Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
czwartek, 26 kwietnia 2012
627. i jeszcze raz...
... o re-industrializacji.

Tym razem w Notesie na 6 Tygodni.
Cały notes ciekawy, więc szczerze polecam.
21:18, krzysztof_nawratek , miasto
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 kwietnia 2012
626. miasto przemysłowe 2.0 - ciąg dalszy (nastąpi)
W piątek spotkaliśmy się w Rastrze z Edwinem Bendykiem by porozmawiać o przemyśle i mieście, o neo- lub re-industrializacji (notka Edwina tutaj). Niestety, dyskusja, głównie za sprawą Pani-W-Białym-Sweterku [zapis wideo z dyskusji na stronie Fundacji Bęc! Zmiana], średnio się kleiła. Choć Pan-Z-Narożnika bardzo starał się by była ona jednak merytoryczna i na temat. Ostatecznie nie było źle (tak myślę), choć widać, że trudno się dyskutuje o hipotezach i eksperymentach, a nawet o praktycznym wymiarze pewnych procesów, gdy wielu z zabierających głos walczy po prostu o swoje pensje i bonusy.
________
A z innej beczki - w Przekroju rozmowa na temat książki Jana Sowy, o której pisałem na tym blogu, między innymi z moim udziałem.
19:36, krzysztof_nawratek , miasto
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 kwietnia 2012
625. miasto przemysłowe 2.0
To się musiało w końcu stać - piszę i mówię o reindustrializacji, najwyższy czas zacząć o nią walczyć.
20 kwietnia w Warszawie z Edwinem Bendykiem będziemy dyskutować 'reindustrializacja (ja) kontra neoindustrializacja (Edwin)', spotkanie organizuje Fundacja Bęc! Zmiana, szczegóły wkrótce info tutaj [Galeria Raster, Wspólna 63, godzina 18:30]. Dzień później zaczynamy warsztaty projektowe w Ursusie.

A w październiku ciąg dalszy... First we take Ursus, then...?
13:36, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
624. Fantomowe ciało króla - mocna [prawicowa] książka
Parę miesięcy temu, młodzi krakowscy konserwatyści skupieni wokół pisma Pressje podjęli trud zaprzęgnięcia lewicowych (a może po prostu współczesnych? Większość współczesnej myśli humanistycznej i społecznej jest lewicowa...) teorii do konserwatywnego/prawicowego powozu. Efektem było wydanie teki Pressji pod hasłem 'I love lewica'. Trzeba przyznać, że próba prezentowania lewicowym (ze wszystkimi zastrzeżeniami) językiem konserwatywnych idei okazała się interesująca, jednak moim zdaniem skończyła się porażką. Mimo pewnej biegłości (choć zdarzały się też oczywiste wpadki - jak na przykład błędne rozumienie podmiotu u Latoura) język współczesnej humanistyki i nauk społecznych jest jednak dla krakowskich konserwatystów językiem obcym. To trochę jak nauka angielskiego w liceum - niby wszystko jest okay, ale połowy odniesień kulturowych w Black Books i tak nie można zrozumieć.

W zupełnie innej sytuacji jest inny mieszkaniec Krakowa, Jan Sowa, socjolog i wydawca dla którego lewicowy ('współczesny') język nauk społecznych, filozofii i humanistyki jest jego własnym językiem.

Wydana właśnie książka (mająca - jak rozumiem - prowadzić do habilitacji) 'Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmaganie z formą' [dodano 10.04.12: na stronie Praktyki Teoretycznej wprowadzenie do książki - przesmaczne, polecam!] z wielką biegłością odczytuje historię Polski ostatnich kilkuset lat poprzez dorobek myśli Wallersteina, Latoura, Lacana, Zizka, Laclau'a, Badiou a także teoretyków myśli post-kolonialnej. Sowa pisze sprawnie, prezentując swe wywody z rzadką w polskiej humanistyce klarownością (nawet znany dziennikarz-bloger, który z pogardą, pochodzącą najwyraźniej z ignorancji pisał o " żiżkologii lacanistycznej" nie powinien mieć specjalnych problemów, by książkę zrozumieć).

