Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
wtorek, 30 czerwca 2009
276. architekci zawsze z władzą (realną i symboliczną)
Gdy opublikowałem moją pierwszą książkę (Ideologie w przestrzeni), w miesięczniku Architektura ukazał na jej temat paszkwil (napisany przez obecnego pracownika Muzeum Architektury we Wrocławiu), zwany dla niepoznaki recenzją.
Podobała i podoba sie za to socjologom i geografom.

Nie dziwi mnie to oczywiście.

Będąc architektem nie można przecież pochwalać książki, która wprost stawia tezę (i ilustruje ją wieloma przykładami), że architekci (nie tylko polscy) zawsze wysługują się władzy. Że w gruncie rzeczy, architekt to jeden z najbardziej sprzedajnych zawodów, że etyka tego zawodu jest niezwykle łatwo dopasowywana do światopoglądu władzy.
Ciekawe, że dzisiejsi działacze SARPu (Stowarzyszenia Architektów Polskich), tak dumni z historii swojego stowarzyszenia jakoś nie wspominają tego momentu, gdy w latach 30tych SARP zastosował antysemickie regulacje wewnętrzne...

Dzisiejsi SARPowcy (nie wszyscy, oczywiście) też wiedzą skąd wieje wiatr, gdy więc Joanna Rajkowska zaproponowała w Poznaniu by przebudować komin w minaret, poznańscy architekci zaprotestowali (za GW):

„Zdecydowanie przeciw" są członkowie poznańskiego oddziału Stowarzyszenia Architektów Polskich. Zdaniem architektów minaret jest: „obcy kulturowo”, „nie posiada żadnych istotnych walorów artystycznych”, „może być odebrany jako prowokacja i próba ośmieszenia symbolu religijnego poprzez jego realizację na kominie”.

Czytając takie wypowiedzi, sam się coraz bardziej obcy kulturowo w Polsce czuję.
Może dlatego tam już nie mieszkam?
11:55, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (15) »
środa, 24 czerwca 2009
275. lżej...
Lato w Plymouth w pełni, jeszcze dziś ocenialiśmy kilku spóźnionych studentów (spóźnionych i bardzo słabych, więc było to dość przykre doświadczenie...), czytam i piszę.

Ale dziś chciałem taką wakacyjną notkę...

Ponieważ nie czytam Pudelka (wiem wiem - shame on me...) dopiero niedawno dowiedziałem się, że Doda (ha! wiem kto to jest!) ma nowego chłopaka (a w zasadzie dwu - ale o Nergalu pisać nie chcę).
Ten nowy chłopak, to (jak donosi Dziennik) "...zdobywający coraz większą renomę architekt Dominik Drygas".
Ja co prawda o panu Drygasie nigdy nie słyszałem (ale to akurat nic nie znaczy) a jego projekty jakoś mnie nie zachwycają, ale to wszystko nieważne!

Nareszcie, celebrytka (która zdaje się kiedyś powiedziała, że biednym się umawiać nie będzie...) doceniła architekta!

Przypominam sobie, jak mój kolega ze studiów wrócił kiedyś bardzo zadumany z koncertu Grzegorza Turnaua... ale to nie pienia pieśniarza zrobiły na nim wrażenie, lecz tłumy młodych dziewcząt proszące pana Grzegorza o autograf.
Mój kolega wzdychał wtedy - "kiedy my, architekci, doczekamy się takiej popularności?!"

Gdy spotkałem go kilka miesięcy temu - w białej koszuli i z włosem rozwianym (przypominał trochę wokalistę zespołu Skaldowie) - wyglądało, że wciąż marzy o sławie.
Pan Drygas wskazał drogę... jedyny problem, że mój kolega nieopatrznie się był ożenił...
Gdyby mieszkał w jakimś zachodnim kraju, mógłby coś star-architektonicznego zaprojektować.
Ale kogo w Polsce obchodzą budynki?!

Dopóki na Plotku nie pojawi się tekst na temat jakiegoś architektonicznego skandalu, obawiam się, że jedyna droga architektów do sławy wiedzie przez sypialnię Dody.

Sorry mate...
23:49, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009
274. miasto dla niedowidzących
Jahani Pallasmaa (na którego mam, swoją drogą, alergię) napisał kiedyś, że widzenie oddala nas od świata, podczas gdy inne zmysły nas z nim jednoczą.
I trudno mu nie przyznać racji (choć jak to zazwyczaj bywa, jest to racja jedynie częściowa), bo współczesna architektura (no dobra - niewspółczesna też) i współczesne miasto jest ogarnięte prawdziwą obsesją wizualności.
I w sumie bez znaczenia jest, czy weźmiemy pod uwagę klasyczne już rozważania Lyncha i jego mapy mentalne, czy też rozważania dotyczące współczesnego miasta neoliberalnego, "miasta zapatrzenia", miasta podlegającego wizualno-estetycznej kolonizacji.

Gdybyśmy jednak wyobrazili sobie miasto doświadczane BEZ zmysłu wzroku (nie musimy nawet sobie wyobrażać - możemy kupić atlas Wrocławia przygotowany przez osoby niewidzące)?

Pallasmaa ma bowiem (częściowo) rację - zmysł dotyku, smak, powonienie a nawet słuch, pozwalają nam "objąć" dość ograniczoną przestrzeń. Wzrok przenosi nas (może nas przenosić) daleko poza miejsce w którym się znajdujemy - patrzymy na panoramy miast, na krajobrazy, na morze aż po horyzont.
To oczywiście nie jest złe samo w sobie - te dalekie perspektywy wywołują napięcie, chęć ruszenia z miejsca, tęsknotę za tym co inne i nieznane.
To trochę jak baśń, która ma swe edukacyjne i terapeutyczne funkcje.

Nie żyjemy jednak w basniowych krainach tak jak i nie możemy myśleć o mieście jedynie poprzez to co widzimy.
Myślę, że próba świadomowego odrzucenia (albo zawieszenia) widzenia w projektowaniu architektury i jeszcze bardziej - fragmentów miasta, próba wykorzystania doświadczeń tych, którzy nie widzą, wyszłaby i architektom i uzytkownikom na zdrowie. Nie chodzi oczywiście o architekturę, która będzie wizualnie nieatrakcyjna (wręcz przeciwnie), lecz o przestrzeń, w której zmysł wzroku będzie tylko jednym ze zmysłów, wcale nie najważniejszym.

Zdaje sobie oczywiście sprawę, że w naszej kulturze obrazów mój postulat nie spotkałby się z entuzjazmem (jak w pięknym architektonicznym piśmie, na kredowym papierze omawiać budynek, którego wygląd nie jest najważnieszy?), lecz myślę, że warto spróbować.

(To już domyślacie się, co czeka moich studentów w przyszłym roku... :-P)
15:38, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (16) »
sobota, 20 czerwca 2009
273. dlaczego PO będzie rządziła wiecznie...
..., no może nie wiecznie, ale bardzo długo?
Bo PO to Polska.

To nie jest tak, że opozycja jest słaba. Opozycji w Polsce, opozycji programowej nie ma w ogóle. PO nie jest silniejsze od PiSu czy SLD, PO jest _lepszym_ PiSem i _lepszym_ SLD. A po co głosować na podróbki, po co głosować na "partie obciachu", jeśli można zagłosować na partię, która zawiera w sobie wszystko to co opozycyjne partyjki mają we fragmentach?

W ostatnim wpisie naśmiewałem się z raportu Polska 2030 (za co ktoś - czyżby jeden z autorów? albo po prostu wyznawca PO mnie zbeształ...), tak na serio jednak, nie ma się z czego śmiać. Polska 2030 to projekt post-polityczny, mocno zanurzony w myśleniu neoliberalnym. To projekt, w którym można znaleźć takie oto kwiatki:

"Upraszczając, mamy wybór między niepewną stabilnością młodego emeryta – byłego pracownika przedsiębiorstwa dotowanego przez państwo – a adaptacyjną mobilnością telepracownika, który świadczy usługi trzem różnym pracodawcom", które mają uzasadnić proponowane uelastycznienie rynku pracy, zmniejszenie poziomu ochrony pracownika oraz zmniejszenie znaczenia związków zawodowych (przypominam, że Polska ma jeden z najniższych w EU współczynników "uzwiązkowienia"). Oczywiście - odbywa się to wraz z puszczaniem oka do młodych i zdolnych "wy sobie i tak poradzicie".

Co zabawne (to śmiech przez łzy...), strategia zakłada, jako jeden z celów, "zwiększenie stałej frekwencji wyborczej w wyborach parlamentarnych
i prezydenckich do poziomu powyżej 60%", gdy tymczasem premier Tusk mówi: "Ta strategia, która wydaje się koniecznością niezależnie od różnic wymaga istnienia przestrzeni wykluczającej jałowe konflikty"

Gdzie więc jest miejsce na różnice? Gdzie miejsce na polityczny spór? Po co mam iść na wybory, jeśli to tylko rytuał, bo wszystko zostało już dawno, w strategii Polska 2030 ustalone?

Gdy połączy się to z nieopatrzną deklaracją ministra Schetyny (nie zauważyłem by premier Tusk te słowa zdementował), że przyszły Prezydent Polski może pozostać szefem PO, wizja miękkiego, technokratycznego autorytaryzmu zostaje domknięta. I zabawne jest, że ta anty-demokratyczna groźba nie przychodzi bynajmniej ze strony tych, których tak chętnie o totalitarne skłonności byśmy podejrzewali.

Dlaczego więc napisałem, że PO będzie rządziła Polską wiecznie? Bo PO jest najbardziej polską ze wszystkich działających w tym kraju partii politycznych. Partią, która jest nastawiona na łechtanie indywidualnych egoizmów, partią w pewnym sensie anty-państwową, tak jak anty-państwowi są Polacy.

Partią hipokrytów, na którą zgodnie głosują katolicy (używający środków antykoncepcyjnych) na spółkę z gejami z agencji reklamowych. Pierwszy raz rządzi w Polsce partia, która tak doskonale odzwierciedla polskie społeczeństwo. Partia, której nie trzeba się wstydzić, która jest ładna, cywilizowana i europejska. Nawet poseł Palikot, mimo zagrywek daleko odbiegajacych od standardów dobrego wychowania, jest tylko błaznem, któremu przecież wszystko wolno.

Platforma Obywatelska wygra więc następne wybory w cuglach (nawet Zbyszek Ziobro jej nie zagrozi), a Polska będzie pogrążała się coraz bardziej w nijakości i maraźmie. Nie będzie źle - i to wszystkim będzie wystarczać.

No, może - prawie wszystkim...
21:51, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 18 czerwca 2009
272. Polska 2030 - w objęciach banału
W GW i Dzienniku omówienie raportu Polska 2030, którym rząd usiłuje wytyczyć "mapę drogową" dla rozwoju kraju. Trudno oczywiście wypowiadać się z przekonaniem, gdy nie zna sie samego Raportu, a jedynie prasowe omówienia, ale kilka rzeczy już na pierwszy rzut oka budzi pewne wątpliwości.

Zacznijmy od modelu rozwoju regionalnego - określanego tu jako model "polaryzacyjno-dyfuzyjny". Miałyby więc rozwijać się silne ośrodki a ich rozwój - poprzez dyfuzje - miałby wspomagać ośrodki słabe. Wątpliwości jest kilka. Po pierwsze - na jakiej podstawie autorzy Raportu wierzą w rozwój dużych ośrodków jako całości? Po drugie - jak ta dyfuzja ma przebiegać?

Polska jest - i nie ma w dającej się przewidzieć przyszłości widoków na zmianę tego stanu rzeczy - krajem półperyferyjnym, jak słusznie (moim zdaniem) przewiduje profesor Staniszkis, obecny kryzys bardziej robi ją "peryferyjną" niż "pół". Konsekwencją takiego stanu rzeczy, jest wybiórczy i ograniczony udział w światowej sieci kompetencji, wysokich technologii i nauki. I rzeczywiście - ponieważ można przewidywać, że powstaną małe ośrodki badawcze czy naukowe, które będą ściśle współpracowały z dużymi i silnymi ośrodkami za granicą - pytanie brzmi, czy ich osiągnięcia mogą być redystrybuowane do innych ośrodków w kraju? A jeśli tak - to w jaki sposób?

Problemem z jakim borykają się nawet silne gospodarki, jest wyrywanie się fragmentów miast / regionów z regionalnych zależności. Jeśli takie problemy mają kraje wysokorozwinięte, to co dopiero mówić o Polsce? Mówienie w tym kontekście o boiskach i bibliotekach na wsiach (oczywiście potrzebnych) jest trochę niepoważne.

Dość dużo miejsca zajmuje problem zwiększania konkurencyjności. Tylko z mojego podwórka: jeśli zmiany na uczelniach wyższych mają wyglądać tak, jak w przypadku nauczania architektury, gdy z pierwszego stopnia nauczania całkowicie wyrzuca się planowanie przestrzenne, czyli mówiac wprost - obniża się jakość i interdysciplinarność kształcenia - to zmierzamy prostą drogą do przekształcenia polskich uniwersytetów w średniej jakości szkoły zawodowe. O zwiększaniu konkurencyjności możemy zapomnieć.

Bardzo ładnie brzmią zapowiedzi zwiększania kapitału społecznego - ale przekonanie, że nastąpi to wtedy, gdy zwiększy się udział społeczny w organizacjach społecznych, ignorując takie organizacje jak związki zawodowe, świadczy o typowo neoliberalnym, wybiórczym podejściu do problemu. Na dodatek - to są dość podstawowe rzeczy - kapitał społeczny ma swoje jasne i ciemne strony, wspomaga ale też i blokuje (organizacje mafijne też tworzą kapitał spoleczny...). Rozważań na ten temat w omówieniach raportu nie znalazłem.

Generalnie - z tego co przeczytałem w GW i Dzienniku - Raport poraża swą słabością intelektualną. Jest banalny i wygląda jak próba skopiowania obecnie istniejących rozwiązań w kilku krajach Zachodu. To raczej naiwna próba ekstrapolacji pewnych trendów istniejących gdzie indziej, niż próba wypracowania wizji dla Polski tu, teraz i na przyszłość.
(Doradzałbym na przykład - jak już lubimy patrzeć na Zachód - przeanalizować sytuację wschodnich landów Niemiec).

W sumie raport Polska 2030 powinien mieć adres internetowy Polska2030.żal.pl
10:04, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (14) »
wtorek, 16 czerwca 2009
271. albo ładnie, albo demokratycznie...
Kiedyś już pisałem, że pojęcie "ład przestrzenny" trochę mnie niepokoi... "Ład" ma dla mnie bardzo niepokojące brzmienie... jakoś tak zawsze obsuwa się w około-totalitarne klimaty.
Dziś w GW informacja o stowarzyszeniu Nasza Sprawa, które walczy z pornografią (?) w kioskach RUCHu.
Tak się śmiesznie składa, że jedną z czołowych działaczek tego stowarzyszenia jest pani Ewa Stanisławska-Karłowicz, architekt, współprojektant (nie)sławnego Miasteczka Wilanów... (zanim powiecie, że projekt był świetny, tylko realizacja jest jak zwykle, zastanówcie się, czy ten "świetny" projekt nie był po prostu marketingową sztuczką i odpowiedzcie sobie sami na pytanie, czy twórcy tego projektu są rzeczywiście niewinni...)

Tak to się często dzieje, że idee, które na pierwszy rzut oka wydają się takie ludzkie, takie delikatne i dobre, obracają się w coś zupełnie innego.

Ruchy miejskie mogą mieć wiele różnych politycznych odcieni. Od czerwonych do brunatnych.
W końcu drobnoMIESZCZAŃSTWO - jak sama nazwa wskazuje - jest klasą miejską, a jak zawsze uważali marksiści - faszyzm opiera się na drobnomieszczaństwie...
20:59, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 15 czerwca 2009
270. eastern european soundtrack
W październiku zabieram moich studentów do Rygi. Przez 10 dni będą próbować zrozumieć to miasto, zebrać materiały i zacząć pracę nad projektem rewitalizacji jednej z ryskich dzielnic.
Myślę, że wiele aspektów tego miasta ich zaskoczy ;)

W ramach mojego własnego riserczu - białoruska kapela, która grała ostatnio w jednym z klubów Rygi...




(Kto dziś na zachodzie robi jeszcze taką muzykę???)
08:03, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 czerwca 2009
269. jeszcze Staniszkis...
Jeśli ktoś nie czytał, to BARDZO polecam - w najnowszej Europie tekst Jadwigi Staniszkis.
Jak zwykle - GENIALNY!
_______
dopisek w poniedziałek: oczywiście za wyjątkiem tej doklejonej, ku pokrzepieniu serc, końcówki...
22:20, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 czerwca 2009
268. powierzchnie tnące - miasto bez głębi
Kiedyś dawno (a w niektórych miejscach na świecie i dziś) podstawowym narzędziem planistycznym było strefowanie (czyli zoning).
Z grubsza polega to na tym, że określa się jakie funkcje na danym obszarze (strefie) są dopuszczalne, a jakie nie.

Narzędzie to jest niezwykle toporne, na dodatek zawiera silny wymiar negatywny - określa czego na danym obszarze robić NIE wolno (nie wolno przekraczać określonej gęstości zabudowy, nie wolno budować określonych funkcji etc.) i bardzo słaby wymiar pozytywny - co powinno być na danym obszarze zrobione.
Zoning jest więc swego rodzaju soft-liberalizmem w urbanistyce.

Na początku lat osiemdziesiątych Duany Plater - Zyberk & Company zaproponowali odejście od myślenia funkcją na rzecz myślenia formą.

Ich propozycja - która stopniowo zyskała formę SmartCode (ilustracja z manuala poniżej) ma kilka ciekawych wymiarów.



Po pierwsze, w sferze "ideowej" jest wyraźnie nie-liberalna. Nie jest bynajmniej lewicowa, jest to raczej prawicowy paternalizm, elitarny komunitarianizm.
Forma - przynajmniej w założeniach - zostaje wynegocjowana pomiędzy mieszkańcami (przyszłymi mieszkańcami) miasta / dzielnicy.

W rzeczywistości, ponieważ większość tych osiedli jest budowanych przez wielkich deweloperów, SmartCode jest polem negocjacji pomiędzy deweloperem, firmą projektową a urzędem wydającym zgodę na zagospodarowanie.
Forma proponowana przez SmartCode jest silna - określa ona bardzo szczegółowo jak POWINNA być dana przestrzeń zaprojektowana. Tu nie ma miejsca na liberalną, negatywną wolność OD, tu jest bardzo wyraźna wytyczna DO jakiej formy przestrzennej, do jakiej estetyki, do jakiego modelu społecznego wreszcie (choć Nowy Urbanizm oficjalnie odżegnuje się od wszelkich ideologii) należy zmierzać.

Jest jednak w SmartCode pewna myśl, która wydaje mi się interesująca i warta rozwinięcia.
SmartCode bowiem zakłada prymat powierzchni nad wnętrzem.
Nieważne w gruncie rzeczy co znajduje się w danym obiekcie, ważny jest jego wygląd.

Oczywiście, z mojego punktu widzenia prymat widzenia, prymat estetyki jest prostactwem, ale samo przekonanie o prymacie tego co wchodzi w interakcje nad mechanizmami o których nic nigdy się nie dowiemy wydaje się ciekawe i użyteczne. Jakie znaczenie ma funkcja znajdująca się w danej przestrzeni dla użytkowników przestrzeni sąsiednich? Żadne. To co ważne, to ODDZIAŁYWANIE owej funkcji na otoczenie.
W gruncie rzeczy przecież to nie sam fakt bycia elektrownią atomową powoduje, że nie powinno jej się lokować obok terenów mieszkaniowych, lecz NIEBEZPIECZEŃSTWO, że taka elektrownia ulegnie awarii i mieszkający obok umrą lub zachorują.

To przekonanie o istotności powierzchni jest zresztą obecne w polskim prawie - mówi się o oddziaływaniu na środowisko, wbrew starym, jeszcze z czasów PRLu strefom ochronnym dziś zmierza się do bilansowaniu wszelkiego oddziaływania w obrębie działki.
To są banały.

To co dla mnie jest interesujące w myśleniu powierzchnią (już trochę o tym kiedyś pisałem) dotyczy nie braku oddziaływania (który jest utopią w gruncie rzeczy i prowadzi do dalszej fragmentaryzacji przestrzeni - zamiast modernistycznego podziału na funkcjonalne strefy mamy post-modernistyczny podział na prywatne enklawy), lecz właśnie interakcji, która zawsze dotyczy / dotyka powierzchni.
To co w mieście jest ważne to relacje pomiędzy powierzchniami.

Gdyby więc zmodyfikować SmartCode tak, by opisywał - nie tylko wizualnie, ale w wielu różnych wymiarach) co dziać się powinno na poziomie styku użytkownik - powierzchnia, powierzchnia - powierzchnia?
Plan opisywałby miasto w serii relacji - nie jako statyczny twór, o jednoznacznie określonych funkcjach czy formach, lecz jako wielowymiarową, dynamiczną matrycę.
Celem takiego miasta nie byłaby jednak zmiana jako taka, lecz swego rodzaju harmonia - harmonia osiągana w serii negocjacji pomiędzy różnymi powierzchniami.

Czy taki model planowania miasta gwarantowałby nam wolność, czy byłby opresyjną maszyną zniewalającą nas w każdym najdrobniejszym aspekciem naszej relacji ze światem?
Po pierwsze - wolność to ułuda, po drugie - to zależy kto trzymać będzie pałkę...

_____________

Tytuł oczywiście to nawiązanie do Paktofoniki, najlepszego co powstało na Śląsku w ciągu ostatnich lat...

18:02, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (2) »
środa, 10 czerwca 2009
267. "po inżyniersku" czyli wprost w przepaść
Na Śląsku najwyższą wartością, jest ciężka praca. Mówi się - no tak, pije, żonę czasem uderzy, ale on tak ciężko pracuje! Jakby wszelkie grzechy prostym wysiłkiem mogły być zmazane. Ten kult pracy, wyrosły prawdopodobnie z górniczego trudu, uzupełniany jest przekonaniem o szkodliwości spekulatywnego myślenia. "Nie filozofuj mi tu!" i "...bo to trzeba tak po inżyniersku". To wszystko w kontekście mocnej, tradycyjnej rodziny.

Spotykam się z różnymi ludzmi - i tu gdzie mieszkam, i często w Polsce, gdy na spotkania / dyskusje / wykłady mnie zapraszają. Ale najgorsze wspomnienia, głębokie poczucie niesmaku i rozpaczy (których do dziś się nie mogę całkiem pozbyć) mam po spotkaniu w Katowicach. Nigdzie indziej nie spotkałem się z taką arogancką ignorancją. Z każdej niemal strony - architektów, jakiegoś socjologa który się za aktywistę miejskiego podawał... Wróciłem z Katowic z mocnym postanowieniem - nigdy więcej.

Dziś gdy czytam o nowych planach Urzędu Miejskiego, który tak po inżyniersku, postanowił podejść do przebudowy centrum miasta , gdy czytam jak pan Prezydent Uszok traktuje mieszkańców, tylko utwierdzam się w swoim przekonaniu. Coraz bardziej też jestem pewien, że to co napisałem o Polsce jako prowincji w wyjątkowo wyraźny sposób dotyczy Katowic i Śląska. Kult ciężkiej pracy, który - sam w sobie przecież dobry - zabija pytanie o sens tejże pracy oraz inne pytania etyczne, kult inżyniera (którym pan Prezydent Uszok jest) i nienawiść wobec spekulatywnego myślenia zabijają myślenie jako takie - jako kwestionowanie tego co istnieje, jako innowacyjność, jako ciekawość świata.

Na forum GW ktoś napisał, że zamiast prezydenta Uszoka potrzeba "młodych menadżerów ze znajomością języków zachodnich". To byłby gwóźdź do trumny Katowic.

Katowicom zapewne potrzeba menadżerów i inżynierów - na odpowiednich stanowiskach, ale przede wszystkim potrzeba inteligencji i intelektualistów. Potrzeba spekulatywnego myślenia i społeczeństwa, które je doceni. Potrzeba intelektualnych stymulacji, filozoficznych sporów i kulturowych wojen. Potrzeba polityki - jasnego wyartykułowania różnych interesów.

Katowice umierają, Śląsk umiera. Ludzie wyjeżdżają, bo nawet w ogarniętej kryzysem Wielkiej Brytanii łatwiej jest znaleźć pracę i sens życia, niż w kwitnących (według oficjalnej propagandy) Katowicach. Oczywiście tym, którzy mają rodziców, wujków, ciotki na odpowiednich stanowiskach - tacy zawsze znajdą swoje, słodko - pierdzące, własne miejsce na Śląsku. Rodzina na swoim, czyż nie?

Prezydent Kaczyński powiedział kiedyś, że ci którzy wyjechali z Polski to nieudacznicy. Być może. Jednak ci którzy wyjechali mieli odwagę spróbować coś ze swoim nieudanym życiem zrobić. Tym którzy pozostali, szczególnie na Śląsku, najwyraźniej brakuje odwagi - odwagi przede wszystkim w myśleniu. Ciężką pracą (załatwioną po znajomości), po inżyniersku (bo z filozofowania nic przecież nie wynika) prowadzą Śląsk ku katastrofie?

Am I bovvered?
08:52, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2