Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
środa, 27 maja 2009
262. dlaczego Polska pozostanie krajem peryferyjnym
Artykuł w Dzienniku troche mnie rozbawił. Przypomniały mi się czasy PRLu, gdy wciąż w czymś prześcigaliśmy zachód. Na podobny temat - zmarnowanych geniuszy - pisał jakiś czas temu u siebie na blogu WO. Mit bowiem w którym żyjemy brzmi - jesteśmy świetnie wykształceni, pracowici i kreatywni i tylko zewnętrzne czynniki uniemożliwiają nam rozwój.
Kiedyś to był komunizm, a dziś...? Jeszcze nie jest to jasne - jesteśmy w fazie "gierkowskiej", dziś jeszcze obowiązuje propaganda sukcesu... sukcesu za chwilę...

Jakiś czas temu, już poważniej, w artykule Inżynier czy kulturoznawca. Na co powinna postawić Polska Jan Szomburg jr. usiłował przezwyciężyć myślenie mityczne i zastanowić się w czym rzeczywiście Polacy mogliby odnieść jakiś (choćby relatywny) sukces.

Czym dłużej o tym myślę, tym bardziej skłaniam się do wniosku, że ów mit zdolnych i wykształconych Polaków, którym rzeczywistość rzuca kłody pod nogi, nie jest tak do końca nonsensowny...
Pracując na brytyjskim uniwersytecie (no owszem - nie jest to Oxbridge, ale mieścimy się w silnej średniej) nie widzę rażącej różnicy ani pomiędzy polskimi a brytyjskimi studentami, ani pomiędzy naukowcami.
W końcu zatrudnili mnie tu nie z uwagi na tatusia dziekana lub wujka profesora, lecz na podstawie mojego dorobku i tego kim jestem. A mimo tego, że z PL wyjechałem ponad 6 lat temu, to cała moja formalna edukacja w PL miała miejsce.

Jeśli więc nie ma rażącej różnicy między jednostkami, to gdzie leży przyczyna, która sprawia, że to wciąż UK jest lepiej rozwiniętym i bardziej innowacyjnym krajem niż Polska.
Oczywiście - wiem co chcecie powiedzieć - lata komunizmu i brak pieniędzy - oto dwie główne przyczyny.
Oczywiście też...

Wydaje mi się jednak, że podstawowy problem leży gdzie indziej.
W instytucjach i kulturze.
Jeśli więc miałbym potraktować pytanie Szomburga literalnie (zaraz wyjaśnie dlaczego nie ma to sensu) musiałbym odpowiedzieć, że inżynierów mamy OK, brakuje nam porządnie wykształconych kulturoznawców...

Słyszę Wasz śmiech... :) Ale poczekajcie chwileczkę.

Moja teza brzmi - problemem nie jest brak potencjału technicznego, lecz brak umiejętności zbudowania splotu, który pozwoliłby doprowadzić do innowacji.
Mówiąc wprost - brak nam takich kanałów komunikacji i interakcji, które pozwoliłyby specjalistom z różnych dziedzin zadać sobie pytania, które pozwoliłyby zdobyć im pieniądze na badania i w końcu pozwoliłyby implementować wyniki badań w przemysł i w realność społeczną.

Oczywiście, tego wszystkiego nie dokonają kulturoznawcy - choć jak powiedziałem, myślę że polski inżynier jest bliżej poziomu światowej nauki niż polski humanista.
Jednak to właśnie na naukach społecznych i humanistycznych leżałby obowiązek, by takie interdyscyplinarne, wielowymiarowe sploty budować.
By wyprodukować innowację techniczną, wpierw musi mieć miejsce innowacja społeczna.

Myślę, że pesymizm Jadwigi Staniszkis i jej ekstremalna pro-europejskość biorą się z niewiary w potencjał polskich elit. Wydaje się, że Staniszkis miała nadzieję, że struktury unijne nas po prostu przemocą ucywilizują i zmodernizują.
I chyba stąd bierze się jej smutek i rozżalenie, gdy projekt europejski traci pazur...

Myślę, że dwa mity zabijają polską inteligencję - mit przedwojennego arystokraty, siedzącej w dworku na Ukrainie babci tkającej makatki i kultuwującej polskość (mit nie tylko rasistowski, bo ignorujący tych ukraińskich chłopów, którzy na tą babcie pracowali; ale też mit pielęgnujący statyczną, konserwatywną wizję świata); oraz mit PRLowskiego inżyniera, kult praktycznego umysłu (praktycznego, a więc konserwatywnego, odpornego na eksperyment i innowację!).

Pogarda dla spekulatywnego myślenia - zarówno wśród elit jak i generalnie wśród społeczeństwa - nie pozwoli Polsce zmienić swej peryferyjnej pozycji, pozostanie zasobem (ludzi i surowców) oraz rynkiem zbytu.
Jedynym wyjściem byłaby rewolucja - prawdziwa, mocna, społeczna rewolucja... Tylko kto miałby ją przeprowadzić? Jeśli polskie elity nie potrafią nawet zadać odpowiednich pytań?
15:05, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (9) »
sobota, 23 maja 2009
261. Staniszkis
Najnowsza Europa, dodatek do Dziennika jest w całości poświęcony profesor Jadwidze Staniszkis.

Niech będzie to pretekstem dla mojego krótkiego wyznania wiary. Wiary w Jadwigę Staniszkis.

Pani profesor byla tak miła, że zgodziła się napisać wstęp do mojej ostatniej książki, ale nie było przypadkiem, że zależało mi właśnie na jej słowach.
Profesor Staniszkis (choć nigdy jej osobiście nie spotkałem) jest bowiem dla mnie najważniejszym punktem odniesienia w polskiej humanistyce i myśli społecznej.
Uważam ją za najwybitniejszy umysł żyjący obecnie w Polsce.

Dziękuję, że Pani istnieje, pani Profesor :)
02:21, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (2) »
środa, 20 maja 2009
260. przeciw partycypacji?
W ostatnią sobotę byłem w Gdańsku, na III Pomorskim Kongresie Obywatelskim.
Było rzeczywiście bardzo ciekawie - i w części oficjalnej




(zdjęcia ze strony organizatora http://www.pfo.net.pl/)
 i w kuluarowych rozmowach.

A tutaj podsumowanie panelu w którym brałem udział pt.
Miasto - czy wszystko na sprzedaż?

Nie istnieje jedna „właściwa” perspektywa z jakiej należy patrzeć na miasto. Miasto jest heterogeniczne – jego sens leży w wielości perspektyw, w wielości opowieści jakimi o nim mówimy. Dla tej konkretnej opowieści, bez roszczenia sobie wyłączności na prawdę, chciałbym zdefiniować miasto w oparciu o dwa mity: mit Polis, oraz mit Metropolis. Mit Polis, to mit samozarządzającej sobą wspólnoty politycznej; mit Metropolis natomiast, to mit jednostki zagubionej wśród nieskończonych możliwości wyboru.

Nie chciałbym jednak mówić o mieście stawiając te mity jako opowieści przeciwstawne i wyłączające się – wręcz przeciwnie, narracja miejska którą chciałbym opowiedzieć zawiera oba te mity jednocześnie – chociaż nie w równym stopniu. W Mieście bowiem – jak nigdzie indziej – istniejemy w kontekście innych ludzi i innych bytów, a tym co nas alienuje i wyzwala jednocześnie, jest możliwość nieograniczonej wręcz (przynajmniej teoretycznie) zmiany kontekstu w jakim istniejemy. Ta wolność i alienacja to rdzeń mitu Metropolis – ale reguły według jakich możemy dokonywać naszych wyborów są przez kogoś i w jakiś sposób ustalane. Ustalanie reguł to rdzeń mitu Polis.

Dramatem współczesnego miasta, jest utrata przez nie sterowności, utrata (a w każdym razie radykalne ograniczenie) sfer w jakich miasto samo sobą włada. I zanim zadamy pytanie o to – czym jest miasto i jaka jest relacja pomiędzy miastem a jego mieszkańcami, zanim zadamy pytanie o to na ile mieszkańcy mogą / powinni władać miastem podkreślmy jeszcze raz – miasto się rozmywa, traci ostrość, traci tożsamość i podmiotowość. Zanim więc zapytamy na ile mieszkańcy powinni być włączeni w proces podejmowania decyzji dotyczących miasta, uświadommy sobie, że miasto jako Polis, jako samozarządzająca sobą wspólnota już dawno nie istnieje. Miasto jako podmiot to jedynie mit.

I to właśnie owa utrata (a w każdym razie znaczna redukcja) możliwości władania samym sobą jest podstawowym problemem. A co z partycypacją, której domagali się uczestnicy panelu „Miasto czy wszystko na sprzedaż?”. Można wymienić co najmniej jedno współczesne miasto, które jest miastem zarządzanym autorytarnie osiągając przy tym nie tylko świetne wyniki gospodarcze, ale również wyjątkowo wysoki (najwyższy w Azji) poziom jakości życia – mowa oczywiście o Singapurze. Czy jest to wyjątek, czy też przykład dowodzący zbędności współuczestnictwa mieszkańców w zarządzaniu swoim miastem?

Podczas dyskusji prawie wszyscy podkreślali potrzebę a wręcz konieczność włączenia mieszkańców w procesy decyzyjne. Fraza „partycypacja społeczna / publiczna” odmieniana była na wszystkie przypadki. A jednak, postawię obrazoburczą być może tezę, dyskutanci albo nie rozumieli tego czym jest partycypacja społeczna, albo – wcale jej nie chcieli.

Chciałbym zwrócić uwagę na dwa komentarze „z sali”. Jeden z nich, który wygłosiła pani określająca się jako gospodyni domowa, dotyczył potrzeby placów zabaw dla dzieci, które – jak powiedziała ta pani – były nader liczne w latach siedemdziesiątych, a dziś jest ich jak na lekarstwo. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku - jak wiadomo – panował w Polsce system realnego socjalizmu, który między innymi wydatnie ograniczał możliwość współdecydowania mieszkańców – zarówno na szczeblu zakładu pracy, miasta czy kraju. Lata siedemdziesiąte to okres dość cynicznego, technokratycznego symulowania częściowej (oczywiście „ludowej”) demokracji.

Wypowiedź ta wskazuje więc, że to nie sposób podejmowania decyzji, lecz ich efekt jest najważniejszy. Nie ważne kto – ważne jakie.

Jeszcze ciekawsza była wypowiedz Lidii Makowskiej, znanej społeczniczki z Wrzeszcza. Zaapelowała ona do władz miasta, by traktowały swoich mieszkańców jak ekspertów – każdy bowiem posiada wiedzę na temat swojego życia, nie wspominając już o studentach, naukowcach i innych, którzy mają wiedzę specjalistyczną, która miasto może wykorzystać. Zdaję sobie sprawę, że nadinterpretuję wypowiedź Makowskiej – ale czy nie warto uzmysłowić sobie, że ekspert to ktoś kto dostarcza wiedzy, ale kto nie podejmuje decyzji?

Zapewne więc nieświadomie, obie te panie uznały, że partycypacja społeczna nie jest kluczowa dla miasta. Tym co jest ważne jest maksymalnie szeroka wiedza o mieście oraz skuteczność i wykonalność decyzji. Wydaje się więc, że to nie „demokratyzacja” zarządzania miastem, lecz skuteczność i racjonalność są tym, czego tak naprawdę domagali się uczestnicy panelu.

Czy chcę przez to powiedzieć, że społeczna partycypacja jest nic nieznaczącym sloganem i że nie warto zaprzątać sobie nią głowy?

Wręcz przeciwnie.

Owszem – dziś, bardzo często społeczna partycypacja jest pustym pojęciem. Gdy mówi się o dziesiątkach czy nawet setkach mieszkańców zaangażowanych w warsztaty urbanistyczne czy odpowiadających na ankiety, partycypacja jawi się raczej jako cyniczna manipulacja – mówimy przecież o skali poniżej jednego procenta mieszkańców biorących w tych próbach udział!

Głosy domagające się uwzględnienia zdania mieszkańców, o potrzebie tworzenia przestrzeni publicznych „dla mieszkańców” są cyniczne również z innego powodu - nie istnieje jeden głos mieszkańców.

Mówiąc więc o partycypacji, mówimy tak naprawdę o agonistycznym sporze o to czyje jest miasto i jak poszczególne jego fragmenty mają być zagospodarowywane. Partycypacja społeczna więc – rozumiana klasycznie – nie tylko nie rozwiązuje problemów współczesnego miasta, lecz je pogłębia wzmacniając antagonizmy i fragmentaryzacje przestrzeni miejskiej.

Czy jednak „model singapurski” jest odpowiedzią? Mówiąc wprost – czy sugeruję, że najskuteczniejszym sposobem zarządzania miastem jest (miękka lub twarda) dyktatura?

Bynajmniej.

Dyktatura zaprzecza bowiem obu mitom miejskim o których pisałem na początku. Nie jest w stanie wytworzyć Polis – ponieważ ubezwłasnowolnia swoich obywateli, zamieniając ich w konsumentów-żołnierzy; nie jest również w stanie na dłuższą metę zagwarantować wolności kształtowania kontekstu w jakim poszczególny mieszkaniec żyje.

Taki model jest możliwy jedynie w mieście – państwie jakim jest Singapur, gdzie tożsamość i podmiotowość pochodzą z Państwa Singapur, a nie z Miasta Singapur. Odpowiedzią na utratę podmiotowości przez miasto nie jest ograniczenie demokracji, lecz jej radykalizacja i intensyfikacja. Demokracji rozumianej jednak nie tylko jako zwerbalizowanie raz na jakiś czas woli politycznej, co raczej jako immanentne wkomponowanie mieszkańców i użytkowników miasta w procesy decyzyjne.

Jeśli bowiem zgodziliśmy się, że wzrasta siła instytucji zewnętrznych wobec miasta, które decydują o „regułach gry” w nim samym, i jeśli wiemy, że wiedza to władza, że manipulowanie drobnymi, na pozór nieznaczącymi elementami relacji pomiędzy poszczególnymi siłami które na oraz w mieście oddziałują prowadzi do budowanie lub zanikania koalicji które mają rzeczywistą władzę nad miastem, to jedyną szansą by miasto w tej grze zwyciężyło, jest zdobycie przez nie przewagi w wiedzy jaką miasto ma o sobie samym oraz usprawnienie sposobów jej wykorzystania.

Zwycięstwo miasta, rozumiane jako zwiększanie władzy nad sobą samym możliwe jest jednak jedynie poprzez zmianę zarządzania miastem.

Są dwa modele zarządzanie miastem: model liberalny zakłada silne, stabilne instytucje wyznaczające granice aktywności jednostek – bez ingerencji w rodzaj tych aktywności; model etatystyczny zakłada natomiast instytucje, które aktywnie usiłują regulować owe aktywności.

Oba te modele zakładają rozdzielność pomiędzy instytucją a obywatelem (oczywiście korygowaną na różne sposoby – a to przez konsultacje, przez badania czy przez wybory polityczne), zakładają asymetrię wiedzy i władzy. Co jednak najistotniejsze, oba te modele zakładają niesymetryczną relacje instytucja – obywatel.

Wydaje się, że możliwy jest model trwałego i aktywnego odwrócenia tej asymetrii, model w którym decyzje i wybory użytkowników miasta odkształcają sposoby funkcjonowania instytucji, a więc same te instytucje budują.

Być może, mówimy jedynie o zwiększeniu przepływu informacji i zapewnieniu że odbywa się on w obie strony; niewykluczone jednak, że mówimy o czymś głębszym, o prawdziwej rewolucji w zarządzaniu miastem, o rzeczywistym upodmiotowieniu mieszkańców i przejęciu przez nich władze nad instytucjami.

Jakkolwiek by było – zaczątki owego zintensyfikowania relacji są już widoczne w sposobach w jaki operują wielkie korporacje handlowe gdy zbierają i przetwarzają informacje o swoich klientach czy też niektóre miasta zarządzając informacjami o różnorodnych aktywnościach w ich przestrzeniach.

Rewolucja czai się za progiem – trzeba jednak odwagi i wyobraźni, by ten próg przekroczyć.

22:33, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 11 maja 2009
259. bo Berlin to takie lewackie miasto...
Ciekawa akcja.
(trochę autopromocyjnie - bo w tekście są moje wypowiedzi, ale samo wydarzenie jest bardzo ciekawe)
08:21, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 maja 2009
258. rasizm jest taki łatwy...
Gazeta Wyborcza przedrukowała tekst z Cooltury "Ty też byłeś nielegalny".
Tekst jest na temat społecznej akcji, zmierzającej do amnestii żyjących w UK nielegalnych imigrantów.
Amnestia nie miałaby być automatyczna - jak piszą w artykule:

"Celem kampanii Strangers into Citizens (www.strangersintocitizens.org.uk) jest jednorazowa amnestia dla tych emigrantów, którzy żyją tutaj co najmniej od czterech lat. To wcale nie oznacza, że od razu staną się pełnoprawnymi obywatelami UK. Na prawo stałego pobytu będą musieli sobie zasłużyć. Kiedy znajdą pracę, muszą utrzymać ją przynajmniej przez dwa lata, w tym czasie angażować się również w społeczne życie miasta i opanować język angielski".

Pisałem na ten temat w "Miasto jako idea polityczna", pisałem o tym, że miasto musi wziąć na siebie obowiązek (i przywilej) włączenie imigrantów w swoje struktury, nie zostawiając tego zamkniętym grupom etnicznym i religijnym, które nie tylko wykorzystują i uzależniają nowych przybyszów (bez pieniędzy, bez znajomości języka, bez kapitału społecznego w nowym miejscu pobytu), tworzą getta oraz łatwo produkują terrorystów. Oczywiście popieram tę akcję wszystkimi rękami i nogami :)

Odradzam Wam tylko czytania komentarzy na forum GW...

Rasizm i pogarda wobec innych są takie łatwe - znacznie łatwiejsze niż zaangażowanie się w życie społeczne miasta czy opanowanie języka i kultury kraju w jakim się żyje, prawda?
08:35, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 maja 2009
257. po co miastu sztuka?
Pod takim tytułem, w ramach (E) Kongresu Kultury Polskiej dwa teksty - jeden Elżbiety Sekuły, a drugi mój.
21:47, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 maja 2009
256. polityczna (mała) niespodzianka
Jako świadomy obywatel EU oraz rezydent UK, zarejestrowałem się jako wyborca w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego.
Teraz tylko pozostaje zdecydować, na kogo oddać głos...
By trochę sobie pomóc, skorzystałem ze strony EU Profiler, a oto rezultat (jednak trochę mnie zaskoczył...):



Jeszcze ciekawsza jest moja pozycja polityczna w Europie - oto najbliższe mi (według EU Profiler) partie:



18:20, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (6) »
środa, 06 maja 2009
255. o centrach handlowych (znów)...
... sobie pogadaliśmy.
00:58, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 maja 2009
254. już nie spotykam wiewiórek...
... idąc codziennie do pracy. Pod oknem pływają mi żaglówki i wojenne okręty.
10:28, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 03 maja 2009
253. o obywatelu plug-in jednowymiarowo
Koncept obywatela plug - in jest wielowymiarowy i ma wiele różnych zastosowań.
Dla ludzi, dla ktorych tylko pieniądze się liczą, wymiar finansowy powinien być przekonujący. Jak donosi Dziennik, polscy emigranci przesyłają _dziennie_ do kraju 38 milionów złotych.
Stanowić to ma - według ostrożnych szacunków - 1 do 1.5 PKB Polski.

Ciekawe, kiedy w Gazecie Wyborczej przestaną ukazywać się artykuły w których emigranci przedstawiani są jako nieudacznicy (tak Panie Prezydencie - pamiętamy!) lub ludzie z marginesu.

Pieniądze to jednak nie wszystko - wciąż apeluje do miast, a szczególnie małych miasteczek, by "zinwentaryzowały" swoich emigrantów i spróbowały ich jeszcze silniej przywiązać (wiele dzieje się na poziomie emocji, sentymentu) z miejscem z którego pochodzą.

Programy zarządzania diasporą, którymi zajmowałem się trochę pracując na NUI Maynooth, są na świecie traktowane bardzo poważnie, gdy usiłowałem zainteresować tym ludzi w Polsce odpowiedzią była głucha cisza... Szkoda.
11:47, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »