Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
niedziela, 29 maja 2011
519. cztery kratki do góry
Co jakiś czas sprawdzam jak mi się zmieniły poglądy, rozwiązując test na politicalcompass.com. Tym razem wynik wygląda tak





i wydaje mi się niezbyt akuratny. Myślę, że ta czerwona kropka powinna powędrować tak ze trzy - cztery kratki do góry...

No ale to tylko taka zabawa.
12:24, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 maja 2011
518. te rewolucje jeszcze przegramy
Ostatnio rozmawiałem z moim centrowym kolegą (wyznającym taki liberalizm zmęczenia w stylu CM), który komentując moje ostatnie notki powiedział 'rewolucję się robi, a nie pisze'.

Myślę, że się myli.

Rok 2011 okazał się rokiem w którym częściej niż ostatnimi laty ludzie wychodzili na ulice. W Londynie czy Kairze, Trypolisie czy Madrycie, nagle tłumy pojawiały się w przestrzeni publicznej, by domagać się zmian. Sam ten fakt jest ciekawy, pokazujący nawarstwianie się różnych porządków, powstawania augmented reality (ludzie zwołują się korzystając z twittera czy facebooka, organizują protest wykorzystując nakładki na google map). Fizyczność przestrzeni wciąż ma znaczenie, wciąż, jak w 68mym zawłaszczenie ulicy czy placu staje się aktem politycznym. Pojawiła się też nowa jakość, w postaci blokowania sklepów i banków przez ruch UK Uncut. To taki rodzaj mutacji strajku - dziś nie uderzają producenci, lecz konsumenci.

To są wszystko ciekawe, czasem spektakularne działania, problem w tym, że raczej nic z nich nie wyniknie.

Oczywiście, w krajach północnej Afryki kilku dyktatorów zostało obalonych, co zawsze należy witać z radością i co - w przypadku Egiptu - może bardzo pomóc Palestyńczykom. Jednak radykalnych zmian raczej nie należy się spodziewać. Podobnie w Europie - ani manifestacje w UK ani w Hiszpanii raczej niczego nie zmienią.

Właśnie dlatego, że rewolucje najpierw się pisze, a potem robi. Bo oczywiście rewolucja jest możliwa, jako społeczna innowacja niekoniecznie związana z postępem w nauce czy technice. By jednak rewolucję / zmianę przeprowadzić, zanim się zacznie działać (a w najgorszym razie - równocześnie) trzeba wiedzieć, co chce się osiągnąć. Wciąż nie ma w świecie i w Europie wiary, że lepszy świat jest możliwy, że może istnieć alternatywa wobec gnijącego późnego kapitalizmu (w Polsce wygląda to wyjątkowo perwersyjnie, ponieważ z jednej strony mamy ludzi o centro-lewicowych poglądach wierzących, że ich los zależy tylko od nich samych; a z drugiej mamy katolicko-konserwatywną masę. W Polsce nikt nie wierzy w zmianę - jedynie w spiski lub indywidualne szczęście).

Brak w wiary w rewolucję / zmianę coraz częściej jednak łączy się (na świecie) z brakiem wiary w system w jakim żyjemy. Pozostaje pustka. Pustka zawsze prowadzi do zmiany, ale jaka ona będzie zależy między innymi od tego, jaka pojawi się opowieść porządkująca świat.

Co zostanie napisane, to się stanie.
16:39, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 maja 2011
517. to musi być Znak...
Kontynuując proces wymykania się wszelkim koteriom i układom, po publikacji tekstów / wywiadów w Gazecie Wyborczej (wiadomo), Krytyce Politycznej (na lewo), Teologii Politycznej (po katolicku i bardzo na prawo), Nowej Gazecie Śląskiej (autonomia dla Górnego Śląska!), Zielonych Wiadomościach (na zielono i na lewo) oraz regularnego pisania dla My Poznaniacy (Poznań to nie jest spółka akcyjna), przyszedł czas na pismo (resztek) kościoła otwartego i starej inteligencji (załapałem się nawet na okładkę).



Może to jakiś Znak?

20:07, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (9) »
wtorek, 24 maja 2011
516. gniew i pogarda
Ciekawe rzeczy dzieją się w internetsach. Jak mawiają niektórzy - pozwól ludziom mówić, wyjdzie co za jedni. Wiec tacy jedni mówią i mówią, wydaje im się, że świat należy do nich i tak zasłuchani w tembr swojego głosu, nie zauważają, że wychodzą na durniów, seksistów i zwykłych chamów.

Jak to jest, że podział na tych co piszą z sensem, a tych co przede wszystkim swoją męskością wymachują jest tak klarowny?

Nie będziemy linkować do dowodów kompromitacji, jeśli ktoś chce zacząć samodzielną wycieczkę to polecam dwa komentarze pewnego znanego blogera do ostatniego wpisu fronesisa. A potem poszukajcie sobie sami.

Bo w sumie to nie o tym jest ten wpis, lecz o uogólniającym i krzywdzącym dla wielu podziale na tych, którzy są gniewni i na tych co są pełni pogardy.

Gniew jest reakcją dyskryminowanych, pogarda to postawa uprzywilejowanych.

W niemal każdych okolicznościach, nawet jeśli nie podzielam gniewu, to jestem w stanie go zrozumieć. Gniew sam w sobie jest dobry. Pogarda zawsze, bez względu na wszystko jest zła.

Zapiszcie mnie do tego pierwszego obozu.

... lecz chroń mnie, Panie, od pogardy...

(pytanie konkursowe: w jakiej polskiej książce sf wiersz, z którego pochodzi ten fragment pełnił bardzo ważną rolę?)

20:34, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (12) »
niedziela, 22 maja 2011
515. miasto postindustrialne
Jakiś czas temu na zaproszenie Ośrodka Myśli im. F. Lassalle'a brałem udział w debacie na temat miast postindustrialnych.
Tu wrzucam nieskromnie fragment z moją pierwszą, wprowadzającą wypowiedzią, ale jeśli jesteście ciekawi to tam są linki do całości debaty (w kawałkach).





21:32, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (5) »
sobota, 21 maja 2011
514. rewolucja jako lepsza modernizacja
Kogo by nie spytać - może z wyjątkiem przedstawicieli ultra skrajnej lewicy (ale ja takich nie znam) - wszyscy boją się rewolucji. Bo to krew, śmierć i cierpienie. Tyle nas nauczono w szkołach, tak nas wychowały media.
Problem w tym, że strach przed rewolucją, bierze się z niezrozumienia czym ona w istocie jest.

Modernizacja zawsze łączy się z przemocą. W najłagodniejszym wypadku ta przemoc to po prostu radykalne zmiany w strukturze społecznej - robotnicy stają się bezrobotnymi, właściciele domów stają się dłużnikami banków, bogaci stają się jeszcze bogatsi. Za chwilę nierówności społeczne w UK będą takie jak w erze wiktoriańskiej. To jest łagodna, elitarna modernizacja. Ta, którą wszyscy wybierają ze strachu przed rewolucją.

Może być trochę bardziej brutalna jej wersja. Mamy obywateli z pełnią praw, oraz mieszkańców z prawami ograniczonymi. To mogą być nielegalni emigranci, lub po prostu migrant workers. Mogą też być obywatele z pełnią praw, lecz bez odpowiedniego umocowania w sieciach władzy i zależności. Robotnicy i 'inteligencja' na umowach śmieciowych. Ci którzy są elitą, nią pozostaną. Ale to też jest opcja, którą wybieramy ze strachu przed rewolucją.

Więc czym jest ta rewolucja przed którą tak uciekamy? Jest szybszą modernizacją, bardziej zdecydowaną. Jest modernizacją, która stara się być egalitarna.  Nie ma innego wyjścia - ponieważ burzy zastane struktury społeczne, występuje przeciw sile, pieniądzom i wpływom, musi skądinąd brać moc. Więc przynajmniej przez jakiś czas potrzebuje poparcia społecznego. Ludu. Społeczeństwa. I to właśnie jest przerażające - ponieważ tak bardzo się wszyscy nawzajem nienawidzimy, tak bardzo się nawzajem siebie boimy, że wszystko jest lepsze, od tego co wspólne. Strach zabija rewolucje, tak jak zabija dusze.

00:25, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 maja 2011
513. grzeczność
Kolejny felieton na My Poznaniacy. Miłej lektury.

Wspomniałem w nim niedawno wydaną książkę "The Fundamentalist City?". Książka jest kolekcją rozdziałów, mierzących się z różnymi szczegółowymi przypadkami ralacji pomiędzy religią a miastem / przestrzenią. Między innymi John Eade porównuje nowych emigrantów w Londynie, z jednej strony stawiając muzułmanów, a drugiej... polskich katolików. Jest tam kilka ciekawych uwag i obserwacji (na przykład na temat sporu pomiędzy angielską a polską hierarchią kościelną - pisałem o polskiej herezji 'narodowej duszy' - o to czy Polacy powinni integrować się z angielskim kościołem, czy nadal pozostawać w orbicie wpływów kościoła polskiego).
Konkluzja tekstu jest podobna do obserwacji, jakie mieliśmy badając Polaków w Irlandii - że jednak nasi rodacy wymykają się kościołowi polskiemu, że albo w ogóle zrywają z religią, dryfując w kierunku katolickiego kościoła w Anglii albo też w kierunku innych kościołów i religii. Wyzwalający element emigracji i zerwania z dusznym polskim katolicyzmem jest widoczny zarówno w wypowiedziach antyklerykałów, jak również 'wciąż - choć inaczej - wierzących'. Z tymi pierwszymi sprawa jest w miarę prosta, ci drudzy wydają mi się bardziej interesujący. Jedna z takich osób mówi tak:

As I rebeled in Poland against lot of things I saw, here I see that people can accomodate that rebelion, that they can pursue their things without a feeling that he betrays something where he comes from.

Duch teologii wyzwolenia wciąż krąży po świecie (a w każdym razie po Londynie)?
15:53, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 maja 2011
512. jeśli będziecie w Londynie...
... pomiędzy 13tym a 19tym czerwca, to serdecznie zapraszam na wystawę prac moich studentów.



Więcej informacji TUTAJ.
12:29, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 maja 2011
511. sprywatyzowana przemoc
Na ekranach nowy film, na który się nie wybieram.
Ponieważ jednak fabuła jest prosta jak budowa cepa, a omówienia tego filmu wspominają Sucker Punch, który widziałem i o którym pisałem, pozwalam sobie na notkę inspirowaną Hanną.

Teza, jaką stawia linkowany powyżej artykuł w Guardianie jest dość prosta i trudno się z nią nie zgodzić: dziś najlepiej sprzedaje się przemoc połączona ze stereotypową niewinnością, a nikt nie reprezentuje niewinności (w naszej 21 wiecznej, Zachodniej, wyemancypowanej kulturze) lepiej niż dziewczynka.

Zastanawiam się, że nie przyszło autorowi tego tekstu do głowy skojarzenie z dziećmi-żołnierzami walczącymi w Afryce, które dodałoby poza-feministyczny wymiar dyskusji. Ale zostawmy ten wątek na razie...

Hanna jest filmem, w którym wszystkie ideały "girl power" zostały zgwałcone i na nowo poddane męskiej opresji. David Cox kończy bowiem swój tekst tak:

A perhaps surprising feature of the bloodthirsty heroics of characters such as Hanna and Mindy is that they're often wholly directed by some kind of patriarch. The young women in these films play out an entirely male-dictated version of what their self-realisation might constitute. Just how empowering is that?

Cóż - zawsze, gdy walka odbywa się nie w naszym interesie, gdy jesteśmy jedynie najemnikami, o żadnym empowering nie ma mowy - dokładnie przeciwnie. Dlatego Hanna jest taką samą ofiarą opresyjnego systemu, jak chłopcy w Afryce czy Azji.

Nawet jednak pozostając w obrębie narracji feministycznej, nawiązanie do Sucker Punch jest - moim zdaniem - nietrafione. Sucker Punch jest filmem, który podejmuje rękawicę rzuconą przez paternalistyczny mainstream i daje nam zupełnie (?) inną narrację (mimo tego, że mamy tam biegające z karabinami i mieczami śliczne dziewczyny). Różnic pomiędzy SP a Hanna jest kilka, ja chciałbym się skupić w sumie na jednej, moim zdaniem kluczowej. Hanna jest samotną mścicielką, wytrenowaną przez mężczyznę by zabić kobietę. Baby Doll, razem z innymi dziewczynami walczą by odzyskać wolność odebraną im przez spisek mężczyzn. Najważniejsze są tu dwa pytania - "po co przemoc?" oraz "razem czy osobno?".
W Sucker Punch przemoc jest elementem emancypacji. Przemoc jest sposobem w jaki mężczyźni zniewalają kobiety - przemoc fizyczna, przemoc symboliczna, przemoc instytucjonalna. Odpowiedzią na tą męską przemoc nie jest jednak ani bierne jej się poddanie, z nadzieją, że znajdzie się Szlachetny Rycerz na Białym Koniu, który przemieści bierną kobiecość z brutalnej opresji w opresję łagodną. Nie jest też jednak tą odpowiedzią po prostu taka sama przemoc (co dzieje się w Hanna). Przemoc w Sucker Punch jest po pierwsze męską fantazją - Baby Doll tańczy, by wejść w męskie fantazje i tam stoczyć walkę. Po drugie, Baby Doll nie walczy sama, lecz wraz z innymi dziewczynami, w końcu, po trzecie, ponieważ walka jest jedynie narzędziem, w pewnym momencie następuje element poświęcenia, bierności, poddania się by przemoc przełamać.
Mamy więc do czynienia ze skomplikowaną strategią 'hackowania' męskiej wyobraźni i męskiego świata.

Oczywiście, Sucker Punch nie jest aż tak prosty i ideologicznie oczywisty. Tam również mamy męską postać 'anioła', czuwającego i pomagającego dziewczynom, tam też w końcu wspólna walka prowadzi do jednostkowego wyzwolenia.

Jednak prywatna wolność jest efektem wspólnej walki, przemoc sama w sobie nie jest prywatna i jednostkowa, przemoc została uspołeczniona. Można więc być może zaryzykować tezę, że właśnie sprywatyzowanie wyzwolenia jest porażką - zadaniem, jakie film stawia przed widzem. Przezwyciężenie jej jest następnym krokiem, by wyzwolić się nie tylko z opresji mężczyzn, ale również z troskliwej opresji 'anioła'. Tylko wspólnotowe działanie usprawiedliwia przemoc (i stawia ją w szerszym kontekście), sprywatyzowana przemoc jest reprodukcją męskiego świata i nie daje żadnej nadziei na wyzwolenie.

09:07, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 maja 2011
510. mam wąsy i brodę, czyli homeopatia i rewolucja
Bardzo lubię blog Barta i gorąco kibicuję jego krucjacie przeciwko homeopatii i innym przejawom "alternatywnej medycyny" (czyli nie-medycyny. Albo coś jest potwierdzone badaniami klinicznymi i to jest medycyną, albo nie - i wtedy nie jest. Po prostu). Jest jednak subtelna różnica (którą akurat Bart rozumie, czego nie jestem już taki pewien  jeśli chodzi o jego koleżanki i kolegów) pomiędzy krucjatą przeciw irracjonalizmowi a ludziom, którzy w homeopatię i inne tego typu czary wierzą. Mimo tego więc, że w kwestiach podstawowych liberalnych wartości (prawa kobiet, prawa reprodukcyjne, prawa mniejszości), w kwestii naukowej metodologii, a nawet w kwestii stosunku do energetyki nuklearnej jesteśmy na tych samych pozycjach,  więcej nas chyba dzieli niż łączy.

Ta różnica ujawniła się bardzo wyraźnie przy okazji ostatnich wyborów prezydenckich, w których po raz kolejny został odtworzony podział na "cywilizację" i "barbarię". Wszyscy cywilizowani poparli obecnego prezydenta, wszyscy którzy choćby kwestionowali konieczność takiego poparcia zostali natychmiast wrzuceni do worka "barbarzyńcy" i wymazani z debaty.

Swoją drogą, ten brak umiejętności rozróżnienia pomiędzy grzechem a grzesznikiem jest ciekawym przyczynkiem do szerszej dyskusji na temat tego co pozostało z chrześcijaństwa w Polsce... ale to może przy innej okazji.

Jedyną chyba osobą z szeroko rozumianej "nowej lewicy", która wprost opowiedziała się za kandydaturą Kaczyńskiego (w drugiej turze) była Monika Strzępka. Ważne jest bardzo uzasadnienie tej decyzji:
"Może mój wyborczy gest bierze się nie stąd, że jest mi po drodze z Kaczyńskim, ale z jego elektoratem. Czuję silniejszy związek z opiekunką mojego syna z Wałbrzycha, niż z uważającym się za elitarnego kolegą z Warszawy, wyborcą Komorowskiego, który niedawno potrafił powiedzieć: „Jak możesz powierzać dziecko prostaczce z marginesu”?"

Jednak spór z "nowymi racjonalistami / ateistami" nie sprowadza się jedynie do sprzeciwu dla ich elitarności, do odrzucenia powszechnej dla nich pogardy dla inaczej myślących (według nich po prostu "nie - myślących"). Spór jest znacznie poważniejszy i wchodzenie weń jest znacznie bardziej - z mojego punktu widzenia - ryzykowne.

"Nowy racjonalizm" jest bowiem dyskursem zamkniętym - zakłada, że opisuje całość bytu. Nawet więc jeśli czegoś jeszcze nie wiemy, to w ramach przyjętego dyskursu prędzej czy później zostanie to zbadane i zrozumiane. Co to oznacza w sferze polityki? Dla "nowych racjonalistów" ostatecznym horyzontem jest liberalne (konserwatywno-socjaldemokratyczne) centrum . Ewolucja pozycji (byłych) radykalnych lewicowców nie pozostawia złudzeń - albo lądują w mainstreamie (jaki wyznacza w Polsce GW) albo stają się nieznaczącą grupą dziwaków i "idealistów".

Jaka jest alternatywa?
Alternatywą jest otwarcie dyskursu. Jest założenie (i tak - idę tu oczywiście tropem Badiou), że obecny dyskurs, obecna "reprezentacja" nie opisuje bytu w całości. Że zawsze pozostaje coś jeszcze. Problem w tym, że dopóki nie zostanie zaproponowana (znaleziona) nowa porządkująca ów naddatek narracja, kulturowo (i społecznie) oznacza to zanurkowanie w "otchłań" w której znajdują się wyznawcy homeopatii, zwolennicy Davida Icke czy "hipotezy helowej". Na zewnątrz "nowego racjonalizmu" jest w tej chwili prawicowe szaleństwo. Wewnątrz jednak, nie ma nic co dawałoby szansę na jakąkolwiek radykalną polityczną, społeczną i ekonomiczną zmianę. Pytanie więc brzmi - czy w otchłani jest jedynie to co z niej w tej chwili wyłazi, czy może jest coś jeszcze?
Rewolucji nie ma w mainstreamie, a więc...?

Czy polska (i światowa, ale to nie jest w tek chwili istotne) lewica odważy się zanurkować w poszukiwaniu rewolucji? Raczej nie. Krytyka Polityczna zdaje się wybierać bezpieczną opcję, innych liczących się ośrodków myśli i praktyki, które odważyłyby się to zrobić również nie widać.

A ja?

Będąc agnostykiem wciąż siedzę okrakiem na barykadzie, wciąż nie podjąłem decyzji. Na poziomie osobistym, mogę tylko napisać, że mam brodę i wąsy



co moim zdaniem jest estetycznie bardziej przekonującym rozwiązaniem, niż wyglądać jak łysy plemnik.  Czy jednak wybór estetyczny zawsze musi być wyborem politycznym?
16:01, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (145) »
 
1 , 2