Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
piątek, 22 marca 2013
699. kilka ogłoszeń
Wygląda na to, że kwiecień będę miał obfity w wydarzenia i spotkania.

Przede wszystkim, do 1go kwietnia czekamy na abstrakty na naszą 're-industrializacyjną' konferencję. Jeśli ktoś jest zainteresowany - nie ma na co czekać. Jeśli ktoś chciałby przyjechać posłuchać (udział jest darmowy), to również zachęcam, by mnie o tym poinformować (musimy policzyć ilość obiadów na przykład). 

Jeśli nic się nie zmieni, będę w Warszawie dwukrotnie: 9go oraz 19-21go kwietnia na dwu różnych konferencjach. Nie widzę jeszcze nic w sieci, więc na razie bez szczegółów - jak tylko się pojawią, to zalinkuję.

[UPDATE 27.03.13]
Konferencja 19 - 21 kwietnia - info TU.

Prawdopodobnie 21go będę w Lublinie. To się nakłada na wspomnianą powyżej konferencję, więc jeszcze nie potwierdzam ostatecznie.

Prawdopodobnie 22go będę w Krakowie. Mam wziąć udział w dyskusji o re-industrializacji. Również bez szczegółów na razie.

Dwa ogłoszenia nie związane z kwietniem:
Jak już wspominałem, redaguję numer pisma Journal of Architecture and Urbanism (1/2014).
Theme of the issue:
CITY AS POLITICAL SPACES
Analysed aspects:
- Consequences of 2008 financial crisis for Western cities
- Contemporary architecture and political ideologies
- Architects and urbanists as technocrats or social and political activists
- Beyond TINA (There is No Alternative): cities and socio-political experimentation

Call for Papers również jeszcze nie ma online, ale jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę pisać. Deadline dość odległy - 15 października - ale lepiej przysyłać wcześniej niż później (kilka ciekawych osób już zapowiedziało przysłanie swoich artykułów).

Wreszcie - ukazał się pierwszy numer pisma Władza Sądzenia, wydawany przez Katedrę Socjologii Polityki i Moralności IS UŁ. Pismo jest dostępne jako pdf, epub praz mobi i wygląda naprawdę ciekawie! (I nie piszę tego tylko dlatego, że jestem w tegoż Pisma radzie naukowej).

06:22, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 marca 2013
698. 'Wałęsa' w Watykanie
W jednej z wielu dyskusji na fb dotyczących przeszłości obecnego papieża i jego związków ze zbrodniczą juntą (1976 - 1983), która rządziła w Argentynie, obrońca papieża użył 'argumentu z Wałęsy':
...nie możecie oskarżać Franciszka o współpracę z reżimem na podstawie nieprzychylnych mu publikacji, bo w przypadku Wałęsy też ukazały się oskarżycielskie książki, ale sąd lustracyjny Wałęsę uniewinnił. Więc dopóki nie zapadnie wyrok sądu w sprawie Franciszka - morda w kubeł...

Moja odpowiedź mogłaby być taka - nie mam specjalnych wątpliwości na temat kontaktów Wałęsy z SB i dzięki bogini, że nie został wybrany papieżem. Czy jednak budowanie analogii pomiędzy Franciszkiem a Wałęsą ma w ogóle sens? Oczywiście, jest to analogia słaba, choć wydaje się, że przynajmniej w kilku punktach, można próbować jej użyć.

Wałęsa i Franciszek mówią rzeczy, które ich kompromitują - Wałęsa o sadzaniu homoseksualnych posłów 'za murem', Franciszek o 'bożej wojnie' przeciwko legalizacji małżeństw homoseksualnych; obaj prezentują się jako 'swoje chłopy' (Wałęsa jako robotnik, Franciszek jako 'papież jeżdżący autobusem'); wreszcie - obaj nie są kryształowo czyści. W przypadku Franciszka, nawet jeśli oskarżenia dotyczące wydania dwu jezuitów juncie nie są prawdziwe, jego stosunek do tragedii odbieranych przeciwnikom politycznym dzieci jest - delikatnie mówiąc - głęboko rozczarowujący.

Tym jednak, co najbardziej zbliża Franciszka do Wałęsy, jest zdolność do społecznej polaryzacji reakcji. Wałęsę (gdy jeszcze coś znaczył w polityce) albo się kochało (jak w jednym ze swych monologów mówił lata temu Jacek Fedorowicz - "jestem umiarkowanym zwolennikiem Pana Prezydenta, gdy przechodzę obok pałacu, klękam tylko na jedno kolano") albo odrzucało. Franciszek prowokuje podobne (a może nawet ostrzejsze) reakcje. Nowy papież nie pozostawia nas obojętnymi - albo uznajemy, że jego związki z juntą go kompromitują (stajemy się wtedy 'lewicowymi antyklerykałami') albo uważamy, że ich nie było, stając się niezdolnymi do dyskusji fanatykami.

I ten mechanizm wydaje mi się najbardziej przerażający. Tu nie ma miejsca na 'kto nie jest przeciwko nam, jest z nami', to nie ma miejsca na kościół powszechny, wyciągający rękę do ludzi innych przekonań. To jest kościół, 'kto nie jest z nami, jest przeciwko nam', kościół 'bożej wojny' ze zlaicyzowanym światem.

Wbrew nadziejom wielu, obawiam się, że kościół Franciszka będzie taki sam jak kościół Benedykta XVI, tylko znacznie bardziej (Franciszka 'troska o ubogich' przejawia się w modlitwie i współczuciu, a nie - obawiam się - w chęci rzeczywistego poprawienia ich losu. Tu oczywiście przypomina się stosunek Matki Teresy do cierpienia...). Obawiam się więc, że w Watykanie rządzi inteligentny i sprawny odpowiednik prezydenta Wałęsy. Skutki jego rządów, będą podobne, jednak nie w skali Polski, lecz świata.
___
Zupełnie wstrząsający jest stosunek polskich mediów do nowego papieża - i nie mówię tu tylko o mediach katolickich czy tabloidach jak gazeta.pl rozczulających się nad pelerynką czy telefonem papieża (gosh, to niesamowite, że media łapią się na tak prymitywny PR). W poważnej bądź do bądź Gazecie Wyborczej (dzisiejszy Magazyn Świąteczny) można przeczytać pisany na klęczkach tekst Jarosława Mikołajewskiego 'Kościół papieża Franciszka nie z tego świata', w którym znajdziemy na przykład takie zdanie "Nieprzypadkowo on, twardy przeciwnik zalegalizowania związków homoseksualnych, dopuszcza stosowanie prezerwatyw w sytuacji, gdy istnieje możliwość zakażenia." pokazujące jak trudno się myśli i pisze całując równocześnie biskupi pierścień.

[17.03.2013] A tu dla odmiany interesujący felieton broniący papieża, na coraz ciekawszym (polecam!) portalu młodej polskiej 'radykalnej' lewicy socializmteraz.pl
14:06, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 11 marca 2013
697. miejska re-industrializacja na serio
Poniżej plakat naszej konferencji poświęconej miejskiej re-industrializacji. Jak widać (również po kolorze) ideologicznie nie pozostawiamy złudzeń, o czym chcemy rozmawiać. Powrót fabryk do miast to o wiele za mało (a może i zupełnie nie tak).



Do końca marca czekamy na abstrakty - jeśli ktoś byłby zainteresowany, serdecznie zapraszamy (pełna lista keynote speakers na plakacie powyżej). Niestety nie jesteśmy w stanie nic pomóc finansowo, ale sama konferencja jest bezpłatna. Trzeba tylko przylecieć i przenocować (powiedzmy, że jesteśmy w stanie pomóc znaleźć relatywnie tani nocleg...).

I jeszcze jedna sprawa - chętnie przyjedziemy (moi studenci i ja) w przyszłym roku (październik) do Polski, jeśli ktoś (jak w 2011 Zielona Góra, a w 2013 Ursus) myśli, że idee i opracowania które jesteśmy w stanie wygenerować się mogą przydać (więcej tu). Jak się domyślacie, czym bardziej problematyczne, 'trudne' miasto, tym lepiej. I oczywiście będziemy szukać możliwości re-industrializacji... Może Łódź? Albo Bytom lub Zabrze na Śląsku?
Jesteśmy otwarci na propozycje :)
23:44, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 marca 2013
696. dać Zielonym szansę?
Zastrzeżenie: powodem, dla którego z nieśmiałą ciekawością zacząłem przyglądać się Zielonym, jest fakt, że znam ich nowego przewodniczącego (był redaktorem merytorycznym mojej ostatniej książki). Być może jednak, warto im się przyjrzeć bliżej, nawet jeśli się Adama nie zna (co sugeruje również, związany z Obywatelem, Krzysztof Wołodźko, w tekście z którym się zupełnie - poza kilkoma fragmentami - nie zgadzam).

Nigdy jakoś nie czułem zainteresowania 'zieloną polityką'. Tematy, które Zielonych interesowały czy interesują, takie jak energetyka jądrowa (zieloni raczej przeciw, ja raczej 'zależy od kontekstu') czy GMO (zieloni raczej na nie, ja raczej 'tak, ale...') nigdy nie były w centrum mojej uwagi. Jeśli mam jakieś wątpliwości w tych dwu obszarach, to dotyczą one przede wszystkim niepokojąco silnej pozycji korporacji międzynarodowych, których interes w oczywisty sposób nie jest tożsamy z interesem mieszkańców, a wręcz przeciwnie. Moje zastrzeżenia wobec GMO czy energetyki jądrowej są więc raczej 'lewicowe', niż 'zielone'. Również retoryka, czasem lekko egzaltowana, 'matki Ziemi' raczej mnie zniechęca do 'zielonej polityki' - przypominają mi się wtedy postulaty 'głębokiej ekologii' z lat 80tych czy 90tych jakie - rozumiem, że w zwulgaryzowanej formie - docierały do Polski, sprowadzając się generalnie do przekonania, że to Ziemia jest ważna, a nie jej mieszkańcy. To poczucie przesunięcia priorytetów poza ludzi, jest chyba najbardziej niepokojącym elementem zielonej ideologii (choć oczywiście to raczej irracjonalny lęk, niż zracjonalizowany strach). Relacjonowana w KP akcja Yes Menów przeciwko finansowaniu elektrowni węglowych budzi mój niepokój i niesmak i zdecydowanie wolę czytać o tym, jak 'zielona polityka' szuka porozumienia z polskim górnictwem (i górnikami).

Nie znaczy to oczywiście, że postulaty dotyczące zrównoważonego rozwoju czy ochrony środowiska mnie zupełnie nie obchodzą, traktuję je jednak jako pewne oczywistości, trochę jak liberalne minimum dotyczące braku dyskryminacji ze względu na płeć, orientacje seksualną, narodowość czy religię. Istotne jest jednak nie jakieś ideologiczne zacietrzewienie, lecz próba uchwycenia świata w jego skomplikowaniu i działanie, które nie chce tego świata uprościć, a go polepszyć oraz - jednak - umiarkowany antropocentryzm, czy lepiej - personalizm. Przykładem może być właśnie wspomniane powyżej spotkanie parlamentarnego zespołu FAIR (górnicy ramię w ramię z Zielonymi).

Mając w przeszłości katolicko-konserwatywny epizod (który, czy mi się to podoba czy nie - do dziś ma oczywisty wpływ na moje myślenie) niechętnie podchodzę do polityki zbudowanej na konflikcie (stąd dziś najbardziej właśnie odrzuca mnie polityka katolickiej prawicy). Polityka empatii w horyzoncie absolutnej inkluzywności najlepiej dziś opisuje moją ideologiczną pozycję.

Zieloni nie są łatwo ideologicznie klasyfikowalni. To nie jest klasyczna lewica, ze swoimi - dziś chyba już lekką trącącymi myszką - obsesjami, to wciąż młody intelektualny ruch (szczególnie w PL) szukający nowych rozwiązań na nowe czasy. Z jednej strony oczywiście można narzekać, że to kolejna grupa, która nie chce do końca zadeklarować swych lewicowych (choć to wydaje się nie dotyczyć Adama Ostolskiego) czy socjalistycznych przekonań, lecz z drugiej strony, szczególnie w PL, taka deklaracja mogłaby raczej przeszkadzać niż pomagać budować szerokie społeczne poparcie. Wyjście poza podział na prawicę - lewicę (w PL) jest wyjściem poza czysto ideologiczne spory (oraz skojarzenie z PRLem). Dobrze widać to w dwu wywiadach, jakich po wyborze na (współ)przewodniczącego udzielił Adam. W wywiadzie dla KP (w którym wprost deklaruje że Zieloni SĄ partią lewicową) z jednej strony deklaruje Zielonych jako partię 'antysystemową', w jak najbardziej pozytywnym sensie, jako tych, którzy potrafią zadać fundamentalne pytania wychodzące poza zamknięty dyskurs 'Unia Europejska + kapitalizm' w jakiej ugrzęzły bezrefleksyjnie wszystkie partie obecne w parlamencie; z drugiej strony odwołuje się do dziedzictwa państwa dobrobytu, deklarując chęć współpracy ze związkami zawodowymi pracownic i pracowników sektora publicznego ('klasa średnia sektora publicznego'). W wywiadzie dla portalu lewica24.pl Adam mówi że marzy mu się 'rewolucja obywatelska', co też wskazuje raczej na poza-lewicową wizję polityczną (nowy 'Front Ludowy'?).

Jednym z najciekawszych elementów myślenia Zielonych wydaje się ich myślenie o Unii Europejskiej, jak (znów w wywiadzie dla KP) mówi Adam:

"Na kongresie przyjęliśmy uchwałę programową dotyczącą Europy i polityki europejskiej. Napisaną wspólnie przez Agnieszkę Grzybek i przeze mnie. Uchwała zawiera 10 postulatów dotyczących nowego federalizmu. To jest zdecydowanie pytanie w pierwszej kolejności o to „jaka Europa?”, zanim rzucimy się w proste „wzmacnianie i reformowanie” istniejących instytucji europejskich według recept z pozoru „zdroworozsądkowych”, a w istocie technokratycznych i neoliberalnych. Cohn-Bendit ma bardzo szlachetne intencje, ale nie zauważa, że w tej chwili podstawowy spór nie toczy się pomiędzy Europą a państwem narodowym, ale pomiędzy tymi, którzy chcą w Europie zbudować system oligarchiczny i tymi, którzy walczą o demokrację."

Ta niezgoda na obowiązujący dyskurs, owa 'antysystemowość' wychodząca poza proste prawicowe 'NIE' jest czymś w polskiej polityce niezwykłym. Wystarczy poczytać najnowszy - 'manifowy' numer Zielonych Wiadomości (i nie reklamuję go z powodów osobistych) by zobaczyć jak szerokie spektrum problemów w jakże intelektualnie stymulujący sposób Zieloni poruszają: edukacja, wieś, finanse, przemoc...

Jeśli wszyscy 'na lewo od PO' szukają dziś dla siebie miejsca oraz partii na którą chcieliby głosować (i zrozumieli, że oprócz kilku posłów/posłanek i działaczy/działaczek Ruch Palikota jest intelektualnym i politycznym impotentem), to Zieloni wydają się bardzo ciekawą opcją. Chyba warto im dać szansę... jak mówi Adam: zaangażowania nie można odkładać na później...
12:15, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 marca 2013
695. lewica jako narodowy bolszewizm czy narodowy liberalizm?
Wczoraj ukazały się dwa teksty, które choć nie powiązane ze sobą bezpośrednio, warto chyba czytać łącznie. Na portalu lewica24.pl Agata Czarnacka marzy o 'lewicy smoleńskiej', natomiast na portalu lewica.pl Agnieszka Mrozik i Piotr Szumlewicz ubolewają nad tegoroczną Manifą. Oba te teksty - oprócz wielu innych problemów,  dotykają problemu relacji myśli (i praktyki) lewicowej z narodem. Agnieszka i Piotr przed (kolejną) próbą budowania takiego związku przestrzegają, Agata wręcz przeciwnie.

