Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
piątek, 30 kwietnia 2010
368. podpowiedzi dla polskich polityków
Kampania wyborcza w UK zbliża się do końca, w PL się dopiero zaczyna. Może warto coś podpatrzeć... polecam sztabom wyborczym:




(więcej tutaj)
18:55, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 kwietnia 2010
367. dwa plus dwa (jak dobrze być osobno)
Bezpiecznie siedzę sobie na Wyspie i słucham co tam po wodzie ze Starego Kraju do mnie doleci. Takie bezpieczne oddalenie wreszcie dobrze pasuje do mnie samego. Taki Słoń Osobny jak ja, powinien być osobno, czyż nie?

Trudno mi się więc jakoś specjalnie angażować w histerie aranżowane przez takie czy inne kliki w PL. Na Gajowego nie zagłosuję, już prędzej na kolegę Kluzik - Rostkowskiej byłbym skłonny, ale nie sądzę bym się do ambasady w Londynie w tym celu wybrał. Moje oddalenie dotyczy też wnętrza Wyspy - z Plymouth jest daleko wszędzie.

Ale ten wpis nie jest o polityce.

Zastanawiałem się kto w Polsce jest dla mnie ważny, kogo myślenie (i emocje) wpłynęło i wpływa na moje. Wszak nie jesteśmy nigdy do końca autonomiczni, raczej tylko przekształcamy lub 'odbijamy się' od myśli innych.

Dla mnie istnieją dwie mocne i dwie słabsze osobowości, do których wpływu  na moje myślenie chętnie się przyznam.
Przede wszystkim - żadna niespodzianka - profesor Jadwiga Staniszkis. Tyle razy ją na tym blogu już wspominałem, że więcej nie ma sensu. Warto tylko wspomnieć niechęć jaką budzi w okolicach Gazety Wyborczej oraz wśród 'liberalnych cyników'.

Drugą 'mocną' osobą jest Jacek Dukaj.
Też chyba tego nie trzeba wyjaśniać, warto jednak wspomnieć paszkwil jaki popełnił niejaki Piątek (pisarz) na portalu Krytyki Politycznej. Zaczął od jakże subtelnego przyłożenia pałką - tytułując swój tekst 'Nie Dukaj, tylko pisz'. Na podobnym poziomie subtelności, mógłbym napisać, że zamiast czytać w Piątek, lepiej robić to w Sobotę. Bardzo przyjemnie było poczytać pod tym tekstem (niestety, z powodów technicznych wszystkie komcie z portalu KP zniknęły) jak grono wielbicieli Pana Piątka wielbi. Miłość zawsze wzrusza.

Pierwszą 'słabszą' (słabszą swoim wpływem na mnie) osobowością jest Cezary Michalski, którego nie znosi Wojciech Orliński wraz ze swą trzódką blogowych komentatorów, wyzywając go od 'emo'.
Od dawna się zastanawiałem co musi się stać, by dorośli mężczyźni pozostali na etapie prymusów z liceum, licytujących się  przeczytanymi książkami i tym jacy są wyluzowani i lepsi od  tych z IIIC.

W końcu - Agata Bielik - Robson, której 'kryptoteologiczne' myślenie wżarło się we mnie głęboko.

Co łączy te cztery osoby?
Przede wszystkim ich osobność. Żadna z nich nie przynależy do żadnej koterii, żadnego salonu, żadnej grupy blogerów klepiących się czule po ... plecach. Każda z tych osób po prostu robi swoje.

Przyznam szczerze, że fakt, że na tym blogu nigdy nie wykształciła się grupka klakierów (cóż - nie jestem najmilszym gospodarzem bloga jakiego znam) sprawia mi nielichą satysfakcję. Po prostu dobrze być osobnym. Każdemu polecam.
20:53, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
366. zamiast partii politycznej - sekta
Nie ukrywam, że jestem rozczarowany.
Nie, żebym się nie spodziewał, że moje zaklinanie rzeczywistości okaże się nieskuteczne... ale mimo wszystko przykro patrzeć jak znów miałeś chamie złoty róg...

Zamiast polityki mamy histerię, zamiast partii politycznej - sektę.

I tylko może warto panu Jarosławowi K. przypominać, że jeśli chce wykonać testament polityczny ofiar katastrofy smoleńskiej, to niech pamięta o Izabelii Jarudze-Nowackiej i Jolancie Szymanek Deresz.
Nie tylko pana brat tam zginął, szanowny panie!
22:48, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (27) »
czwartek, 22 kwietnia 2010
365. aktywne (intelektualnie) lato
Powoli kończy się rok akademicki, studenci oddają projekty, oceniamy eseje, nadchodzą wakacje.
To lato jednak (podobnie zresztą jak poprzednie) będę miał dość aktywne - pomijając nawet trzy artykuły które mam nadzieję w końcu skończyć, oraz moją trzecią książkę, która planuję mocno popchnąć do przodu, w planach mam uczestnictwo w pięciu konferencjach / imprezach.
Zaczynam w maju.

Najpierw, 15 maja będę w Nottingham brał udział w symposium 'Tracing mobility', będzie tam oprócz mnie kilka ciekawych osób, między innymi z Polski Joanna Warsza z Fundacji Laury Palmer.

Następnie, 23 maja w Londynie, na imprezie pod nazwą 'Parade: Market of Ideas'. Znów będzie kilka innych ciekawych osób (również z Polski) ale ja najbardziej się cieszę, że spotkam Franco Berardi (aka Bifo), którego książka 'Soul at work' zrobiła na mnie spore wrażenie.

W lipcu będę w Polsce. Najpierw w Lublinie na konferencji 'Spectres of Utopia' (7-10 lipca), dzień później (11 lipca) w Warszawie (w ramach imprezy The Promised City / The Knot).

W końcu we wrześniu, znów w Polsce, tym razem w Krakowie na Polskim Zjeździe Socjologicznym, w dniach 8 - 11 września.
Będę brał udział w grupie tematycznej "What if not Metropolis?".

Wygląda to wszystko ciekawie i  gdyby ktoś z moich szanownych czytelników był w okolicy którejkolwiek z tych imprez - serdecznie zapraszam!
14:01, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 kwietnia 2010
364. o czytaniu cudzych tekstów (autor żyje)
'Philosophy must examine the possibility of a point of interruption - not because all this must be interrupted - but because thought at least must be able to extract itself from this circulation and take possession of itself once again as something other than an object of circulation'
Alain Badiou

Ostatnie dwa wpisy przywiodły na tego bloga niespotykaną wcześniej rzeszę czytelników. Otrzymałem też wiele, bardzo różnych komentarzy na temat tego co napisałem.
I jeśli próbę interpretacji moich dwu notek jako peanów na cześć braci Kaczyńskich przez 'przypadkowych' czytelników można zbyć uśmiechem i wzruszeniem ramion, to próba odczytania moich tekstów jako (tylko i wyłącznie) atak na kościół katolicki przez człowieka, który zna moje teksty od lat (a nawet zna mnie osobiście) musi zastanawiać.

Najprościej byłoby przyjąć postmodernistyczną perspektywę i założyć, że autor umarł a czytelnicy po prostu dekonstruują a następnie rekonstruują tekst, wykorzystując słowa i frazy, lecz czynią to w kontekście swoich własnych poglądów i celów.
Takie autorytarne czytanie, w którym czytelnik uśmierca i profanuje zwłoki autora nie jest oczywiście niczym nowym ani niezwykłym, wydaje mi się jednak, że nie do końca wyjaśnia głębsze struktury czytania, jakie niektórzy stosują.

Kluczem do zrozumienia nie tyle nieuprawnionego odczytania, co odczytania redukcyjnego, jakiego niektórzy moi czytelnicy dokonali mogą być te dwa (czytane łącznie) zarzuty:

"Zaprzeczasz oczywistym faktom"
oraz
"Nie uznajesz języka za narzędzie racjonalnej dyskusji".

Zarzut ten wskazuje na traktowanie języka jako neutralnego (doskonałego!), statycznego narzędzia, który opisuje niezmienną i obiektywną rzeczywistość.

Zadziwiające jest to konserwatywne, niewolnicze odrzucenie myślenia. Myślenia, które zgadza się na niestabilność i ułomność języka, na to że język jest jedynie reprezentacją (nie wchodźmy tu w dyskusję czy rzeczywistość jest obiektywna czy nie) tego co istnieje.
Mówiąc 'krzesło', mówię jedynie o pewnej kategorii przedmiotów, opisując owo krzesło dokładniej - że ma określony kolor, kształt, lokalizacje, wciąż redukuję byt do reprezentacji.
Oczywiście język jest narzędziem dyskusji, lecz nigdy nie będzie to dyskusja w pełni 'racjonalna' i nigdy język nie jest w stanie uchwycić 'faktów'.
Być może prawnicy i inżynierowie nie są w stanie wyobrazić sobie świata w którym symbole i pojęcia jedynie reprezentują rzeczywistość - nieuchronnie ją redukując, ponieważ musieliby uznać swą własną pozycje za niestabilną a siebie samych jedynie za 'interpretatorów', podczas gdy chcą oni wierzyć w to, że słowami i pojęciami dotykają (i kształtują) rzeczywistość jako taką...

Język domaga się nieustającej autorefleksji i autoanalizy - jest narzędziem, ale narzędziem które raz jest młotkiem a raz wiertarką.
Nie-autorytarne czytanie, czytanie które nie jest rodzajem nekrofilii, nie może uśmiercać autora. Proces komunikowania poprzez tekst (ale również mowę) nigdy nie będzie doskonały i zupełny, lecz by czytać tekst pełniej, musimy rekonstruować autora, musimy heroicznym wysiłkiem zawieszania własnych morderczych projekcji utrzymywać go przy życiu.

Oczywiście, inaczej czyta się esej czy pracę naukową, a inaczej literaturę, która czasem wręcz domaga się byśmy mordowali autora, by móc samemu wejść w tekst i nim zawładnąć.
Ten blog jednak nie jest literaturą.
Jego autor (z tego co mi wiadomo) wciąż żyje.
Nie próbujcie go uśmiercać, jeśli chcecie z nim rozmawiać.
16:32, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 kwietnia 2010
363. Wawel, czyli nadzieja

(dzieci komentują żałobę)

Tragiczna śmierć Lecha i Marii Kaczyńskich dała Jarosławowi Kaczyńskiemu niespodziewany i wielki kapitał symboliczny, kapitał ludzkiego współczucia i prostych, ludzkich emocji.
Ten kapitał - i tego dotyczył mój poprzedni wpis - daje możliwość zaistnienia Wydarzeniu, zerwania z tym co krępowało ruchy, wyrwania się ze struktur symbolicznych z których nie było ucieczki. Katastrofa, która jest szansą na nowe otwarcie.

Zanim jednak Jarosław Kaczyński był w stanie zacząć myśleć na powrót jak polityk, ktoś inny zrozumiał w jakim kluczowym momencie się znajdujemy. Tym kimś był kardynał Dziwisz. Wciąż będący na marginesie polskiego kościoła, znacznie poniżej swych ambicji - i jak widać z wydarzeń ostatnich dni - możliwości.
To - moim zdaniem - kardynał Dziwisz 'wymyślił' Wawel jako miejsce pochówku pary prezydenckiej. Opór biskupa Pieronka nie pozostawia złudzeń - episkopat i kuria warszawska właśnie traci swą przewagę, ciężar symboliczny (dziś niemal bezpośrednio przekładający się na kapitał polityczny) przenosi się do Krakowa. Kardynał Dziwisz dostaje do ręki dwa kolejne asy (po JP2) - parę prezydencką.

Dla Jarosława Kaczyńskiego ta propozycja otwiera zupełnie nowe możliwości. 'Kościół łagiewnicki', do tej pory popierający PO, staje się nagle jego sprzymierzeńcem. Czy mógł tą ofertę odrzucić?

Kapitał symboliczny jakim dysponuje dziś Jarosław Kaczyński ma oczywiście swoje granice - i protesty przeciwko pochowaniu pary prezydenckiej (będące moim zdaniem histerią liberalnych elit, symbolizowanych przez ludzi w rodzaju Andrzeja Wajdy. To owe elity a nie lewica - szczególnie młoda - przeciwko pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu protestują) je pokazują.
Protesty te same w sobie są bez znaczenia, wpisują się jedynie w grę frakcyjną wśród polskich elit - są jednak ważnym sygnałem dla Jarosława, nakazującym niezwykłą delikatność i wyrafinowanie.

Gra w jaką Jarosław właśnie zaczyna (znów - moim zdaniem) grać, to nie gra w 'mściciela'. To nie Jarosław Kaczyński będzie kandydatem PiSu na urząd prezydencki. Jarosław Kaczyński staje przed szansą - a kardynał Dziwisz wskazując Wawel, najwyraźniej postanowił go poprzeć - zrealizowania swojego marzenia sprzed lat i zbudowania nowoczesnej formacji politycznej, jakiejś polskiej 'nowej chadecji'. Jednym z elementów budowy takiej formacji będzie nowy kandydat (a właściwie kandydatka) na urząd prezydencki. W PiSie jest co najmniej jedna osoba, która - gdyby wystartowała - nie dałaby konkurentom żadnych szans, a Jarosławowi pozwoliłaby nie tylko wygrać kolejne wybory parlamentarne, ale - i to w tej chwili jest najważniejsze - zmienić PiS z 'partii sołtysów' w formacje zdolną zmierzyć się z wyzwaniami XXI wieku. Ręka wyciągnięta ze strony Rosjan (z którymi - jak chyba z żadnym innym narodem - możemy porozumieć się na poziomie podobnych podstawowych emocji) została przez kardynała Dziwisza pochwycona. Jeśli Jarosław Kaczyński zgodził się na Wawel, to znaczy, że on również odrzucił bajdurzenia o 'drugim Katyniu' i 'winie' Rosjan wypadku w Smoleńsku.  To pokazuje, jak ważna jest gra jaka właśnie się toczy.

Wawel staje się więc znakiem nadziei - nadziei na radykalną zmianę.


Dla lewicy taki 'nowy PiS' byłby oczywiście śmiertelnym zagrożeniem - ale póki lewica sama z siebie nie jest w stanie liczyć się w tej grze o lepszą Polskę, wypada trzymać kciuki za Jarosława Kaczyńskiego.



Być może jednak, wszystko co napisałem powyżej to jedynie rojenia Człowieka-z-Wyspy... wszak jestem daleko i jedyne co słyszę to zniekształcone głosy ze stałego lądu. Ile z tego jest szumem fal a ile moim zmyśleniem okaże się niebawem...
09:26, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
362. poza histerię, poza cynizm...
Zacznę od spraw oczywistych - zdarzyła się tragedia. Zginęli - w straszny sposób - ludzie. Wśród tych ludzi był jeden człowiek, którego dawno temu dobrze znałem - szef NBP Sławek Skrzypek. Lata temu był szefem odradzającego się NZSu na Politechnice Śląskiej. Potem przez chwilę współpracowaliśmy w sztabie wyborczym Lecha Wałęsy, a potem nasze drogi się rozeszły - od wielu lat nie miałem ze Sławkiem żadnego kontaktu. Ponieważ jednak kiedyś go znałem, mogę powiedzieć, że jakoś tam tragedia dotyka mnie osobiście.

Sławek był świetnym organizatorem i - jak pokazała jego kariera - lojalnym przyjacielem i współpracownikiem. Stał przy Lechu Kaczyńskim w dobrych i złych chwilach. Aż do końca. Przy tej okazji przypomina mi się początek lat dziewięćdziesiątych, gdy Sławek uczynił mnie redaktorem naczelnym pisemka NZS - Informacje. Pamiętam spotkanie z człowiekiem z NSZZ Solidarność, który miał wziąć makietę pisma do druku. Pamiętam jego plugawe słowa i nienawiść, jaką żywił do Sławka - tylko dlatego, że już wtedy nie był on 'swój', nie był człowiekiem 'salonu'. Gdy Cezary Michalski pisał kiedyś, że ludzie z okolic Gazety Wyborczej traktowali go i jego kolegów gorzej niż zwierzęta - przypomina mi się Sławek i człowiek, którego nazwisko chcę zapomnieć.

Na portalu KP, Michalski opublikował tekst Polityka Śmierci, w którym, między innymi, pisze o polityce historycznej, która 'zmusiła' wielu pasażerów samolotu by grali nie w swojej sztuce.
Myślę, że Michalski dotyka czegoś znacznie głębszego i bardziej fundamentalnego - dotyka procesu kształtowania formy, która nas więzi. Wiem, że nie piszę nic odkrywczego - ale zarówno Lech i Maria Kaczyńscy, Sławek Skrzypek i jak wierzę wielu innych w tym samolocie, ugrzęzło w formie, która nie była 'ich' formą. Mówiąc językiem z 'Innych Pieśni', pozwolili narzucić sobie formę/morfę, którą wielu z nas, czytelników tego bloga, odrzucało.

Sławka znałem - lata temu - osobiście, pozostałe ofiary znałem - tak jak większość Polaków - jako bohaterów mediów, bohaterów rodzinnych rozmów i sporów wśród znajomych. Można by rzec, że to trochę tak, jakby zginęli moi sąsiedzi - nikt naprawdę bliski, ale ktoś, o kim dużo wiem. Każda śmierć jest bolesna - i w takim ludzkim wymiarze - tragedia dzisiejsza jest oczywista.

Niestety, to co się dzieje w Polsce (co obserwuję czytając sieciowe serwisy, blogi i rozmawiając ze znajomymi i rodziną) to nie jest zaduma na kruchością ludzkiego losu, współczucie dla ofiar i ich rodzin, czy w końcu racjonalna analiza politycznych skutków  tej tragedii. To, co się w Polsce dzieje, to - po raz kolejny - histeria. Momentami - szczególnie w wykonaniu funkcjonariuszy kościoła katolickiego - jest to histeria pełna nienawiści. Czy to jest jeszcze tylko morfa, którą kościół z dziwnych powodów wybrał, czy to już jest jego esencja - nie mnie oceniać.

Wybuch histerii (podobny do tego po śmierci JP2) mówi wiele o polskim społeczeństwie, lecz nie jest to niestety nic pocieszającego. Polskiego społeczeństwa nie ma. Są tylko egoistyczne jednostki, goniące za indywidualnymi interesami, które od czasu do czasu - czy to przy okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, czy tragedii - dokonuje symbolicznej emocjonalnej komunii.

Polacy nie zbudowali instytucji, którym mogliby zaufać, nie zbudowali wspólnoty, ponieważ jednak ludzie są istotami społecznymi, potrzeba dzielenia emocji, potrzeba 'bycia razem' od czasu do czasu się ujawnia. Potrzeba tylko jakiegoś impulsu - najlepiej jakiejś tragedii.

Tym, co jest naprawdę przerażające, jest histeryczny ton przeżywanej emocji oraz struktury symboliczne, które okazują się całkowicie zastępować rzeczywistość. Polacy jawią się jako naród przesiąknięty myśleniem magicznym ('nie zasłużyliśmy na coś takiego', 'przeklęty Katyń'), niezdolnym do racjonalnej refleksji nad samymi sobą czy nad światem. Wciąż delektujący się figurą ofiary. Kościół, ze swą mitologią, tylko podsyca te niebezpieczne tendencje.

Dziś wydaje się pewne, że rządzić Polakami to manipulować ich emocjami. Nie potrzeba nimi nawet rządzić, wystarczy zarządzać ich histerią.

Co gorsze jednak, alternatywą wobec histerii jest cynizm (nie płakałem po Papieżu, nie płakałem po Kaczyńskim?), cynizm będący zrozumiałą reakcją obronną, lecz ta obrona zabija w nas człowieczeństwo. Rytuał i instytucja pozwalają ubierać emocje w formy. Nie negują emocji, nie ośmieszają ich, wręcz przeciwnie - nadają im powagi i struktury. Pozwalają im stać się elementem wiązania społecznego, wiązania które jest trwałe, które nie ulatuje po kilku tygodniach czy miesiącach (pamiętacie te wszystkie deklaracje i postanowienia po śmierci JP2?).

Histeria i cynizm nie budują niczego. Emocje - współczucie, miłość, troska a nawet gniew, gdy odpowiednio użyte, mogą być bezcennym budulcem narodowego bytu.

Najnowsza tragedia jest szansą - która prawdopodobnie nie zostanie  wykorzystana - by wyrwać się z morfy histerii i myślenia magicznego, by odrzucić formy, które polskie społeczeństwo coraz bardziej krępują i prowadzą w piekło nienawiści i wzajemnych podejrzeń. Bardzo wiele zależy od polityków PiSu, a szczególnie od Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli zwycięży w nim ból i wściekłość, nic się nie zmieni. Ale może stać się inaczej. Jarosław Kaczyński może wybaczyć, może przyjąć współczucie.

Dawno jeden człowiek nie miał tak wielkiej władzy - władzy zmiany własnej formy i formy narodu. Tylko Jarosław Kaczyński może dziś dać impuls dla zmiany, tylko on może zacząć budować nową Polskę.

Zawsze o tym marzył - ale czy dziś podoła? Niech ci, którzy wierzą w Boga, modlą się dziś za niego... Reszta niech po prostu ma nadzieję.
19:52, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (8) »
środa, 07 kwietnia 2010
361. dlaczego takim tonem? (o polskiej emigracji w Gazecie Wyborczej)
Gdy Gazeta Wyborcza pisze o polskiej emigracji na Wyspach, raczej nie należy spodziewać się wielowymiarowych i pogłębionych studiów. Najczęściej dostajemy lekko histeryczne teksty o tym, że 'biją naszych' lub też, że 'nasi' cierpią, bo tęsknią i pracują poniżej swoich kwalifikacji. Czasem zdarzają się też teksty o wątpliwej rzetelności, jak legendarny artykuł o 'mieście Cork, leżącym nieopodal Dublina'.

Najnowszy artykuł również budzi wątpliwości. 

Zacznę od dwu z niego cytatów:

'Badacze wypełnili kilkaset ankiet, spotykali się z emigrantami w polskich sklepach, pubach, kościołach. Rozmawiali z księżmi, pracownikami polskich ośrodków kulturalnych.'

i drugi

'...nasza emigracja na Wyspach żyje w polskich enklawach, czasami nazywanych gettami. W gorszych, biedniejszych dzielnicach. Nie integrują się z brytyjskim społeczeństwem, nie podnoszą kwalifikacji. Większość z nich mimo kilkuletniego pobytu nie widziała Big Bena czy Tamizy. Powtarzają, że jeszcze znajdą na to czas. Widzą to też emigranci. - Przyznają, że czują się obcy, inni, nie u siebie, ale wielu uważa, że lepszego wyjścia nie ma - mówi Marcin Dziółko. - Mają polonijne media, portale społecznościowe, polskie sklepy, kluby, domy kultury, a w niedzielę zapełniają polskie kościoły - wylicza.'

Najpierw polemika anegdotyczna.

Ani ja sam, ani nikt z moich przyjaciół Polaków mieszkających na Wyspach NIGDY nie był w kościele na 'polskiej mszy', nigdy nie miał ŻADNEGO kontaktu z polskim ośrodkiem kulturalnym, a do polskich sklepów chodzimy (średnio raz w miesiącu) po ogórki, a nie po to by rozmawiać.

Gdy wybiera się określone środowisko do badań, to wyniki są jakie są. Metodologia tych badań więc, wydaje mi się mocno wątpliwa. Jaki procent Polaków mieszkających w UK spotyka się z polskimi księżmi? Ilu chodzi do kościoła? O polskich ośrodkach kulturalnych nawet nie wspomnę...

A teraz argument mocniejszy.
Tak się składa, że dwa lata temu brałem udział w projekcie badawczym zajmującym się użytkowaniem mediów (polskich, polonijnych oraz lokalnych) przez Polaków mieszkających w Irlandii. Przeprowadziłem wiele wywiadów - zarówno z polskimi profesjonalistami jak i robotnikami. Wnioski z naszych badań były radykalnie odmienne od tych o których pisze Gazeta.

Przede wszystkim niemal wszyscy z którymi rozmawiałem podnosili swoje kwalifikacje (lub zamierzali to zrobić), niemal wszyscy mieli irlandzkich znajomych i przyjaciół, większość z dumą podkreślała swą postępującą integrację z irlandzkim społeczeństwem (przy okazji oczywiście narzekając, marudząc i żartując z Irlandii i Irlandczyków). W zasadzie wszyscy też z większym lub mniejszym, ale jednak zażenowaniem, wypowiadali się o poziomie polskich mediów wydawanych czy produkowanych w Irlandii.

Projekt w jakim brałem udział nie był wielki, ale nie był jedyny - podobnych projektów w Irlandii i Wielkiej Brytanii prowadzono i wciąż prowadzi się naprawdę sporo. Są też ludzie - jak choćby pracujący na uniwersytecie w Surrey doktor Michał Garapich - którzy naprawdę wiedzą bardzo dużo na temat polskiej imigracji w Wielkiej Brytanii czy Irlandii. Czytając omówienie badań w Gazecie miałem wrażenie, że przeprowadzający je badacze uważają się za pionierów odkrywających nieznane lądy.

Na temat pożytku z 'emigrantów na emigracji' ja sam mówiłem w tejże Gazecie ponad dwa lata temu, zachęcając do opracowania strategii kontaktów z 'nową diasporą'. Kilka uwag na ten temat jest zresztą również w mojej książce.

Tym jednak co najbardziej drażni, jest ton, sposób pisania o polskiej emigracji. Ton pobłażliwy, pełen ledwo skrywanej litości i pogardy. Słynne słowa prezydenta Kaczyńskiego o 'nieudacznikach' wciąż tu gdzieś dźwięczą...

Nie jestem od tego, by robić psychoanalizę dziennikarzom GW, lecz to pytanie: 'dlaczego taki język?!' prędzej czy później powinno doczekać się odpowiedzi. Byłbym jej bardzo ciekawy...
00:45, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (5) »