Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
piątek, 28 czerwca 2013
716. 'autorytarny impuls' czyli mapa i wyobrażenie
Na portalu Nowe Peryferie ukazała się polemika z moim tekstem o 'Śląskiej Metropolii'. Autorka - Daria Gosek - swoim tekstem przywróciła mi wiarę w sens publicznej debaty, pokazała, że można napisać krytyczny tekst, który nie jest mordobiciem, a zaproszeniem do rozmowy. Myślę, że nie tylko większość polskich dziennikarzy czy znajomy filozof z Poznania (i jego koledzy i koleżanki) ale my wszyscy (ze mną włącznie, ofkors) moglibyśmy z DG brać przykład.

Tyle laurki.
Teraz polemika z polemiką (i postaram się utrzymać wyznaczony przez Darię standard rozmowy).

Podstawowym zarzutem Autorki wobec mojego tekstu, jest śląsko (czy wręcz katowicko)-centryczna perspektywa, która odrzuca i ignoruje interesy mniejszych miast. Jednym z elementów potwierdzających tę perspektywę, jest używana przeze mnie konsekwentnie nazwa 'Metropolia Śląska'. To jest oczywiście zasadny zarzut (zaraz się z niego będę - dziecinnie tłumaczył), przyznam z ochotą Autorce słuszność i nie miałbym żadnego problemu, by zmienić na 'Metropolię Śląsko-Dąbrowską'. Wydaje mi się wręcz, że wymowa mojego tekstu kwestionuje jego tytuł. Prawdę mówiąc nie miałbym nic przeciwko ani Metropolii Sosnowieckiej albo, bo ja wiem... Bojkowskiej? Mój błąd (a dziecinne tłumaczenie brzmiałoby tak - tekst został początkowo zamówiony przez kwartalnik Fabryka Silesia i zamówienie dotyczyło tekstu o 'Metropolii Silesia'. I ja tak bezrefleksyjnie przerobiłem to na 'Metropolia Śląska'.), biję się w piersi. Byłoby jednak błędem, skończyć dyskusje na źle użytych słowach czy nieprawidłowej nazwie. Tekst Darii Gosek to o wiele więcej, niż tylko spór o język.

Jedną z pierwszych dyskusji, jakie prowadzę z moimi studentami, to dyskusja o mapie. To w sumie bardzo prosta dyskusja dotykająca podstaw postmodernistycznej geografii - mapa jest pewnym rodzajem autorytarnego odwzorowania fizycznych elementów przestrzeni, jej geometrii, najczęściej (choć mapy też są różne) ignorująca indywidualne narracje zbiorowości zamieszkujących czy użytkujących dane terytorium. Jednym z najprostszych ćwiczeń, które napięcie pomiędzy mapą fizyczną a wyobrażeniem o przestrzeni jasno pokazuje, jest wykonanie tak zwanej mapy mentalnej. Prosimy naszych studentów bardzo często, by nam takie mapy mentalne rysowali (podobne ćwiczenie zrobiłem z działaczami regionalnych klubów KP na warsztatach, które prowadziłem w zeszłym roku), a ich wyniki porównujemy z 'oficjalnymi' i 'urzędowymi' odwzorowaniami przestrzeni.

Mapy mentalne są bardzo użytecznym narzędziem, są jednak całkowicie bezużyteczne dla jakichkolwiek projektów inżynierskich - czy to dotyczących infrastruktury (drogi, sieci etc.) czy samych budynków. Mapy mentalne są bowiem odwzorowaniem, mapy fizyczne (nazywane czasem w budowlanym żargonie 'podkładami') służą do komunikacji pomiędzy różnymi uczestnikami procesu projektowania. Nie znaczy to oczywiście, że mapa mentalna nie ma dla procesu projektowania znaczenia - wręcz przeciwnie, zwraca uwagę na nieoczywiste, często nie do końca mierzalne elementy przestrzeni. Polska Wiki nazywa takie mapy 'mapami wyobrażeniowymi'. Jednak funkcja mapy mentalnej jest funkcją krytyczną, natomiast podkład służy do tego, by nanosić na nim nowe obiekty i elementy.

Czasem jednak w sporze o śląsko-zagłębiowskie tożsamości warto spojrzeć na mapę fizyczną:

i zobaczyć jak w przestrzeni mają się do siebie Katowice, Sosnowiec, Będzin, Bytom czy 'duchowe, katolickie serce' Górnego Śląska - Piekary Śląskie.

Darię Gosek najbardziej niepokoi mój uniwersalistyczny autorytaryzm:
"Powstanie uniwersalnej, totalnej śląskiej tożsamości, która jednakże, jak zauważa Nawratek, byłaby narracją „nie odrzucając[ą] prawa jednostek do konstruowania swoich własnych, (prywatnych) historycznych opowieści”? Czy przekroczenie „klanowych, rodzinnych, narodowych i wszelkich innych więzów” nie oznaczałoby utraty przez mieszkańców poszczególnych miast ich związków z przeszłością i małą ojczyzną? Co z ich poczuciem przynależności, odpowiedzialności czy identyfikacji? Czy takie zatomizowane społeczeństwo (powiązane jedynie ideą mieszkania/pracowania na danym terenie) mogłoby nadal być nazywane społeczeństwem".

Ciekawe w tym fragmencie jest bardzo wąskie (powiedziałbym - konserwatywne?) definiowanie więzi społecznych opartych na historii i geografii. Idea 'małej ojczyzny' - moim zdaniem - w kontekście aglomeracji, czy każdego dużego miasta powinna być traktowana jednak z pewną rezerwą i zdecydowanie inaczej, niż w XIX wieku. Ludzie mieszkają w Sosnowcu czy w Katowicach niekoniecznie dlatego, że są śląskimi czy zagłębiowskimi patriotami, ale najczęściej z praktycznych przyczyn - cena mieszkania, atrakcyjność miejsca czy odległość do zakładu pracy. Czy to powoduje, że społeczeństwo przestaje istnieć? Czy jedyne możliwe więzi społeczne to rodzina i 'więzy krwi i ziemi'? Wielokrotnie już (również w 'Dziurach w Całym') usiłowałem pokazać, że zupełnie nie, że społeczeństwo jest/może być konstruowane w inny sposób, poza 'ziemią i krwią' czy 'lokalną tożsamością'. Zdecydowanie przeciwko takiemu sposobowi konstruowania Metropolii Śląskiej (czy Śląsko-Zagłębiowskiej) wymierzony był mój tekst!

Nie ma co ukrywać - mój tekst (moje myślenie) jest zanurzony w modernistycznej, uniwersalistyczno-autorytarnej(?) narracji (choć ja też odrobiłem zadanie domowe postmodernistycznej krytyki oświecenia), która wyżej stawia 'podkład' niż mapę mentalną (nie odrzucając jej jednak), która szuka uniwersalnych narracji, z podejrzliwością traktując pomysł, by "...skupić [się] na harmonijnym rozwoju miast województwa śląskiego i jego subregionów. Dopiero gdy miasta staną się partnerem dla dominujących w regionie Katowic będziemy mogli w sensowny sposób mówić o budowie Metropolii." Nie dlatego, bym miał coś przeciwko harmonijnemu rozwojowi wszystkich miast i miasteczek województwa śląskiego (wręcz przeciwnie!), lecz dlatego, że taka wizja wydaje mi się bardziej utopijna niż moje odgórne i 'technokratyczne' ('totalne') budowanie Metropolii. Autorka nie pokazuje, kto miałby ten harmonijny rozwój zapewnić, komu na nim miałoby zależeć?

Tu dochodzimy do najcenniejszego - z mojego punktu widzenia - elementu tekstu Darii Gosek. Moim zdaniem, pokazuje on niemożliwość postmodernistycznej polityki jako polityki sprawczości. Polityka postmodernistyczna, rezygnująca z meta-narracji, oparta na narracji fragmentu i mniejszości jest jedynie narzędziem krytycznym (bardzo ważnym, chroniącym przed totalitarnymi skłonnościami totalnych i uniwersalistycznych narracji), lecz nie jest i nie będzie zdolna by dokonać jakiejkolwiek pozytywnej, emancypacyjnej zmiany. W ocenie maja 68 (którego dziedzictwo widzę we współczesnej narracji lewicowej - szczególnie ruchu Occupy! i pochodnych, a również w tekście Darii Gosek) stoję zdecydowanie po stronie Althussera, nie Ranciere (mimo całej sympatii i szacunku dla obu tych filozofów). 'Mapa' musi być korygowana przez 'wyobrażenie', ale to  'podkład' a nie 'mapa mentalna' pozwoli nam zbudować lepszy świat.

16:30, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (1) »
środa, 26 czerwca 2013
715. lustrańci
Skończyłem właśnie czytać wywiad-rzekę z Jerzym Urbanem (ciekawe fragmenty, ale zupełnie niewiarygodne wyjaśniania 'dlaczego zostałem rzecznikiem'. Czyżby jednak były rzeczy, których się JU wstydzi?), w którym mówi on, że jego ulubionym myślicielem jest Zygmunt Bauman. No cóż, jeśli Urban lubi Baumana, to przecież wszyscy 'przyzwoici ludzie' (już nawet nie tylko 'prawdziwi Polacy') powinni się Baumana wystrzegać, czyż nie? Urban wszak to czyste zuo!

To co Urban mówi z wywiadzie nie jest ani specjalnie szokujące, ani też nie odkrywa jakichś nieznany szczegółów z historii PRLu i 'pierwszej Solidarności' (choć jak słusznie zauważyła K. opis wprowadzenia stanu wojennego można podsumować jednym słowem: "dziadostwo!"), generalnie książka smutna, bo pokazująca przerażającą miernotę polskich klas politycznych (ze wszystkich stron barykady) niemal 'od zawsze'. Polscy politycy i ekonomiści nie mieli pojęcia o polityce i gospodarce. Mam wrażenie, że im to zostało do dziś...Pokazuje też Urbana jako kogoś, kogo nie warto było w stanie wojennym nienawidzić... to trochę tak, jakby dziś nienawidzić jakiegoś Bosaka czy innego Zawiszę...

Wróćmy jednak na chwilę do Baumana. Nie jestem do końca przekonany, że warto na temat tego, co stało się we Wrocławiu dyskutować, lecz z drugiej strony, jeśli uznamy, że nic się nie stało i że skandaliczne stanowisko białostockiej prokuratury też jest OK, za chwilę obudzimy (a raczej - wy się obudzicie...) w kraju, w którym chyba jednak większość z Was nie chciałaby się obudzić.

Wydarzenia we Wrocławiu mają kilka wymiarów. Z jednej strony pokazują konsekwencje 'antykomunistycznej' edukacji, przy pomocy której, polska prawica wyprała mózgi polskiej młodzieży w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Symetria nazizm-komunizm stała się ogólnie przyjętą prawdą, w związku z tym Bauman jest gorszy niż Heidegger.

Jestem w połowie książki 'Broniewski - Miłość, wódka, polityka' i tak sobie myślę, że polska młodzież, szczególnie ta zamawiająca pięć piw, powinna tę książkę przeczytać. Postać Broniewskiego mogłaby jej się spodobać - twardy żołnierz, legionista, odznaczony orderem Virtuti Militari, kobieciarz i... komunista. Więziony i prześladowany zarówno przez sanacyjną Polskę jak i przez NKWD. Książka ta pokazuje również czym był i wciąż jest komunizm (i dlaczego owa symetria nazizm-komunizm jest fundamentalnie błędna) - marzeniem o lepszym, sprawiedliwym świecie. Sprawiedliwym i lepszym dla wszystkich. W taki komunizm wierzył i takiego pragnął Broniewski i wielu polskich przedwojennych komunistów; takiego komunizmu nie zbudował Związek Radziecki, takiego komunizmu nie było też w PRLu, choć ani ZSRR ani PRL nie zasługują na całkowite i bezwarunkowe potępienie... (z poglądem tym nie zgodziłbym się pewnie pod koniec lat 80tych i na początku 90tych - jeśli ja zmądrzałem, to może i - przynajmniej niektórzy - młodzi polscy prawicowcy nie są bez szans na nawrócenie?).

Wróćmy jednak znów do wydarzeń we Wrocławiu. Reakcje prawicowych polityków i 'intelektualistów' rzeczywiście boleśnie przypominają to co wyprawiała niemiecka konserwatywna prawica tuż przed dojściem Hitlera do władzy. Ja też nie lubię argumentu 'ad Hitlerum', a szczególnie źle znoszę mieszanie niemieckiego nazizmu z włoskim faszyzmem; problem jednak w tym, że wśród drących ryja kiboli (również z tytułami profesorskimi), subtelność intelektualnych rozważań Giovanniego Gentile naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Mamy też - po raz kolejny - dowód na hipokryzję prawicy, która bynajmniej nie osądza tego co ludzie czynili, lecz używa i interpretuje przeszłość w zależności od tego co ludzie mówią i czynią dziś. Jeśli więc dziś jesteś prawicowym politykiem czy 'intelektualistą' - wszystkie świństwa z twojej przeszłości ulegają zamazaniu, jeśli natomiast nie jesteś prawicowcem - wszystkie twoje czyny zostaną prześwietlone i zinterpretowane na twoją niekorzyść.

Ta postawa nie jest jednak jedynie przypisana polskiej prawicy - obrzydliwy przykład z lewej strony dał Jaś Kapela pisząc donos na Szczepana Twardocha, gdy ten nie przyjął propozycji by dla KP pisać. Wiem wiem - tu nie ma związku przyczynowo-skutkowego, to czysty przypadek następstwa niezwiązanych ze sobą wydarzeń... Na tymże portalu KP strategią lustracji popisała się też jakiś czas temu Kinga Dunin prowadząc swą prywatną wojnę z Agatą Bielik Robson.

I właśnie owa lustracyjna mentalność wydaje mi się jednym z trzech największych problemów polskiej debaty publicznej (obok jej prostactwa oraz niechęci do wysłuchania przeciwnika; czwartym, drobniejszym choć bardzo popularnym w internetowych 'dyskusjach' jest ignorowanie całości tekstu i wyciąganie poszczególnych fraz i zdań). Lustracyjna mentalność nie tylko jest czymś wyjątkowo małostkowym i podłym, lecz jest z gruntu niechrześcijańska. I piszę to serio, bynajmniej nie ironicznie. Lustracyjna mentalność odrzuca bowiem możliwość nawrócenia, odrzuca możliwośc zerwania i zaprzeczenia. Zakłada nierozerwalną ciągłość naszego życia, homogeniczność historii i bezwględny związek pomiędzy każdym ludzkim słowem i czynem. Lustrańci to oczywiście sekciarze, głoszący poglądy kłamliwe, niemające nic wspólnego z rzeczywistością. Lustrańci są więc symptomem bardzo ciężkiej i śmiertelnie niebezpiecznej choroby (ściśle związanej z TINA) - fakt, że ulegają jej całkowicie Polacy Pięciu Piw powinno otrzeźwić (jeśli nie zrobiły tego inne fakty) tych lewicowców, którzy wciąż zdają się widzieć w nich rewolucyjny, anty-kapitalistyczny potencjał.

Może właśnie dlatego, potępienie z 'kapitalistycznego jądra' zawsze będzie nieszczere...

_____

I jeszcze trzy ogłoszenia:

Jak już pisałem na fb, poszukuję ekonomisty/stki (może być nawet łebski student/ka), która czytała z zaciekawieniem moją ostatnią książkę i uważa, że można niektóre idee w niej zawarte popchnąć dalej. Oprócz korwinistów-balcerowiczystów jestem w stanie rozmawiać z każdym.

Artykuł na temat naszego (moich studentów) projektu dla Ursusa można przeczytać tu.

Mimo tego, że moja macierzysta uczelnia, nigdy mnie na żaden wykład czy spotkanie nie zaprosiła, to 'chwali się' mną jako swoim absolwentem. Zabawne, ale jednak miłe.
20:29, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 czerwca 2013
714. od przemocy po sabotaż
Nie pisałem od pewnego czasu, zbyt dużo się działo. Ale teraz trochę się uspokoiło, więc jest czas na krótkie podsumowanie.
Zacznijmy od debaty w Krakowie, w ramach ArtBoom, która odbyła się pod tytułem 'Dobra Przemoc'. To było bardzo interesujące spotkanie - nie wiem na ile ważne było moje wprowadzenie, nie jestem przekonany, że powiedziałem coś, o czym zebrani (ludzie robiący w PL festiwale artystyczne, przede wszystkim festiwale sztuki w przestrzeni publicznej) nie wiedzieli, ale czasem dobrze jest coś powiedzieć na głos.

Mówiliśmy więc o tym, że przestrzeń publiczna nie jest neutralna, mówiliśmy o problemie partycypacji w mieście, w którym mieszkańcy i użytkownicy przestrzeni to rozdzielne zbiory, mówiliśmy wreszcie o polityce i instytucjach.

W kuluarach odbyłem bardzo ciekawą dyskusję na temat 'partycypacji i demokracji niewerbalnej', którą łatwo sobie wyobrazić przy projektowaniu (zamiast dyskutować - projektujmy), ale ilość problemów i wyzwań, które się pojawiają jest ogromna. Jest to jednak fascynujący problem i być może uda się tę dyskusję kontynuować.

Następnie moi studenci oddawali swe finałowe projekty (Ursus: Miasto Przemysłowe 2.0). Wiele absolutnie fascynujących prac - od dość klasycznego traktowania architektury w projekcie Fontasa, który zaproponował budynek uczący o różnych relacjach władzy

Przez projekty zmagające się z różnymi sposobami produkcji wiedzy, po całościową wizję samo-wystarczających wspólnot produkcyjnych (gdzie produkowana jest również żywność) o roszczeniu uniwersalistycznym w projektach Chrisa czy Dana



W końcu, przyjmując projekty dla Ursusa jako punkt wyjścia, miała miejsce w Plymouth konferencja 'Re-Industrialisation and Progressive Urbanism'. Kto nie był, niech żałuje. (kto nie mógł - tutaj skrótowa relacja Suzanne). Prezentacje były z różnych stron, bardzo techniczne i dość teoretyczne (moja o 'Robotniku' Jungera, która powtarzała tezy z tekstu w Autoportrecie spotkała się ze zrozumieniem klasycznych marksistów (nie-marksistów zresztą też), w przeciwieństwie do polskich internetowych 'lewicowych trolli', którzy nie nie reagują na kontent, lecz na 'złe' nazwisko), ale wszystkie były interesujące i były raczej ciągłą dyskusją - z odniesieniami do wcześniej wygłoszonych referatów - niż po prostu szeregiem niezwiązanych ze sobą prezentacji. Wszyscy mamy ochotę, by tę dyskusję kontynuować. Będzie książka (również po polsku, wydana przez Bęc! Zmianę) ale będą też kolejne projekty i kolejne konferencje.

Również jako spin-off (choć dyskusja na ten temat trwa już od pewnego czasu) formuje się powoli sieć radykalnych/lewicowych architektów i wykładowców architektury. Szczegóły prawdopodobnie w ciągu najbliższych dwu tygodni.

I to na razie tyle. Miłej reszty niedzieli (i nie śmiejcie się tak bardzo z niedostatków wykształcenia polskiej narodowej młodzieży - ja myślę, że to był sabotaż głęboko ukrytej opcji równościowej w ONRze. Nasi są wszędzie!).
12:56, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »