Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2012
681. drobne korekty
Lubię ten coroczny rytuał podsumowań.

Miniony 2012 rok był (dla mnie osobiście, ale chyba również dla wielu innych) ze wszech miar dziwny. Bardzo dużo się działo, ale nic w zasadzie się nie zdarzyło... Wykłady w Polsce, Rosji i Malezji, dwa artykuły w pismach recenzowanych (peer review), wydanie 'Dziur w Całym' to fajne, ciekawe momenty, ale (jak na razie) bez znaczącej kontynuacji. Szczególnie recepcja 'Dziur...' jest drażniąca - nie udało mi się przeczytać żadnej recenzji, która dotykałaby istoty tego, czym (moim zdaniem) jest ta książka. Spotkania promocyjne takie sobie - choć w Gdańsku bardzo udane. Na Polskę nie ma już chyba co liczyć, może coś ciekawego pojawi się odnośnie anglojęzycznego wydania, wielu ludzi zgłaszało się do mnie po egzemplarze recenzenckie... Nie znaczy to oczywiście, że książka przepadła - w rankingu na (lewicową) Książkę Roku 2012 Praktyki Teoretycznej zajęła drugie miejsce, a portalu lewica.pl czwarte. Jak na nie-lewicową książkę, to - moim zdaniem - bardzo dobre wyniki. Jest też spora szansa, że książka stanie się teoretyczną ramą kilku projektów, w których idee w niej zawarte będą testowane 'w prawdziwym życiu'. Jeśli tak się stanie, być może 'przepiszę' tę książkę na nowo, skacząc z (niemal) czystej spekulacji w (niemal) czystą empirię.

Tak więc 2012 był rokiem porządku, drobnych korekt. Ale również uchylania drzwi, szkicowania planów, niemal niedostrzegalnych ruchów dłonią. Rok zastygły przed ciosem. Wymierzonym lub otrzymanym - to dopiero się rozstrzygnie.

Słuchałem i czytałem przede wszystkim rzeczy wyprodukowanych przed 2012, również dlatego, że niewiele ciekawych (z mojego punktu widzenia) pojawiło się w roku minionym. Dzięki K. oraz sieciowym podsumowaniom przekonałem się do Grimes,



ale raczej ze spokojnym, życzliwym zainteresowaniem niż z prawdziwą fascynacją. Z polskich rzeczy - R.U.T.A z pięknym głosem Nasty Niekrasavej! Ostatnie miesiące należały zdecydowanie do GY!BE z piękną (jak zwykle) płytą Allelujah! Don't Bend! Ascend! ale przecież GY!BE kochałem i przed 2012... Generalnie rok (podobnie jak poprzednie) należał do Trenta Reznora. Tu też nic się nie zmieniło, choć słuchałem też trochę nowych - starych rzeczy (jak Glitch Mob czy Holy F* na przykład).

W kinie ten rok umknął mi zupełnie - nie widziałem chyba żadnego z 'ważnych' filmów jakie wyprodukowano w 2012. Z popularnych Batman oglądany w samolocie mnie znudził i zasnąłem, a Snow White oglądana na dwa razy dramatycznie rozczarował (choć pierwsza połowa zdecydowanie mniej niż druga).

Z książek wydanych w 2012 (oprócz własnej ofkors ;) wymieniłbym dwie - 'Fantomowe Ciało Króla', Janka Sowy (z którą przegrałem w głosowaniu PT) oraz 'Erros. Mesjański witalizm i filozofia', Agaty Bielik Robson. O książce Sowy pisałem na tym blogu i nie ma chyba sensu się powtarzać. To ważna książka, ale - moim zdaniem - bardziej publicystyczna, ważna tu i teraz, w trwającym sporze / klinczu polskiej polityki. Nie jestem przekonany, że za 5 -10 lat będzie wciąż dyskutowana. Książkę ABR czyta się doskonale, szczególnie gdy wcześniej przeczyta się wydany przez KP wywiad rzekę. Mesjański witalizm (który potraktuję jako filozoficzny upgrade do wcześniej przeze mnie deklarowanego transhumanizmu - ABR mnie zdecydowanie na mesjanizm 'nawróciła') przestaje być tylko pracą intelektu, widzimy ją jako prawdziwie żywą, osobistą spekulacje autorki. Są w tej książce niezwykle smaczne personalne kuksańce wymierzane Zizkowi, Heideggerowi czy Sloterdijkowi oraz prawdziwe 'manto', jakie ABR spuszcza Simone Weil. Całość fascynująca, z absolutnie porywającymi fragmentami, choć z mojego punktu widzenia, oparta na całkowicie błędnym dualizmie. Większość problemów, z którymi ABR się zmaga wynika z tego fundamentalnego błędu (no ale Erros, więc błąd to życiodajny!) i gdy tylko wyjść poza ostre sprzeczności: fragment/całość, życie/śmierć, jednostka(podmiot)/wspólnota cała książka traci sens. To piękna budowla, oparta jednak na bardzo wątpliwym fundamencie. Politycznie jest to książka zdeklarowanej, lekko anarchizującej liberałki. Ów anarchizujący element ma oczywiście wymiar również rewolucyjny, moi przyjaciele na lewicy (a szczególnie na kato-lewicy!) mogą więc z czystym sumieniem przysposobić tę książkę do swojego arsenału. Szczególnie przydatna może być w walce z coraz bardziej obrzydliwą formą katolicyzmu, jaki utwierdza się w Polsce (ale i na świecie, choroba bowiem ma swe źródło w Watykanie), 'masakruje' bowiem w niezwykle skuteczny i 'totalny' sposób całą naturalistyczną narrację, jaką posługują się smutni panowie w czarnych sukienkach. Zdecydowanie najlepsza, najciekawsza, najbardziej intelektualnie stymulująca książka minionego roku.

Reasumując - to był (dla mnie) dobry rok, ale prawdziwą zmianę - jak sądzę - przyniesie 2013 (nie tylko dla mnie, ale też - mam nadzieję - dla świata). Widzę wiele niezwykle ciekawych ścieżek, otwartych drzwi i wyciągniętych dłoni - nie dam Wam długo na siebie czekać! Idę w ten rok z nadzieją.
_____

[dopisane o 14:52]
I żeby nie było tak introwertycznie, to odeślę do 'miejskiego' podsumowania 2012 Joanny Erbel. Pełna zgoda co do przesunięcia dyskursu z 'artystycznego' na społeczny. To było bardzo ważne, Kongres Ruchów Miejskich w Łodzi chyba potwierdził ten pragmatyczno-społeczny kierunek, w którym Ruchy Miejskie będą podążać... Kwestie mieszkaniowe stają się najważniejsze, bo dotyczą fundamentalnych kwestii bytowych. To co wyprawiają 'czyściciele kamienic' w Poznaniu czy Warszawie (a pewnie i w innych miastach) woła o pomstę do nieba. Przy okazji - słusznie wypomina (na fb) AN pro-PiSowskiej, socjalnej prawicy absolutny fałsz owego społecznego zaangażowania, manifestowany całkowitym zignorowaniem tragedii mieszkańców 'czyszczonych' kamienic. Jak zwykle prawica potwierdza, że jest mocna w gębie i w odwoływaniu się do abstrakcyjnych (nieistniejących?) bytów, ale gdy przychodzi pomóc konkretnym ludziom to ich nie ma (no chyba, że trzeba kogoś pobić, wtedy narodowa prawica też sobie radzi).
Zobaczymy, czy w przyszłym roku dyskusja na temat re-industrializacji jako alternatywy wobec spekulacyjnego rozwoju miast będzie się intensyfikować. Mam nadzieję, że tak.
Ważnym w 2012 roku było pojawienie się pisma 'Miasta', choć osobiście wolałbym, by stało się ono oficjalnym pismem KRM (no ale to znaczy, że KRM musiałby się zinstytucjonalizować), trochę mnie niepokoi przygarnięcie 'Miast' przez Res Publikę Nową... zobaczymy co będzie dalej.
Z ciekawością czytałem też w tym roku Pressje - cieszą intelektualne poszukiwania nie-liberalnej prawicy; oraz Kontakt - na umacniającą się katolicką lewicę patrzę z sympatią i nadzieją.
Nieustannie trzyma wysoki poziom Praktyka Teoretyczna, oraz (coraz lepsze) Nowe Peryferie, dwa lewicowe pisma (szkoda że jedynie online), które nie nudzą. No i to już chyba wszystko w temacie sylwestrowo-noworocznych podsumowań 2012 roku.
12:00, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 grudnia 2012
680. s novym godom
Katolicy (częściej niż inni chrześcijanie) często oburzają się, gdy nie-katolicy (agnostycy, ateiści itp.) celebrują święta Bożego Narodzenia. Nie bardzo rozumiem dlaczego - w końcu to 'ukradzione' święta przesilenia zimowego. Jak chrześcijanie mogli sobie ten czas przywłaszczyć, to nie/post-chrześcijanie też mają (moim zdaniem) do tego prawo. A ja osobiście ten czas, gdy noc jest długa a słońce nie może się zdecydować czy powrócić, bardzo lubię. Z północy jestem, dla mnie zima ma specjalne znaczenie...

Dlatego wszystkiego dobrego wszystkim dobrym ludziom!
Nie traćcie nadziei - lepszy czas nadchodzi.



Koniec roku to też czas podsumowań. Na przykład na stronie Praktyki Teoretycznej trwa głosowanie na (lewicową) Książkę Roku 2012 - 'Dziury w Całym. Wstęp do miejskich rewolucji' są wśród nominowanych. Konkurencja jest mocna, szczególnie książka Janka Sowy wydaje się pewnym faworytem, ale gdybyście jednak uznali, że 'Dziury w Całym' są ważną, nowatorską książką - zachęcam do głosowania.

[dodano 26.12.12] I jeszcze jedno głosowanie, tym razem na portalu lewica.pl - większość tytułów inna niż te nominowane przez Praktykę Teoretyczną, ale 'Dziury w Całym' jednak są.
Również polecam się Waszej uwadze...

Ah! I jeśli ktoś nie zauważył, z boku jest link do mojej pierwszej książki 'Ideologie w Przestrzeni. Próby demistyfikacji' (Universitas 2005) udostępnionej właśnie przez wydawcę jako ebook (pdf), płatne 'co łaska'. Bierzcie i czytajcie!

I to tyle w tym roku na tym blogu.
Do przeczytania w przyszłym!
18:15, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (1) »
sobota, 15 grudnia 2012
679. antyprawicowy backlash
Na początku lat 90tych byłem katolickim (takim Pawłowym: "choćbyś mówił językami ludzi i aniołów, a miłości byś nie miał...") konserwatystą. Blisko mi było do (ówczesnego) Marka Jurka, który w wywiadzie dla miesięcznika "Powściągliwość i Praca" mówił: "Polska nie jest spółką akcyjną". Nigdy nie uwiódł mnie Korwin, nigdy specjalnie nie pociągała mnie idea narodowa (to pewnie pozostałości po liceum, gdy słuchałem Śmierci Klinicznej i Dezertera, a moją miłością była dziewczyna z punkowej załogi z Wrocławia).

Na początku XXI wieku wyjechałem z Polski. Najpierw do post-radzieckiej Rygi, gdzie szara strefa kapitalistycznej gospodarki była zdecydowanie większa niż ta kontrolowana przez państwo, gdzie post-radziecka i nowo-kapitalistyczna pogarda dla człowieka (który nie ma nowego mercedesa i domu w Jurmali) splatała się w nowe, wysublimowane wzory. Już to zderzenie z prywatnymi właścicielami miasta, z politykami, których plan polegał na 'wyrzuceniu z miasta biednych, a przyciągnięciu bogatych mieszkańców' ale też z agresywnymi nacjonalizmami (wtedy wybór w Rydze był zero-jedynkowy, albo trzymałeś z Łotyszami a nienawidziłeś Rosjan, albo odwrotnie. Dziś, dzięki bogini, to się już trochę zmieniło) popchnął mnie w odwrotnym, niż moich (byłych) prawicowych znajomych (i nie tylko - ostatecznie większą część polskiego społeczeństwa) stronę.

Potem była - jakże przyjazna kapitałowi - Irlandia. Wynajmowanie mieszkań w krajach anglosaskich jest doświadczeniem granicznym, obserwacja puchnięcia spekulacyjnej bańki również nie pozostawia obojętnym. W Irlandii zdecydowanie przesunąłem się w lewo, podczas gdy większość moich rodaków wciąż dryfowała radośnie w prawo.

W końcu Wielka Brytania. Mój stary katolicki konserwatyzm nigdy nie był ksenofobiczny, naród traktowałem po chadecku, jako jedną ze wspólnot, czasem objawiającą swą jasną, częściej ciemną stronę. Skłonności rasistowskich ani homofobicznych nigdy nie miałem, więc praca na uniwersytecie (gdzie wewnętrzne regulacje zakazują wszelkiej dyskryminacji), w środowisku studentów z wielu krajów i kontynentów, studentów mających różne preferencje seksualne  była naturalna i przyjemna. Do dziś pamiętam szkolenie dla nowych pracowników dotyczące dyskryminacji, na którym poczułem się po prostu bezpiecznie. Szacunek dla każdego człowieka był przecież fundamentem mojego katolickiego wychowania.

Gorzej z kapitalizmem. Zarówno brytyjska, ściśle klasowa, struktura społeczna, jak i coraz mocniejsza ewolucja uniwersytetu odchodzącego od kontynentalnego, humboldtowskiego  modelu w kierunku instytucji oferującej usługi edukacyjno-badawcze, budziły mój coraz mocniejszy sprzeciw.

Więc gdy dziś czytam o zmianach w polskim prawie pracy, które pozwolą nie płacić pracownikom za nadgodziny i czytam jak radośnie uzasadnia to rozwiązanie Ministerstwo Pracy, budzi się we mnie wściekłość. Droga którą przebyłem w ciągu ostatnich dziesięciu lat, zaprowadziła mnie dokładnie na przeciwne pozycje niż większość polskiego społeczeństwa. Społeczeństwa w którym by usłyszeć rasistowskie, antysemickie, homofobiczne i korwinistyczne tyrady wystarczy wsiąść do pierwszej lepszej taksówki, posłuchać radia czy obejrzeć program w telewizji. Nie trzeba wcale szukać w niszowych prawackich mediach - rasizm jest już od dawna w mejstrimie.

Droga, którą przebyłem nie jest przecież wyjątkowa. I bluźniłbym, gdybym narzekał na swoje życie. Wielu - szczególnie młodszych ode mnie Polaków - miało podobnie, tylko o wiele gorzej (choć znam też taką młodą lewicową radykałkę, która z wielkim zdziwieniem zakrzyknęła: "Ale jak to, to wy nie macie mieszkania w Polsce?!"). Lewicowość rodzi się z egzystencjalnego doświadczenia, z odarcia ze złudzeń, z odrzucenia fantazji o domku z ogródkiem, autostradach i aucie z napędem na cztery koła. Ale również z elementarnej ludzkiej wrażliwości, z empatii, której nie mają zarówno prawicowe, jak i uważające się za liberalną lewice polskie internetowe trolle (to naprawdę nie robi różnicy - hejtujący chłopcy i dziewczynki - czy poniży cię prawak czy 'lewak'). Tej empatii katolickie wychowanie wcale nie przeszkadza (a wręcz przeciwnie - ale to było 'inne' katolickie wychowanie, takie sięgające doświadczeń mojej babci z 20to lecia, czasów wojny i stalinizmu).

W pewnym więc sensie, ja wciąż stoję tam, gdzie stałem. Jestem po prostu starszy, więcej przeżyłem, mam mniej durnych złudzeń, mniej nienawiści i więcej zrozumienia dla świata i ludzi.
Więcej nadziei.
Czego i Wam wszystkim - trochę z wyprzedzeniem - na nowy, 2013 rok, życzę.


09:09, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (8) »
czwartek, 13 grudnia 2012
678. mogłem zostać aferzystą...
Skandal na Śląsku zatacza coraz szersze kręgi, a ja co rusz widzę znajome nazwiska w gazetach... Na początku lat 90tych, jako młody prawicowy idealista spotykałem tych ludzi przy różnych okazjach. Już wtedy byli pragmatyczni "wiesz, z byłymi komunistami można się dogadać..." mówili. Oraz "musimy budować własne finansowe zaplecze". No i budowali. Co prawda to "własne" chyba im się zawęziło do "rodziny na swoim", ale nie bądźmy tak drobiazgowi. Pamiętam też jakieś urodziny u WK w Katowicach, na którym Sławek Skrzypek opowiadał, że różni szemrani kolesie chcą się do AWSu przykleić i że Kaczyńscy starają się do tego nie dopuścić. Sławka wspominam dobrze, nigdy - dopóki byliśmy kolegami - nie zrobił nic, co wskazywałoby na korupcyjne ciągoty. Ale on był chyba wyjątkiem (i nie piszę tego tylko dlatego, że o zmarłych dobrze lub wcale...). Nie chcę jednak oskarżać ówczesnej prawicy, akurat tych ludzi znałem i to oni, jakimś _dziwnym trafem_ dziś w okolicach władzy i pieniędzy się znaleźli. Nie żeby byli wyjątkowo zdolni, nie żeby byli wyjątkowo pazerni, po prostu znaleźli się w odpowiednim czasie i w odpowiednich 'układach'. To jest kwestia pokoleniowa - ci, którzy na początku (i gdzieś do połowy) lat 90tych byli w stanie wejść w struktury nowego reżimu, dziś wciąż tkwią tam gdzie konfitury (z wyjątkiem nieudaczników, którzy wyemigrowali, również wewnętrznie). Nie twierdzę, że młodsze pokolenie będzie lepsze - obawiam się, że może być jeszcze gorsze - twierdzę po prostu (co nie jest żadnym przecież odkryciem), że instytucje i struktury 3RP są niewydolne, że nie są w stanie działać w oparciu o kryteria merytoryczne, lecz wciąż przeżarte są pozostałościami nie tyle po PRLu (również), ale właśnie tym niekompetentnym kombatanctwem, które dorywało się do żłobów w latach 90tych.
To taka lekcja dla nas (dla Was?), śniących o rewolucji/zmianie... bez budowania otwartych instytucji (instytucji/granic) będziemy (albo będziecie) tylko replikować tą samą zgniliznę... Samo dorwanie się do władzy to bułka z masłem - każdemu może się przytrafić. Problem zaczyna się następnego dnia rano. Po to należy projektować czas _po_ rewolucji już teraz. Rewolucja zdarzy się sama. Rewolucja wybuchnie gdy się jej nie będziecie spodziewać.
19:48, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (2) »
środa, 12 grudnia 2012
677. pluralistyczny inkluzywizm (+ prywata)
Wczoraj 1szy rok M.Arch miał oddanie projektów. Pierwszy semestr to tak zwana 'strategia urbanistyczna' - coś pomiędzy manifestem politycznym, biznesplanem a studium uwarunkowań. Siedem zespołów (tym razem praca w zespole była obowiązkowa), bardzo ciekawe projekty (pewnie za chwilę pojawią się obrazki na studenckim blogu, to dorzucę), ale każdy z nich jednak jednostronny, ograniczony. Nie jest to zarzut - w ciągu sześciu tygodni można zrobić tylko ograniczoną ilość analiz i dojść do ograniczonych konkluzji. Nie mam z tym problemu, nie spodziewam się przecież od studentów by opracowali strategię, którą można by zacząć wdrażać od jutra, a raczej cząstkową strategię, która od jutra można zacząć dyskutować. Niestety, nasi pierwszoroczniacy nadal tkwią w mentalności wyniesionej z architektonicznych programów BA (nie tylko w UK), w tej nieznośnej architektonicznej narracji 'ja-moje'. Gdy zadałem pytanie, czy z tych wszystkich przedstawionych strategii, w drodze negocjacji, można by zbudować polifoniczną narrację dla Plymouth, większość odpowiedziała 'nie, w żadnym razie, nasza strategia jest wyjątkowa i próba łączenia jej z inną absolutnie nie może się udać'. Jak się domyślacie, nie jest to odpowiedź, jakiej bym oczekiwał. Jeśli na tym etapie, traktują oni swój projekt jako skończoną, pełną propozycję, no to mamy problem... No ale mam jeszcze półtora roku, by im takie myślenie z głowy wybić i biorąc pod uwagę gdzie dziś są studenci drugiego roku, jestem dość optymistyczny, że mi się uda to zrobić.

Problem oczywiście jest głębszy - polega na utożsamieniu jedności i pełni. Dla moich studentów wciąż istnieją tylko dwie drogi:
liberalna (postmodernistyczna?) różnorodność cząstkowych narracji, albo totalitarna jedność, zrównująca wszystko do z góry założonego modelu.

Moim zdaniem istnieje inna droga, droga uniwersalistycznego pluralizmu, która szanuje odmienność intymności, tworząc równocześnie uniwersalną, spajającą narracje (po szczegóły odsyłam - jak zwykle do mojej ostatniej książki, szczególnie do rozdziałów 'Miasto inkluzywne, ale niedemokratyczne?' oraz 'Miejska Wielość').

___
Czas na prywatę, a nawet dwie.

Chciałbym zareklamować dwa teksty - jeden do czytania (w którym występuję, jako niestrudzony apostoł socjalizmu).

Drugi do słuchania. Oba są jakoś tam związane z nadchodzącymi świętami, więc jak ktoś chcę się w nastrój wprowadzić - polecam (ale skarg i reklamacji nie przyjmuję).


10:34, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (2) »
sobota, 08 grudnia 2012
676. w obronie struktury - notki do wykładu
Wczoraj miałem przyjemność być obecny głosem (przez moment obrazem) w Krakowie, na konferencji 'po kapitalizmie'.
Dla zainteresowanych - notatki z których korzystałem w moim wystąpieniu. Dość duże skróty i uproszczenia (wykład miał trwać jedynie pół godziny), to zapis 'na brudno', 'roboczy', postaram się rozwinąć to w solidny tekst w niedalekiej przyszłości.

___

 20:30-21:00, 7 grudnia 2012| krzysztof nawratek, granica/instytucja czyli prowizoryczna rewolucja

hegemoniczna logika kapitalizmu niweluje wszelkie granice, znosi wszelkie różnice, zrównuje wszystkich w paradygmacie producent/konsument. wydawać by się mogło, że konserwatywne, pre-kapitalistyczne instytucje – takie jak rodzina, wspólnota religijna czy naród, które posiadają wewnętrzną logikę różną od logiki kapitalizmu, powinny stanowić oczywiste wyzwanie i zaporę dla kapitalistycznego wpływu. ale mamy dziś do czynienia z pełną symbiozą najbardziej wynaturzonego/uwolnionego kapitalizmu z opresyjnymi instytucjami pre-kapitalistycznego świata. postaram się pokazać, w jaki sposób granice/instytucje mogą tworzyć i osłaniać poza-kapitalistyczne i emancypacyjne logiki oraz dlaczego »naturalnym« środowiskiem dla ich powstawania/działania jest miasto.

1. PODMIOTOWOŚĆ

Wystawa 'Chwała Miasta' organizowana przez Bec!Zmiane używa tego cytatu.

Prawdziwa miejska zmiana, która jest niezbędna, rozpoczyna się nie od zdobycia władzy, lecz od zrozumienia mechanizmów prowadzących do odbudowy podmiotowości miasta, do odzyskania przez miasto możliwości kształtowania swojego własnego losu, swojej przyszłości.

Krzysztof Nawratek, Dziury w całym. Wstęp do miejskich rewolucji, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2012

Jeśli zamienimy 'miasto' na 'państwo' lub jeszcze lepiej 'Polskę' to to zdanie mogłoby znaleźć się w programie dowolnej prawicowej (i to nawet bardzo prawicowej) partii... Jeśli więc będę chciał dziś mówić – pozytywnie – o a-kapitalistycznych/tradycyjnych strukturach społecznych, takich jak rodzina, naród czy wspólnota religijna, to oczywiście tylko pogłębię wrażenie, że mimo wydania w Krytyce Politycznej, moja najnowsza książka to w istocie bardzo prawicowy tekst. Przyznam szczerze, że trochę jestem rozczarowany, że nikt takiej recenzji (jeszcze) nie napisał, lecz z drugiej strony, chciałbym wyjaśnić dlaczego mimo pewnych elementów często wiązanych z prawicą, projekt polityczny, jaki w „Dziurach w Całym” starałem się opisać, jest jednak bardziej na lewo, niż na prawo.

Chciałbym więc krótko dziś rozważyć dwa – kluczowe dla mojej książki – pojęcia:

  • tytułową 'dziurę w całym'

  • 'granicę/instytucję (interfejs)

2. PRZESTRZENNE I NIE-PRZESTRZENNE ALTERNATYWY DLA KAPITALIZMU

Zacznijmy więc od tego, że spóbujmy pomyśleć w formie przestrzennego diagramu słynną tezę Róży Luksemburg o relacji pomiędzy kapitalizmem a nie-kapitalistycznymi strukturami, które kapitalizm pożera by żyć,

potem

tezę Edwarda Glaesera o strukturach nie-rynkowych, bez których rynek nie może funkcjonować,

również

Georgesa Sorela ideę cite jako wyrwanej, autonomicznej społeczności, niepodlegającej wpływom rynku,

wreszcie Hardta i Negriego idea 'tego co wspólne',

by w końcu dojść do wnętrza kapitalistycznej ekonomii i zatrzymać się na 'wewnętrznych kosztach transakcyjnych'. Możemy do tej kolekcji dorzucić jeszcze Michaela Foucaulta 'heterotopię', ale to jest trochę zbyt oczywiste – sam Foucault podawał przykłady instytucji i miejsc (jak szkoła, szpital czy cmentarz), jest to zresztą pojęcie z dużym upodobaniem wykorzystywane przez architektów. Pewnie jeszcze moglibyśmy wspomnieć Hakima Beya i jego Tymczasowe Strefy Autonomiczne i moglibyśmy tak wymieniać i wymieniać.

Spróbujmy jednak pomyśleć o tych pojęciach jako przestrzeniach.

W przypadku Róży Luksemburg, Edwarda Glaesera czy Sorela – jak również w przypadku wewnętrznych kosztów transakcyjnych - sprawa jest dość prosta – przestrzennie te pojęcia łatwo dają się wyobrazić jako rozłączne terytoria. Łatwo byłoby naszkicować mapę – tu kapitalizm i rynek, a tam nie.

W przypadku Hardta i Negriego sprawa jest bardziej skomplikowana, tu mapa nie wystarczy, nie mamy do czynienia z dwuwymiarową płaszczyzną, lecz z przestrzenią (co najmniej) trójwymiarową. To co wspólne powstaje pomiędzy/obok/pod/nad kapitalizmem, być może jest to wręcz osobny wymiar. Problem z 'tym co wspólne' polega na tym, że autorzy skupiają się przede wszystkim na jej powstawaniu a nie definiowaniu, wydaje się też, że jeśli już dochodzimy do jakiejś definicji, to 'to co wspólne' staje się rodzajem magmy, jednolitą przestrzenią, bez wewnętrznych różnic, bez struktury.

W przypadku Hakima Beya pojawia się czas – to samo miejsce jest i nie jest autonomiczne (dziś jest, jutro nie jest), dlatego nie będę zajmował się TSA, a nawet więcej – uznaję je za nieistotne w kontekście rozważań o tym co 'po kapitalizmie'. Uważam idee Beia za ślepą uliczkę (choć opartą na dobrych intuicjach).

3. INSTYTUCJE A-KAPITALISTYCZNE (Z ZASTRZEŻENIAMI):

  • RODZINA (KLAN)

  • NARÓD

  • WSPÓLNOTA RELIGIJNA

Wszystkie te pojęcia i idee dotyczą innych niż rynkowe – choć przynajmniej częściowo przez rynek produkowanych/wykorzystywanych – logik funkcjonowania. Za wyjątkiem teorii kosztów transakcyjnych – a więc mejstrimu kapitalistycznej ekonomii, w której logika zysku jest wciąż horyzontem myślenia – wszystkie 'inne' logiki, przez krytyków kapitalizmu były opisywane niezwykle ogólnie. Wygląda to tak, jak gdyby jedynie kapitalizm posiadał wyraźną, zdolną do badania i opisu strukturę, podczas gdy to co na zewnątrz niego, jest czystym chaosem/naturą/potencjalnością. Hardt i Negri skupiają się na opisie tego jak to co wspólne jest wytwarzane, uciekając od zdefiniowania czym ono jest. Jest to szczególnie dziwne i rozczarowujące, że mówią oni o instytucjach poprzez które mamy dostęp do tego co wspólne – rodzina, naród i korporacja, jednocześnie jednak odrzucają te instytucje jako zepsute i złe. Zarzuty stawiane tym trzem instytucją społecznym są zrozumiałe – H&N zarzucają im ekskluzywizm oraz wewnętrzną, hierarchiczną strukturę. Pozostając jeszcze chwilę przy Rzeczy-Pospolitej, również idea exodusu raczej otwiera możliwość chwilowego wyjścia poza system, nie gwarantuje jednak wytworzenia alternatywy. Przykłady o których piszą H&N – wolne oprogramowanie czy wolne uniwersytety - bardzo łatwo są przez kapitalizm wchłaniane, do pewnego stopnia są czymś w rodzaju hobby, jak zbieranie muszelek czy wędkarstwo, bez znaczenia, raczej wzmacniając kapitalistyczny system kontroli i produkcji, niż go osłabiając.

'TO CO WSPÓLNE' JEST AMORFICZNE I HOMOGENICZNE (JAK POWIETRZE). POWYŻSZE PRZYKŁADY SĄ ŹLE DOBRANE

Dlatego pozostanę przy przestrzennych wyobrażeniach alternatywnych logik oraz przy tych trzech 'tradycyjnych' porządkach, o których wspomniałem na początku (rodzina, naród, wspólnota religijna). Wydzielona przestrzeń jest ważna z dwu powodów

  • po pierwsze nasze ciała również są przestrzenne

  • po drugie przestrzeń jest łatwiejsza by ją wydzielić, a jeśli możemy ją wydzielić, to możemy ją odróżnić i obronić. Mimo tego, że generalnie zwalczam podział wróg-przyjaciel jako fundament polityczności, akceptuje takie rozróżnienie jako tymczasowe narzędzie.

CZY ALTERNATYWA NIE MOŻE MIEĆ STRUKTURY? CO ZŁEGO JEST W STRUKTURZE CZY HIERARCHII?

4. DEFINICJA 'DZIURY W CAŁYM'

'Dziura' (w całym) ma potrójne znaczenie.

Po pierwsze, odwołuje się do intuicyjnego wyobrażenia przestrzeni bez specjalnego przeznaczenia – miejsca pod mostem, pasa trawy przy drodze, pozostałości po niedokończonej inwestycji itp. czy do potencjalności.

Po drugie, nawiązuje do cioranowskiego rozumienia pustki, jako nie-bytu przerywającej ciągłość. Tu ważniejsze jest jednak funkcjonalne a nie ontologiczne znaczenie owej pustki – ważne, co ona robi (zakłóca, przerywa, blokuje) a nie czym jest.

Wreszcie po trzecie, 'Dziura' nawiązuje do idei pustki (void) w rozumieniu Alaina Badiou, czyli Realnego poza Reprezentacją. Taka 'dziura' to nadmiar, a nie brak. Nadmiar, do opisania którego nie ma (jeszcze) języka/narracji.

'Dziura w Całym' jest więc przestrzenią częściowo hipotetyczną, której ostateczna aktualizacja/weryfikacja następuje post-factum. Jest to jednak równocześnie przestrzeń jak najbardziej rzeczywista. W planie obowiązującego paradygmatu/narracji ważne są dwie pierwsze cechy 'Dziury', w planie rewolucji/zmiany, pojawia się trzecia. Nie mamy tu jednak do czynienia z biernym oczekiwaniem na Wydarzenie, któremu będziemy mogli Zawierzyć, lecz raczej z wyzwaniem 'wolności kreacji'. Nadmiar 'Dziury w Całym' jest więc zadaniem znalezienia nowej narracji, po inżyniersku powiedzielibyśmy – nowego zastosowania. Na ile to nowe zastosowanie będzie odmienne od obowiązującej narracji i będzie TRWAŁE, na tyle istotna (czy 'duża') będzie owa dziura.

5. DEFINICJA GRANICY/INSTYTUCJI: chroni i wydziela lecz równocześnie zmienia relacje, tworzy nową opowieść. Dwa nieudane i jeden „projektowany” – przykłady:

  • Unia Europejska: pojawiły się nowe nacjonalizmy, pojawiły się mocne regionalizmy, szczątkowa świadomość Europejska. Unia jest niedoskonałą, nieudaną granicą/instytucją. Ale mogłaby być przykładem udanym.

  • Świeckie państwo – choć przykład Francji jest moim zdaniem kontrowersyjny i działa (co pokazał spór o chusty) w zły, opresyjny sposób. Ale w przypadku Malezji pozwala wyjść poza prawo religijne.

Przykład projektowany: zreformowana instytucja rodziny – chroniona struktura, bez definiowania jak jest ukształtowana (związki jednopłciowe, rodziny wieloosobowe etc.)

PROBLEMEM NIE JEST RÓŻNICA/TOŻSAMOŚĆ LECZ ZAMKNIĘTA AUTARKICZNA PODMIOTOWOŚĆ.

ROZWIĄZANIEM NIE JEST 'PŁYW'/MAGMA, AMORFICZNOŚĆ I ODRZUCENIE STRUKTURY, LECZ STRUKTURA WŁAŚNIE, STRUKTURA SEKWENCYJNA, RYTM ZMIANY

ORAZ

w nawiązaniu do cytatu od którego zacząłem

HYBRYDOWA PODMIOTOWOŚĆ. LECZ WCIĄŻ PODMIOTOWOŚĆ



09:37, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 grudnia 2012
675. za ścianą impreza
Nie mam nic do anarchistów. Naprawdę. Niektórych wspomagam finansowo, z uznaniem wypowiadam się - w mowie i na piśmie - o innych. Doceniam praktykę działania - skłoty, ruch lokatorski i wiele innych. Po prostu fundamentalnie nie zgadzam się z - mocniej lub słabiej artykułowanym - odrzuceniem instytucji. Nie bardzo wierzę też w istnienie społeczeństwa wolnego od wszelkiej opresji - bo każda konwencja, zasada, prawo jest z definicji opresyjne. I nie przekonuje mnie argument dobrowolności - że gdy przystępujemy do jakiejś struktury i dobrowolnie uznajemy jej wewnętrzne regulacje to dobrze, a gdy nie mamy takiego wyboru - to źle. Choćby dlatego, że rodzimy się w określonym środowisku kulturowym i językowym, rodzimy się (przeważnie) w takiej albo innej rodzinie, która nas w określony sposób kształtuje... No ale dobrze - rozumiem, to jest na początku, potem dorastamy i się z tych dziecięcych struktur wyłamujemy - rewidujemy swoje relacje z rodzicami, uczymy się innych języków, przyjmujemy inne kody kulturowe. Nic z tego jednak nie dzieje się w próżni, wszystko jest reakcją na opresję, która nas ukształtowała.
Ta niechęć do instytucji jest niebezpieczna - przez nią instytucje nie znikają, my po prostu oddajemy nad nimi kontrolę innym. My możemy sobie państwa nie lubić, ale to państwo ostatecznie ma policję, sądy czy choćby straż pożarną. To w końcu nie przypadek, że ruch Occupy miał tyle problemów z regulacjami dotyczącymi bezpieczeństwa czy higieny. Można oczywiście z państwem grać w kotka i myszkę (co wielu anarchistów opanowało w stopniu budzącym szacunek), ale czym - oprócz moralnego zwrotu - różni się to od działań korporacji czy milionerów wykorzystujących kruczki prawne, by nie płacić podatków? A przecież państwo, szczególnie dziś, nie jest najgorszą z instytucji, wspomniane korporacje mają o wiele mniej przejrzystą i podatną na zewnętrzną kontrolę strukturę.

Walka powinna się więc toczyć o kontrolę instytucji, o ich efektywność i o to, by stały po jasnej stronie mocy, a nie o to, czy powinny istnieć. Bo powinny - dzięki nim następuje postęp technologiczny i naukowy (by wspomnieć choćby CERN) ale też postęp społeczny. I tak, oczywiście, instytucje są opresyjne - cała sztuka polega na tym, by ich opresyjność dotyczyła również ochrony naszej intymności przed inną, niekontrolowaną, przemocą - choćby w postaci Prawa Pracy, chroniącego - przynajmniej do pewnego stopnia - prawa pracowników przeciw samowoli pracodawców. Ten przykład zresztą dobrze pokazuje niebezpieczeństwo takiego anty-instytucjonalnego resentymentu. W ten sposób wzmacnia się korwinistyczna choroba, na którą cierpi duża część polskiego społeczeństwa. Ma to też związek z architekturą, bo anty-instytucjonalizm łączy się z 'budownictwem naturalnym', do którego też nic nie mam (słowo harcerza, wieloryp!), ale które nie rozwiąże wszystkich problemów współczesnego świata. Podobnie z GMO - na ile rozumiem ten spór, to nie niepokoi mnie samo GMO jako biologiczna innowacja (w końcu mam ciągoty H+), lecz to, 'kto za tym stoi'. Uspołecznijmy Monsanto, facebooka i googla; ograniczmy/zreformujmy tzw. 'prawa autorskie' a świat będzie piękniejszy ;)

A notka powstała, bo za ścianą sąsiad z kolegami postanowił sobie powrzeszczeć, a na dodatek strasznie mnie rozśmieszył ten klip:


I choć wersja oryginalna też jest fajna, to wersja R.U.T.A bardzo mi się podoba:

Zresztą cała płyta - moim zdaniem - super!

00:36, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »