Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
wtorek, 31 marca 2009
243. how I went ballistic...
Obóz koncentracyjny też ktoś zaprojektował.
21:02, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (14) »
niedziela, 29 marca 2009
242. lepsze kłamstwo
Kupowaliście kiedyś groszek z Kamerunu?
W sklepach Irlandii czy UK łatwiej jest dostać jabłka z RPA niż lokalne.
Ja oczywiście rozumiem międzynarodowy handel, ale czy rzeczywiście bardziej opłaca się sprowadzić śliwke z Chin niż z Cornwalii?
Jeśli popatrzeć na to jak księgowy - być może.
Ale jeśli uwzględnić skutki i koszty "w drugim planie" - wątpie.

Współczesne miasta są - jak twierdził Simmel - oparte na racjonalnym, policzalnym paradygmacie pieniądza.
Pieniądz współczesny stał się bytem abstrakcyjnym, niemal zupełnie oderwanym od "realnej" gospodarki.
Jeśli kiedyś (w dawnych dobrych czasach) można było przyjąć, że ilość pieniądza z grubsza odpowiada ilości towarów, które można za niego kupić, to dziś, gdy olbrzymia część gospodarki i produkcji jest niematerialna, ta zależność wydaje się nie mieć sensu.

Myślę, że na takim założeniu opierają się stosowane przez większość światowych rządów programy pompowania olbrzymich pieniędzy w ... nawet nie do końca wiem czy można powiedzieć - w rynek.
Najzabawniejsze, że prawdopodobnie nikt nie jest w stanie powiedzieć jak to się skończy. Wiemy tylko tyle, że nikt do końca nie rozumie jak to działa.

Nie twierdzę bynajmniej, że zrozumienie jest ludziom niezbędne do życia, a światu do funkcjonowania.
Nie rozumiem przecież do końca jak działa laptop, na którym piszę tego wpisa (w tym sensie nie rozumiem, że nie byłbym w stanie zbudować takiego laptopa, nawet gdybym miał wszystkie potrzebne materiały), i w niczym mi to nie przeszkadza.

To co jest dla mnie ważne to powierzchnia rzeczy. Powierzchnia, która jest interfejsem pomiędzy mną a światem.

Miasto utraciło czytelność swojej powierzchni.
Oderwało się od rzeczywistości.
Kłamstwo, które jest esencją i fundamentem miasta, okazało się słabym, nieskutecznym kłamstwem.

Nie wiem bowiem, czy rzeczywiście jabłko z Kornwalii byłoby tańsze, niż to z Argentyny, wiem jednak, że łatwiej byłoby mi w to uwierzyć.
Nie wiem, czy rzeczywiście jesteśmy w stanie zatrzymać ocieplanie się klimatu, wiem, że myśl że mamy na to wpływ, pozwala ludziom zbierać się razem i działać.
To co piszę, nie jest dalekie od słynnego "błagania o mit". Tak, potrzeba nam utopii, potrzeba nam mitu, potrzeba nam struktury, którą moglibyśmy z grubsza zrozumieć.
To mit tworzy wspólnotę.

Mit neoliberalny żyje już chyba tylko w Polsce.

Tysiące ludzi na ulicach Europy domaga się nowego mitu.
Mitu, w którym to człowiek, a nie "prawa rynku" będą w centrum naszego zainteresowania i działania.
Odrzucenie neoliberalizmu jest aktem anty-transcendentnej herezji.

Nie dziwi mnie wcale typowe dla Polski połączenie wiary religijnej z wiarą w rynek.
Dla części ludzi myśl, że mogliby mieć realny, a nie deklarowany wpływ na swoje życie, jest nie do zniesienia.

Najzabawniejsze jest w tym to, że ci mali kombinatorzy, przywykli do oszukiwania swego boga pod kołdrą i po ciemku, wciąż publicznie deklarują, że wierzą w swoją indywidualną wolność i niezależność. Wciąż deklarują zaradność jednostki jako fundament swojego światopoglądu.

Ale to zwykli, mali kombinatorzy, jak jeden z nich, deklaratywny prawicowiec i liberał, aktywny bloger, który zarobił swe pieniądze na piramidzie finansowej.

Tylko cyniczni hipokryci wierzą w wolnorynkowy kapitalizm.
11:03, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 22 marca 2009
241. lewica o mieście
Na portalu Krytyki Politycznej tekst "Kontrewolucyjny aktywizm miejski?" będący polemiką (?) z moimi tekstami o aktywistach miejskich i o nowych ruchach miejskich.
Pod tekstem mój kilkuzdaniowy komentarz.
22:34, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (3) »
środa, 18 marca 2009
240. bez solidarności nie ma miasta
W dzisiejszej GW tekst o tym, jak to brytyjscy robotnicy "atakują" Polaków, domagając się by obcokrajowcy byli zatrudniani na takich samych warunkach jak Brytyjczycy.
Neoliberalna, prokapitalistyczna agenda GW jest wzruszająca.

Dumping jest zły, chyba że jest to dumping płacowy?

Najlepiej jest przecież szantażować pracownika, pokazując mu gastarbeitera z biedniejszego państwa, pracującego za połowe stawki - bądź grzeczny bo jak nie, to przyjdzie (Polak, Chinczyk, Ukrainiec - wstawić według życzenia).

Jakiś czas temu przeczytałem wywiad z szefem Polskiej Partii Pracy, który powiedział jedną rzecz, która mnie ujęła - że po odprawach jakie dostali finansiści odpowiedzialni za doprowadzenie swoich banków do ruiny, nikt już nie przekona robotnika do tego, że to on właśnie powinien zaciskać pasa.
"Nie będziemy płacić za wasz kryzys", jak mówi popularny ostatnio slogan.

W Wielkiej Brytanii za rok wybory - szanse na wygraną rządzącej Partii Pracy są minimalne.
O "czerwonych torysach" juz pisałem - dziś o nastrojach społecznych taki cytat:

"There is overwhelming support for the view that the government should "take active steps to reduce the gap between rich and poor". Eighty-two per cent of those polled agreed with that view, and only 15% did not".

Nawet mój najbardziej prawicowy i wolnorynkowy student, gdy dochodziło do dyskusji o gentryfikacji, dostawał piany na ustach wściekając się na rosnące nierówności społeczne.
Zgoda co do tego, że nierówności są złe i niebezpieczne, jak widać jest w UK niemal powszechna (82 %).

A w Polsce? Ciekawe byłyby wyniki takich badań (dzięki mh!: Diagnoza społeczna 2007: w PL odpowiednio: 67,86% za egalitaryzmem, 19,23% przeciw. To jednak jest znacząca różnica).

We wspomnianej GW wywiad z profesor Marody pt. "Klasa średnia się nie zbuntuje" (czyżby pani profesor czytała mój wpis "Lewicowej rewolucji nie będzie"? ;))
Wywiad niezwykle wręcz cyniczny - a przez to świetny.
Pokazujący stan umysłów zarówno klasy średniej, jak i złamanych przez reżim TINAy naukowców.
Bezradność wobec ideologii indywidualnego egoizmu - porażająca.

To naprawdę ciekawe, że w kraju uchodzącym za katolicki nie tylko, że nie ma partii chadeckiej, ale i katolicka nauka społeczna nikogo nie interesuje.
Cała klasa polityczna (mówię o tej w parlamencie i okolicach) jest neoliberalna - widzi egoizm, indywidualny interes jako fundamenty państwa.
Ciekawe jest to dlatego, że przecież jak niektórzy pamiętaja z lekcji religii - egoizm jest grzechem.
Cały ład społeczny jest więc zbudowany na grzechu, na źle.

Ale może nie powinno mnie to dziwić, gdy czytam niejakiego Pieronka (biskupa), który mówi: "Cierpienie jest twórcze, trzeba je wykorzystać do tego, aby pogłębić swoje człowieczeństwo", w pierwszym odruchu chciałoby się zakrzyknąc - a żebyś miał to szczeście i przez wieczność swoje człowieczeństwo pogłębiał, bo najwyraźniej ci go brakuje. W piekle.

Tak, zło przeżarło Polskę i wielu Polaków.
Zło jest fundamentem, na którym od lat najpierw 3, potem 4 a teraz jakaś 3,5 RP jest budowana.

Na tym zgniłym fundamencie budowane też są polskie miasta. Na fundamencie chciwości, nienawiści, żadzy władzy, żądzy posiadania. Na przekonaniu, że indywidualny egoizm jest fundamentem człowieczeństwa. Nie warto więc próbować go temperować.

Wiem, że zabrzmi to naiwnie, ale Polsce i polskim miastom potrzeba rewolucji moralnej etycznej.
Potrzeba dobra i solidarności. Wspólnoty i wrażliwości. Empatii.
Tylko cierpiący człowiek jest ważny - wszelkie ideologie są podejrzane...
00:22, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (22) »
środa, 11 marca 2009
239. w dobrym towarzystwie
G625 pisał mi ostatnio, że się lansuję.
To nie ja, to mnie :-P
Ja tylko o tym informuję ;)

W ramach Uniwersytetu Otwartego Uniwersytetu Warszawskiego prowadzone są dwa kursy: Miasto i władza – „wojna o przestrzeń” w społeczeństwie nowoczesnym, gdzie jestem wymieniany obok Sennetta, oraz Władza, konflikt, polityczność – współczesne teorie społeczne i polityczne, tak natomiast jestem obok Sassen i Balibara.

Bardzo przyjemne towarzystwo.

Swoją drogą, oba te kursy wyglądają bardzo ciekawie. Fajnie, że UW takie rzeczy robi.
08:01, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 marca 2009
238. miasto jako naddatek
"Miasto nie istnieje. Nazywamy tak przestrzeń tworzoną przez historycznie i geograficznie uwarunkowane instytucje, produkowaną i reprodukowaną przez relacje społeczne, poprzez praktyki zarządzania, kształtowaną przez różnorodne sposoby komunikacji, wytwarzaną przez media. Nazywając te różnorodne praktyki "miastem", nadajemy im spójność i jednorodność. Miasto więc jest po prostu tych wszystkich praktyk i mechanizmów reprezentacją"
James Donald, Metropolis jako tekst


Dwa ostatnie wpisy poświęciłem dekonstruowaniu miasta. Najpierw skoncentrowałem się na micie miasta jako dobrego miejsca do życia (wcześniej, w piśmie Kultura i Polityka obalałem mit miasta jako przestrzeni wolności), potem koncentrowałem się na słabości i przygodności miasta. Na jego zależności i swego rodzaju "nieistnieniu".

Miasto bowiem - i to jest jego najważniejsza cecha - jest niekonieczne.

W przeciwieństwie do grodów obronnych, do wsi czy nawet do miast przemysłowych, dzisiejsze miasto jest nie tylko niekonieczne, ale wręcz - zbędne.

Sztuczności miasta, jego funkcjonowania jako kaprysu, jako fanaberii i naddatku najlepiej dowodzi kariera Dubaju, miasta ("miasta"?) będącego tak naprawdę doskonała symulakrą. Dubaj jest (a za chwilę być może "był") jedynie ekstremalną wersją większości miast świata.

Jaka bowiem potrzeba stoi za istnieniem miasta? Co unikalnego wytwarzane jest w mieście?
Nie jest to pożywienie - konieczne nam do egzystencji; nie są to produkty przemysłowe - miasto przemysłowe odchodzi bowiem w przeszłość. Fenomen krzemowej doliny - i generalnie współczesnej "losangelizacji" miast dowodzi, że również najnowsze technologie nie potrzebują miasta by powstać.

Również najbardziej archaiczna funkcja miasta jako miejsca gdzie wytwarzany był język, kultura i kody - a przez to władza - odeszła już do lamusa. Dziś kultura może (i to się przecież dzieje!) powstawać w sieci, w oderwaniu od miasta czy od jakiejkolwiek lokalności.
Właśnie - lokalność.
Gdy na spotkaniu promującym moją książkę w siedzibie KP mówiłem jak istotnym aspektem współczesnego miasta jest jego subiektywna fragmentaryzacja, profesor Jałowiecki zbył problem nawiązując do dzielnicowej lokalności XIXto wiecznego Paryża.
Nie dostrzegł, że ta lokalność dziś właśnie została całkowicie zakwestionowana.
Jeśli jeszcze całkiem niedawno, pojęcie wspólnoty lokalnej miało sens, do pewnego stopnia byliśmy skazani na naszych sąsiadów. Dziś, dzięki rozwojowi technologii komunikowania się, łatwiej nam znajdować sobie przyjaciół i "sąsiadów" po drugiej stronie miasta lub globu, niż w sąsiedniej klatce.
Lokalność, jaką jeszcze niedawno można było znaleźć w mieście, możemy już odłożyc do lamusa.

O mieście jako "rynku" nie warto w ogóle wspominać - zarówno handel pomiędzy państwami / korporacjami dawno już miasta nie potrzebuje, jak i handel detaliczny dawno przeniósł się do Galerii i Centrów handlowych, lokowanych przecież właśnie poza miastami.

Jedyną przyczyną rozkwitu współczesnych miast jest fakt, że są one węzłami sieci.
Ale - co podkreśle jeszcze raz - węzeł bez sznurków nie istnieje.
Współczesne miasta starają się więc "uwięzić" pływy.
Robią to w różny sposób i na różnych pływach się koncentrując - od kapitału, poprzez przemysł, handel po ludzi (floridiański kapitał kreatywny) - mając jednak świadomość (a przynajmniej powinny mieć), że jest to działalność skazana na porażkę w dłuższej perspektywie. Owszem - na chwilę, na moment, udaje się przyciągnąć jakąś korpo, która zbuduje jakąś fabrykę, by za kilka lat przenieść ją w dowolne inne miejsce, skuszona lepszą ofertą.

Na tym tle zrozumiały jest sukces pomysłu Floridy, który (czerpiąc z wielu innych źródeł, by wymienić choćby Jacobs, Zukin czy Glaeser'a) zaproponował częściową odbudowę podmiotowości miasta.
Mimo bowiem wszystkich zastrzeżeń jakie budzi Florida, jego klasa kreatywna to nie jest ezoteryczny pływ, lecz żywi ludzie.

Miasto bowiem, mimo tego, że niekonieczne, że - jak pisałem w poprzednim wpisie - jest zbudowane na kłamstwie (widzieliście Watchmen? to zobaczcie), istnieje.
Tak jak Bloom opisywał strategie zaczepno-obronne podmiotu, który fantazjuje na temat swojego istnienia i swojej siły stwarzając się w ten sposób; tak też i miasto, mówiąc Dukajem, "skłamuje siebie".

Miasto zawsze było naddatkiem, zawsze kreowało potrzebę swojego istnienia. To właśnie sprawiło, że miasto jest tak niezwykłym tworem.
Jeśli więc dziś obnażam słabość i niekonieczność miasta to nie dlatego, że popadam w jakieś antymiejskie fobie (kto, ja?), lecz z dokładnie przeciwnych powodów - wciąż i na nowo wołam o odbudowanie podmiotowości miasta. O wymyślenie nowego, jeszcze lepszego kłamstwa.

Miasto oczywiście wciąż posiada relikty atrybutów, które uzasadniały jego istnienie w przeszłości, wciąż jest tu jakiś przemysł, wciąż jakiś handel, wciąż są tu instytucje władzy i wiedzy.
To są jednak tylko pozostałości. Resztki minionej świetności. Minionego sensu.
One istnieją i będą w mieście trwać - wszak miasto to palimpsest.

Dziś jednak stoimy przed zadaniem dodaniem następnej warstwy, przejścia kolejnej mutacji, wymyślenia miasta na nowo.
23:19, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (9) »
piątek, 06 marca 2009
237. różne konferencje i spotkania
Zaraz (chyba jutro) będzie kolejny wpis de/re-konstruujący miasto, teraz tylko kilka ogłoszeń parafialnych:

- najprawdopodobniej 22 kwietnia będę miał spotkanie w Katowicach

- 24 / 25 kwietnia będę w Połczynie Zdroju

- najprawdopodobniej w połowie maja będę w Gdańsku


Szczegóły przed samymi spotkaniami.
22:31, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 marca 2009
236. miasto: kłamstwo, słabość, błąd...
Obiecywałem Wam, że przejdziemy na jasną stronę ulicy w naszej wędrówce po Mieście?
Jeszcze nie dziś. A w każdym razie - nie tak łatwo, lekko i przyjemnie.

Choć dziś nie będzie tak jednoznacznie negatywnie.
Kłamstwo, słabość i błąd są bardziej dwuznaczne, niż to się może wydawać.

Zacznijmy od słabości.
Miasto jest słabe, ponieważ jest zależne.
Kiedyś była to (tylko?) zależność od okolicznych wiosek dostarczających pożywienia, dziś miasto jest zależne niemal od wszystkiego co _na zewnątrz_.
Jest więc wciąż zależne od tych którzy dostarczają mu pożywienia, energii, wody, od strumieni kapitału (oczywiście czytajcie te wpisy w kontekście dzisiejszego kryzysu, choć nie będę się specjalnie nim zajmował), od nielegalnych, pracujących za bezcen emigrantów (gdyby oni nagle zniknęli, większość miast zachodu przestałaby funkcjonować - kolejny dowód, że wyzysk jest fundamentem współczesnego miasta), od wysokowykwalifikowanych i opłacanych specjalistów, którzy do miast przybywają (to na nich przecież opiera się floridiańska utopia miasta klasy kreatywnej).
Internet, którym tak sie fascynujemy jest kontrolowany przez USA (to tam nadaje się numery IP, to przez USA idzie wciąż większość połączeń), zresztą - sama sieć ze swej natury jest wobec miasta zewnętrzna.

Zabierzcie wszystko co przychodzi do miasta skądinąd - miasto zniknie.
Samo w sobie miasto nie może istnieć. Jest pasożytem.

Ale owo pasożytowanie to przecież ... samo Życie.
Miasto jest słabe, ponieważ jest żywe.
Życie jest słabe, jest kruche, jest zmienne. Jest zależne od pożywienia, powietrza, wody. Jest w końcu skazane na porażkę. Życie jest krótkotrwałą anomalią, jest błędem bytu.

Lecz z drugiej strony, właśnie to co trwałe, istnieje słabo (wspaniale pisze o tym w swojej nowej książce "Na Pustyni" Agata Bielik - Robson. Będę zresztą do tej i poprzedniej książki wracał).
Kamień jest więc słaby w swoim istnieniu - "... zawarte w nim objawienie przybiera formę jaskrawo negatywną: (...) odsłania się (w niej) ślad pierwotnej nicości, z której kamień wynurzył się tylko w niewielkim stopniu."

Jeśli więc przyjmiemy witalistyczną perspektywę, perspektywę o której Bielik-Robson pisze, że jest perspektywą Errosa (cytując Walentyna: "I oto Błąd się umocnił. I utworzył swą własną Materię w Pustcę"), to słabość miasta, jego anomalia i eksces, stają się jego siłą. Heroicznym wyzwaniem rzuconym temu co _jest słabo_ przez to co _się staje_. To właśnie Miasto przez swą "nienaturalność" istnieje silnie.

Zmienność Miasta, jego umiejętność wpinania się w globalne sieci przepływów, jest samym Życiem. To ona sprawia, że miasto jest czym jest. Mimo swego fizycznego utwierdzenia w określonej przestrzeni, miasto "skacze" pomiędzy różnymi polami sił.
Miasto rzeczywiście NIE-istnieje poza tym, co wobec miasta zewnętrzne.
Miasto jest zorganizowaną nicością. Jest kłamstwem.
Owo kłamstwo jednak, jest kłamstwem stwarzającym.
To niewiarygodne, jak strategia budowania silnego miasta może być odczytana w kontekście bloomowskiej "the anxiety of influence", o której pisze Bielik-Robson w swej poprzedniej książce:
"Strategia podmiotowości silnej opiera się na podstępie wobec obcych wpływów. Ja ulega wpływom (...) [ale] próbuje je przyswoić"
i dalej:
"... podmiot jawi się jako twór paradoksalny, istniejący tylko na mocy aktu wiary: na mocy narcystycznej hybris, której Bloom nadaje sens pozytywny. Bloomowskie "przyswajanie" czerpie z tej odrobiny narcystycznej megalomanii - założenia, że jest się silniejszym, niż się w istocie jest."

W mieście ten paradoks jest wszechogarniający - nie mówimy przecież o jakiejś ezoterycznej "istocie miasta", Miasto to miliony ludzi w swoich domach, na ulicach w biurach czy sklepach. Miasto to konkretna lokalizacja, to konkret, o którym kiedyś pisałem, że jest ostatnią zaporą dla zdeterytorializowanego turbokapitalizmu.
To właśnie o DOM, potknął się przecież rozpędzony, ezoteryczny neoliberalizm początku XXI wieku.

Miasto więc nie jest pustką, jest błędem i anomalią pasożytującą na "naturalnym" porządku świata, jest totalnym kłamstwem udającym coś czego nie było... ale dziś Jest. Choć nadal musi kłamać, nadal musi opierać się na tym co zewnetrzne - istnieje i żyje.

Pozwólcie, że jeszcze raz wrócę do koncepcji obywatela plug-in (bo oczywiście zauważyliście zbieżność intuicji Bielik-Robson dotyczących ważności błedu a moim miastem a-androgynicznym. To Levinas i żydowski witalizm się kłaniają).

Obywatel plug-in jest CIELESNĄ emanacją tego co będąc zewnętrznym, jest równocześnie istotowo miejskim.
Koncept obywatela plug - in nie jest jednak tylko konceptem opartym na sentymencie, na pewnym wolistycznym przywiązaniu do określonej lokalności. Obywatelstwo plug-in to biopolityczne uczestnictwo w mieście.
Robotnik pracujący w fabryce w Bangladeszu, którego trampki kupujesz w sklepie w swoim mieście, jest obywatelem plug-in tego miasta.

Miasto bowiem nie musi być oparte na wyzysku. Istotą miasta jest wy-miana oraz prze-miana. Miasto może więc być potwornym, obrzydliwym organizmem, mamiącym swe ofiary a potem na nich pasożytującym, ale może też być zbiorową fantazją lepszego świata, lepszego życia.
Nic nie jest przesądzone.
Miasto jest Życiem, w tym najbardziej elementarnym rozumieniu, jako niezgoda na martwotę, niezgoda na nieistnienie.
Jakość tego życia, jego zwrot, jest tym o co wciąż się spieramy.
16:11, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (3) »