Jan Sowa przekonuje, że po śmierci ostatniego króla Polski, państwo praktycznie przestało istnieć. Owo 'Fantomowe ciało' nawiązuje do idei dwu ciał króla - ciała materialnego i ciała politycznego. Królowie elekcyjni mieli jedynie ciała materialne, nie byli więc w rzeczywistości królami w ich funkcji reprezentowania państwa (czy wręcz 'bycia państwem'). Co gorsza, miejsce, które we współczesnych demokracjach nigdy nie zostaje zajęte pozwalając na demokratyczny spór pomiędzy różnymi grupami, w I Rzeczpospolitej zostało zawłaszczone przez szlachtę, która utożsamiła się z państwem i narodem (wyłączając z narodu polskiego, poprzez użycie ideologii sarmackiej zarówno chłopstwo jak i mieszczaństwo). Jak malowniczo opisuje to Sowa: "Ciało fizyczne króla umarło śmiercią naturalną, a ciało polityczne zostało dorżnięte przez szlachtę, która na jego trupie urządziła sobie karnawał zwany demokracją szlachecką" (strona 240).
Tu przychodzi na myśl najnowsza książka Agambena "The Kingdon and the Glory: For a Theological Genealogy of Economy and Government", której Sowa chyba jeszcze nie miał szansy przeczytać, choć używa aparatu teologii politycznej w podobny do Agambena sposób.

Sowa płynnie przechodzi od analizy geopolitycznych idei I Rzeczpospolitej, ustroju gospodarczego Polski szlacheckiej (przy okazji obalając mit jakoby Rzeczpospolita była 'spichlerzem Europy') do rozwiązań instytucjonalnych oraz ideologii (sarmatyzmu), która wiązała i uzasadniała formę istnienia (a w zasadzie nieistnienia) Polski.

W wywodach Sowy, czuje się rozczarowanie odrzuceniem przez polską szlachtę przemysłowej, nowoczesnej modernizacji (a więc kapitalizmu), rozczarowanie panicznym strachem jaki szlachta odczuwała przed wyimaginowanym niebezpieczeństwem zbytniego wzmocnienia władzy królewskiej, niesmak intelektualnym lenistwem, brakiem wyobraźni i klasowym egoizmem - który uniemożliwił powstanie nowoczesnego narodu. Choć Sowa tylko w jednym miejscu powołuje się na krakowską szkołę historyczną i w dwu na myślicieli związanych z Narodową Demokracją (Dmowskiego i Wasiutyńskiego - i czyni to z wyraźną wobec nich niechęcią) przez przynajmniej połowę książki miałem poczucie, że Sowa jest niesfornym, heretyckim kontynuatorem zarówno Stańczyków jak i (klasycznych, zanim się zdegenerowali w ONRy) Endeków. Sowa oczywiście ma poglądy zupełnie nie-prawicowe, szczególnie jeśli za prawicę uznamy tych, którzy w Polsce współcześnie się za nią uważają. Fragmenty, w których cytuje jak karana była szlachta, która dopuściła się zabójstw czy przemocy wobec chłopów, powinny wszystkich, którzy wciąż wieszają sobie portrety szlacheckich przodków na ścianach (tak, jest w książce wspomniany prezydent Komorowski, choć w nieco innym kontekście) skłonić do ich schowania i natychmiastowej zmiany nazwiska. To są jednak tylko momenty (podobnie, gdy pisze o polskim kresowym projekcie kolonialnym), w których Sowa nie ukrywa swojej niechęci i oburzenia wobec szlacheckiego barbarzyństwa. Przez większość książki opis jest zimny, racjonalny, pokazujący w jaki sposób Polacy sami zaprzepaścili szanse by stać się nowoczesnym państwem i narodem i jak sami skazali się na bycie peryferiami. Ten chłód argumentacji (z lekko wyczuwalną pasją, która tę argumentację nakręca) przypomniał mi endeckich i konserwatywnych krytyków polskiego romantyzmu czy po prostu polskiej politycznej głupoty.

Końcówka książki stawia fundamentalne pytanie - czy z pozycji peryferyjnej można w ogóle wyjść? Sowa polemizuje tu z tezami współczesnej polskiej (postmodernistycznej) prawicy, która chciałaby szukać wyjścia w jakiejś wyjątkowości, czy też swojskości Polski. Sowa nie ma złudzeń, że to kolejne wcielenie sarmackiego snu - pokazuje zresztą, że taka próba delegitymizacji Centrum nie jest polską specjalnością, że zarówno w Polsce jak i wszędzie indziej nie ma sensu. Alternatywa, za jaką opowiada się Sowa jest w książce opisana dość tajemniczo, jako (powołując się na Terry'ego Eageltona) "wejście w wyalienowaną logikę, aby obrócić ją przeciwko niej samej", wydaje mi się jednak, że jest w gruncie rzeczy oczywista. Jeśli (z czym, jestem pewien, Sowa by się nie zgodził) książka jest heretycką kontynuacją pragmatycznego, racjonalnego nurtu polskiej prawicowej myśli politycznej, to końcówka dodaje do ukrytych inspiracji Różę Luksemburg. Sowa pisze, że Centrum nie stało się tym, czym jest, przez przypadek, lecz ukształtowało swoją hegemonię wraz z ustanowieniem hegemonicznej narracji kapitalizmu. Jedynym więc wyjściem z peryferii - co Sowa sugeruje, ale nie pisze wprost - może być jedynie zbudowanie hegemonicznej kontr-narracji, narracji heterodoksyjnej, czerpiącej z domagających się uznania uniwersalistycznych dążeń narodów i państw peryferyjnych. Nie nacjonalizm więc, lecz internacjonalizm i odrzucenie/przekroczenie kapitalistycznej hegemonii jest jedyną drogą dla Polski (i świata).

'Fantomowe ciało króla' to moim zdaniem jedna z najważniejszych książek jakie ukazały się ostatnio w Polsce. Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy o Polsce (i polityce polskiej) myślą poważnie - bez znaczenia z której strony politycznej barykady się znajdują.

_____
Uwaga techniczna: to pierwsza książka, którą w całości przeczytałem jako ebooka. Czytałem ją na ekranie LCD galaxy note o wielkości 5,3". Na całym ekranie była wyświetlana jedna strona, ponieważ Universitas sprzedaje swe ebooki jako pdfy (nie ma tego problemu z formatem epub, który pozwala na regulowanie wielkości czcionki). Czytanie w ten sposób jest męczące, więc jeśli mógłbym zaapelować do wydawców - unikajcie pdfów...


08:54, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (8) »
środa, 04 kwietnia 2012
623. z post-chadeckiej perspektywy
Medialne mody są zadziwiające... choć nie - to uproszczenie, nie byłoby zainteresowania mediów, gdyby nie rzeczywiste działania. Na dodatek w Warszawie...
W każdym razie na temat skłotów odpowiedziałem na ankietę w najnowszym Notesie na 6 tygodni

Bez innowacji społecznej nie będzie innowacji w gospodarce. Skłoty są pozasystemowymi eksperymentami społecznymi — zajmują tymczasowo przestrzeń, która jest martwa, po to by ją ożywić. Można oczywiście występować przeciwko skłotom, powołując się na „święte prawo własności prywatnej”, lecz ja wolę powoływać się na Katolicką Naukę Społeczną, która — na przykład w słynnej encyklice papieża Piusa XI, Quadragesimo Anno — mówi o dwoistości własności: z jednej strony ma ona służyć temu, kto ją posiada, z drugiej jednak na służyć dobru wspólnemu. Nie powinno więc dziwić, że gdy w protestanckiej kulturze anglosaskiej własność jest często ściśle związana z jednostkowym posiadaniem, w katolickiej Brazylii od 2001 roku to wspólnota miejska może — między innymi poprzez progresywne opodatkowanie — wymuszać zmiany użytkowania, a w sytuacjach wyjątkowych odbierać własność tym, którzy dobra wspólnego nie respektują. W Polsce, szczególnie w Warszawie, gdzie liczba gruntów o nieuregulowanej własności jest olbrzymia, skłoty — zarówno w postaci „tradycyjnych” alternatywnych miejsc zamieszkania i kultury, jak również jako „skłoty produkcyjne” — są szansą na ożywianie tego, co ultrakonserwatywnie interpretowane prawo własności uśmierca. Miasto powinno więc przede wszystkim nie przeszkadzać, nie nasyłać państwowej policji, by wspierała i tak silniejszego właściciela, lecz raczej pomagać w negocjowaniu i po chrześcijańsku wspierać potrzebujących. Wydaje się, że powinno powstać prawo, a w skali miejskiej przynajmniej zasady postępowania, które nie negując praw właściciela, pozwoli na społeczne, ekonomiczne i polityczne eksperymenty. Własność nie jest święta, jak większość pojęć w życiu społecznym, jest kwestią takiej lub innej umowy.


oraz udzieliłem jednego wywiadu, (który jak na razie się nie ukazał) który właśnie się ukazał na stronie TVN Warszawa. W obu przypadkach (w wywiadzie bardziej) starałem się pokazać (post)chadecką perspektywę, której wydaje się być dość wierny ostatnio... Starałem się więc również pokazać, że gdy radny PiS mówi, że sercem jest ze skłotersami, to niekoniecznie wynika to jedynie z chęci niezgodzenia się z PO...
10:13, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (4) »