych sukcesach dobrze pisała Joanna Erbel). Oczywiście, 'wrażliwe społecznie' ruchy miejskie przyglądały się w tym roku szeregowi działań, zaciskając bezsilnie zęby nie mogąc - mimo prób - im zapobiec, przede wszystkim eksmisjom i 'osiedlom kontenerowym' ale też prywatyzacji przedsiębiorstw komunalnych, prywatyzacji nieruchomości miejskich, podwyżkom cen biletów komunikacji publicznej i wielu innych. Cóż - bez władzy można tylko sobie zaciskać zęby i mleć wyrazy pod nosem. Mimo wszystko jednak, coś się przełamało i jest szansa, że będzie lepiej.

Podobnie ma się rzecz z RP. Niby nie lewica, przeszłość lidera podejrzana, ludzie w partii przeróżni... ale to nie przypadek, że nagle mejstrimowy tygodnik (cóż z tego, że lekko podupadły) wielki kapitał oddaje w pacht lewicy. Tak, lewica dziś to nie jest postkomuna, to jest szerokie (choć z mediów widać tylko KP) środowisko (jeszcze nie 'ruch'). Więc mimo, że RP to nie jest szczyt moich marzeń, to coś się przełamało i rok 2012 zapowiada się lepiej.

W Europie w Danii mamy lewicowy rząd, na Islandii trwa ciekawy eksperyment z budowaniem nowego, radykalnie demokratycznego ładu politycznego, w Irlandii lewica w sumie zdobyła ponad 40% i choć jest w opozycji, to jest to ciekawa sytuacja - Sin Fein staje się najważniejszą partią opozycyjną, a w parlamencie są zadeklarowani trockiści. W Wielkiej Brytanii dostała się do parlamentu szefowa Zielonych, ale poza tym niewiele dobrego można o obecnym kraju mojego zamieszkania powiedzieć...

Na świecie kraje BRIC rosną w siłę, Brazylia wyprzedzi w tym roku Wielką Brytanię (nie żeby mi było źle w Plymouth, ale propozycję pracy na brazylijskim uniwersytecie bym życzliwie rozważył...;)) o Indiach i Chinach wiadomo. No może nie wszystko - bo na przykład sprawująca kontrolę nad częścią terytorium Indii komunistyczna partyzantka, walcząca w obronie interesów rdzennej ludności przeciwko wielkim korporacjom, nie znajduje się na pierwszych stronach polskich gazet.

Wracając do prywatnych podsumowań, zostałem w tym roku wiernym czytelnikiem (i subskrybentem) New Statesman, New Left Review i Radical Philosophy; nie jestem w stanie wskazać najważniejszej dla mnie książki wydanej w tym roku, ale wielką frajdę sprawiła mi lektura Hegla oraz Grahama Harmana. Teraz czytam między innymi Wykłady z klasycznej filozofii niemieckiej, Marka Siemka i żałuję, że nie studiowałem filozofii na Uniwersytecie Warszawskim.

Nic z architektury nie zrobiło na mnie wrażenia, może w następnym roku. Z seriali z przyjemnością (choć bez szaleństwa) oglądałem (i czekam na ciąg dalszy) Fringe, trochę z mniejszą przyjemnością Warehouse 13. Wciąż nie ma porównania z X Files... Z filmów tylko Sucker Punch. Najważniejszych, tych które lądują we wszystkich rankingach, po prostu nie widziałem.

Z muzyki znalazłem kilka ciekawostek, trochę rzutem na taśmę (dzięki mmm). Wciąż wierny jestem zepsutej muzyce. Takiej jak na przykład ta:




którą dedykuję nienawidzącym tańców i imprez masowych radosnym introwertykom w średnim wieku. Do przeczytania (a może i zobaczenia) w 2012 roku.

Być może na placu czerwonym od powiewających sztandarów... ;)
01:45, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 grudnia 2011
601. nowa czerwona architektura_online 2




Nie wiem czy będzie ktoś miał czas i ochotę spędzić prawie dwie godziny oglądając mnie jak gadam, no ale może... :)
[15 Stycznia 2012: link do całości wykładu http://vimeo.com/34403447]

12:15, krzysztof_nawratek , architektura
Link Dodaj komentarz »
600. nowa czerwona architektura_online 1
Wykład, który parę tygodni temu wygłosiłem na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, na zaproszenie Fundacji Bęc! Zmiana.Enjoy!




___
12:13, krzysztof_nawratek , architektura
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 grudnia 2011
599. tyralierą!
W zielonogórskiej Gazecie Wyborczej (skąd też zdjęcie)

trzy teksty na temat tego co o Zielonej Górze myślimy (my jako szkoła architektury z Plymouth): jeden, drugi i trzeci.
12:28, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (4) »
wtorek, 27 grudnia 2011
598. plotka i rytuał a rewolucja
W mojej trzeciej książce (Pisałem też o tym na tym blogu) używam pojęcia 'interfejs' w znaczeniu medium oraz instytucji umożliwiającego komunikację.Wprowadziłem podział na trzy (zastrzegając, że to są raczej trzy stany charakterystyczne istnienia interfejsu, których jest niemal nieskończenie wiele). Mówię więc o interfejsie intymnym, wewnętrznym oraz zewnętrznym; odnosząc je odpowiednio do konwencji, organizacji i instytucji.
Te trzy interfejsy są mi potrzebne by opisać w jaki sposób funkcjonujemy w mieście. Owo funkcjonowanie powinno być widziane w kontekście dwu rodzajów wolności - wolności wyboru, oraz wolności kreacji. Musimy zdać sobie sprawę, że dla funkcjonowania miasta wolność wyboru jest kluczowa, wolność kreacji stanowi natomiast potencjalne niebezpieczeństwo. Dla nas jednak, jako rozwijających się i poszukujących szczęścia osób, wolność kreacji jest równie potrzebna (dla miasta zresztą też, choć zmiana jest zawsze ryzykowna i bywa bolesna, dlatego jeśli nie musimy, to raczej do niej nie zmierzamy).
Z punktu widzenia miasta jako zbioru instytucji, wolność wyboru jest sednem istnienia - pozwala bowiem otrzymywać stałe informacje zwrotne, informujące instytucje o tym w jakim stopniu zaspokaja potrzeby mieszkańców w kontekście innych instytucji. Wolność wyboru jest fundamentem miasta kapitalistycznego.
Owa wolność wyboru przynależy do interfejsu zewnętrznego, który nie tyle jest instytucją, co rytuałem. Rytuał przekracza biorących w nim udział ludzi (oraz nie-ludzkich aktorów, by dopieścić Latourystów), ustanawia transcendentalny porządek (opowieść) by stworzyć (odtworzyć) wspólnotę (raczej niż społeczność). W rytuale następuje redukcja biorących w nim udział aktorów, do czynności/działań, które wykonują. Rytuał jest czysto zewnętrzny, lecz jego moc wypływa z wewnętrznej wiary w jego skuteczność.
W tym kontekście rytuał jest fundamentem istnienia miasta. Miasto kapitalistyczne ma tych rytuałów po prostu znacznie więcej, niż miasto przed-kapitalistyczne.
Plotka jest czymś innym - mimo oczywistych podobieństw (nie będę wchodził w niezwykle frapujący spór pomiędzy Paine a Gluckmanem z końca lat 60tych, w każdym razie nie w tej chwili) jako dwu różnych rodzajów komunikacji - to właśnie różnica jest tu istotna. Jeśli rytuał redukuje, to plotka produkuje nadwyżkę. Plotka jest gdzieś pomiędzy interfejsem intymnym a wewnętrznym. I chyba ciekawiej jest myśleć o plotce raczej niż organizacji, gdy się o tym interfejsie rozmawia. Siłą plotki jest więc nadwyżka znaczenia i informacji. Jest ona zmianą opowieści, jest wolnością kreacji, a nie wyboru. Znaczenie plotki jako źródła zmiany jest oczywiste (od plotek wywołujących pogromy po plotkę o zabitym demonstrancie podczas manifestacji w Czechosłowacji na początku Aksamitnej Rewolucji). Plotka - w przeciwieństwie do interfejsu intymnego, który daje nam schronienie przed uniwersalizmem, domagającym się bezwzględnego posłuszeństwa - ma funkcje transgresywne. Jeśli rytuał pozwala miastu istnieć, to plotka daje szansę na zmianę. W tym kontekście plotka jest jednym z podstawowych narzędzi w arsenale każdego rewolucjonisty

(lub kontrrewolucjonisty).
13:25, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 grudnia 2011
597. o czym zapominają fanatycy wolnego rynku i dlaczego nie chce mi się z nimi gadać



Fanatycy wolnego rynku uważają, że wszystko co mają zawdzięczają temu jacy sami są zdolni ("jak jesteś mniej zdolny to masz pecha, nie mam zamiaru za to przepraszać") i pracowici. A więc ja ja ja, wszystko tylko ja. Nie widzą tego, że cokolwiek czynimy, zawsze dzieje się to w jakimś kontekście i w jakiejś strukturze. Począwszy od języka, którym się posługujemy, poprzez pojęcia i idee, które w tym języku są wytworzone i powielane, wiedzę i całą kulturę materialną. Istnieją struktury państwa, prawo, zwyczaje, rytuały. W tym wszystko to co autonomiści nazywają "general intellect". Cokolwiek więc wytwarzamy, zawiera to zarówno naszą indywidualną cząstkę jak i również olbrzymią część tego co istnieje poza nami (to jest też oczywisty argument przeciwko obsesyjnym deLandystom, którzy mają tylko dwa kroki do Leszka Balcerowicza). Zawsze wpinamy się w poprzedzającą nasze wpięcie strukturę. Idea assemblage jest niemal tak głupia jak idea wszechmocnej jednostki.

Dlatego właśnie potrzebujemy szkół i kultury. Nie jako narzędzi do wytwarzania zysku, lecz by przetrwać jako cywilizacja.
21:29, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 grudnia 2011
596. we are (almost) ready for revolution
W piątek 2gi rok prezentował swoje projekty:



(część tutaj - to są tylko plansze, oprócz tego każdy projekt to kilkudziesięciostronicowa broszura z analizami, danymi i rozpisaną strategią). Potwierdził się trend z poprzedniego piątku - produkcja żywności, re-industrializacja itd. Wiele bardzo interesujących pomysłów, takich jak na przykład odzyskiwanie surowców z urządzeń elektronicznych (Polska odstaje od reszty EU i została za to ostatnio skarcona... a czy wiedzieliście, że średnio w 41 telefonach komórkowych jest tyle złota, co w tonie rudy?), niemal całkowicie zamknięty obieg nieczystości, 'zielona' gospodarka oparta na węglu i wiele wiele innych. Wszystkie propozycje oparte na solidnych studiach technologii używanych (oczywiście w ograniczonym zakresie) już w tej chwili na świecie.
Oczywiście brakuje - ale moi studenci nie są ekonomistami, tu musielibyśmy uzyskać pomoc z innego wydziału, co mam nadzieję stanie się już w przyszłym roku - wyliczeń kosztów, ile wprowadzenie konkretnych rozwiązań kosztuje i po jakim czasie zaczęłoby przynosić zyski, są za to całkiem solidne analizy dostępnych źródeł finansowania (zarówno Unijnych, państwowych jak i prywatnych). Ale pomijając oczywiste niedociągnięcia studenckich projektów, wykonanych w ciągu pięciu tygodni, wniosek jest jasny - zmiana funkcjonowania miast jest w zasięgu ręki. Technologicznie i logistycznie 'rewolucja' w takim mieście jak Zielona Góra (gdzie zlokalizowany jest projekt) jest w zasadzie do rozpoczęcia... jutro. Ta zmiana to przede wszystkim potraktowanie miasta jako miejsca do życia dla ich mieszkańców, a nie terytorium eksploatowanego przez globalne rynki...

Pytaniem, na które tylko niektórzy próbowali dać odpowiedź, jest - komu na takiej zmianie mogłoby zależeć? Mówiąc wprost - kto ową 'rewolucję' chciałby przeprowadzić?

Jedna z odpowiedzi brzmiała... kościół katolicki - ze względu na silną pozycję oraz zdolność mobilizowania kapitału społecznego... i oczywiście propozycja ta wzbudziła wielkie kontrowersje. To jest Wielka Brytania, tu religia (paradoksalnie, w końcu jest tu kościół państwowy) jest czymś, czego się w sferę publiczną nie wprowadza. Takiego projektu nie zaproponowaliby angielscy studenci, zrobiła to dwójka zagranicznych studentów - jedna studentka z Grecji oraz jej kolega ze Sri Lanki (co jeszcze raz potwierdza jak jak wiele intelektualnego fermentu wnoszą studenci spoza UK). Propozycja była uzupełniona całkiem imponującą kolekcją tekstów, od tych nawiązujących do dzieła Dona Bosco po teoretyków Teologii Wyzwolenia. Były też bardziej idealistyczne propozycje, nawiązujące do ruchu Occupy, czy wręcz do post-hipisowskich miasteczek w południowym Devonie (przede wszystkim do znajdującego się tuż obok Plymouth Totnes, gdzie rozwinął się się ruch Transition Towns). Były też propozycje oparcia się o inne (poza kościołem) istniejące instytucje - przede wszystkim Uniwersytet Zielonogórski.

Żadna z tych propozycji nie jest - moim zdaniem - przekonująca do końca, wszystkie jednak poszukują struktur pozarynkowych, które byłyby w stanie rynek okiełznać, a częściowo, z niektórych sfer życia, po prostu go wyrugować (tak jak wyrugowany jest na przykład z relacji wewnątrz rodziny).

Technologia pozwoliłaby nam więc już dziś zaspokoić podstawowe (i ponad podstawowe) potrzeby, bylibyśmy w stanie uczynić nasze życie znacznie lepszym niż jest. Kapitalizm (a w każdym razie jego współczesna postać) nas przed tym powstrzymuje. Moi studenci już wiedzą, że istnieją alternatywy, teraz pozostaje tylko spróbować   zacząć je gdzieś testować...
19:29, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (2) »
wtorek, 13 grudnia 2011
595. analfabetyzm śląski
W GW baaardzo dobra analiza planu miejscowego okolic rynku w Katowicach. Nie wiem kim jest pani Iwona Sobczyk, ale od dziś jest moją ulubioną dziennikarką z katowickiej GW. Pani Sobczyk zadała sobie sporo trudu by przeczytać zapisy planu, przeanalizować rysunki i przedstawić swoje zdanie. Na dodatek przyjemnie się to czyta.
Niestety, potwierdza się po raz kolejny fakt, że na Śląsku poziom wykształcenia społeczeństwa jest wyraźnie niższy w stosunku do reszty kraju, a poziom analfabetyzmu funkcjonalnego wyraźnie wyższy. Połowa komentatorów pisze jak oddelegowani pracownicy urzędu, bo jedyne co są w stanie napisać, to że p. Sobczyk pisze 'niemerytorycznie'... hm... analizując poszczególne elementy planu?
Druga połowa jest jeszcze gorsza, bo nie zauważyła, że p. Sobczyk używa w swoim tekście sarkazmu (proszę, sprawdźcie sobie w słowniku co to słowo oznacza). Mam podejrzenia, że większość po prostu nie zrozumiała tekstu. Współczuje katowickim dziennikarzom...

Chętnie przeczytałbym teraz tekst na ten temat napisany przez urbanistów z katowickiego TUPu. Mam nadzieję, że fałszywie rozumiana solidarność zawodowa nie zniechęci do zabrania głosu. Merytorycznie.
12:03, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 grudnia 2011
594. przemysł, jedzenie, ręce spracowane
Dziś 1szy rok naszego programu miał oddanie projektu.



Widać wyraźny trend - urban farming, reidustrializacja, productive landscape. O galeriach, muzeach i innych obiektach nadużytku publicznego od dawna już nie ma mowy. Teraz rozmawiamy o recyclingu, o odpadach, o brudzie, o tym, że nie wstydzimy się przemysłu w mieście (ha! ja jako dziecko na Śląsku rysowałem z dumą dymiące kominy ;)), że centrum miasta to nie jest 'salon' lecz - jeśli już - pokój dzienny z otwartą kuchnią. Może niekoniecznie bigos trzeba tam przygotowywać, ale fartucha uwalanego mąką wstydzić się nie zamierzamy!

To nie tylko zmiana w myśleniu o mieście (ciekawe skąd moi studenci to biorą... może jednak mnie słuchają?), ale też bardzo mocne przewartościowanie estetyczne - koniec ze sterylnością, ze szkłem i białymi płaszczyznami. Idziemy zupełnie gdzie indziej (choć gdzie dokładnie to nie jest jeszcze do końca jasne), jakiś (steam)punk? tylko bez tego artystowskiego zadęcia? Bardziej punk niż 'steam'? Ciekawe, że ostatnio dużo starego punk-rocka słucham (co oczywiście może być po prostu przejawem wchodzenia w wiek średni), znów przemawia do mnie prosta, brutalna estetyka, krzyczane teksty, raczej hałas i rytm niż wyrafinowana melodia. Nie będę się wymądrzał na temat estetyki i ideologii punk-rocka (pisali o tym tacy co się znają), ale z mojego prywatnego punktu widzenia prosta emocja i entuzjazm działają mocniej niż przeintelektualizowane muzyczne konstrukcje (ha ha, i kto to pisze?).

W punku jest oczywiście duży fragment który mnie wkurza - indywidualistyczny anarchizm, którego nie cierpię niemal jak korwinizmu. Ale tego też już nie ma w projektach moich studentów. Wpływy fanatyków Sytuacjonizmu chyba udało się zneutralizować. Jak pisał w 1933 roku Jiri Kroha 'przestrzeń architektoniczna to przestrzeń wspólnotowa'. Dziś rozmawiamy o hakowaniu systemu nie po to by stworzyć tymczasową strefę autonomiczną, lecz po to by przejąć instytucję, by zmienić system. Nie może być inaczej, jeśli projekty podbudowane są analizami technologii, zależności pomiędzy poszczególnymi systemami i procesami. Gdy rozmawiamy o rolnictwie w miastach, to nie są działki z marchewką, lecz wysoko stechnicyzowane procesy, połączone z innymi/między sobą według zasady cradle to cradle ('zupełnie przypadkowo' ;) w spisie lektur wrzuciłem tę książkę).  Świat się zmienia, gorąco wierzę, że moi studenci będą w tej zmianie brali aktywny udział.

Za tydzień projekty prezentuję 2gi rok. Może być jeszcze ciekawiej, spodziewam się potwierdzenia i umocnienia trendu...
00:21, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 05 grudnia 2011
593. 'bloomowska' prawica
Uproszczenia zawsze są ryzykowne, ale też zawsze coś odsłaniają (zasłaniając coś innego). Przysłuchując się wrzawie po wypowiedzi ministra Sikorskiego (i do pewnego stopnia patriotycznym deklaracjom po 11 listopada) zaryzykowałbym tezę, że różnica pomiędzy postmodernistyczną lewicą a anty-dekonstruktywistyczną prawicą dotyczy relacji wobec podmiotu.
Postmodernistyczna lewica (w polskiej rzeczywistości to w kolejności od lewa: RP, SLD, PO) oczywiście wielbi podmiot słaby, anty-dekonstruktywistyczna prawica wielbi podmiot silny. Do lewicy za chwilę wrócę, ciekawsza wydaje się tutaj prawica. Bo oczywiście prawica w żaden silny podmiot nie wierzy, jednak za wszelką cenę _chce_ w niego uwierzyć. Czyżby więc byłaby to taka 'bloomowska' prawica, fantazjująca o silnym podmiocie po to, by poprzez tę fantazję go urzeczywistnić? No cóż... jeśli ktoś zna moją trzecią książkę (a myślę, że w tej chwili znają ją cztery osoby) to wie, że do Blooma jest mi bliżej niż do Derridy, dlatego też z pewnym zaciekawieniem (a nie tylko rozbawieniem) przyglądam się tej wojnie o podmiot, pomiędzy Sikorskim a Hofmanem. By ten spór odrzeć z polsko-politycznego banału, zadajmy dwa pytania: przede wszystkim, czy silny podmiot jest dziś jeszcze możliwy? Jeśli tak, to czym miałby być i jak miałby wyglądać?
Wydaje się, że polska prawica na pierwsze pytanie odpowiada twierdząco i bez żadnych zastrzeżeń typu 'tak, ale...'. I to jest  niepokojące, bo może wskazywać, że to wcale nie jest żadna 'bloomowska prawica', lecz po prostu banda dzieciaków, broniących swojego miejsca w piaskownicy, bez świadomości tego, że 'stara' prawica w dzisiejszym świecie kończy jak Węgry, skamląc do MFW o pomoc. To jest o tyle smutne, że jeszcze nie tak dawno i Kaczyński i (o p. Profesor za chwilę) Jadwiga Staniszkis widzieli struktury europejskie jako te, które zniszczą w Polsce struktury postkomunistyczne. Mimo wszystko, to wciąż właśnie profesor Staniszkis najciekawiej stawia problem tego czym miałby być silny podmiot i najbliższa jest Bloomowi. Staniszkis wydaje się zdawać sobie sprawę z tego (mimo tego, że pisze co innego), że podmiot niekoniecznie musi być państwem narodowym:

Czy to przez radykalną regionalizację (już dziś tak ma być rozliczony pakiet stabilizacyjny) czy "zeuropeizowanie" (wyłączenie spod kontroli państw) regionów ważnych z powodów polityki klimatyzacyjnej i energetycznej. A także nowy pakiet środowiskowy, który mógłby zablokować i energetykę atomową i łupki. Racje ekonomiczne zderzają się tu ze racjami dotyczącymi różnorodności, wolności i szans na stosowanie rozwiązań odpowiadających konkretnym wyzwaniom rozwojowym każdego kraju.

No bo przecież owe wyzwania rozwojowe są różne nie dla różnych krajów, lecz dla różnych regionów. Śląsk i Podkarpacie, Warszawa czy Pomorze Zachodnie dużo łatwiej niż cała Polska są w stanie znaleźć dla siebie odpowiednią formę do fazy rozwoju.

Jeśli więc polityczna afiliacja p. Profesor nie pozwala jej pójść dalej tym tropem i zmusza by razem z Kaczyńskim wołała 'nie oddamy ani guzika', to w jej myśleniu wciąż istnieje intrygujący potencjał.

Być może bowiem, dyskusja o 'samo-stwarzającym się' podmiocie - który u Blooma wcale nie odżegnuje się od zapożyczeń i zależności, lecz właśnie z nich korzysta by zbudować swoją siłę, powinna dotyczyć szeregu różnych skal w jakich podmioty powinny być budowane? I być może dotyczyć to może _również_ skali państwa narodowego (ale oczywiście również skali Europy a potem i globu).

Pisząc o lewicy, umieściłem tam również PO, choć oczywiście Platforma jest najbardziej niejednoznaczna - z jednej strony prywatyzuje miasta, niszcząc potencjał podmiotowości na tym poziomie, z drugiej niesławny model polaryzacyjno-dyfuzyjny ministra Boniego sugerował powstawanie silnych (czy też tylko silniejszych?) podmiotów kosztem reszty kraju. Odżegnywanie się przez Sikorskiego od wspólnej polityki podatkowej i społecznej również wskazuje na postmodernistyczą niechęć do wykształcenia się europejskiego społeczeństwa jako podmiotu politycznego. Reszta lewicy - RP oraz SLD zupełnie nie jest zdolna do refleksji  o podmiocie, rozpływając się w zależności i pływy.

No cóż... wygląda na to, że w Polsce do 'bloomowskiej prawicy', mogę zaliczyć się sam jeden... (no być może jeszcze, jako tajni agenci wpływu profesor Staniszkis i Cezary Michalski - link dodany 08.12.11). A polski spór polityczny jak zwykle okazuje się rzucaniem foremkami i sypaniem piaskiem. Szkoda.

19:53, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (8) »