Zacznijmy od tekstu Czarnackiej, jest on bowiem zamierzony jako manifest bardziej, podczas gdy drugi tekst jest raczej polemiką.
Agata próbuje zaproponować (kolejne) wcielenie polskiej, patriotycznej lewicy, która budowałaby socjalizm w zgodzie z narodową kulturą czy też narodowymi wartościami. Z niesmakiem odrzuca patriarchalną własność prywatną, czyżby przechodząc na pozycje narodowego bolszewizmu? Wiem, że Agata nie lubi etykietek, lecz przecież sama - pisząc o 'lewicy smoleńskiej' - grę z etykietkami podjęła. W tekście Czarnackiej ważny jest też element pokoleniowy - w gruncie rzeczy ten manifest nie jest kierowany do wszystkich, lecz do młodych Polaków. Z mojej - uniwersalistycznej - perspektywy Agata popełnia więc podwójny błąd: po pierwsze buduje podmiot polityczny w oparciu o wyobrażony byt, jakim jest naród; po drugie, buduje ów podmiot na konflikcie generacyjnym - 'młodzi' przeciw 'starym'. Naród jest tylko jednym z wielu bytów społecznych w jakim istniejemy, bynajmniej nie jedyny i nie dominujący. To nie bycie Polakiem definiuje moje życie, lecz to skąd pochodzę (z Polski, ze Śląska, z określonego środowiska), nie narodowość lecz pozycja społeczna (zaryzykuję tezę, że Warszawa jest bardziej Centrum, niż moje Plymouth i warszawscy młodzi lewicowcy mają większe szanse na dobre życie, niż moi sąsiedzi ze Stonehouse).

Jednak największym błędem, jaki popełnia Agata jest kopiowania narracji prawicy, co spycha lewicę na pozycje reaktywne, na pozycje z których można jedynie powtarzać gesty i słowa tych, którzy zajęli wcześniej pozycje z której kształtują dyskurs. Agata - chyba nie do końca świadomie - w ostatnim paragrafie doskonale ilustruje jak taka próba używania prawicowego języka i pojęć się skończy. Tekst Dawida Wildsteina porównujący Jolantę Brzeską do 'żołnierzy wyklętych' nie jest próbą zbliżenia patriotycznej lewicy z patriotyczną prawicą, lecz zwykłą próbą zawłaszczenia kolejnego symbolu (Jolanta Brzeska) w służbie prawicowej ideologii. Zamiast ten tekst cytować i się nim ekscytować, należałoby raczej napisać - nie macie prawa, bo przez lata milczeliście, nie macie prawa, bo to wasza prawicowa ideologia siły i 'świętej własności prywatnej' jest odpowiedzialna za tą tragedię.

Niebezpieczeństwa wynikające z tekstu i myślenia Czarnackiej dobrze pokazują Agnieszka Mrozik i Piotr Szumlewicz. Tegoroczna Manifa zarówno w haśle (O Polkę niepodległą) jak i w warstwie wizualnej

usiłuje podjąć grę z prawicową wyobraźnią i 'odzyskać' ją dla feminizmu. Jak jednak słusznie pisze Agnieszka i Piotr, owa 'Polka niepodległa' odwołuje się do indywidualistycznej wyobraźni, z którą świetnie się czują przedsiębiorcze kobiety z Kongresu Kobiet, ale już niekoniecznie pielęgniarki czy szeregowe pracownice korporacji. Nie mówiąc już o milionach prekariuszek, 'wyzwolonych' od 'opresyjnych' umów o pracę.

Tak jak Czarnacka flirtuje z narodem i konfliktem pokoleń, tak organizatorki Manify flirtują z narodem i liberalizmem. Jak to ma się do jakiegokolwiek lewicowego, czy choćby wychodzącego poza dominujący paradygmat myślenia naprawdę nie mam pojęcia.
Nie idźcie tą drogą, zaprowadzi was ona bowiem albo na manowce, albo do dwu dominujących w Polsce prawicowych partii.

10:04, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 marca 2013
694. poznaj wroga
ABR napisała w swoim felietonie o Wielkiej Brytanii jako państwie 'płynnej nowoczesności', narzekając, że to kraj w którym króluje pozór i nic nie jest takie jakim się (w materiałach reklamowych) wydaje. I oczywiście z grubsza do tych narzekań chętnie bym się przyłączył (w końcu jako Polak narzekać potrafię profesjonalnie) bo i ja przyszłość Wielkiej Brytanii widzę raczej czarno... wydaje mi się jednak, że ABR błędnie diagnozuje problemy tego kraju.

Pisze ona, powołując się na Zygmunta Baumana, że "w nowoczesności płynnej wszystko jest jakby subrealne, czyli pod progiem bytu: praca jest tylko niby-pracą, edukacja tylko niby-edukacją, a polityka tylko niby-polityką" i jako przykład tego pozoru podaje swoje problemy z naprawą piecyka gazowego w swoim domu w Nottingham. Przy okazji jednak, dość pogardliwie wspomina o jakości tegoż domu ("...zbudowanym dość umownie, przypominającym bardziej tymczasowy wigwam niż solidne domostwo z cegieł..."). Problem w tym, że - jak sądzę - dom w którym mieszka ABR nie został zbudowany w ciągu ostatnich 20-30 lat, trudno więc za jego jakość winić płynną nowoczesność. To raczej nowoczesność w swej pełnej krasie, lecz z lokalnym, brytyjskim posmakiem jest odpowiedzialna za to, że w brytyjskim domu ABR jest zimniej niż w jej domu w Polsce. I jeśli szukać gdzieś przyczyny takiego stanu rzeczy, to trzeba by wziąć po uwagę i klimat (w PL czy w Finlandii rury kanalizacyjne puszczone po elewacji w zimie rozsadzi - w UK jest to typowe rozwiązanie), który nie przymusił brytyjskich budowlańców do lepszej jakości; i kwestie kulturowe, które z jednej strony promują domki szeregowe oraz bliźniaki zamiast mieszkań (więcej przegród zewnętrznych - ściany i dachy), z drugiej przyjmują za standard (historycznie) komfort cieplny nie w całym mieszkaniu, lecz wokół kominka. No i oczywiście brytyjska niechęć do regulacji, która - w przeciwieństwie na przykład do rozwiązań niemieckich - pozwala niemal wszystko negocjować. (Niemal) wszystko więc jest dozwolone.

To nie 'płynna nowoczesność' lecz anglosaski kapitalizm jest więc winny, ze ABR marzną palce.

Podobnie wygląda sprawa z uniwersytetami. Oczywiście zgadzam się z generalną obserwacją, że w dzisiejszym, ogarniętym neoliberalnym szaleństwem świecie nawet odkrycie bozonu Higgsa musi zostać uzasadnione potencjalnymi przyszłymi zyskami, bo wiedza uzyskiwana dla lepszego poznania i zrozumienia świata to za mało. Oczywistym jest więc, że uniwersytet działający w takim świecie (w którym oczywiście wiedza jest towarem, więc studenci za naukę muszą słono płacić) będzie ewoluował w dostarczyciela usług edukacyjnych i 'zaświadczeń o zdobytym wykształceniu'. Wydaje mi się jednak, że owa negocjowalność wszystkiego, na którą narzekałem przed chwilą, pozwala nawet na to, by czegoś jednak studentów nauczyć. W końcu nawet na brytyjskich uniwersytetach zdarzają się laureaci Nagród Nobla...
 
Być może sprawa wygląda inaczej na wydziałach humanistycznych, ale my jesteśmy kontrolowani potrójnie - mamy swój wewnętrzny, zatwierdzony przez uczelnię, program i sposób oceny, mamy zewnętrznych egzaminatorów (to ma każdy program), którzy raz do roku sprawdzają czego i jak uczymy, mamy wreszcie komisję z RIBA (zawodowe stowarzyszenie architektów), która raz na cztery lata weryfikuje pracę naszych studentów (a przez to - naszą).

I oczywiście dom ARB został zaprojektowany (jak sądzę) przez brytyjskich architektów, nie jest więc tak, że ten system gwarantuje wysoką jakość. Jednakże jej nie uniemożliwia. To my decydujemy kto jest naszym zewnętrznym egzaminatorem, a więc to my wybieramy 'to co łatwe, albo to co słuszne', mamy też wpływ na dobór członków komisji RIBA.

Prawdziwym wyzwaniem nie jest dla nas uczelnia i jej struktury, rozmiękczone przez płynną nowoczesność - w ramach brytyjskich instytucji jesteśmy w stanie 'wykroić' sobie (nie jest to oczywiście łatwe) sferę niezależności, w której możemy uczyć tego, czego chcemy (i czego chcą studenci) lecz jej zewnętrzne otoczenie - choćby przez sam fakt, że studenci się zadłużają, nie będą więc zainteresowani by pracować 'dla dobra ludzkości' lecz by zarobić i spłacić swoje długi (no chyba, że jak niektórzy, po prostu wyjadą z UK). To nie płynna nowoczesność, to nie ekonomia pozoru lecz neoliberalna wersja kapitalizmu (która - być może - jest jedyną możliwą konsekwencją kapitalizmu) nas wszystkich wykańcza.

Dobrze wiedzieć, gdzie jest wróg, inaczej walka jest przegrana od samego początku.
17:25, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »