Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
niedziela, 29 czerwca 2008
161. czy my się znamy, panie Smolorz?

(Poniższy tekst jest dostępny również na portalu Gazety Wyborczej).



Komentarz do komentarzy: pod moim tekstem w GW dyskusja zupełnie nie zwiazana z tematem. Jakiś wybuch "śląskiego nacjonalizmu" i obrzucanie się "hanysami" i "gorolami".

Najzabawniejsze w tym dla mnie jest to, że ja jestem Ślązak :)

Za Ślązaka się uważam i pomysł autonomii Śląska nie jest mi bynajmniej nienawistny.

Mój ś.p. Tata był Ślązakiem fundamentalnym, nigdy nie chciał wyjechać "do raichu" (choć przecież mógł), bo Śląsk to by jego heimat.

Ale na ile go znałem, to na takie nacjonalistyczne pyskówki, jak te niektórych hanysów na forum, to lałby bez pysk ;)


W katowickiej GW pojawił się artykuł pana Michała Smolorza pt. "Dylematy Doktora Nawratka".
Z jednej strony to zabawne, że słynny Michał Smolorz poświęca swój czas i uwagę takiemu małemu żuczkowi jak ja; i pisze taki paszkwil (skąd u pana Smolorza taka personalna awersja do mnie, czy my się znamy?), z drugiej zatrważające, że dziennikarz polemizując ze mną, nic z tego co napisałem nie zrozumiał.

Tekst jest kuriozalny przede wszystkim dlatego, że stawia mnie w szeregu nie tylko obrońców ale i wielbicieli prezydenta Katowic Piotra Uszoka. Na jakiej podstawie? Czyżby na podstawie śródtytułu nadanego przez redakcję GW?


Czy pan Smolorz nie widzi sarkazmu w moim tekście, czy też liczy na to, że tydzień po ukazaniu się mojego tekstu, czytelnicy już go zapomnieli i można im wmówić cokolwiek?


Gdy porównuje mnie z Trofimem Łysenko, myślę, że niebezpiecznie zbliża się do granicy śmieszności.


Pana Smolorza niechęci dla demokracji, pochwał autorytarnej władzy, przekonania że miasta są dziś tworzone indywidualnymi decyzjami prezydentów - wizjonerów, nie warto komentować. Kto tu przypomina stalinowskich "myślicieli" pozostawiam do oceny czytelnikom. Wzruszająca jest ta PRL - owska "szkoła dziennikarstwa", gdy pan Smolorz z jednej strony puszcza oko do prezydenta Uszoka "...nie jestem przeciwnikiem prezydenta Katowic (oddałem nawet nań głos w ostatnich wyborach)",zaraz potem kreując się na odpowiedzialnego, konstruktywnego opozycjonistę.

Ja, w przeciwieństwie do Smolorza i innych, pracując na irlandzkiej uczelni jestem odporny na pokusę zostania kapciowym jakiegokolwiek polityka w Katowicach. Mogę więc pisać bez podtekstów i prób podlizywania się temu czy owemu. Mnie się nie da kupić.

Niestety, dyskusja w Katowicach jest tylko personalna - tego lubię, tamten jest "be". A mnie mało obchodzą wasze wojenki. Ani pan Uszok, ani Konior, ani Smolorz nie interesują mnie osobiście. Ciekawi mnie miasto, jego mieszkańcy, ciekawią mnie idee jakie wcielają w życie gracze na katowickiej szachownicy.


Z oddali widać wiele rzeczy wyraźniej. I być może to właśnie niektórych tak zabolało.

12:16, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (6) »
sobota, 28 czerwca 2008
160. ... dalej się pogubiłam.
W dzisiejszych Wysokich Obcasach recenzja mojej książki (krytyczna) Doroty Jareckiej.
Podoba mi się szczerość recenzentki, która piszę "...dalej się pogubiłam".
Cóż, ja staram się nie recenzować książek, których nie rozumiem ;)
Bo ani koncepcja obywatela plug-in, ani miasta a-andogynicznego nie są tym, czym się pani Jareckiej wydają. Podejrzewam, że dotyczy to całej książki.



ps.
Dziękuje S. za przysłanie mi tego wycinka.
12:09, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (1) »
piątek, 27 czerwca 2008
159. ludzie, informacja i miasto
We wpisie nr 145 obiecałem, że zaczęte tam wątki będą kontynuowane.
Dziś więc troszeczkę więcej na podobne tematy.

Jak wspominałem, od dłuższego czasu jestem zafascynowany pracami profesora Bjorna Asheima.
To co on robi, na pierwszy rzut oka, jeśli nawet ma jakieś zastosowanie do refleksji nad miastem jako takim, nie ma nic wspólnego ze skalą interwencji urbanistycznych, które mnie w tej chwili interesują.
A jednak...

Natknąłem się wczoraj na tekst "Spatial Synergy and Supportiveness of Public Space" Dietera Fricka (Journal of Urban Design, Vol. 12. No. 2, 261–274, June 2007), który dotyka podobnych tematów.
Frick definiuje dwa pojęcia: "spatial synergy", jako relację rzecz - rzecz (a więc budynek, drzewo, infrastruktura etc.) oraz "supportivness", jako relacje rzecz - człowiek, zwracając uwagę na wpływ jaki rzeczy mają na zachowanie i reakcje człowieka.
Już na pierwszy rzut oka widać, że brakuje tu relacji człowiek - człowiek, jako najistotniejszych w mieście, ale rozumiem, że ta relacja, jako najmocniejsza, zakłócić może analizę dwu pozostałych.
Cały artykuł nie jest zresztą warty jakiegoś szczególnego polecenia, ale sprowokował mnie do tego wpisu, więc nie jest też at tak zły ;)

Frick koncentruje się na przestrzeniach publicznych, widząc je przede wszystkim jako "pustkę" pomiędzy obiektami. Ta pustka nabiera znaczeń i ważności ze względu na obiekty i ludzi.
Jeszcze przy okazji pracy nad swoim doktoratem dokonałem banalnego lecz przydatnego podziału przestrzeni publicznych - na takie które są konstytuowane same przez siebie, oraz takie które są konstytuuowane poprzez funkcje do nich przyległe.
Oczywiście - wszystkie przestrzenie są i takie i takie, dyskusja dotyczy stopnia w jakim są "sustainable", a w jakim zależą od tego co się dzieje obok.
Ta typologia jest związana z moją teorią "gęstej przestrzeni" (odsyłam do moich książek ;)) i dotyczy tego, na ile dana przestrzeń / obiekt jest aktywna.
W sumie bowiem, rozdział na budynek / przestrzeń nie jest aż tak ważny.
Różnica pomiędzy galerią handlową a placem jest bowiem mniejsza niż pomiędzy kościołem a labolatorium wojskowym - jeśli weźmiemy pod uwagę stopień "aktywności" tych przestrzeni / obiektów w mieście / kontekście.

Marcin Szczelina lubi, za Aaronem Betskym, powtarzać, że budynki to grobowce architektury... Być może, ale nawet grobowiec ma swój potencjał znaczeń i aktywności. Choćby mauzoleum Lenina ;)


(obrazek stąd: http://www.daylife.com/photo/07g7b8j8Cr520)

Każdy budynek jest swego rodzaju "nadajnikiem" oraz "generatorem".
Ludzie do niego przychodzą i wychodzą, budynki znaczą, są symbolami, koncentrują na sobie miłość i nienawiść, czasem po prostu są rozpoznawalnymi artefaktami pozwalającymi nam orientować się w mieście.
Zawierają funkcje, które jednych ludzi przyciągają a innych odpychają i tak dalej.
Jak wspominałem we wpisie nr 145, ludzie mogą być potraktowani jako rodzaj medium przenoszącego informacje.
Człowiek jest - z zasady - bytem komunikującym się. Oczywiście - człowiek nie przekazuje (zazwyczaj) informacji w takiej samej postaci jak je otrzymuje, człowiek je "zabrudza", subiektywizuje, lecz wciąż - mamy do czynienia z procesem komunikowania.
Gdy wspominałem o koncepcji obywatela plug-in jako o potencjalnym narzędziu metodologicznym, miałem na myśli również owo "wpinanie" się różnych ludzi (generujących i zawierających określony rodzaj informacji) w różnym stopniu w różne fragmenty miasta.
Ludzie i miasto nie wszędzie są kompatybilni w takim samym stopniu.
Jak w ostatnio opisanej historii anty-faceta z Wrocławia, którym w miare spokojnie egzystuje w centrum miasta, lecz w okolicach gdzie mieszka jakoś nie potrafi znaleźć wspólnego języka z watahami "młodzieży męskiej z subkultur opartych na nienawiści i agresji".

Mamy więc w mieście do czynienia z przepływem strumieni informacji, transmitowanych przez różne obiekty - budynki, reklamy, ludzi etc.
Na wszystkie te elementy możemy - w różnym stopniu i na różne sposoby - wpływać. Mówiąc wprost - możemy programować informacje jakie przepływają przez miasto.
Nie tylko w zakresie tzw. "środowiska zbudowanego", nie tylko w zakresie reklam i innych mniej trwałych przestrzennych artefaktów, ale również jeśli chodzi o ludzi.
Oczywiście to jest inżynieria społeczna. Oczywiście nie do końca.

To zresztą jest czynione. Nie tylko _było_ czynione w krajach realnego socjalizmu, lecz dzieje się dziś na Zachodzie.
Ta zwane "sustainable communities" są w różny sposób definiowane w USA czy w UK, ale za każdym razem określone techniki (zarówno przestrzenne jak i finansowe i prawne) są aplikowane po to by ową "sustainable community" WYPRODUKOWAĆ.

Nie jest to zresztą nic radykalnie nowego. Kiedyś już wspominałem, że Arystoteles widział miasto jako aktywny byt wychowujący swoich obywateli.

Dziś wyzwaniem jest zrozumienie technik jakie w mieście są przez różne siły aplikowane mieszkańcom i przejęcie nad nimi kontroli.
Tak następuje wyzwolenie.
Miasto jako asembler jest jedną z perspektyw.
Dla analizy takiego miasta typologia rodzajów wiedzy jaką proponuje Asheim wydaje się niezwykle użytecznym narzędziem.
17:26, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 czerwca 2008
158. wiedza to władza...
taki tekst opublikowałem w katowickiej GW w ostatni piątek.

Przy okazji - KP chwali się pierwszym miejscem wydanych przez siebie Homobiografii na liście bestselerów poznańskiej księgarni Bookarest.
To ja sie pochwalę miejscem 4tym dla "Miasto jako idea polityczna" - zaraz za Vargą, a wyraźnie przed Murakamim :)

Przy okazji - recenzja Marka Tobolewskiego jest już w całości online. Bardzo solidna, jeśli ktoś mojej książki nie czytał, a chce wiedzieć czego się spodziewać (dobrego i złego) to polecam tą recenzję.
15:01, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (6) »
niedziela, 22 czerwca 2008
157. Planowanie przestrzenne jako Nurofen?*
(Tytuł tego wpisu jest zaczerpnięty z artykułu Guy'a Beatena "Cliches of Urban Doom: The Dystopian Politics of Metaphors for the Unequal City - A View from Brussels", opublikowanego w International Journal of Urban and Regional Research, Vol. 25.1, Marzec 2001)

Dawno temu, jeszcze na starym blogu, wspominałem o tekście "What Planners Do?", Charlesa Hocha, który pisał "...planowanie służy redukcji zbiorowego lęku przed przyszłością", Guy Beaten brzmi podobnie, choć z mocnym lewicowym posmakiem - planowanie współczesne jest podszyte strachem przed "biednym, obcym, innym".
Ba! Język zdradza tych, którzy go używają - wszystkie próby "uzdrowienia" wskazują na pewność tych którzy o "uzdrowieniu" mówią, że wiedzą co jest zdrowe a co chore.
Wiara w normę jest jednak niezwykle groźna.

Oczywiście wiem, że pisanie tego w polskim kontekście jest jak opowiadanie bajek o żelaznym wilku, ale ci którzy ruszyli się kiedyś poza polskie miasta, wiedzą, że nie da się miast w których żyją przedstawiciele dziesiątek narodowości, posługujących się wieloma językami, o różnych preferencjach estetycznych, moralnych czy seksualnych zamknąć w jakiejś jednej normie.

Wróćmy do "uzdrowienieńczych" koncepcji miejskich.
Kto o owym uzdrowieniu mówi? Ci którzy potrafią i mogą mówić - a więc ci którzy mają, wiedzę, pieniądze i władzę.
I tak właśnie tworzyły się ruchy w rodzaju The City Beautiful Movement, tak dziś powstają koalicje wzrostu. Aktorzy są wciąż ci sami - kapitał, burżuazyjni reformiści (świadomi, że pogarszające się warunki życia biednych uderzą - np. wzrostem przestępczości - w bogatych) oraz naukowcy.
Owo "uzdrowienie" Beaten wprost określa jako "faszyzm" i trudno się z nim nie zgodzić, gdy czyta się cytowaną przez niego opinię szefa brukselskiej policji, który do jednego worka wrzuca bezdomnych, handlarzy narkotkami, imigrantów, prostytutki, homoseksualistów...
"Uzdrowienie" bowiem zawsze ma prowadzić do tego by z "innego" uczynić kopię "mnie". By zbrykietować mieszkańców według jednolitego wzorca. Wzorca, który MY ustalimy...
Taka wizja zmian w mieście jest w Polsce powszechna - od przedstawicieli władzy po aktywistów stowarzyszeń w rodzaju Moje Miasto. Wykształcona elita chcę sobie miasto "odpicować", a mieszkańcy mają przyjąć styl życia elit, naśladować je. Jak się nie podoba - to won. Bo elita zawsze wie jakie miasto powinno być.

Z drugiej strony jednak, bardzo trudno jest zaproponować alternatywę. Po pierwsze, samemu jest się przecież przedstawicielem owej klasy dominującej - heteroseksualnym, białym mężczyzną z klasy średniej.
Jest więc w każdą alternatywę immanentnie wpisana potencjalna nieszczerość.
Nie jest łatwo jednak przed tym uciec, bo jak napisałem - ci którzy nie mają języka by się o swoje upomnieć, nie są w stanie przecież sami za siebie mówić.
Czyż więc pierwszym krokiem szukania alternatywy wobec "faszystowskiego" miastu nie powinno być uczenie mieszkańców języka opisu miasta?
No tak, ale czyż nauka nie jest właśnie symboliczną przemocą? Czyż ucząc określonego języka opisu nie manipulujemy ludźmi?
Czyżbyśmy więc byli skazani na zawsze na walkę elit po prostu? Demokracja jest niemożliwa?

Zostawmy to na moment. Na temat tego jaka demokracja powinna działać w miastach, pisałem w mojej książce.

Wróćmy do planowania miasta.
Czy rzeczywiście planowanie to nurofen? ;)
Planowanie jest opresją, jest przemocą, więc do pewnego stopnia, środki przeciwbólowe - a najlepiej również lekko ogłupiające - powinny (i są) być aplikowane. Rewitalizacja zaniedbanych dzielnic, prowadząca do gentryfikacji, do wyrzucenia i zmarginalizowania obecnych mieszkańców musi łączyć w sobie brutalność z środkami przeciwbólowymi.
Prędzej czy później taki los czeka katowicki Nikisz - wzywa do tego jakże dziwaczna para architektów - Jurkowski i Konieczny.

Czy więc nie powinniśmy całkowicie zrezygnować z planowania przestrzennego? Czy przeciwieństwem "faszystowskiego" miasta, miasta które wie dokąd zmierza, powinno być miasto otwarte? Miasto nie zmierzające, lecz po prostu żyjące? Tu i teraz?
Oczywiście, ze świadomością (na ile to tylko możliwe) konsekwencji konkretnych decyzji, lecz bez długoterminowych strategii, bez "normy"?

Jedyną drogą, by uniknąć opresji elit, które wiedzą co zrobić by "ludowi było dobrze", wydaje się zakwestionowanie elity jako takiej. Albo inaczej - zdecentralizowanie elity, rozproszenie jej. Wszak każdy z nas na czymś się nie zna. Słabość, brak, niedoskonałość jest najcenniejszym co mamy.

Miasto a-androgyniczne się nogocjuje, nie planuje.

(wpis dedykowany mojemu przyjacielowi dr Krzysztofowi Kafce i jego habilitacji ;))

15:28, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (8) »
środa, 18 czerwca 2008
156. w szczecińskiej GW o śródmieściu
Taka rozmowa.
01:47, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 czerwca 2008
155. jeszcze o płci i przestrzeni
Jedną z najgłupszych rzeczy, jaką może zrobić autor bloga, to kontynuować temat, który wcześniej nie spodobał się czytelnikom.
Powinien temat zamilczeć, licząc na to, że i czytelnicy zapomną.

Mimo wszystko, postanowiłem taką głupią rzecz zrobić i wrócić do mojego wpisu sprzed kilku dni.

Przypomnę - napisałem, że program Orlik 2012 jest przejawem dyskryminacji kobiet (a w tym przypadku bardziej - dziewcząt), preferując chłopców grających w piłke nożną.
Błąd mój polegał na tym, że nie doczytałem założeń programu, które obok boisk do piłki nożnej, zakładają budowe boisk wielofunkcyjnych. Do dyskusji pozostaje też teza, czy piłka nożna jest rzeczywiście przede wszystkim sportem dla chłopców.

Cóż, rzeczywiście - formalnie, o żadnej dyskryminacji mowy być nie może.
Mimo tego, może jednak, coś jest na rzeczy?
Czy w ogóle, można rozważać przestrzeń która dyskryminuje jakąś płeć?
Na ten temat, dyskutowałem ostatnio z J.E., i wciąż nie mam sprecyzowanej odpowiedzi.

Gazeta Wyborcza opublikowała dwa teksty o znaczących tytułach :
"Tusk - Prawdziwi Polacy uczą swoje dzieci grać w piłkę" oraz "Dzięki boiskom Tuska będziemy futbolową potęgą"
Oczywiście, możemy powiedzieć, że to tylko tytuły, że to tylko propaganda. Czy jednak słowa rzeczywiście nie mają zupełnie znaczenia?

Chyba jednak mają.
To one tworzą określony klimat, one porządkują priorytety i utwierdzają stereotypy.

Ale zostawmy język.
Wróćmy do bardziej podstawowego pytania - czy przestrzeń może być bardziej przyjazna dla jednej płci, a mniej dla drugiej?

Wyobraźmy sobie szkołę baletową. Obok niej jest piwiarnia, przed piwiarnią ławka.
Teoretycznie - nic złego sie nie dzieje.
Czy rzeczywiście?
A może na ławce przesiadują lokalni piwosze, komentując - w obcesowy, czasem wulgarny sposób - wygląd młodych dziewczyn wychodzących ze szkoły? Czy przestrzeń o takiej strukturze jest neutralna, czy też ma w sobie zawarte elementy dyskryminacyjne? Można by rzec, że to nie przestrzeń, bo przecież do piwiarni mogą chodzić ojcowie dziewczynek, czekając aż skończą zajęcia.
A jednak - przestrzeń taka będzie się łatwo nasączać dyskryminacją, bo przestrzeń nie istnieje poza społecznym kontekstem.

Takich przykładów można wymieniac mnóstwo - nieoświetlone skwerki w sąsiedztwie parkingów, kamienie lub kratki na posadzce w które utrudniają chodzenie na szpilkach i tak dalej.
Nic nie jest jednoznaczne i nic nie jest oczywiste. To są subtelności, ale to one właśnie tworzą jakość życia w mieście.

Podobne pytania pojawiają się, gdy zastanowimy się nad rolą sportu w wychowaniu młodzieży.
Czemu służy sport?
Dlaczego program Orlik jest obudowywany narodowo-mocarstwową retoryką?
Dlaczego premier Tusk mówi o "prawdziwych Polakach"? (szczególnie w kontekście wypowiedzi "chciałem zabić", pana Premiera, nie brzmi to dobrze) Dlaczego podkreślana jest wymarzona piłkarska "mocarstwowość"?
Paranoją byłoby być może zbytnie skupianie się na historycznych analogiach - na tym czym sport był w hitlerowskich Niemczech, Związku Radzieckim czy NRD, ale czy zadawanie takich pytań nie ma rzeczywiście żadnego sensu?
Szczególnie w Polsce, w ktorej piłka nożna łączy się z korupcją i nacjonalistycznym kibolstwem?
Rozmawiamy przecież o społecznych emocjach, emocjach które dalekie są od owej Miłości, o której mówie wciąż premier Tusk.

Mimo więc tego, że na pierwszy rzut oka program Orlik 2012 nie jest niczym złym, to w szerszym kontekście, w kontekście języka jaki ten program otacza, wątpliwości i pytania są - moim zdaniem - uzasadnione.
22:41, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (3) »
sobota, 14 czerwca 2008
154. rzecznik młodego pokolenia
Podobno wyrastam na rzecznika młodego pokolenia polskich urbanistów... ha ha...
Ani ja tam młody, ani niczyj rzecznik.
No ale cóż - to nie ja się etykietkuję, robią to inni, na coraz bardziej zabawne sposoby.

A wszystko to przy okazji wystawy SYNCRONICITY, zorganizowanej przez Fundację Bęc! Zmiana, a której kuratorem jest Jakub Szczęsny, aktywny architekt z warszawskiej grupy Centrala, która całkiem niedawno zdobyła drugie miejsce w konkursie na otoczenie Stadionu Narodowego.

W tekście "Gra w Miasto" (fraza Czesława Bieleckiego zdaje się być dobra na każdą okazję) w Dzienniku z wczoraj (13 czerwca 2008) na ten temat nie ma nic, jest za to kilka zdań na mój temat.





Nie muszę czytelnikom tego bloga dodawać, że odczytanie mojej książki, przez autora artykułu nie jest do końca zgodne z moimi intencjami...
No ale autor umarł, książka mówi poprzez interpretacje czytelników.

09:02, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
153. wykład Davida Harveya
A dziś mam dla Was mały rarytas - wykład (video) profesora Davida Harveya (na stronie Wiki jest troche starszych wykładów) z końca maja tego roku.
Więc nówka.

Tytuł wykładu: "The right to the City"

Miłego odbioru!

00:10, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 czerwca 2008
152. państwo dla mężczyzn

Napiszę o czymś banalnym, o programie Orlik 2012, programie który rząd premiera Tuska z taką pompą zainicjował.
Bo mam takie pytanie - kto w Polsce gra przede wszystkim w piłkę nożną? Dziewczynki czy chłopcy?
Więc dla kogo jest ten program - dla polskiej młodzieży, czy też dla polskiej MĘSKIEJ młodzieży?
Oto Polska właśnie...

ps.

Jak wskazał mi Grimperpl, program Orlik 2012 zakłada budowę boisk piłkarskich oraz wielofunkcyjnych, a więc nie jest - wbrew temu co napisałem powyżej - programem nastawionym jedynie na męską część młodzieży.
Zamiast doczytać, dałem się zwieść propagandzie ;)
Ten wpis jest więc bez sensu.
07:45, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2