Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
niedziela, 30 maja 2010
377. przemoc założycielska albo Śląsk jak Londyn
Obserwowanie z oddali śląskiej polityki jest zajęciem nudnym, męczącym i frustrującym. Nic się nie dzieje. Nie ma ludzi porywających czy choćby interesujących. Katowic nie stać nawet na jakąkolwiek alternatywę dla prezydenta Uszoka - już nawet nie marzę by go ktoś zastąpił, ale chciałbym by pojawił się ktoś, kto stanąłby przeciwko niemu w wyborach i zaproponował jakąkolwiek alternatywę.

Zamiast tego będziemy mieli rytualnych kandydatów z głównych partii (pod warunkiem oczywiście, że PO nie dogada się z Uszokiem by zechciał wystartować z tej partii), których jedynym celem będzie przegrać z prezydentem Uszokiem.

Elita Śląska to promowani przez Gazetę Wyborczą Smolorz, Kutz, oraz promowany przez Smolorza były wojewoda Czech - 'Śląski Sokrates'. O Bogini! czy naprawdę to wszystko co Śląsk ma do zaoferowania?! Śląski 'układ' - również ten opierający się o nepotyzm - musi zostać zniszczony. Przejrzyste procedury niech przewietrzą ten grajdoł!

A przecież Śląsk ma wielki potencjał! I - tak! - pisząc Śląsk, mam na myśli również Sosnowiec i Dąbrowę Górniczą, a 'śląski szowinizm' jaki czasami można przeczytać na internetowych forach budzi moje obrzydzenie.

Śląsk (wiem, lecę stereotypami) wciąż wyznaje kult ciężkiej pracy (często zupełnie bezsensownej niestety), jest tolerancyjny (co niestety przeradza się czasem w zupełną obojętność wobec bliźnich). Niestety to tu też ukazuje się najpopularniejszy w Polsce tygodnik katolicki 'Gość Niedzielny', znany z zupełnie niechrześcijańskich ataków na Alicję Tysiąc (tak, jestem antyklerykałem, choć jak już kiedyś pisałem, obawiam się liberalnego antyklerykalizmu niszczącego jakiekolwiek pojęcie wspólnoty).
 
Jest na Śląsku mnóstwo nieźle wykształconych ludzi, choć brak tu struktur społecznych promujących innowację i prawdziwy rozwój kulturowy i intelektualny. Jest dużo inżynierów, ale brakuje wizjonerów (i mam na myśli prawdziwych wizjonerów, a nie wymyślaczy zakopania torów w centrum Katowic...). Brakuje też ludzi, którzy tych wizjonerów by wsparli i ich wizje próbowali wcielić w życie.

Jest w końcu wspaniała przestrzeń - gęsta, różnorodna, bogata. Olbrzymie tereny (post)przemysłowe, które wcale nie muszą być zamieniane na kolejne centra handlowe! Obsesja prywatnej własności gruntu prowadzi do spekulacji ziemią i do kryzysu jaki uderzył w kraje kapitalistycznego Zachodu. Chiny mają państwową własność gruntu, co wcale nie przeszkadza, a moim zdaniem właśnie umożliwia, rozwój gospodarczy. Zamiast prywatyzować - jeśli zostało jeszcze coś niesprywatyzowanego - lepiej dzierżawić.
Lepszy skłot niż prywatny płot.


To, czego brakuje, to wizja i przesądzające decyzje. Śląsk powinien być jeden. To powinno być jedno miasto - jak Londyn, zrośnięte z wielu mniejszych organizmów, pielęgnujących swą inność, silnych lokalnymi samorządami, ale pod jedną centralną i silną administracją. Och wiem, że tysiące urzędników miejskich straciłoby pracę, a utrata pracy zawsze jest zła - ale pewnie można by (przynajmniej większość z nich) 'zagospodarować' inaczej.

Dlatego apeluję do rządu i do parlamentu - zamieńcie Śląsk w jedno wielkie miasto! Śląskie 'elity' nie są zdolne do takiego gestu, nie są w stanie wyjść poza swoje prowincjonalne myślenie, założycielska przemoc musi więc przyjść z zewnątrz. Być może zostanie wsparta przez rodzące się ruchy miejskie, przez młodych ludzi, którym się chce i którzy jeszcze nie mają stanowisk i apanaży. Śląsk potrzebuje rewolucyjnej zmiany by wykorzystać szansę jaką wciąż ma.

Przeciw partykularyzmom, za Jednym Wielkim Śląskiem!!!
;)
________
pisząc 'Śląsk' miałem na myśli Górny Śląsk - wszystkich z Wrocławia i okolic przepraszam, jeśli poczuli się urażeni.
13:17, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (6) »
środa, 26 maja 2010
376. hipoteza dziewiąta: trzy interfejsy
Istnieją trzy interfejsy, niezbędne by istniało społeczeństwo:

- konwencja, czyli interfejs relacji f2f, zakorzeniony częściowo w każdym z uczestników procesu komunikacji/socjalizacji, otwarty na zmiany i odkształcenia

- interfejs wewnętrzny, czyli wszelkiego rodzaju organizacje, zachowujące swój określony zestaw reguł, interfejs częściowo otwarty na zmiany, interfejs 'zaborczej miłości', blokujący możliwość 'nie uczestnictwa' 

- interfejs zewnętrzny, czyli instytucje, zamknięty na możliwość odkształcenia 'od dołu', gwarantujący jednakże opcje 'wpinania' i 'wypinania się' z niego
07:51, krzysztof_nawratek , hipotezy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 maja 2010
375. kilka projektów
Dziś mieliśmy oddanie projektów 1 roku M.Arch.
Zrobiłem kilka zdjęć, jakość niestety średnia - jak studenci nam dostarczą pdfy to wkleję coś lepszego - na razie kilka obrazków



A poza tym przypominam (i zapraszam!), że w niedziele jestem w Londynie.
21:38, krzysztof_nawratek , architektura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 maja 2010
374. Nottingham do oglądania
16:34, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 maja 2010
373. sztuka jako eksces
Wczoraj brałem udział w Symposium 'Radiatora' w Nottingham (w bardzo fajnym budynku, autorstwa jednego z lepszych brytyjskich architektów, Caruso St John, Nottingham Contemporary)


(zdjęcię stąd: http://www.carusostjohn.com/projects/nottingham-contemporary/)
pod hasłem 'Tracing Mobility'.
Było interesująco. Oprócz jednego wybryku pewnego artysty, większość wystąpień była co najmniej ciekawa.
Ten wybryk jednak, do pewnego stopnia, uświadomił mi (po raz kolejny), transgresyjną naturę wszelkiej działalności artystycznej.

Artyście po prostu 'wolno więcej'. Przekracza więc radośnie granice i normy (czasem wręcz normy prawne), testuje to co poza, bez specjalnych skrupułów, uprawomocniany transcendentną wobec świata w jakim my, zwykli ludzie, żyjemy ideą sztuki. Nawet jeśli (a może właśnie wtedy przede wszystkim) gdy jego czy jej działalność jest niemal egotyczna, odmawiająca wzięcia odpowiedzialności za swoje działania i ich konsekwencje.

Ja chyba jednak pozostanę w bezpiecznym polu które wyznacza z jednej strony sztuka jako interwencja lub/i krytyka społeczna (polityczna), a z drugiej strony sztuka jako często 'subwersyjny' akt indywidualnej odwagi przekraczania własnej intymności.
Mój prawacki rdzeń się od czasu do czasu ujawnia - cenię ludzi, którzy biorą odpowiedzialność za to co robią i mówią...

O moim wystąpieniu napiszę być może następnym razem. Przyjęto je nadspodziewanie dobrze, może więc miałoby sens by napisać jakiś poważniejszy tekst na jego podstawie (tytuł wystąpienia 'Immigrants as Post-humans', abstrakt tutaj)
07:41, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 maja 2010
372. we Wrocławiu o polityczności i mieście
Dostałem dziś informację o debacie, która odbędzie się 15 maja we Wrocławiu. Myślę, że czytelnicy tego bloga mogą byc zainteresowani.

Wrocław jako przestrzeń polityczna

20 lat temu mogło się wydawać, że upadek PRL i odbudowa samorządu terytorialnego dadzą początek prężnemu społeczeństwu obywatelskiemu. Że zwykli ludzie masowo zaangażują się w życie publiczne. Niestety, doczekaliśmy czasów, gdy działalność publiczna kojarzy się z „polityką”. Ta zaś uchodzi za wyspecjalizowaną sferę życia, którą zajmują się zawodowi „politycy”. Zwykli ludzie wolą inwestować swoją energię w rozwój życia prywatnego. Nie ufają „politykom”. Być może tę postawę da się zrozumieć, gdy mówimy o sprawach krajowych. Ale czy ma ona sens w samorządnym mieście? Czy Wrocław cierpi na uwiąd życia obywatelskiego? Z jednej strony – jest to miasto, w którym od 20 lat nieprzerwanie rządzi ten sam obóz polityczny, a opozycja w zasadzie przestała istnieć. Wiele ważnych decyzji (np. ta o budowie stadionu) nie podlega publicznej debacie. Z drugiej strony – poza strukturami samorządu działa wiele prężnych organizacji pozarządowych, które forsują swoje wizje zmian w mieście. Są aktywne rady osiedlowe. Jednak mają one niewielkie kompetencje, zaś frekwencja w wyborach osiedlowych jest porażająco niska. Nie lubię mówić o „polityce”. Wolę słowo „polityczność”, które rozumiem jako pewien sposób bycia w świecie. Jako zaangażowanie w życie publiczne, formułowanie swoich wizji i walka o ich realizację. Podmiotami tak rozumianej „gry politycznej” („gry o miasto”) są nie tylko „politycy” i „partie polityczne”, ale także organizacje pozarządowe, eksperci, działacze osiedlowi i zwykli obywatele. Zresztą nawet na poziomie zwykłej „polityki” owa „gra o miasto” ma wielu aktorów. Przykładem jest marszałek Dolnego Śląska (jako instytucja), którego rola we Wrocławiu jest niedoceniania, a który odpowiada tu za tak wiele dziedzin życia, że można go w zasadzie nazwać „równoległym prezydentem”. Ogromną rolę odgrywają różne instytucje państwowe, np. PKP. Rzecz w tym, by wszystkie podmioty „gry o miasto” uświadomiły sobie własną „polityczność” i polityczną ważność pozostałych podmiotów. Może warto jakoś sproceduralizować wzajemne relacje (np. te pomiędzy samorządem miejskim a organizacjami pozarządowymi)? Może warto wzmocnić słabsze podmioty (np. rady osiedli)? Może warto poszerzać zakres demokracji? Porozmawiajmy o tym w sobotę, 15 maja, na kolejnej debacie Habeas Lounge (na Łokietka 5 – w InfoPunkcie Nadodrze). Zaczynamy jak zwykle w samo południe. Temat debaty: „Wrocław jako przestrzeń polityczna”.

Wstępnie podzieliłem ją na cztery wątki tematyczne:

1. Czy silna obecność partii politycznych w samorządzie lokalnym to zjawisko pozytywne, czy negatywne?

2. Marszałek Dolnego Śląska jako „równoległy prezydent” Wrocławia.

3. Organizacje pozarządowe: ich kontakty z samorządem miejskim, ich wpływ na politykę miasta.

4. Zalążkowa demokracja na poziomie sublokalnym: rady osiedli, spółdzielnie mieszkaniowe, stowarzyszenia dzielnicowe. Czy warto wzmacniać tę sferę?

Zaproszenie do udziału w debacie przyjęli już:

- Patryk Wild, szef klubu Dolny Śląsk XXI w sejmiku wojewódzkim, wiceprezes MPK

- Michał Syska, „Krytyka Polityczna”

- Paweł Karpiński, Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego, Towarzystwo Urbanistów Polskich

- Przemysław Filar, prezes Towarzystwa Upiększania Miasta Wrocławia

Listę dyskutantów będę poszerzał. Zapraszam!

Łukasz Medeksza

12:48, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 maja 2010
371. będzie dobrze!
Mój pradziadek - jak głosi rodzinna legenda - był chorobliwym optymistą, człowiekiem, który nigdy nie tracił nadziei i zawsze szukał jasnych stron każdego wydarzenia. Taki rodzinny święty trochę.

W czasie wojny na przykład - jako typowy pięknoduch - nie był w stanie nic ukraść, ani 'załatwić' i rodzina cierpiała głód. Pewnego dnia prababcia wpadła w poważną złość, wyrzucając mu jego pasywność. Odpowiedź pradziadka była łatwa do przewidzenia 'Pan Bóg nawet najmniejszym robaczkiem na dnie morza się przejmuje, więc i nam pomoże'. Jak się łatwo domyślić - inaczej legenda nie warta byłaby opowiadania - w tym momencie rozległo się pukanie do drzwi, za którymi stała sąsiadka z miską pełną mąki i jajek (mąż w partyzantce).
Innym razem, gdy pradziadkowi ukradziono rower i smutny szwendał się po domu, prababcia mogła tryumfować 'A widzisz?! Trzeba było rower pilnować!', lecz pradziadek nie dał się tak łatwo wpędzić w poczucie winy 'Ja się martwię nie o rower, lecz o tego co ukradł, bo grzech sobie na swe sumienie wziął'.

Trudno było żyć z takim facetem i między bogiem a prawdą, to raczej prababcia wydaje mi się godna podziwu, choć w legendzie przetrwała jedynie jako narzekające dopełnienie pradziadka.
Legenda prawdopodobnie (częściowo) kłamie, o czym świadczy los dziadka (i jego córek) gdy prababcia zmarła i ożenił on się po raz drugi. Tym razem trafił na kogoś przy kim jego 'dobroć' na nic się zdała, niepełnosprawna córka zajęła miejsce Kopciuszka, pradziadek zajął miejsce żywiciela rodziny (ale nie całej) i sam wkrótce też zmarł (ze zgryzoty, jak głosi dalszy ciąg legendy). Dobra polska legenda musi zawierać śmierć udowadniającą słuszność życia.

Nie piszę jednak tego by do optymizmu zniechęcać. Sam jestem dość radykalnym optymistą, co raczej mi w życiu pomaga niż przeciwnie. Optymizm - dawkowany z umiarem - może być całkiem dobrym uzupełnieniem pragmatyzmu i trzeźwego spojrzenia na świat. Pewnie dlatego, co półgębkiem przyznaje rodzinna legenda, pradziadek z prababcią byli szczęśliwym małżeństwem. Dialektyka tryumfuje.

Optymizm, szczególnie traktowany ze szczyptą soli (jak mówią tutejsi) może też dostarczać nam rozrywki i dawać ten niezbędny do życia, krzywo uśmiechnięty spokój. Cokolwiek się zdarzy, warto patrzeć na rzeczywistość ze spokojem i zawsze szukać jasnych stron.

Więc jeśli w Polsce wygra Gajowy z dwururką lub Wielki Brat Wielkiego Brata (a przecież tertium non datur), a w Wielkiej Brytanii Torysi przekupią LibDem, nie należy załamywać rąk. Jak pisze Michael Hann we wczorajszym Guardianie:

No matter how bad Britain [tu można wstawić: 'Poland'] gets, it won't be as bad as North Korea. Honestly, it won't. Frankly, Britain [Poland?] looks a better bet than chunks of Europe at the moment, too. Not least, of course, because large chunks of Europe are stuffed to the gills with expat Tories [nie muszę chyba dodawać, że można tu wstawić: expat PiSowców lub POwców. Nie trzeba też chyba dodawać, że największe zbiorowiska nowej polskiej emigracji są w Irlandii i Wielkiem Brytanii, a ulubione miejsca wakacji to Grecja i Hiszpania... co się stało z tymi krajami, każdy widzi...].

Cały, przezabawny moim zdaniem, tekst tutaj.
Miłego dnia!
08:19, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 maja 2010
370. wyborcze emocje...
Dziś wybory. Niestety nie mogłem głosować w wyborach do parlamentu, lecz oddałem swój głos w wyborach lokalnych.

Zapowiada się niezwykle wysoka frekwencja i prawdopodobnie brak jednoznacznego zwycięzcy (plotki z godziny 21:09 sugerują, że torysi jednak będą mieli większość... czekamy jeszcze godzinę do pierwszych exit polls). Najwięcej głosów zdobędą torysi, co przełoży się też na największą liczbę mandatów - najprawdopodobniej więc powstanie albo jakiś rząd mniejszościowy, albo koalicja. Najprawdopodobniejsza wydaje się koalicja labourzystów z liberalnymi demokratami, choć nie można całkowicie odrzucić opcji LibDem + torysi.

Kampania wyborcza była niezwykle zacięta i chyba nie bez powodu - wszystkie trzy główne partie walczą o życie.
Labourzyści walczą o zachowanie władzy, co możliwe będzie chyba tylko przy poparciu LibDem. Ale Gordon Brown raczej może już kupować wakacje na Karaibach... Premierem raczej już nie będzie.
Torysi walczą o wszystko - jeśli nie uda im się utworzyć rządu teraz, to najprawdopodobniej nie utworzą go przez najbliższe kilkanaście lat, bowiem koalicja Labour - LibDem zmieni ordynację wyborczą na bardziej proporcjonalną (co jest w interesie LibDem i wszystkich mniejszych partii).
LibDem walczą o wejście do głównego nurtu polityki - przede wszystkim o reformę ordynacji o jakiej wspomniałem. Mimo spadku ich notowań w kilku ostatnich dniach przed wyborami, niezwykle wysoka frekwencja i udział młodzieży może wskazywać, że jednak czeka nas pewna niespodzianka...

Ja osobiście - z powodów ideowych (ale również klasowych)



 - życzę torysom porażki, mimo tego, że nie oczekuje jakiś radykalnych zmian ktokolwiek wygra.
Wielka Brytania ma swoje - poważne - problemy, na które żadna partia (może z wyjątkiem Zielonych...) nie ma żadnego nowego pomysłu. Będzie tak jak jest, tylko bardziej... A w którą stronę bardziej - zależy od tego kto wygra.

Najciekawsze jednak w kampanii przed wyborami było to, jak wszystkie duże partie usiłowały przedstawić się jako partie postępowe. Mieliśmy więc 'progressive tories', mieliśmy LibDem mówiących o sobie jako o partii przejmujących pochodnie postępu porzuconą przez Partię Pracy, Labourzyści z definicji uważają się za partię postępową.

A najzabawniejszą rzecz zobaczyłem dziś rano - okładka The Sun (prawacki tabloid) wyglądała tak:



I tak do końca nie wiem - czy to jest na poważnie, czy to taka wysoce wyrafinowana ironia?
20:31, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 maja 2010
369. hipoteza ósma: wolność czyli błogosławiona pustka
Wolność jest esencją poglądów moich przeciwników. Jest też sednem mojego myślenia o świecie.
Czy to nas łączy, czy radykalnie dzieli?
Czy wolność o której mówią liberałowie i wolność, której ja pragnę jest tą samą wolnością?

Różnica jest fundamentalna: liberalna wolność to wolność wyboru, 'moja' wolność jest wolnością niezgody na wybór.
Wolność liberalna jest zamknięta w deterministycznym kręgu tego co istnieje, ja wołam o wolność która z determinizmu wyzwala.

Modne ostatnio bardzo pojęcie 'emergencji', opisujące proste elementy, które organizują się w złożone systemy, na poziomie fundamentalnych założeń światopoglądowych budzi mój sprzeciw i radykalną niechęć (to o tym były wpisy tutaj oraz tutaj). Emergencja bowiem opiera się na redukcjonizmie oraz determinizmie. Nie tu jednak tkwi największa jej 'zbrodnia'. Teoretycy emergencji widzą świat jako homogeniczną całość, świat w którym informacja co najwyżej ulega redukcji, lecz zawiera w sobie ciągłość, której nic i nikt nie może przerwać.

Świat teoretyków emergencji, zwolenników new age oraz świat liberałów jest światem zalewającej wszystkie szczeliny magmy, błota sklejającego wszystko ze wszystkim. To świat w którym nie ma miejsca na wolność.

Wolność jest w pustce, wolność jest w szczelinach, wolność jest w-tym-co-pomiędzy, wolność jest w oddzieleniu.
Język naturalny pełen jest szczelin i nieciągłości, język naturalny nie przekazuje informacji w absolutystycznym, zero jedynkowym kodzie, lecz w szeregu niedopowiedzeń. Język naturalny broni nas przed niewolą. Specyfika języka nie polega na transferze informacji, nie polega nawet na tej informacji przetwarzaniu, lecz na dziurach, które wymuszają konstrukcję połączeń. Komunikacja w języku naturalnym, ludzka komunikacja jest oparta na (heroicznej) wolności tworzenia, nie na 'wolności' wyboru.

Błogosławione niech będzie to, czego jeszcze nie ma.
11:31, krzysztof_nawratek , hipotezy
Link Dodaj komentarz »