Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
sobota, 31 marca 2012
622. Edwin Bendyk - zatroskany zwolennik kapitalizmu (kognitywnego)
Dzięki uprzejmości autora mogłem przeczytać nową książkę Edwina Bendyka "Bunt Sieci".

Książka jest próbą wyjaśnienia czym właściwie był (jest?) ruch anty-ACTA i umieszczenie go w szerszym - analizowanym i opisywanym od dawna przez Bendyka - kontekście kapitalizmu kognitywnego. Jak sam Autor przyznał, książka była pisana w pośpiechu i rzeczywiście - przykład goni przykład, konkluzja - wątpliwość. W efekcie jest to rozedrgana książka erudyty i intelektualisty. Styl pasuje do treści - to książka pisana z wnętrza "dziania się", bez chłodu zewnętrznego obserwatora. Ta gorączka jest gorączką entuzjazmu - mimo wielokrotnych zastrzeżeń, Bendyk wydaje się wierzyć, że rewolucja trwa i że najciekawsze dopiero przed nami. Autor ma w sobie duszę pioniera, odkrywcy, którego przed siebie gna ciekawość - nawet jeśli są wątpliwości, to nie ma strachu. Jest więc w książce mrowie przykładów, z których każdy mógłby posłużyć za kanwę naukowego artykułu (a wcześniej - projektu badawczego). Część przykładów pochodzi zresztą właśnie z projektów badawczych, czasem wciąż trwających - co tylko podkreśla wrażenie, że czytamy reportaż z pola bitwy.

Jest to specyficzny reportaż - mimo prób zachowania obiektywności, Autor komuś jednak sprzyja i nieuchronnie zaraża się entuzjazmem walki. Nie jest to zarzut, choć czasami, jak w przypadku 'domowych włókniarek z Łodzi', o których Bendyk pisze z wyraźną fascynacją: "Łódź odbudowuje swoją pozycję jako stolica mody. Dziś do produkcji ubrań nie potrzeba już bowiem fabryk, szwacze i szwaczki mogą pracować w domach lub warsztatach rzemieślniczych, a ich pracę koordynują zaopatrzeni w telefony komórkowe i Internet menadżerowie." budzi to pewne wątpliwości. Rozumiem, że 60 tysięcy ludzi zatrudnionych w przemyśle odzieżowym to nie najgorszy wynik, choć w kontekście 150 tysięcy bezrobotnych, a szczególnie w porównaniu z niemal 60% skalą zatrudnienia w tym sektorze przemysłu jeszcze w latach 80tych zeszłego stulecia, nie nastraja entuzjastycznie. To jednak jest kwestia indywidualnego usposobienia - Bendyk widzi szklankę do połowy pełną, ja raczej w połowie pustą. Zdecydowanie przyjemniej jest czytać książkę optymisty.

"Bunt sieci" jest książką na tyle gęstą, że każdy, jak sądzę, znajdzie w niej interesujące wątki. Dla mnie, najciekawsze były dwa. Po pierwsze wątek delegimityzacji władzy - od którego zaczyna się książka. Bendyk wskazuje na ruch anty-ACTA jako na racjonalny podmiot, który przeciwstawiony zostaje opartej (czy wręcz - żerującej) na emocjach polskiej polityce uprawianej przez główne partie i media. Ciekawych w tym wątku jest kilka idei - procesu konstruowania nowego, zbiorowego podmiotu, owej 'Wielości' o której pisali Hardt i Negri oraz hiperacjonalizacji prywatnej komunikacji (poprzez tekst) przeciwko emocjom w sferze publicznej (wyrażanej obrazem). Tej drugiej idei Bendyk w zasadzie sam zaprzecza, pisząc o symbolicznym konstruowaniu tożsamości - ruch anty-ACTA w pewnym momencie narracji traci swą racjonalność i redukuje się do prostych symboli. Podmiotowa niestabilność jest jego siłą i słabością - jest w stanie delegimityzować "trwałe" struktury i elastycznie dostosowywać się do okoliczności, prezentując co rusz sam siebie w inny sposób, nie bardzo jednak wiadomo, co dalej miałoby z tego wynikać. Ta dwoistość narracji przewija się zresztą przez całą książkę - Bendyk wydaje się wierzyć, że coś się rodzi i choć ani on, ani nikt nie wie co to będzie, powinniśmy z nadzieją tego Nowego wyglądać.

Drugim wątkiem, który dla mnie osobiście jest bardzo ciekawy, jest wątek neoindustrializacji. Ten fragment pobrzmiewa trochę ideą "trzeciej fali" Alvina Tofflera (choć to nazwisko pojawia się w książce - i to w jej drugiej części - tylko raz), czyli wizji świata, w którym każdy w domu będzie miał swoje miejsce pracy - nie tylko komputer, ale i małą fabryczkę. W najgorszym wypadku każdy będzie miał fragment wielkiej fabryki, w której będzie produkował tylko część produktu. To taka wizja anarchicznej, sieciowej korporacji industrialnej. Bardzo ciekawe wydają się społeczne i polityczne skutki neoindustrializacji - Bendyk wspomina o idei shared value, to znaczy o tworzeniu stabilnej sieci powiązań pomiędzy korporacją i jej kooperantami. Pisze też o wartości stabilnego zatrudnienia, a więc podstawowych założeń, na jakich zbudowane było państwo dobrobytu - odtwarzania i utrzymywania w dobrej kondycji (również psychicznej) siły roboczej. W tym kontekście ciekawe wydają mi się dwa projekty wykonywane przez moich studentów. Oba dotyczą produkcji organizowanej wokół idei cradle to cradle, a więc niezwykle silnej synergii pomiędzy wszystkimi aktorami społecznymi, ekonomicznymi i politycznymi. W efekcie, projektując przemysł, który niczego nie marnuje, obaj projektują też autorytarne w istocie reżimy polityczne - jeden jest rodzajem teokracji, a drugi neo-trockistowską wersją komunizmu. Bendyk do takich wniosków wprost nie dochodzi, ale wydaje mi się ciekawę, że wbrew anarchicznej wizji sieci, która przebija z całej książki, niebezpieczeństwo przyjęcia modelu "wertykalnej demokracji" (czyli dyktatury), jednak się tam pojawia.

Książka Edwina Bendyka jest rzadko w Polsce spotykanym głosem, który analizuje sytuację naszego kraju w szerokim kontekście światowych trendów społeczno-gospodarczych. Można się z tezami Autora zgadzać lub nie (na przykład ja nie podzielam jego zachwytu kapitalizmem kognitywnym), ale jakże piękniejsza byłaby Polska, gdyby taki język i takie problemy były w centrum publicznej debaty.

23:25, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (8) »
czwartek, 22 marca 2012
621. do Wenecji
Miałem przyjemność brać udział w wyborze polskiej propozycji na 13 Biennale w Wenecji (architektoniczne).

Z pełnym przekonaniem zagłosowałem za projektem który zwyciężył i z pełnym przekonaniem podpisuję się po uzasadnieniem werdyktu:

Projekt Katarzyny Krakowiak, o roboczym tytule Każdy ma prawo do dźwięku, którego kuratorem jest Michał Libera, niniejszym uznajemy za zwycięski w konkursie na projekt wystawy w Polskim Pawilonie na 13. Międzynarodowej Wystawie Architektury w Wenecji w 2012. 

Projekt przenosi to, co dzieje się w przestrzeni wspólnej na zewnątrz,  do wnętrza pawilonu. Projekt zakłada „podsłuchiwanie” innych, kwestionując ostrość podziału na to, co intymne i to, co publiczne. Czyni to poprzez transfer dźwięku – z jednej więc strony odrywa się od dosłowności przestrzeni i materii, z drugiej, poprzez sposób konstruowania projektu – ingerencję w infrastrukturę techniczną, zakładanie nieprzewidywalności stanu zastanego oraz negocjacji formalno-prawnych – dotyka samego sedna tego, czym dziś jest praca architekta. Idea „common ground” jest potraktowana w sposób nowatorski, realizowana zarówno na poziomie idei, jak i konstrukcji oraz funkcjonowania ekspozycji”.

Nie znaczy to oczywiście, że nie mam pewnych wątpliwości...

Najpierw o tym, co mnie przekonuje. Przede wszystkim nieoczywista interpretacja idei 'common ground'. W przeciwieństwie do banalnych rozważań na temat przestrzeni pomiędzy budynkami, tu mamy do czynienia z zakwestionowaniem podziału na prywatne/publiczne, na to co wewnątrz i co na zewnątrz. To oczywiście jakoś tam nawiązuje do modernizmu, ale przede wszystkim mówi 'nie jesteś autonomiczny'. Jest więc to jasna deklaracja globalnego świata i globalnej odpowiedzialności.
Drugim aspektem tego projektu, który mnie bardzo przekonuje, jest - jak to zostało ujęte w uzasadnieniu - uznanie, że negocjacje są esencją nie-prawackiej, anty-aynrandowskiej wizji człowieka i architekta.
Dziś byłem na wykładzie prof. Jeremy'ego Till'a, który pokazał ten fragment The Fountainhead - bardzo pasuje:




Ujęło mnie również wyjście poza konceptualizm i próba zmagań z technologią.
To wszystko - co dla czytelników tego bloga nie powinno być zaskoczeniem - bardzo dobrze współgra z wizją architektury, którą staramy się realizować z moimi studentami.

Jak napisałem jednak - zwycięski projekt nie jest bez słabości. Przede wszystkim - nie ma żadnej gwarancji, że uda się go zrealizować. Jeśli nie uda się dogadać z zarządcami innych pawilonów, jeśli nie uda się uruchomić wentylacji - projekt pozostanie na papierze (lub bardzo się zmieni). Nie uważam jednak, by niebezpieczeństwo porażki, było tego projektu słabością. To dodaje mu powagi.

Słabe punkty widzę dwa.
Po pierwsze, projekt zakłada 'podsłuchiwanie' innych pawilonów, co budzi niedobre skojarzenia i stawia pytanie - czy ludzie w podsłuchiwanych pawilonach zgodzą się być podsłuchiwani? Czy też nie będą wiedzieli, że są podsłuchiwani? A jeśli tak, czy projekt Katarzyny Krakowiak będzie krytyką Wielkiego Brata, czy jego realizacją?
Druga słabość polega na niematerialności tego projektu. Polski pawilon będzie, w gruncie rzeczy... pusty. Wypełniony jedynie (?) dźwiękami. Czy to wystarczy? Czy taka nie-przestrzenna instalacja na biennale architektury nie jest jednak nieporozumieniem? Czy mówienia o architekturze poza - w gruncie rzeczy - przestrzenią, nie jest odrzuceniem istoty architektury jako sztuki organizacji przestrzeni? 

Nie wiem. Oceniliśmy propozycje, wybraliśmy projekt. Pomiędzy projektem a realizacją jest długa droga (co wie każdy, kto coś zaprojektował). Wybór jakiejkolwiek propozycji był aktem wiary, zaufania do kuratorów/projektantów. W samym wyborze - a więc w fakcie, że w tym roku jury wyboru dokonało - widzę wielki powód do optymizmu. Czy słusznie? Już za niedługo się przekonamy.

Jeszcze jedna uwaga ogólna - z przyczyn formalnych, nie mogę nic napisać na temat pozostałych, nienagrodzonych projektów. Uważam, że to wielka szkoda. Dobrze by było, by wszystkie projekty zostały przedstawione publicznie i by upubliczniona została dyskusja jury.

Jeśli wystawa w Wenecji nie ma być elitarną zabawą kilkudziesięciu artystów i kuratorów, lecz elementem dyskusji nad stanem architektury w Polsce, transparentność i publiczna debata jest niezbędna.

23:25, krzysztof_nawratek , architektura
Link Komentarze (5) »
środa, 21 marca 2012
620. i'm thinking about you... yes, _you_

-----------
further reading:
 Idelber Avelar, Journal of Latin American Cultural Studies, Vol. 12, No. 3, 2003 Heavy Metal Music in Postdictatorial Brazil: Sepultura and the Coding of Nationality in Sound [pdf]

22:00, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 marca 2012
619. anarchiści i kapitaliści przeciw neoliberalizmowi
Niemal cały najnowszy numer kwartalnika Progressive Planning poświęcony jest re-industrializacji. Idei, która jest mi bliska i którą staram się promować od dłuższego czasu (marzec 2010, czerwiec 2011, styczeń 2012 i wiele razy na tym blogu) wbrew wciąż obowiązującemu w Polsce zaczadzeniu ideą 'miasta kreatywnego'.

Re-industrializacja łączy się wyraźnie i mocno ze sprzeciwem wobec idei rozwoju miasta opartego na spekulacjach nieruchomościami i gruntem. Łączy się więc z niechęcią do zbyt restrykcyjnego definiowania prawa własności (w końcu potęga USA została zbudowana na przekonaniu o wartości wytworzonego, a nie odziedziczonego bogactwa), zarówno jeśli chodzi o nieruchomości jak i prawa autorskie.

Najciekawszym chyba aspektem dyskusji o re-industrializacji jest jednak jej lokalność i sieciowość. Badania Alison Stenning dotyczące końca PRLu w Nowej Hucie pokazują wyraźnie istnienie niezwykle silnych więzi społecznych i nieformalnej ekonomii, opartej na barterze materiałów i usług. Po upadku komunizmu, te powiązania - zdaniem Stenning - zanikły. Wydaje się jednak, że one się po prostu przekształciły, budując podstawy 'organicznego kapitalizmu' początków lat 90tych. Kapitalizmu, który został niemal zabity przez globalne korporacje.

W wspomnianym powyżej kwartalniku Progressive Planning, w artykule  'In the Shadow of Real Estate, Linking Designers and Manufacturers in New York City' Sarah Crean podkreśla związki pomiędzy drobnymi przedsiębiorcami (dużych zakładów już w NY nie ma) pomiędzy sobą, ich zakorzenienie w lokalnych społecznościach a przede wszystkim istnienie silnych sieci połączeń pomiędzy dostawcami (materiałów a potem produktów) a odbiorcami. Crean pisze więc o lokalnych, miejskich przemysłowych klastrach, toczących (do niedawna - rok 2008 dał nadzieję na zmianę układu sił) nierówną walkę przeciwko idei rozwoju opartego jedynie o Wall Street i spekulacje na rynku nieruchomości.

To skupienie się na sieci powiązań, lokalności, wymianie/produkcji nie różni się w istocie zbytnio od anarchistycznych skłotów czy pomysłów w rodzaju freeLab. Wrogiem i anarchistów i lokalnych przedsiębiorców jest sektor finansowy oraz spekulanci nieruchomości, dla którego powiązania lokalne nie mają żadnego znaczenia. Konflikt nie dotyczy więc ideologii czy aktywności jako takich (oczywiście te konflikty również istnieją, ale na chwilę się nimi nie zajmujmy) lecz skali w jakich operują poszczególni gracze.

Nie znaczy to oczywiście, że przedsiębiorcy czy anarchiści są ograniczeni do lokalności - oczywiście nie, przedsiębiorcy działają na lokalnych, regionalnych czy globalnych rynkach, a anarchiści działają w nieformalnych sieciach powiązań w skali co najmniej kontynentu. Są oni wszyscy jednak zakorzenieni w lokalności, ich pozycja jest 'organicznie' obudowana na określonym miejscu i czasie. Sektor finansowy czy agencje real estate mimo obecności na lokalnych rynkach nie mają potrzeby by współtworzyć lokalne i regionalne sieci powiązań.

Re-industrializacja jest więc warunkiem koniecznym odbudowy podmiotowości miasta, pozwala ona bowiem związać poszczególne miejskie wątki, porozumieć się poszczególnym skalom w jakich miejscy aktorzy działają. Re-industrializacja nie jest więc jedynie pomysłem na powtórne wprowadzenie przemysłu do miast, lecz na odbudowę relacji pomiędzy kapitałem a życiem i miejscem. Pogłoski o śmierci miasta przemysłowego wydają się więc grubo przedwczesne...

10:54, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 marca 2012
618. for my dear...




21:02, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 marca 2012
617. co dziś znaczy 'przestrzeń publiczna'?
"Brak ogrodzenia na wizualizacjach jest jedynie sugestią z mojej strony, ostateczną decyzję podejmą władze Katowic - mówi Tomasz Konior, autor projektu przebudowy Supersamu. On sam uważa, że nie stałoby się nic złego, gdyby ogrodzenie zostało zlikwidowane. - Zyskałaby na tym przestrzeń publiczna, a elegancki plac byłby zwieńczeniem najważniejszej ulicy w mieście, jaką jest Stawowa - wyjaśnia Konior."

Sprawa dotyczy likwidacji ogrodzenia szkoły, Liceum im. Mickiewicza w Katowicach (więcej tu). Pan architekt - znany w Katowicach między innymi z projektu przebudowy centrum Katowic, projektu, który mam nadzieję nigdy nie zostanie zrealizowany - nie widzi problemu w tym, że przestrzeń szkoły staje się przestrzenią obsługującą supermarket. Myślę, że to bardziej cynizm niż ignorancja, ale zawsze mogę się mylić.

Ta sprawa wpisuje się w szerszy problem używania pojęcia 'przestrzeń publiczna' w absolutnie (o)błędny sposób, po to tylko by wzmocnić pozycje własności prywatnej (i nie, nie chodzi tu o tych biednych właścicieli malutkich domków na przedmieściach. Często zresztą właścicieli tylko z nazwy, z 30to letnim kredytem na karku...). Innym, jeszcze bardziej bulwersującym przykładem, była sprawa pobicia klienta IKEA (również w Katowicach...), po której IKEA umywa ręce, uważając, że "że sklep jest miejscem publicznym".

Ta notka jest więc rozwinięciem notki poprzedniej - pokazuje, w jaki sposób miasta - a więc my, jako miast mieszkańcy - tracą (straciły) władztwo nad swoją przestrzenią - również poprzez zawłaszczenie języka i korupcje pojęcia 'przestrzeń publiczna' - i jak to się kończy. Zwolennicy prywatyzacji przestrzeni obiecywali bezpieczeństwo i dbałość o przestrzeń. Jak widać - to zwykłe kłamstwa. Prywatyzacja przestrzeni to niemal zawsze ludzkie tragedie.
18:46, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Dodaj komentarz »
616. tragedia własności prywatnej
Państwo polskie - jak większość zresztą państw na świecie - nie istnieje. To tylko wydmuszka, derywat globalnych korporacji i lokalnych mafii. W miastach ten zanik władztwa wspólnoty dziś zaczyna dotykać coraz dotkliwiej lokatorów. Niektórzy sami się spalają, innym po prostu zamurowuje się okna i wyłącza ogrzewanie.

No więc nasze liberalno-konserwatywne media rozpaczają tu i tu. Co robić Gazeto? Jak żyć?

No cóż - władza i władztwo są w oczywisty sposób związane z własnością. Nie masz własności, nie masz nic do gadania.
Jeśli więc wspólnota miejska chce odzyskać miasto, to musi odzyskać własność. Jako wspólnota, a nie jako pojedynczy właściciele (czy wprost - spekulanci). Mówiłem to dla brytyjskiej prasy, napisze to jeszcze wyraźniej na blogu - prywatna własność ziemi w miastach powinna zostać zniesiona. I nazywajcie mnie lewakiem, mam to w...
16:30, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (21) »
niedziela, 04 marca 2012
615. wciąż bez języka
Jakiś czas temu, redakcja kwartalnika Herito, przysłała mi (za co bardzo dziękuję) numer piąty tego pisma, numer zatytułowany 'Miasta do przemyślenia'.

Nawet jeśli jesteście już lekko znudzeni tak zwaną 'tematyką miejską', warto sięgnąć po to pismo. Zamiast coraz częstszego dziś ogólnego bicia piany, dostajemy bowiem kilka świetnych esejów o miastach naszej (centralnej, wschodniej i wschodnio-południowej) części Europy. Na przykład fascynujący esej o Szczecinie (w którym zresztą byłem chwilkę kilka lat temu i bardzo chętnie pojechałbym znowu). Wiem, że nie zabrzmi to najlepiej, lecz czytając ten tekst   potwierdzałem całym sobą stereotypy dotyczące wyobrażeń o tym mieście. Rzeczywiście, Szczecin dla mnie zawsze był gdzieś w okolicach Kamczatki i Madaganu, miastem na rubieżach, miastem kresowym - jak z przekąsem pisze Artur D. Liskowacki. Na moje usprawiedliwienie mogę tylko podać datę swoich urodzin, a więc fakt, że wychowałem się w PRLu, gdy granice były rzeczywistymi zaporami, przez które ciężko było przeniknąć. Tekst ten potwierdza również znaczenie tożsamości, mitu i obecności w powszechnie dzielonej sferze wyobraźni. Okazuje się bowiem, że fakt faktycznego, fizycznego istnienia tego miasta, jest mało ważny, w porównaniu z niemalże zupełnym nieistnieniem w sferze zbiorowej wyobraźni.

Tekst o Szczecinie doskonale (i chyba jest to trochę przerażające) czyta się w kontekście dwu wspaniałych esejów o miastach Słowacji i Serbii.

Pewnym zgrzytem - oczywiście moim, motywowanym ideologicznie zdaniem - jest wywiad z profesorem Jackiem Purchlą (swoją drogą redaktorem naczelnym Herito) na temat konkursu ESK. Wywiad, w którym kultura zostaje całkowicie podporządkowana neoliberalnej modernizacji. Purchla, wciąż najwyraźniej zaczadzony ideą klasy kreatywnej (wyrażający radość z tego, że "Dziś burmistrzowie "mówią Floridą"") chwaląc ESK mówi wprost: "Wsród strategicznych pożytków płynących z tak zdefiniowanego projektu ESK wymieniłbym takie kwestie jak: poprawa wizerunku, lepsze pozycjonowanie miasta i wzmocnienie elementów jego przewagi konkurencyjnej...". Takim językiem, językiem 'oficera' z agencji reklamowej, posługuje się mówiąc o kulturze profesor zwyczajny nauk humanistycznych... 

Warto więc czytać piąty numer kwartalnika Herito jako manifestacje braku nowego, post-neoliberalnego języka mówienia o miastach. Język nostalgii, w jakim o półistniejących miastach naszej części Europy piszą autorzy większości tekstów okazuje się słaby i "romantyczny", staje się jedynie glebą, na której wyrasta neoliberalna modernizacja, lub też może okazać się językiem nacjonalistycznej reakcji.

Wydaje mi się, że wśród tekstów o kulturze miast, wciąż brakuje języka solidarności. Języka który nie odrzuca modernizacji jako takiej, lecz mówi o modernizacji widzianej z perspektywy żywych, współczesnych mieszkańców miast, a  nie z perspektywy instytucji i neoliberalnej ideologii, a w najlepszym razie z perspektywy fantazmatu 'nowego mieszczaństwa'. Taki język istnieje przecież w opowieści jaką o miastach snują miejscy aktywiści, działacze rad osiedlowych, obrońcy likwidowanych szkół czy zamykanych linii tramwajowych. Ten język bezpośredniego doświadczenia może osunąć się w zwykły populizm (już widać jak zaczynają uczyć się go politycy), jeśli nie zostanie wzmocniony teoretyczną refleksją. To właśnie jest wyzwanie dla piszących o miastach w pismach takich jak Herito. Z ciekawością i nadzieją poczekam na następne numery.
10:02, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (6) »
piątek, 02 marca 2012
614. zbyt grzecznie
Bardzo przyjemna (cztery gwiazdki - na pięć możliwych) recenzja angielskiego wydania 'Miasto jako idea polityczna' autorstwa Owena Hatherley'a w najważniejszym tygodniku poświęconemu architekturze i budownictwu w UK - Building Design.

Hatherley jest jednak rozczarowany brakiem wystarczającego radykalizmu, kończąc swój tekst tak:

It reads like a mild proposal, and Nawratek suggests it can be achieved by a “subtle hacking” of the current system rather than
“dull destruction and negation”. But surely he knows that for these
all-inclusive, transcultural, egalitarian “corridors” to come into being, a massive work of negation and destruction would have been
necessary to make it possible. To use a banal example — it implies the complete end of the competition for the best school places that
is so present in the UK. To do this would require either authoritarian action (meaning resistance) or a massive change in attitudes (surely possible only after huge social change). It is desirable, but it can’t be achieved by tinkering. Nawratek’s proposals could only work through a more antagonistic notion of politics than he is willing to countenance. That the question is being asked, however, is enough for now.

Prawdę mówiąc, dziś (po ponad trzech latach pobytu w UK, cztery lata po napisaniu książki) podpisałbym się pod tym zarzutem. Obawiam się, że 'subtle hacking' to nie jest rozwiązanie, którego dziś potrzebujemy, ba! 'subtle hacking' jest po prostu znacznie mniej realistyczną opcją, niż radykalna zmiana (dla mniej wrażliwych - rewolucja). I jeśli 'City as a Political Idea' jest 'enough for now', to kolejna książka już taka grzeczna nie jest.
07:30, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (5) »