Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
środa, 29 maja 2013
713. drobiazgi
Podobno są tacy, których zadziwia fakt, że KP wydała moją książkę.
Pewnie jeszcze bardziej zszokuje ich, gdy dowiedzą się (jeśli jeszcze nie wiedzą), że również Zer0 Books ją wydało a LSE Review of Books zamieściło bardzo pozytywną recenzję. Jak donoszą znajomi (dzięki Joanna!), książkę można kupić po sąsiedzku, w Berlinie (oprócz sieciowych księgarni ofkors).



Na portalu Nowe Peryferie mój tekst o metropolii śląskiej, na papierze ukaże się w Śląskich Studiach Polonistycznych. Tekst został zamówiony przez kwartalnik Fabryka Silesia, ale się nie spodobał ('nie na temat'). No cóż - dzięki temu zamiast w jednym niszowym piśmie, ukazał się w dwu :)

Za chwilę powinien się ukazać nowy numer Aspen Review Central Europe z moim (dość krytycznym) tekstem o idei 'smart city'; a w lewicowo-katolickim Magazynie Kontakt również za chwilę wywiad ze mną o re-industrializacji (w nim też przywołuję Jungera).

Za trochę ponad tydzień, jeśli ktoś będzie w Krakowie zapraszam na dyskusję 'Dobra Przemoc'.

No i to na razie tyle. Na uczelni moi studenci oddają projekty, szaleństwo ocen i przygotowań do wizyty zewnętrznych egzaminatorów i do naszej re-industrializacyjnej konferencji. Gdy wszystko ucichnie, znowu się odezwę.
18:26, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (1) »
sobota, 25 maja 2013
712. miasto, assemblage i popiół
Miasto konstytuują instytucje i to, co pośredniczy. Sieci elektryczne, instalacje kanalizacyjne, drogi... Jedziemy tym samym autobusem, pijemy kawę w tej samej kawiarni, siadamy na tej samej ławce. Nie znaczy to przecież, że musimy się zaprzyjaźnić, ale - jeśli akurat nam się zechce - możemy. Jednak to właśnie to co pomiędzy daje nam wolność niezaangażowania, niewchodzenia w bliższe interakcje, daje nam przywilej pozostania ze sobą na dystans. To jest miasto, miasto, które wyzwala z klanowych więzów, z tego co plemienne, co przed-miejskie.

Assemblage jest niemiejski. To banda internetowych trolli, która zbiera się jak muchy nad ciastkiem, bez odpowiedzialności, bez tożsamości, po to by się nażreć i defekować. Oczywiście, assemblage nie jest tylko zły, ma w sobie gwałtowność i pierwotną siłę zamieszek, ma potencjał rewolucyjnego wybuchu, ale to jest regres, to jest natura, assemblage niczego nie buduje (choć może - gdy proces jego powstawania jest dobrze zmanipulowany - być wykorzystany do budowy i do niszczenia, do zainicjowania rewolucyjnej zmiany).

Awantura, jaką sprowokowałem (nie do końca z premedytacją) na fb moimi wątpliwościami w stosunku do 'Marszu Szmat', pokazała kilka rzeczy. Po pierwsze, mimo tego, że SlutWalk jest (jak napisał Łukasz) 'franczyzą' i na świecie zarówno wśród środowisk lewicowych jak i feministycznych stosunek do tej formy manifestacji nie jest wcale jednoznaczny, to właśnie w Polsce (gdzie na dodatek 'slut' zostało przetłumaczone jako 'szmata', a nie - jak sugerowało kilkoro komentatorów na przykład jako 'zdzira', a więc przyjęto słowo które tylko poniża i uprzedmiotawia, zamiast słowa, które zawiera w sobie agresywne wyzwanie rzucone konserwatywnemu społeczeństwu) nie można na ten temat dyskutować. W Polsce można tylko 'Marsz Szmat' bezkrytycznie popierać, albo jest się zwolennikiem gwałtów, prawicowym barbarzyńcą. 'Dyskusja' pod moją niewinną w sumie notką - która doprowadziła, ku wyraźnemu zadowoleniu co niektórych - do deklaracji ABR o wycofaniu się z publikowania felietonów, ujawniła niesamowite wręcz pokłady nienawiści, które przez środowiska lewicowe (a w każdym razie uznające się za takie) uwalniane są z porażającą łatwością.

Owi lewicowi arbitrzy elegancji dobrze wiedzą, kto na przynależność do ich klanu zasługuje, a kto nie.



Ta 'dyskusja' pokazała, że łatwo jest robić krzywdę (ja też żałuję jednego słowa, którego mogłem nie użyć), łatwo jest niszczyć, bardzo trudno rozmawiać i budować. Ta 'dyskusja' pozostawiła po sobie popiół i obrzydliwy posmak w ustach, którego niełatwo będzie się pozbyć.

Przed-miejskie, naturalistyczne, plemienne nawalanki są wszystkim tym, czemu zaprzecza miasto. Plemię wyznacza granicę - kto z nami, kto przeciw nam. Nie ma tu miejsca na niezaangażowanie, nie można być poza, nie można nie mieć zdania. To jest wojna i nikt nie pozostanie nieporaniony.

Powtórzę więc deklarację, która złożyłem dawno temu w tekście 'Urbanizm jako ideologia?' - bardziej niż lewicowcem czy prawicowcem, jestem 'urbanistą' (jednak w innym znaczeniu, niż używane powszechnie), bo urbanizm to myśl i praktyka przyszłości. Praktyka, która daje wolność, również wolność do bycia razem.

[Problem tylko w tym, że po tej 'dyskusji' pozostało bardzo niewielu ludzi, z którymi chcę być razem... Jestem 'miejski' również w tym sensie, że nie chcę mieć z wami nic wspólnego - choć wciąż będziemy jeździć tym samym autobusem i pić kawę w tej samej kawiarni.]
19:40, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (5) »
sobota, 11 maja 2013
711. koniec ruchów miejskich?
Rozpad stowarzyszenia My-Poznaniacy (My-P) jest - być może - symbolicznym znakiem, że polskie ruchy miejskie (RM), które dopiero co zaczęły zdobywać samoświadomość, właśnie umarły. Wiem, że to ryzykowna hipoteza, która pewnie wielu miejskich aktywistów oburzy, ale być może nie jest ona pozbawiona podstaw...

Mimo głosów przypominających o stowarzyszeniach zajmujących się od wielu lat różnymi miejskimi sprawami (na przykład kwestiami dotyczącymi rowerów), przyjmuje się, że RM zaczęły w Polsce zyskiwać na znaczeniu około roku 2007-8. RM bowiem są czymś więcej niż tylko grupą aktywistów zajmujących się jakąś konkretną kwestią, konkretnym problemem. Stowarzyszenie My-P (a wcześniej Porozumienie Społeczne My Poznaniacy) było takim archetypicznym RM, który narodził się z grupek protestujących przeciwko/walczących o partykularne sprawy i który potrafił połączyć je w ogólnomiejską narrację. Ten zakładany uniwersalizm jest fundamentalną cechą konstytuującą RM, która równocześnie sprawia, że jest on w rzeczywistości bytem niemożliwym.

Już sama nazwa - My Poznaniacy - zawiera w sobie niemożliwą do spełnienia obietnicę powszechności i jedności. RM są z zasady nie tylko a-polityczne, ale wręcz anty-polityczne (to najwyraźniej taka polska karma - pre-polityczna Solidarność, apolityczne Komitety Obywatelskie...). Milcząco zakładają, że istnieje jakiś ideał miasta, jakaś cudowna homeostaza, uzyskiwana w drodze racjonalnych negocjacji - ale nie tylko negocjacji pomiędzy mieszkańcami (stąd możliwy byłby skok w polityczność), ale negocjacji oświecanych światłem prawdy o owym "idealnym mieście". Ta wiara w idealny wzorzec (kiedyś istniejący na mitycznym Zachodzie, a dziś będący hybrydą Kopenhagi i Kurytyby) w połączeniu z pewną naturalną anty-instytucjonalnością/demokratycznością daje RM poczucie moralnej wyższości nad (każdymi) władzami miasta. Ten łatwy podział - złe władze miasta (i nie ma tu ironii - najczęściej władze miasta rzeczywiście są złe) i dobrzy mieszkańcy, reprezentowani/wysłuchiwani/mobilizowani przez ruchy miejskie jest ich (ruchów miejskich) elementem konstytuującym.

Na marginesie warto chyba zauważyć, że My-P wcale nie są typowym polskim ruchem miejskim. Po pierwsze, startując w wyborach odważyli się zakwestionować swą apolityczną "niewinność", po drugie (i to chyba nawet mocniej wpłynęło na ich los) My-P było zakładane przez zupełnie inne pokolenie (pamiętające Solidarność i PRL), niż pozostałe ruchy miejskie w większości polskich miast.

W swoim tekście 'Polityka jest miejska' (na tytuł, jako autor 'Miasta jako idei politycznej' oczywiście patrzę z sympatią ;) Przemysław Filar podąża za Benjaminem Barberem w wierze, że "Stoimy w pół drogi do nowego świata, który będzie federacją miast a nie narodów", wieszcząc nowe idee, które ruchy miejskie wniosą do zapleśniałego świata partyjnej polityki. Problem w tym, że polskie ruchy miejskie żadnych nowych idei do polskiej polityki nie wniosły. Och, oczywiście, okazały się skuteczne w kopiowaniu idei wymyślonych gdzie indziej - takich jak budżet partycypacyjny (warto przypomnieć, że chyba pierwszym w Polsce jego poważnym prorokiem był nieżyjący już anarchista, Rafał Górski), czy bezpłatnego transportu publicznego - ale same z siebie intelektualnie okazały się dość jałowe.

Jedyną chyba ciekawą ideą, była koncepcja narracji konkretnej sformułowana przez Lecha Merglera. Niestety, to co mogłoby teoretycznie wyrosnąć w ciekawy model myślenia o mieście, miejskiej organizacji i polityce, okazało się w przypadku My-P jedynie taktyką. (W "Dziurach w Całym" oczywiście inspirowałem się tym pomysłem pisząc o "prawdzie opowieści" oraz o "granicy/instytucji".)

Ruchy miejskie rościły (roszczą?) sobie pozycję monopolisty - tylko one wiedzą, jaka powinna być "słuszna" miejska polityka. W Poznaniu pojawiły się dwa różne stowarzyszenia, które zgłaszają to samo roszczenie. To musi spowodować albo ich upolitycznienie - co wydaje się już następować - albo upadek. Tak czy siak, idea ruchu miejskiego z jego a-politycznym roszczeniem do uniwersalizmu właśnie się kończy.

Unikanie polityki prowadzi do jałowego technokratyzmu, który widać w wypowiedziach zarówno 'staro-nowych' My-P jak i 'rozłamowców'. Co ciekawe, Andrzej Białas (były szef My-P a dziś szef Prawa do Miasta) przyznaje, że miasto się zmieniło, ale nic z tej zmiany w gruncie rzeczy ani dla niego, ani dla jego nowego stowarzyszenia nie wynika - mówią w zasadzie o tym samym, o czym mówili przez ostatnie lata. Lech Mergler z pewnym żalem przyznaje, że wiele z tego co My-P mówili, zostało przez władze przyjęte i strywializowane. Co oczywiście powoduje, że jedynym programem może być "będziemy robić to samo co władze, tylko lepiej, sprawiedliwiej, uczciwiej".

Czy więc nie ma nadziei i musimy wrócić do starej i sprawdzonej polityki partyjnej (w ramach neoliberalnego paradygmatu TINA)? Wydaje się, że nie ma innego wyjścia. Teoretycznie istnieją oczywiście inne drogi (choćby ta, o której pisałem w 'Dziurach...', a w uproszczonej wersji pisałem o tym tu), i możliwe jest inne, nie-schmittiańskie rozumienie polityki, ale nie wydaje one się w Polsce możliwe. Ruchy miejskie potrafiły przeszczepiać rozwiązania sprawdzone i przetestowane gdzie indziej, nie miały jednak ani siły ani odwagi, ani najwyraźniej potencjału, by nowe, niesprawdzone nigdzie idee kreować i próbować testować (bo tylko poprzez testowanie mogłyby one przybrać realne formy). Kongres Ruchów Miejskich pozostanie zapewne efektywną siecią wsparcia i wymiany informacji, jednak obawiam się, że niczym więcej. Intelektualna słabość i niezdrowa ostrożność spowodowały, że śmierć nadeszła niemal zaraz po urodzeniu. Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej...
---
[dopisane w odpowiedzi na komentarz Artura Celińskiego na fb]
Oczywiście RM nie znikną ot tak, puf! po prostu przekształcą się w coś co już RM z jego uniwersalistycznym roszczeniem być przestanie. Wydaje mi się, że są możliwe trzy drogi (zawsze trzy):
- RM pozostaną merytorycznym zasobem ludzi i idei, wykorzystywanym instrumentalnie (na co narzeka Lech Mergler) przez władze i partie polityczne. Nikt nie kwestionuje, że prawdziwi eksperci, ludzie, którzy naprawdę znają się na mieście są właśnie w RM. Problem w tym, że skuteczność ich działania jest zawsze z 'drugiej ręki', to inni realizują ich pomysły
- RM przekształcą się miejskie partie (lub jedną ogólnopolską partię miejską, co jednak wydaje się niemal niemożliwe), tak jak przekształciliby się prawdopodobnie M-Py, gdyby się nie rozpadli.
- RM zredukują się do NGOsów działających w obrębie jakiejś określonej tematyki, jakiejś puli problemów lub lokalnych nieformalnych inicjatyw walczących o skwer czy plac zabaw.

Wszystkie te scenariusze mają swoje zalety, wszystkie jednakże zakładają powrót w utarte koleiny działań i w znane formy. Nadzieja na 'nową politykę' czy 'nowe miasto' (w sensie radykalnej zmiany, a nie lekkiego ucywilizowania tego co jest) nie znajdzie tu swego spełnienia.

Chyba że, ta nadzieja nigdy nie była w ofercie, polskie RM miały w ofercie po prostu trochę więcej demokracji, trochę mniej korupcji, trochę więcej ścieżek rowerowych. To jest horyzont ambicji klasy średniej z ambicjami (która najwyraźniej nie zauważyła kryzysu roku 2008), wyznaczanym dziś w Polsce przez dziennikarzy zafascynowanych Janem Gehlem, którzy prawdopodobnie jak Zuzanna Ziomecka uważają, że jeśli nie mamy pracy, to w zamian powinniśmy być szczęśliwi, a jeśli nie mamy gdzie mieszkać to powinniśmy cieszyć się parkiem:  "...tworząc deptaki, ścieżki rowerowe i parki, można im zaoferować powrót do życia" (na ten temat więcej TU). Jeśli tak, to oczywiście Artur Celiński ma rację i RM odniosły i odnoszą spektakularne sukcesy i o żadnym końcu mowy być nie może. Tyle tylko, że tu może nie potrzeba RM, wystarczy kilku ekspertów (wywodzących się z KRM) i dziennikarzy?
00:57, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (7) »
niedziela, 05 maja 2013
710. nie chce mi się w wami gadać

Przywódca dużego ugrupowania autonomistów (do niedawna współrządzącego jednym z polskich województw) pisze na fb: 'Tea Party - tak, Occupy - nie' i 'że nie ma darmowych obiadów' i 'rząd nie ma swoich pieniędzy'. I nawet nie chodzi o ten absolutnie powszechny w Polsce korwinizm, który czasem mutuje w prześmieszne, wewnętrznie sprzeczne wersje ("Niskie pensje. W Polsce pracownik międzynarodowej korporacji zarabia cztery razy mniej niż w tej samej w Niemczech. Biurokracja. Jak chcesz załatwić pozwolenie na budowę domu czy założyć firmę, musisz uzbierać skrzynię papierów. Jedne z najwyższych podatków w Europie. Tragicznie niskie zasiłki dla bezrobotnych i samotnych matek."). Już prędzej chodzi o fakt, że gdy przyjmuje się barbarzyńską wersję liberalizmu, to jedynym spoiwem politycznej podmiotowości pozostaje ekskluzywny nacjonalizm. To, co mogłoby być ciekawym ruchem regionalnym, próbującym wymyślić 'inkluzywny nacjonalizm' w szkockim stylu, stacza się w nową wersję polskiej Narodowej Demokracji.

A jednak jest to już dyskusja, jakaś wymiana poglądów i argumentacja. Gdy jednak ktoś podsumowuje tekst Łukasza tekstem "dobro wspólne, które polega na dobraniu się do kieszeni podatnika", to nie chcę mi się dłużej gadać. Bo nie ma o czym. Wystarczy przeczytać umiarkowanie uważnie, z umiarkowanie dobrą wolą, o czym Łukasz pisze, by zrozumieć (co zresztą pokazują komentarze Petrosa pod tekstem), że dyskusja o 'dobru wspólnym' daleko wykracza poza banalny podział "etatyzm - wolny rynek". W Polsce - jak już komuś nie chce się czytać więcej - wystarczy na dobry początek odwołać się do katolickiej nauki społecznej, by zobaczyć, że sprawa nie jest tak prosta i zamknięcie jej w partyjnych podziałach lewica-prawica jest po prostu kłamstwem. Idee 'ekonomii trynitarnej' (cokolwiek byśmy na ich temat myśleli) proponowane przez środowisko Pressji, pokazują, że i na prawicy są ludzie, którzy myślą szerzej i głębiej. Ba! Oprócz "poważnej" (intelektualnej) prawicy, podobnie nie-prymitywne stanowisko (w tej kwestii, w innych już tak ładnie to nie wygląda) zajmują środowiska narodowo-rewolucyjne (określane też - chyba słusznie - jako faszystowskie), jak włoski ruch CasaPound, (czy polscy "autonomiczni nacjonaliści"), który buduje alternatywne instytucje społeczne, traktując skłoting jako ważne narzędzie polityczne.

W moim wykładzie (na co zwrócił uwagę Łukasz), oprócz Róży Luksemburg i greckich skłotów, przywoływałem i Georgesa Sorela, i klasztory, i rodzinę. Dyskusja o dobru wspólnym, nakłada się bowiem na dyskusję o politycznej podmiotowości (i na kilka innych dyskusji) i jako taka wykracza poza doraźny aktywizm i partyjniacką politykę.

Prawdą jest, że dziś mniej chętnie niż kiedyś wdaję się w dyskusje z głupcami. Dyskusja zakłada bowiem chęć - jeśli nie przekonania, bo to nie jest konieczne - to na pewno dowiedzenia się czegoś, zrozumienia i poznania. Często jest to chęć spojrzenia na siebie i swoje poglądy z innej strony. Dyskusja, dialog, rozmowa - to sposób istnienia. Pyskówka z głupcami (z lewicy, prawicy czy z kosmosu), których nie stać na krytyczną refleksję, to strata czasu. Nie chce mi się w wami gadać.

____
Przy okazji trochę autopromocji - wywiad o książce 'Holes in the Whole', pogłębiona recenzja (w języku portugalskim), oraz wykład o re-industrializacji:

___

12:11, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (8) »
środa, 01 maja 2013
709. niech się święci 1 maja!
Dyskusja dotyczy tego, w jaki sposób może dziś powstać zbiorowy podmiot polityczny. Jak w społeczeństwie jednostek, w społeczeństwie, które nie wierzy w społeczeństwo można 'być razem' i 'działać (politycznie) razem'. Najprostsze rozwiązania ma prawica - naród, wspólnota religijna... odwołać się do tego co jest. Może jest ledwo ledwo, może i jest zdegenerowane, ale istnieje realnie. Samo w sobie nie byłoby to tak straszne, gdyby nie fakt, że immanentną cechą tak budowanej wspólnoty jest ekskluzywizm. Teoretycznie religia (szczególnie 'katolicka' a więc odwołująca się do tego co powszechne) mogłaby nie być taka, niestety, łatwiej zarządzać fanatykami, niż ludźmi krytycznymi. Kościół więc wybrał związek z prawicą. Ten flirt ma zresztą długą historię - w zasadzie zawsze kościół hierarchiczny wybierał zamordystów przeciw rewolucjonistom. Z sympatią patrzę na 'lewicę chrześcijańską', obawiam się jednak, że to jest projekt niemożliwy do zrealizowania (ale chętnie zmienię zdanie!). Z narodem sprawa jest jeszcze bardziej oczywista - bardzo łatwo jest wyznaczyć granicę pomiędzy 'my' i 'oni' (i przesuwać tę granicę według upodobań). Budowanie podmiotu politycznego w oparciu o naród jest więc z zasady wyłączające. Wiara w 'lewicę patriotyczną' jest - obawiam się - mrzonką.

Z drugiej strony mamy liberałów, którzy po prostu zarządzają 'społeczną masą upadłościową'. Społeczeństwo jest słabe, nie wierzy, że w ogóle istnieje, cóż więc prostszego niż do tej nie-wiary się odwoływać? Szczególnie, że ci, którzy wierzą (czy to w naród czy boga) są tak przerażający? Liberałowie jednak produkują barbarzyńców, nie liczących się z innymi ludźmi, ogarniętych obsesyjnym egocentryzmem. Liberalizm i prawica to dwie strony tej samej monety - "Kto jednak nie chce mówić o kapitalizmie, powinien także milczeć o faszyzmie", jak głosi jednej z bardziej popularnych cytatów z Maxa Horkheimera.



Chętnie więc będę nawoływał do tego by 'wziąć historię w swoje ręce' ale nie bardzo widzę tego, kto mógłby to zrobić.
Wyzwaniem dla lewicy jest nie tyle odkrycie, co zbudowanie zbiorowego podmiotu politycznego, który będzie z jednej strony inkluzywny, z drugiej wystarczająco samoświadomy by domagać się (i wziąć!) władzy.

Pisząc i mówiąc o 'interfejsach' próbuję do pewnego stopnia przezwyciężyć brak podmiotu, proponując konstruowanie spoiwa (a właściwie 'spoiw', bo to jest zawsze liczba mnoga), które różne 'resztki' oraz 'mimowolne zgęstnienia' tkanki społecznej mogłyby ze sobą związać. Tak, to jest jakaś wariacja na temat liberalnych instytucji,  tak, to jest do pewnego stopnia 'rozpaczliwy' albo 'prowizoryczny' projekt 'odgórnej rewolucji', moje myślenie ma również korzenie w zasadzie pomocniczości... Można więc krytykować go na różne sposoby i z różnych stron. Być może nawet nie jest on wcale projektem lewicowym (ja mocno wierzę, że jednak jest). Mimo wszystkich zastrzeżeń, będę się jednak go trzymał, choćby dlatego, że niczego bardziej przekonującego nie widzę (a z narodem i religią już kiedyś flirtowałem, i wolałbym do tych czasów nie wracać... mimo wszystko).

Cóż, może bez zbytniej euforii, ale jednak Niech Się Święci 1 Maja!
Wszak (choć nie jestem Marksistą) to zdanie jest mi bliskie:
"We must believe in the Principle of Hope. A Marxist does not have right to be a pesimist."

08:56, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Dodaj komentarz »