Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
sobota, 31 maja 2008
143. nieludzkie
Na spotkaniu promocyjnym mojej książki w Poznaniu, w księgarni Bookarest, jeden z obecnych (architekt, jak sądzę...) wygłosił długą tyradę na temat potrzeby uwzględniania w planowaniu Matki Ziemi.

Zaatakowałem go brutalnie, wskazując, że w gruncie rzeczy, zasłaniając się Matką Ziemią, usiłuje samego siebie postawić jako jedynego jej obrońcę. Nie różni się więc niczym ani od komunistycznych planistów, którzy działali z namaszczenia Konieczności Dziejowej, ani od planistów neoliberalnych stawiających siebie jako ucieleśnienie Globalnej Logiki.
Dokładnie ten sam zarzut stawiałem planistom na Kongresie Architektury Polskiej - że usiłują, powołując się na Transcendencję, taką czy inną, stać się jej jedynymi Kapłanami.
Te kapłańskie ambicje planistów i architektów naprawdę mnie wkurzają ;)

Ale problem nie-ludzkich części świata jest znacznie poważniejszy, niż ambicyjki i frustracje architektów.
Kiedyś, w którymś z komentarzy, wspominał o tym meo-hav. Do pewnego stopnia dotyka tej problematyki również ANT, choć akurat nie przyroda jest w tej teorii najważniejsza.
Problem nie-ludzkiego świata jest problemem - między innymi - reprezentacji.
Jeśli jesteśmy w stanie rozszerzyć zakres ludzi, którzy w planowaniu powinni współuczestniczyć daleko poza obywateli miasta, jeśli bez problemu jesteśmy w stanie włączyć w procesy decyzyjne dzieci, to z tym co nie-ludzkie mamy poważny problem.
Człowiek bowiem, nawet dziecko, jest istotą świadomą i komunikującą się (pomijam ekstremalne przypadki) - jak natomiast skomunikować się z trawą?
Na dodatek, nawet przyjmując, że jesteśmy w stanie zrozumieć podstawową intencję trawy - by rosnąć - nie możemy przecież jej wysłuchać. Nasze interes jest inny.
Podobne problemy dotyczą zwierząt - wciąż przecież walczymy ze szczurami. Albo my, albo one.
No i w ten sposób, wróciłem (pozornie) na stare, antropocentryczne pozycje, do ulubionego przez amerykańską skrajną religijną prawicę fragmentu Biblii "czyncie sobie Ziemię poddaną".

Jaki stosunek więc, jaką relację z tym co nie-ludzkie i na dodatek nie przez ludzi stworzone (problem sztucznej inteligencji pojawi się za chwilę) można zaproponować?
Wciąż przecież wyznajemy oświeceniową hierarchię - my, ludzie "cywilizowani", potem "dzikusy", potem przyroda.
Brutalne? Nieprawdziwe?
W wielu miejscach zwracano już uwagę na to jak przedstawiane są newsy w mediach - śmierć jednego amerykanina jest ważna, ale musi zginąć przynajmniej kilka setek ludzi z Bangladeszu czy Indiach by media zwróciły na ten fakt uwagę.
A śmierci z Darfuru w ogóle umykają naszej uwadze. Nie mówiąc o miejscach, o których w mediach nie ma śladu.
Więc jeśli w mediach, które przecież kształtują nasze widzenia świata taka hierarchia istnieje w stosunku do ludzi, to gdzie tu przyroda?

Och, oczywiście przyroda jest obecna w debacie - stosowana instrumentalnie, jak w słowach tego architekta (?) z Bookarestu.
Kilka miesięcy temu, w GW ukazał się kuriozalny artykuł Anne Applebaum, na temat taniego samochodu Nano, który ma być produkowany w Indiach. Pani Applebaum, bardzo się martwi rozwojem przemysłowym krajów rozwijających się, który może zaszkodzić światowej przyrodzie.
Trudno wyobrazić sobie większą hipokryzje - źdźbło w Indiach i Chinach widzi, lecz belki w Amerykańskim oku dostrzec nie potrafi.
I tak właśnie wygląda problem nie-ludzkich elementów świata - co rusz znajdują się ich rzekomi obrońcy, walący ową ochroną przyrody jak pałką swoich ideowych czy politycznych przeciwników. Nie dotyczy to zresztą tylko przyrody, ale też na przykład zabytków.

Więc?

Mój problem nie leży bynajmniej w samej przyrodzie - najbliższy byłbym tu takiej franciszkańskiej postawie, że należy przekraczać barierę niekomunikatywności i uznawać prawo do istnienia. Być może nie, że wszystko to stworzenie boże, lecz że wszystko to sieć wzajemnych powiązań i zależności.
Oczywiście, boli mnie ów gatunkowy egoizm, który powoduję, że bronię drzewa bo mam w tym interes...
Ale każdy gatunek swoim interesem się kieruje - to też jest zasada, ktora na tym świecie obowiązuje.
Do jakiego stopnia prawo innych, nieludzkich aktorów do istnienia naginamy czy łamiemy, to pozostaje do dyskusji. Zwięrzęta też zabijają, my, ludzie - zwięrzęta robimy to samo. Tylko na większą skalę.

Właśnie z tą dyskusją, negocjacją istnienia - nieistnienia mam problem. Zarówno moralny jak i techniczny.

Sieć zależności w jakich istniejemy, nie jest płaska, nie jest równomiernie zagęszczona. Sieć ma swoje zgęstnienia. Aż boję się napisać - sieć ma swoją hierarchię.
Ale przecież ma.
Fascynującą cechą sieci nie jest bynajmniej jej egalitaryzm, lecz jej zmienność. Owa sieć się wciąż na nowo konstruuje, wciąż na nowo powstaje.
Każdy z aktorów - czy to aktor ludzki czy nie-ludzki, ma w sieci, w danym momencie znaczenie. Ma pewną siłę. Tak właśnie konstruowana jest władza.
Ta władza jest przede wszystkim konstruowana wokół aktorów ludzkich - to człowiek jest podmiotem który albo jest zacieniany przez drzewo, albo chodzi po z tego drzewa zrobionym parkiecie.
Ale przecież, owa władza i dominacja nie jest dana raz na zawsze i nie jest totalna.
Już nawet nie chce wspominać wirusów, które nas zabijają, czy wulkanów czy innych wydarzeń nie-ludzkich z którymi człowiek przegrywa sromotnie.
Jesteśmy częścią większej całości. Nie jest ona wobec nas zewnętrzna, nie jest to jakaś transcendentna przyroda, która musi mieć swoich Kapłanów - Obrońców. Dokładnie przeciwnie - świat nie ma zewnętrza. Transcendencja nie istnieje.
Wewnątrz tego świata negocjujmy - my wszyscy, ludzie i nieludzie, swoje być albo nie być. Negocjacje, z definicji prowadzą do upodmiotowienia stron, aktorów. Myślę, że na początek - wystarczy.
01:11, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 maja 2008
142. w AiB

W najnowszym numerze pisma "Architektura i Biznes" recenzja (jak sądzę) mojej książki.

Szczegółów nie znam, bo pisma w Irlandii kupić się nie da (mam nadzieje, że jakaś dobra dusza mi tekst zeskanuje i podeśle... na przykład autorka, Agnieszka Szeffel ;))

Początek wydaje się jednak interesujący:

"Krzysztof Nawratek wywodzi się ze „śląskiej szkoły architektury”. Skończył studia na politechnice w Gliwicach, będąc na jednym roku z Robertem Koniecznym. Zachęcony sukcesem swojego debiutu — książki pt. „Ideologie w przestrzeni. Próby demistyfikacji” (Universitas, Kraków 2005), napisał kolejną — „Miasto jako idea polityczna” (Korporacja Ha!art, seria: Linia radykalna, Kraków 2008)".

Ciekawe, że autorka zwróciła uwagę na ową "śląskość". Nie wiem, czy jakieś ślady owej "śląskiej szkoły architektury" są obecne w książce (bo generalnie architektura jest w niej obecna śladowo), ale zdecydowanie "śląskość" jako taka jest obecna we mnie. Jeśli to co piszę, ma być w ten sposób etykietkowane, to fajnie - mój Tata byłby bardzo zadowolony. I ja też jestem.

Śląsk jest naprawdę super ciekawym miejscem :)


ps:
info od Autorki - ten tekst to nie recenzja, lecz jedynie krótka relacja z wykładu w Gdańsku.
16:11, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 27 maja 2008
141. w Lampie
W ostatniej Lampie (5/2008) jest recenzja mojej książki autorstwa pani Agaty Pyzik. Początek jest taki:

"Krzysztof Nawratek napisał bardzo interesującą książkę o mieście, znajdując równowagę między najbardziej atrakcyjnymi i modnymi teoriami a przystępnością ..."

a koniec taki:

"Jest to zupełnie nowoczesna książka w tym sensie, że wpisuje się w proces poszerzania pola wiedzy i udostępniania jej. To pozycja na tyle bogata, że recenzent może jedynie polecić jej przeczytanie"

I z tym ostatnim zdaniem również autor się zgadza ;)
10:55, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 maja 2008
140. demokracja jako oszustwo

Demokracja to ściema.
Krzysztof Nawratek. wystąpienie na Kongresie Architektury Polskiej, 24 maja 2008, Poznań.

Szanowni Państwo,

Chciałbym zacząć od razu polemicznie, a wręcz krytycznie odnosząc się do zaproponowanego tematu dzisiejszego panelu.
Poproszono mnie, bym odniósł się do takiego oto tekstu:

"Demokracja – to równoprawne uczestnictwo obywateli (społeczeństwa) w sprawowaniu władzy, to prawa ale i obowiązki, to m.in. współuczestnictwo w gospodarowaniu i zarządzaniu przestrzenią. Dysponowanie przestrzenią i ochrona jej zasobów to ważny element troski o wspólne dobro".

No więc po kolei:

"Demokracja – to równoprawne uczestnictwo obywateli (społeczeństwa) w sprawowaniu władzy..."

Ale czy w mieście mamy do czynienia jedynie z obywatelami?

Oczywiście nie - pomijając przypadek Rygi gdzie 30 % mieszkańców nie ma łotewskiego obywatelstwa, pomijając miasta z dziesiątkami tysięcy nielegalnych emigrantów, w każdym mieście mamy olbrzymi i wzrastający procent ludzi którzy są mieszkańcami - a nie obywatelami. Turyści, pracownicy tymczasowi - w tym również zarabiający olbrzymie pieniądze i niezwykle wpływowi eksperci, również dzieci i młodzież żyjąca w miastach, mająca na te miasta olbrzymi wpływ (również zły, by wspomnieć gangi w miastach amerykańskich czy brytyjskich...)

Choćby z tego powodu mówienie o demokracji w kontekście "współuczestnictwa w gospodarowaniu i zarządzaniu przestrzenią" wydaje się niebezpiecznym zawężeniem problemu.

Demokracja, współuczestnictwo oraz zarządzanie to pojęcia które należy bardzo delikatnie definiować, zanim wrzuci się je w jedno zdanie.

Idźmy dalej - gdy słyszę o "trosce o wspólne dobro" staję się bardzo podejrzliwy.
Dlaczego?
Ponieważ zawsze zadaje sobie pytanie - a kto decyduje czym owo "wspólne dobro" jest i dlaczego planiści przestrzenni na spółkę z urzędnikami i politykami?

Tak się bowiem składa, że frazy "dobro wspólne" używają urzędnicy i planiści i najczęściej służy ono by szantażować lokalne wspólnoty domagające się respektowania ich interesów. "Dobro wspólne" jest więc narzędziem ustanawiania hegemonii, a nie idyllą, jak jest przedstawiane.

Pomijając jednak instrumentalne traktowanie "dobra wspólnego" przez planistów, urzędników i polityków, nawet zakładając ich dobrą wolę, ta fraza i tak budzi mój niepokój.
Używanie jej bowiem świadczy o pozytywistycznym podejściu do planowania i do miasta.

Dobro wspólne - nawet z tej idealistycznej/idyllicznej perspektywy - jest bowiem prezentowane jako coś co istnieje obiektywnie i co należy poznać a następnie realizować. A poznać mogą je jedynie ludzie odpowiednio do tego przygotowani - albo przez edukacje (planiści) albo z racji zajmowanego wysokiego stanowiska i widzenia świata z odpowiedniej - boskiej chciałoby się powiedzieć - perspektywy.

To jest moment arogancji - który pozostawia ową nieokreśloną demokracje "ludowi", przyjmując, że i tak decyzje powinni podejmować ci, którzy się na mieście znają.

Tu właśnie załamuje się demokracja w zderzeniu z "dobrem wspólnym". Demokracja zostaje dobrem wspólnym zabita.
Cóż za przykry paradoks...
Zamiast więc o zmanipulowanej demokracji, wolałbym chwilę poświęcić kwestii władzy.

Rozumienie władzy jest wśród planistów w Polsce niezwykle archaiczne. Władzę po prostu się posiada.
Ale jaką władzę?
Są jej bowiem - co najmniej - dwa rodzaje.
Jest władza negatywna - władza restrykcji i regulacji, władza która powoduje że coś się _nie dzieje, oraz władza sprawcza - taka, która powoduje zmianę, czynność, owo _dzianie się_.
W neoliberalnym reżimie owa druga władza jest uprzywilejowana względem pierwszej. Władzę negatywną należy redukować, by mogła rozkwitać władza sprawcza.

A to właśnie władzę negatywną posiadają urzędnicy i planiści.

Zresztą, to utożsamienie funkcji planisty z urzędnikiem jest niezwykle znamienne i nie wiem, czy do końca świadomi są państwo konsekwencji... Ale o tym za chwilę.

Oba rodzaje władzy jednak nie są stabilne. Władza negatywna oczywiście jest mniej ruchliwa, ale każda władza się przemieszcza, ona _bywa_ a nie _jest_.
Władza jest konstruowana pomiędzy aktorami/graczami, a nie jest do niektórych z nich przypisana na stałe.
W zasadzie wszystkie najważniejsze współczesne teorie miejskie - zarówno Urban Growth Coalition, Urban Regime, a przede wszystkim Actor-Network Theory tak właśnie widzą władzę w mieście i może dobrze by było, gdyby polscy urbaniści również zaczęli tak ją dostrzegać.

W pewnym sensie - uratowałoby to im ich "zawodowe życie".

W 2000 roku profesor Paulina McGuirk opublikowała tekst "Power and policy networks in urban governance: local government and property led regeneration in Dublin", w którym opisała jak irlandzcy planiści "wysunęli" się z sieci władzy i utracili znaczenie oraz wpływ na miasto.
To tekst, który wszystkim państwu bardzo serdecznie polecam - w polskim kontekście brzmi bardzo interesująco. Taka przestroga. Może zresztą już spóźniona.

Bo trzeba sobie w końcu jasno powiedzieć - w Polsce planistów nikt do niczego nie potrzebuje.
Zgłaszane od dłuższego już czasu różne pomysły reform planowania w Polsce sprowadzają się tak naprawdę do destrukcji planowania jako takiego - jako władzy negatywnej - a przez to do redukcji znaczenia planistów.
Najzabawniejsze, że sami planiści zakładają sobie stryczek na szyję niezwykle ochoczo i z wielkim zaangażowaniem, usiłując wciąż kreować się na niezależną, posiadającą swe znaczenie - oparte na owym mitycznym, obiektywnym "dobrze wspólnym" - siłę. Kreują się więc na jedynych sprawiedliwych, broniących jakiegoś "dobra wspólnego", którego nikt oprócz nich nie dostrzega.
Architekci zresztą nie są wiele lepsi, by przypomnieć w jaki sposób bronili dworca w Katowicach - na argumenty że śmierdzi odpowiadali "... ale to zabytek".
Planiści oraz architekci nie mają w rzeczywistości żadnej władzy ani mocy. Oparli się bowiem na czymś, co nie istnieje.
Nie ma "dobra wspólnego". Ono jest dopiero i za każdym razem na nowo KONSTRUOWANE. Konstruują je aktorzy działający w sieciach władzy i zależności.
Jeśli urbaniści tego nie pojmą i nie zaangażują się w owe sieci - stracą jakiekolwiek znaczenie.

I to jest moment by wrócić do owej "demokracji jako ściemy".

Bo ja oczywiście wierzę we władzę ludu. Wierzę że istotą miasta jest to, że samo-sobą ono zarządza, że wspólnota które je nie tylko zamieszkuje ale i użytkuje powinna zarządzać sama sobą.
Ale ta wspólnota jest o wiele większa niż jedynie zbiór o nazwie "obywatele", ba! jest nawet większa niż zbiór "ludzie", jest o wiele bardziej skomplikowana.
Skomplikowane są gry i zależności władzy i wiedzy jakie mają w niej miejsce.

Urbaniści i architekci swoją słabość zresztą dostrzegają - krzycząc o swojej wyjątkowej roli jako obrońców i czcicieli dobra wspólnego chcą się po prostu drogo sprzedać.
Samo w sobie, wydaje mi się to mało etyczne, ale jeszcze gorzej jest, gdy zobaczymy komu się urbaniści i architekci sprzedają.

Próba "przyklejenia" się urbanistów do wyrazistych i jednostkowo najsilniejszych graczy - jakimi są aparat administracyjny oraz deweloperzy jest zapewne wygodne i daje profit, ale nie ma to nic wspólnego ze misją służby społecznej, z owym "zaufaniem publicznym" jakim te zawody podobno mają się cieszyć.
Nie ma też nic wspólnego z władzą ludu, a z demokracją o tyle tylko, że służy się wyłonionym w procesie nazywanym "demokracją instytucjonalną" radnym i prezydentowi.

Czy znają państwo przykłady advocacy planning w Polsce? Czy znają państwo przykład gdy planiści czy architekci zaangażowali się po stronie lokalnej wspólnoty przeciw deweloperowi i miastu?

Może i są takie przykłady, ale to jest margines. Ja o nich nie słyszałem.

A przecież mamy w Polsce, z lat 80tych jeszcze tradycję solidarności, tradycję współ-budowania.
To w końcu nie tylko anegdoty, o architektach projektujących kościoły na stole stojącym na środku wioski, z udziałem mieszkańców.
Jeśli mogli tak czynić architekci, to tym bardzie powinno to być naturalne i oczywiste dla planistów. Ale owa tradycja solidarności dawno wyparowała pod wpływem gorącego pieniądza lat dziewięćdziesiątych. Dziś nic z niej nie pozostało.

Można oczywiście zrozumieć, dlaczego advocacy planning nie jest w Polsce popularny - nie można na tym zarobić tak ja można było projektując kościoły.

Nie chciałbym myśleć, że to jest jedyny powód...

15:12, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (6) »
środa, 21 maja 2008
139. przypominam o Poznaniu
Jeszcze raz nieśmiało przypominam, że za trzy dni, w sobotę 24 maja, o 18.00 w księgarni Bookarest w Starym Browarze, będę odpowiadał na pytania dotyczące mojej nowej książki.
http://www.bookarest.pl/index.php?s=6&a=136
Spotkanie poprowadzi pani profesor Ewa Rewers (nawet jak ktoś mnie nie lubi, to dla pani profesor warto przyjść ;)

A przy okazji, zupełnie z innej beczki, podzielę się z wami moimi blogowymi odkryciami:

SOCJOLOGIA

POWIEŚĆ w odcinkach

Miłej lektury, i do zobaczenia w Poznaniu (przynajmniej z niektórymi z Was)
17:28, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 maja 2008
138. beyond buildings... and back
W tym roku, Bienale Weneckie w swej części architektonicznej, odbywać się będzie pod hasłem "Out There: Architecture Beyond Building" (swoją drogą, to chyba pierwsza tak duża architektoniczna impreza, w której ścisłym kierownictwie jest Polak...).
Aaron Betsky, dyrektor wystawy, pisze tak: "... architektura nie jest budynkiem. Budynki są obiektami, a akt budowania powoduje powstanie budynków, lecz architektura jest czymś innym. To sposób w jaki myślimy i rozmawiamy o budynkach, w jakis sposób je przedstawiamy, w jaki sposób je tworzymy. To właśnie jest architektura".

Ja od architektury konsekwentnie odchodziłem od dłuższego czasu. Najpierw bliziutko, słuchając Jana Gehla, uznałem, że Życie jest pomiędzy bydynkami.
Potem coraz dalej, traktując budynki za coraz bardziej przygodne i tymczasowe wypełnienie przestrzeni, efekt sił i procesów, również politycznych, na które dumni twórcy architektury nie mają żadnego wpływu. Ta konkluzja, odbierająca architektom status kreatorów świata (wszak w czasach PRLu, a wcześniej w innych reżimach autorytarnych, architektom wydawało się że to oni, a nie politycy zmieniają świat, przebudowując miasta, proponując nowe sposoby zamieszkiwania i użytkowania przestrzeni realnie wpływają na los milionów ludzi) i sprowadzająca ich do pozycji marionetek nigdy nie potrafiących wyrwać się z ideologiczno-polityczno-ekonomicznego kontekstu, spowodowała - jak sądzę - niemal całkowite zignorowanie mojej pierwszej książki w "środowisku", mimo niezłego przyjęcia "poza" nim.

Póniej odchodziłem od budynków coraz bardziej, koncentrując swoją uwagę zarówno na skali całego miasta, analizując jego funkcjonowanie; jak i na pojedynczych miasta mieszkańcach, próbując poprzez nich, poprzez taką możliwie najbardziej zindywidualizowaną perspektywę opowiedzieć miasto, opowiedzieć jego błędy i szukać jego lepszego kształtu.
Badania nad diasporą, wydawać by się mogło nie mające z budynkami i architekturą już zupełnie nic wspólnego, były taką właśnie wyprawą poza fizyczne i przestrzenne struktury, w świat społecznych sieci i powiązań.
(I znów - studencki konkurs związany z tegorocznym Bienale jest pod hasłem:
EveryVille: Community beyond Place, Civic Sense beyond Architecture... czy więc rzeczywiście odszedłem od architektury tak bardzo?)

Czas jednak chyba, by bogatszy o te poza-architektoniczne doświadczenia, do budynków wrócić.
Czym jednak są budynki widziane z takiej, dalekiej pespektywy? Jakie znaczenie ma architektura i czym ona jest?
Jeśli - jak pisałem w poprzednim wpisie - miasto jest maszyną wychowującą, kształtującą swoich mieszkańców, to ta maszyna, ten System, ma swoje podsystemy, ma wyspecjalizowane urządzenia wykonujące określone zadania.
Zarówno cała miejska infrastruktura techniczna, od dróg i kanalizacji zaczynając a na bezprzewodowym internecie kończąc, jak i cała niematerialna infrastruktura społeczna, kulturalna i ekonomiczna, w taki czy inny sposób zbiega się i ogniskuje w budynku. Sam budynek, ta ochrona przed deszczem, chłodem i złoczyńcami, jest węzłem sieci - materialnych i niematerialnych - powiązań.

Budynek, a szerzej - przestrzenny artefakt (jak Dotleniacz czy nielegalny park w Warszawie) stają się pojemnikiem na znaczenia.
To banał, lecz mimo tego, że miasto to ludzie, że życie toczy się między budynkami, to owe budynki _muszą istnieć_ by mogło być coś pomiędzy nimi.

Lecz oczywiście racje ma Aaron Betsky mówiąc, że architektura to nie sam budynek, lecz sposób w jaki o nim myślimy i go tworzymy.
Owi nieszcześni architekci, którzy poczuli się urażeni umniejszaniem przeze mnie swojej roli, nie są jedynie _neutralnymi_ narzędziami Wielkich Sił. Owszem, nie mogą na owe siły wpływać, lecz mogą - w określonym zakresie - wpływać na kształt przestrzeni jaką te siły tworzą.
Oczywiście, architekt projektujący obóz koncentracyjny, ponosi odpowiedzialność za śmierć i cierpienie jakie zaprojektowana przez niego maszyna przynosi, ale pomijając tak ekstremalne przypadki, (a nawet do pewnego stopnia w nich) architekt może wpływać na intensywność działania projektowanych przez siebie maszyn.

By to jednak czynić architekt musi po pierwsze wiedzieć, jak działają siły którym służy, a po drugie chcieć, mieć moralny kręgosłup, by próbować je hakować i odkształcać.
Wiele budynków i osiedli, powstałych w najczarniejszych czasach stalinizmu, wiele osiedli zaprojektowanych przez architektów nazistowskich, nie tylko nie jest maszynami śmierci i zniszczenia, lecz do dziś, są to dobre miejsca do życia.
Nawet tak wydawałoby się odległe od budynków i architektury studia, jak te dotyczące diaspory i migracji, mogą pokazać nam w jaki sposób architekci z innych kultur, wykształceni w inny sposób myślą, mówią a przez to i tworzą budynki.
Tak samo jak i z drugiej strony - pokazać nam, jak użytkownicy z innej kultury radzą sobie w obcym sobie przestrzennie i kulturowo mieście.
Architekt więc nie jest Wielkim Twórcą, nie jest romantycznym artystą czy demiurgiem, ruchem swej ręki, jak Corbu, mogącym dać ludziom radość lub cierpienie.



Architektura jest sztuką (jak i gotowanie jest sztuką) negocjacji.
Architekt, co zabrzmi być może dziwnie - musi ze wszystkimi żyć w zgodzie.
Stararchitekt to przekleństwo i zaprzeczenie tego, czym architektura tak naprawdę jest.

Mój ojciec - że pozwolę sobie na osobistą dygresję, ale i Tribute dla Niego - ostatnie lata swego życia spędził służąc swym doświadczeniem, wiedzą i talentem lokalnej społeczności, w małym śląskim miasteczku. Od projektu szkoły po kolor ścian w pałacu ślubów czy zasłonki w przedszkolu - doradzał, dyskutował, negocjował. Nie, nie negocjował swoje, twórcze fanaberie, lecz negocjował pomiędzy potrzebami użytkowników, ambicjami urzędników, możliwościami technicznymi i finansowymi.
Nie był Twórcą, lecz był Maszyną Tworzącą. To on splatał w sobie te wszystkie nitki sił i powiązań, w pokorze lecz i w świadomości konsekwencji poszczególnych decyzji, rzeczywiście zmieniał świat.
A dzieci z przedszkola, które nie było jeszcze modernizowane prowadziły rodziców do tych miejsc które modernizacje już miały za sobą i mówiły, że one też tak chcą.

Architektura jest więc negocjacją, budynek jest efektem ale i kolejnym elementem owych niekończących sie negocjacji. Budynek jest zgrępleniem w przepływie.
Jest maszyną, urządzeniem będącym częścią większej całości, lecz jest też chwilową śmiercią, zastygłym życiem, wypełnioną a więc i zabitą potencjalnością. Nie istnieje ciało bez organów. Nie istnieje miasto bez budynków.
Jeśli już, to z punktu widzenia Miasta budynki mogą być ciałami bez organów. Tu prawdopodobnie tkwi owa nieuświadomiana przepaść między architektem a urbanistą. To jest powód, dla którego architekt wciąż musi odpierać pokusę zostania demiurgiem. Budynek jako ciało bez organów jest zagrożeniem, jest niebezpieczeństwem.
Budynek musi być aktywny, musi produkować miasto. Tylko w tym tkwi sens jego istnienia.
09:49, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (8) »
sobota, 17 maja 2008
137. miasto jako Wielka Nauczycielka
Jakieś dwa tygodnie temu, w GW, ukazał się przedruk z NYT "Kair, najgłośniejsze miasto świata".
Ten tekst mówił, między innymi, o tym jak miasto zmienia swoich mieszkańców.
Przede wszystkim, Kair swoich mieszkańców zabija:

"Hałas na typowym dla Kairu poziomie ma wpływ na organizm. Może powodować wzrost ciśnienia i inne choroby wywoływane przez stres. Może mieć wpływ na sen, co z kolei niemal zawsze sprawia, że ludzie są bardziej drażliwi. - Ludzie muszą móc się wyspać i myśleć w ciszy-mówi dr Nagat Amer, lekarz i badacz z krajowego centrum".

i dalej:

"W ciągu ostatnich sześciu tygodni 11 osób zostało zabitych w kolejkach po tani, dotowany chleb, który jest często jedynym pożywieniem dla całej rodziny.
Tych wybuchów agresji nie uzasadnia się hałasem, ale tak naprawdę to on sprawia, że trudności wydają się jeszcze większe niż w rzeczywistości, mówią ludzie na ulicy".

Jest też inna zmiana, róznica, którą powoduje życie w mieście:

"- Lubimy żyć wśród ludzi - tu nie ma prywatności - mówi Ahmed El-Kholei, profesor planowania przestrzeni miejskiej z Uniwersytetu Monufiya w Delcie Nilu, na północ od miasta. - To samo w sobie nie jest złe, niewłaściwy jest tylko sposób wyrażania. Wcześniej, gdy ktoś organizował pogrzeb sąsiedzi przekładali wesele, żeby nie przeszkadzać. Dziś dźwięki pogrzebów i wesel mieszają się ze sobą na każdym kroku".

Myliłby się jednak ten, kto uważałby miasto za siedlisko wszelkiego zła. Jeśli Kair zabija swoich mieszkańców w stopniu większym, niż egipskie wsie, to w Irlandii jest prawdopodobnie odwrotnie - mieszkanie w Dublinie jest zdrowsze, niż mieszkanie na irlandzkiej wsi. I to zdrowsze w dość paradoksalny sposób - w Dublinie się chodzi, biega, przepycha; na wsi wszędzie jeździ się samochodem. To w połączeniu z irlandzką dietą powoduje szokujące różnice w otyłości - dzieci na wsiach są po prostu olbrzymie, w Dublinie co najwyżej z lekką nadwagą.

Dublin, także w przeciwieństwie do Kairu, bynajmniej nie unieważnia prywatności - struktura zabudowy, w większości oparta na domach i domkach jednorodzinnych tylko tą prywatność i indywidualizm podkreśla i wzmacnia. Czasem do absurdu, gdy zamiast zabudowy szeregowej - ze _wspólną_ fuj! - ścianą, w odleglości metra powstają od siebie domki wolnostojące, z oknami wychodzącymi na ścianę sąsiada.

W miastach azjatyckich, w których koncentracja ludzi jest tak wielka, że tłoczą się oni w olbrzymich blokowiskach, a w Tokio są mieszkania bez łazienek - bo kąpać się można w łaźniach publicznych, następuje - podobnie jak w Kairze - zakwestionowanie, a przynajmniej skontekstualizowanie, prywatności.
Do dziś z podziwem wspominam techniki unikania naruszania owej prywatności, jakie stosowali Chińczycy w Szanghajskim, zatłoczonym, metrze.
Szczególnie w porównaniu z agresywnym ignorowaniem faktu istnienia innych w łotewskich czy irlandzkich środkach komunikacji masowej. Z łotewskiego trolejbusu trzeba było wypychać ludzi w drodze do wyjścia, w irlandzkich pociągach, nagminny jest widok eleganckich panów w garniturach kładących swe obłocone buty na siedzeniu na przeciwko.
Pewnie wszystkiego można się nauczyć, ale potrzeba na to czasu i trzeba dobrego nauczyciela.

Już Arystoteles pisał, że miasto wychowuje swych mieszkańców w cnocie.
Miasto więc, jest czymś czynnym, aktywnym, maszyną zmieniającą ludzi, przekształcającą ich w "w nowych ludzi".
W tą siłę miasta, wierzyli architekci i urbaniści w PRLu.
Wzmacniani socjalistyczną wiarą w możliwość stworzenia nowego człowieka, architekci i urbaniści naginali ludzi, łamali ich przyzwyczajenia, starając się stworzyć ich lepszymi. W podręcznikach, za podstawowy cel istnienia socjalistycznego miasta, stawiano "pełny rozwój ludzkiej osobowości".
Gdy PRL upadł, owe stare przyzwyczajenia, nie złamane do końca, wybuchły ze zdwojoną siłą. Wszystko co wspólne, co społeczne stało się podejrzane i najczęściej odrzucone. Ideałem stał się domek z ogródkiem.

Czy miasto może więc zmieniać swoich mieszkańców, czy też istnieje jakaś niezmienna "natura ludzka", której zmienić się nie da, a wszelkie próby skończą się katastrofą?
A może raczej, istnieją pewne przyzwyczajenia, kody kulturowe, których zmiana wymaga po prostu więcej czasu i lepszej pedagogiki?
Istnieją ograniczenia ciała, istnieją ograniczenia umysłu, lecz czy przez ostatnich kilka tysięcy lat, ludzka kultura i cywilizacja nie stawiała sobie za cel ich przekroczenie? Czyż nie o tym opowiada ludzka historia? I czy rzeczywiście, nic się nie zmieniło w ludziach w ciągu ostatnich 2-3 tysięcy lat?
Czyż nie ma różnic kulturowych pomiędzy narodami i kontynentami, między ludźmi, którzy bynajmniej biologicznie się niczym między sobą nie różnią?

Może więc utrata wiary w Polis jako w Wielką Nauczycielke Cnoty jak chciałby Arystoteles jest grubo przedwczesna?
08:55, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 15 maja 2008
136. antysystemowo

Znów wraca sprawa nielegalnego parku, założonego przez mieszkańców warszawskich Kabat, pod "wodzą" p. Jacka Powałki.

Już kiedyś na temat tej inicjatywy pisałem i zdania nie zmieniam - nielegalność jest oczywista, ale jeszcze bardziej oczywista jest alienacja władzy i jej a-społeczność. Do pewnego stopnia mamy tu podobną historię jak w przypadku Dotleniacza - powstaje jakiś przestrzenny artefakt, który dla części mieszkańców jest/staje się bardzo ważny i wtedy interweniuje władza, która powołując się na "dobro wspólne" (w przeciwieństwie do partykularnego egoizmu grupki mieszkańców) ów przestrzenny artefakt chce zniszczyć. Zdecydowanie denerwująca jest taka alienująca się władza - gdyby ona chociaż reprezentowała w tym przypadku interesy Wielkiego Kapitału, albo chociaż Kościoła, to jej postawa - naganna bez dwu zdań - byłaby jakoś zrozumiała. Ale w jednym i drugim przypadku, mamy raczej do czynienia z bezinteresownym oporem władzy, która chcę czuć się władzą.

I tu chyba leży podstawowy problem. Władza w Polsce jest nadal władzą transcendentną wobec społeczeństwa. To nadal jest władza "królewska", która jest uświęcana przez sam fakt stawania się władzą. To jak głupi profesor, który przez sam fakt posiadania odpowiedniego tytułu, może opowiadać bzdury.

Ja nie jestem takim przeciwnikiem hierarchii jak mogłoby to wyglądać - pisałem w mojej książce o niebezpieczeństwach sieci i o tragedii braku hierarchii. Nie o hierarchię tu chodzi, lecz o kontrolę i sprzężenie zwrotne. Władza, która jedynie przekazuje dyrektywy, która zarządza ale nie jest zarządzana przez społeczność, staje się obca, nieskuteczna, szkodliwa. To trochę jak w PRLu, gdy zawsze można było pójść na skargę do pierwszego sekretarza (stąd też ta anegdota, że bezpartyjny jest bezkarny bo go z partii nie usuną), a dziś nie ma do kogo pójść. Mimo tego, że władza jest wybierana w demokratycznych wyborach, jej interakcja ze społeczeństwem nie jest wiele lepszy niż w czasach realnego socjalizmu.

Zawsze ze wzruszeniem wspominam znaki drogowe w Finlandii, które zawsze miały sens. Bardzo szybko nauczyłem się do nich stosować, bo zobaczyłem, że ktoś pomyślał - bardzo pragmatycznie, dopuszczając ku mojemu zaskoczeniu na przykład na niektórych lokalnych drogach prędkość 100km/h - o moim bezpieczeństwie i wygodzie. To taki drobiazg, ale znamienny. Pokazujący, że władza jest jedynie wyspecjalizowanym organem społeczności, który społeczność kontroluje, zarządza nim. Wbrew pozorom, taka sytuacja wcale nie podważa znaczenia władzy, wcale nie obniża szacunku i lojalności wobec państwa. Bo to jest NASZE państwo i NASZA władza, jak mówią Finowie.

W Polsce władza to wciąż są ONI.

10:59, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (8) »
środa, 14 maja 2008
135. emigracja jako zdrada? pierwsza recenzja w "małym konkursie"

Wropismak, z którym jakiś czas temu boksowałem się na moim i jego blogu, jako pierwszy zdobył egzemplarz mojej trzeciej, nienapisanej książki (teraz musi trzymać kciuki bym nie umarł przedwcześnie) i przesłał mi swoją recenzje "Miasta jako idei politycznej".

Mniej więcej z połową tejże recenzji się nie zgadzam, ;) ale w końcu nie o to chodzi by tylko klepać się po pupach, czasem trzeba się szturchnąć. Dodam tylko, że pogarda jest mi uczuciem całkowicie obcym (mam inne wady), więc te osobiste wycieczki uważam za zupełnie nietrafione.

Oto owa recenzja, czekam na kolejne:

Jak uzasadnić przynależność emigranta do społeczności lokalnej w kraju, z którego uciekł? Czy można wierzyć, że kapitał społeczny polskiego miasta można tworzyć poprzez Internet jednocześnie oskarżając Sieć o złodziejstwo czasu? Można. Właśnie to robi w swojej książce "Miasto jako idea polityczna" Krzysztof Nawratek.

Ale myli się ten, kto sądzi, że biorąc tę książkę do ręki znajdzie manifest polityczny emigranta. Wręcz przeciwnie. Nawratek niezwykle celnie wskazuje kłopoty współczesnego miasta. Każąc czytelnikowi wybrać między dwoma wzorcami miast: ultrademokratycznym Porto Alegre i autorytarnym Singapurze zdaje się zapominać, że oba te modele wytworzyły się w miastach dużo niższej świadomości technicznej swoich obywateli. Zdaje się, gdyż sam dla miast cywilizacji Zachodniej poszukuje innych rozwiązań - odrzucając oba te modele.
Te ciekawe poszukiwania zabiorą czytelnika w obszar polityki, gdzie zdaniem autora neoliberalizm morduje demokrację, przez urbanistykę wyrażoną m.in w problemie zaniku przestrzeni publicznych, psychologię społeczną i socjologię aż do propagandy. Nawratek śmiało i celnie wytyka problemy współczesnego świata i współczesnego miasta. Rozpad więzi lokalnych, przekształcanie się Obywatela w Obywatela-Konsumenta czy zmiana charakteru Miasta wraz z rozwojem technologii komunikacyjnych. Poszukuje dla tych problemów rozwiązań tam, gdzie one rzeczywiście są - w Mieście zdolnym (i zdaniem Nawratka koniecznym) do stosowania przymusu na swoich mieszkańcach.
Autor, który buntu doszukuje się nawet w postaci Jezusa Chrystusa oskarżając św. Pawła o zamordowanie tego buntu, dokonuje zawiłej, a przy tym niezwykle ciekawej, konwergencji wielu dziedzin naukowych w konkretnym celu. Udowodnieniu tego, że mieszkając w Londynie, czy Dublinie można być pełnoprawnym Warszawiakiem, Wrocławianinem czy Poznaniakiem. W tym celu tworzy nowego Obywatela uzbrojonego w Sieć: Obywatela Plug-In. To on ma być odpowiedzią na to, gdzie poszukiwać siły Miasta. Jak tłumaczy pełnoprawność sieciowego obywatela, z tym mieszkającym w Mieście? Konceptem wyobraźni (po raz kolejny z szafy wyskakuje nam tu Jean Baudrillard). Według jego teorii każdy z nas, niczym bohaterowie Matrixa, tworzy swoje własne wersje Miasta w wyobraźni. Skoro mieszkaniec postrzega swoje Miasto jako wypadkową drogi do tramwaju, okolic przystanków i okolic miejsca pracy - nie ma miasta, jako takiego. A jeśli zanikła lub zanika więź lokalnych społeczności ulicy, osiedla czy dzielnicy - to trzeba znaleźć nową więź. Sieć.
Wnikliwy czytelnik znajdzie tu odpowiedź dlaczego jeden z najciekawszych autorów pojawiających się w Krytyce Politycznej wybrał emigrację, czy raczej jak on sam to określa: ucieczkę do Centrum. "Miasta peryferyjne, czy obszary peryferyjne, to miejsca z których się ucieka. Jeśli nie ma w nich sensu i znaczenia, jeśli są one miejscami wyzysku i gonitwy, to w naturalny sposób mają one posmak więzienia."
Trudno tu nie dostrzec jak wielką pogardą może swój kraj na peryferiach darzyć przedstawiciel inteligencji emigracyjnej - jawnie namawiając do "ucieczki" z kraju, w którym podstawowym zadaniem jest gonienie Centrum, co sprawia że życie w nim "ma posmak więzienia." Bo choć autor w jednych miejscach sugeruje, że Polska jest już bardzo blisko Centrum, to jednak w innych miejscach wciąż jest od tego miejsca daleko. A każdy kto tu został musi gonić z innymi w tym "wiezieniu".

10:42, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (10) »
wtorek, 13 maja 2008
134. ciekawość...
W Katowicach odbywa się właśnie konferencja na temat Miasta zorganizowana przez Instytut Współczesnego Miasta.

W tej informacji podano, że
"...instytut jest interdyscyplinarnym zespołem ekspertów: architektów, urbanistów, socjologów..."
-
czy ktoś wie może, jacy to urbaniści i socjologowie działają w tym Instytucie?
Szukałem nazwisk, ale nie znalazłem.
A ciekawy jestem - w końcu
pochodzę ze Śląska ...

Jako istotne uzupełnienie tej inicjatywy, której wice prezesem jest znany i lubiany katowicki architekt Tomasz Konior, a która właśnie dyskutuje DensCity (musi być nie po polsku, bo inaczej się nie liczy) proponuję lekturę tego tekstu na temat projektu p. Koniora w katowickiej Dolinie Trzech Stawów.
A w nim wypowiedź Roberta Koniecznego:
"
W Katowicach są całe pasy niewykorzystanego terenu, które jawią się jak puste dziury na planie miasta. Może kiedyś, gdy w mieście zrobi się bardzo gęsto, można będzie się zastanowić nad postawieniem osiedla w Dolinie Trzech Stawów. Teraz Katowice na tym nie skorzystają, bo w blokach zamieszkają bogaci, którzy wykorzystają sąsiedztwo autostrady i weekendy będą spędzać w Krakowie - mówi Konieczny."
No proszę, kolejny lewak - bogaci mu się nie podobają...
I czepia się tej gęstości w mieście... Czy to ważne gdzie jest gęsto? Ważne, że w ogóle, wydaję sie uważać Konior.

Na koniec trochę optymizmu
"Forum jest platformą dyskusji, wypracowuje nowe rozwiązania, narzędzia do projektowania urbanistycznego – powiedział MMSilesii Jan Kubec, prezes Instytutu (Instytutu Współczesnego Miasta - przyp. mój). - Jest jednocześnie instytucją nie tylko teoretyczną, działa praktycznie. Może przyjmować zlecenia od miast na analizę konkretnych problemów – dodał Kubec".

A może od grup mieszkańców też by przyjeli? Niech się protestujący mieszkańcy Osiedla Paderewskiego do nich zgłoszą...

19:36, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2