Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
czwartek, 29 lipca 2010
396. różne priorytety
Niektórzy czytelnicy tego bloga są również użytkownikami fejsbuka, mieli więc być może okazję śledzić (najpierw moją, a potem rozrośniętą) nawalankę z rzecznikiem prasowym UM Warszawa, której pretekstem była moja notka na temat ewentualnego kandydowania Krystiana Legierskiego na prezydenta Warszawy.

Kto czytał, sam sobie zdanie na temat uczestników sporu wyrobił, ja od siebie mogę dopowiedzieć, że choć generalnie mam o rzecznikach prasowych wyrobioną opinię, to Tomasz Andryszczyk zrobił na mnie wrażenie... no, ale cóż, każdy ma takiego rzecznika, na jakiego sobie zasłużył.

Cała ta pyskówka oczywiście nie dotyczyła meritum mojego wpisu, który - jak każdy może zobaczyć poniżej - stawiał przekorną tezę, że dotychczasowe wypowiedzi KL wcale go nie pozycjonują na jakiejś strasznej lewicy, bo w Londynie, podobne rzeczy mógłby mówić konserwatywny mer, Boris Johnson lub jego ludzie. Kropka. By obalić taką tezę, trzeba by znaleźć takie wypowiedzi KL oraz BJ, które stałyby w oczywistej sprzeczności. Oczywiście to zbyt trudne zadanie dla urzędnika popierającego obecne władze Warszawy (oraz innych wielbicieli HGW), łatwiej jest po prostu zaatakować KL czy podszczypać mnie.

Awantura na fejsbuku pokazała również dramatyczną różnicę w widzeniu miasta pomiędzy urzędnikami oraz (z braku innego słowa określę ich tak) lewicującymi miejskimi aktywistami. I nie tylko dotyczy to Warszawy - bo dokładnie tą samą różnicę widać w Katowicach (z tym zastrzeżeniem, że w Katowicach nie ma lewicujących aktywistów miejskich...).

Joanna Erbel w najnowszym swoim tekście na portalu Krytyki Politycznej próbowała tą różnicę najpierw nazwać, a potem zasypać - jak pokazują pierwsze komentarze na jej fejsbuku, jak ktoś nie potrafił tego zrozumieć wcześniej, nie zrozumie tego również teraz.

Joanna buduję tę opozycję pomiędzy 'mostami' a 'gejami' (co jest zrozumiałe w Warszawskim kontekście), generalnie jednak jest to opozycja pomiędzy miastem jako autorytarnym podmiotem, a miastem jako zbiorowością. Niebezpiecznie upraszczając - urzędnicy widzą Miasto, aktywiści widzą Ludzi.

Dokładnie ten sam schemat powtarza się za każdym razem, wystarczy wspomnieć legendarny Dotleniacz, przy okazji którego urzędnicy mówili o Dobru Wspólnym, przeciwstawiając go zadowoleniu partykularnej grupy użytkowników miejsca. W tym sporze pomiędzy uniwersalizmem a partykularnością (wiem, że to straszne uproszczenie) niekoniecznie stałbym po stronie tej drugiej. Joanna zresztą też tego nie czyni, starając się odejść od dualistycznego widzenia i mówienia, przesuwając po prostu akcenty i priorytety. Wspomniany przykład Dotleniacza (ale też KDT) pokazuje, że tylko takie szczegółowe analizy pozwalają odejść od języka tabloidu, od jasnych, przesadnie antagonistycznych struktur myślowych, które świetnie sprzedają się w gazetach, na wiecowych pyskówkach oraz na wojnie. Do rozwiązywania problemów w mieście nie nadają się wcale.

Jak pamiętamy z przykładów w miastach amerykańskich (spór o dziedzictwo Roberta Mosesa, ze słynnym tekstem 'Do Artifacts have Politics?' na czele), infrastrukturalne projekty modernizacyjne, obiekty wielkiej narracji, mają bezpośrednie przełożenie na życie poszczególnych ludzi. Niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy władze miasta sobie i tylko sobie przypisują umiejętność 'transcendowania' się poza egoistyczne interesy poszczególnych mieszkańców i grup. Wtedy 'dobro wspólne' staje się narzędziem szantażu (nam zależy na Warszawiakach, a wam tylko chodzi o gejów!), staje się zasłoną dymną, kryjącą interesy innych grup (lub wręcz korupcje), lub też lenistwo i ignorancje rządzących.

Każda bowiem decyzja, każdy most i przedszkole, modernizacja (i związana z tym zmiana charakteru miejsca) każdej ulicy, może być opisana jako fragment sieci zależności, przyczyn i skutków. Miasto to niezwykle gęsta sieć, w której dotknięcie jednej nitki, może spowodować rezonans w całym układzie. Zawsze są jakieś skutki i zawsze ktoś zyskuje więcej, a ktoś inny mniej (lub wręcz traci). Wbrew więc temu, co napisał Tomasz Andryszczyk, polityka miejska _jak najbardziej_ jest polityką właśnie, ma swój kolor, jest albo lewicowa, albo prawicowa. 

Uniwersalistyczny miejski punkt widzenia nie musi być leniwie i arogancko transcendentny (MY wiemy co jest dobre dla miasta, a więc i dla was), lecz może wyrastać ze ścierania się partykularnych interesów, szukania 'kreatywnego napięcia' i synergii. To jest znacznie trudniejsze, wymaga więcej czasu i znacznie trudniej wpisać to na plakat wyborczy, nigdy też nie osiągnie się w ten sposób pełnego sukcesu (most będzie stał, ale zadowolenie mieszkańców nigdy nie będzie absolutne). Mimo wszystko jednak, taka polityka, oparta na mozolnym negocjowaniu sposobów wspólnego życia wydaje się prowadzić do powstania znacznie bardziej stabilnego (społecznie, ekonomicznie ale też przestrzennie) miasta.

Jak napisała Joanna - dobrze, że kandydatura Krystiana Legierskiego zaczęła być dyskutowana, stworzyła bowiem szansę (na razie jedynie szansę) na powrót polityki do miast, powrót do sporu o to kto zyskuje i ile, zamiast dyskusji zamkniętej jedynie do symbolicznych gestów (stadion, most, krzyż - nie jako społeczno-ekonomiczny fakt, lecz właśnie jako symboliczny gest).

Nawet jeśli 'lewicujący (i nie tylko) miejscy aktywiści' są jeszcze zbyt słabi by wygrać wybory, to jeśli uda zmienić się język jakim walczy się o miejskie stanowiska, w przyszłość będzie można patrzeć z nadzieją. Być może dlatego właśnie, zwolennicy zakonserwowania obecnego układu politycznego usiłują sprowadzić tę dyskusję do personalnych przepychanek. Nie pozwólmy im na to!
09:53, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (20) »
wtorek, 27 lipca 2010
395. nie szukam pracy...
Po moim wywiadzie na temat ulicy Mariackiej w Katowicach dla mmsilesia, zadzwonił do mnie znajomy poseł (z innego miasta) i  poprosił o sugestie do dyskusji na temat możliwego rozwoju centrum pewnego miasta oraz rewitalizacji pewnej ulicy.

Niestety, ani w wywiadzie prasowym ani w piętnastominutowej rozmowie telefonicznej nie jestem w stanie przedstawić szczegółowej strategii rewitalizacji ulicy czy miasta. To wynika oczywiście z faktu, że nie mam dość informacji, by konkretne rozwiązania dla konkretnych przestrzeni proponować. Wiem, że czytelnicy czasem tego właśnie oczekują, bo skoro jestem kimś kto się trochę zna na funkcjonowaniu miasta, to przyjdę i w pięć minut rozwiążę problemy, nad którymi inni łamią sobie bez powodzenia głowy miesiącami. Przykro mi, ale to niemożliwe.

Oczywiście, bycie kimś z zewnątrz ma wiele zalet i alternatywna strategia rozwoju Rygi, którą kiedyś miałem wielką przyjemność współtworzyć, wzięła się właśnie z takiego zewnętrznego punktu widzenia. Ale by ją stworzyć, kilka osób pracowało bardzo ciężko przez kilka miesięcy.

Pytania mojego znajomego posła oraz wypowiedzi polityków miejskich w Katowicach wskazują jednak na olbrzymie pomieszanie z poplątaniem pojęć, idei, wyobrażeń i przesądów. Przede wszystkim na 'tabloidowe' myślenie o mieście. Ów skrajnie uproszczony sposób myślenia widać też w większości wypowiedzi na internetowych forach - stąd narzekanie, że w wywiadzie nic sensownego nie powiedziałem i nie przedstawiłem żadnej klarownej wizji. Trudno więc tak do końca dziwić się politykom, że pragną mówić do swoich wyborców prosto i dużymi literami. Problem w tym, że w ten sposób nic sensownego powiedzieć się nie da. Co więcej, politycy powinni pamiętać o przykładzie Korwina-Mikke, którym fascynują się młodzi inżynierowie i prawnicy - gdy tylko zaczną żyć na własny rachunek, żegnają się z jego 'oczywistymi' rozwiązaniami.

Nie kwestionuję technicznej wiedzy, którą dysponują radni, prezydenci i urzędnicy miejscy, bo ja oczywiście takiej wiedzy nie mam. Mam jednak rosnące przekonanie, że owa techniczna znajomość procedur w bardzo niewielkim stopniu pomaga w bardziej strategicznym myśleniu o mieście.

W sprawie wspomnianej ulicy Mariackiej, pojawił się nowy pomysł władz miasta - by przesunąć ciszę nocną z 22:00 na 24:00. Aż boję się pomyśleć, że to efekt mojego wywiadu, w którym apelowałem o regulacje i interwencję instytucji... Nie, panie wice-prezydencie, nie o to mi chodziło... Raczej o powolne 'wychowywanie' mieszkańców i użytkowników miasta tak, by potrafili koegzystować. Dobra zabawa niekoniecznie przecież musi oznaczać wrzaski i rzucanie butelkami, tak jak i dźwięki miasta zawsze będą inne niż cisza w domku na skraju wsi.

Miasto zmusza nas wszystkich byśmy nawzajem siebie szanowali i wymaga pewnego stopnia tolerancji. Pojawiają się również pytania dotyczące własności i poczucia przynależności, poczucia 'bycia u siebie' zarówno ludzi, którzy na Mariackiej mieszkają, jak i tych, którzy tam bywają.

Szczególnie jeśli chodzi o mieszkańców, wysłuchanie ich opinii i próba wzięcia ich pod uwagę, mogłyby stać się ważną lekcją jak przeprowadzić dialog pomiędzy społecznościami lokalnymi a władzą. Jest w Katowicach Uniwersytet Śląski, którego studenci wraz ze swoimi profesorami zapewne z wielką ciekawością pomogliby miastu zrozumieć to miejsce i ludzi tam mieszkających. Dzisiejsza Mariacka, ze wszystkimi swoimi konfliktami, mogłaby stać się laboratorium miejskiej rewitalizacji, która czeka w przyszłości również inne ulice i dzielnice. Dlaczego nie wykorzystać okazji?

Czekanie, zmiana przepisów na niekorzyść mieszkańców tylko zaogniają konflikt. Czy naprawdę o to chodzi władzom miejskim?

I na koniec chciałbym tylko wyjaśnić, że nie szukam w Katowicach pracy ;)
18:55, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (1) »
sobota, 24 lipca 2010
394. agnorant
Kiedyś K. dokonała zbitki dwu słów: 'ignorant' i 'arogant', a wyszedł jej z tego 'agnorant'. Bardzo ładne słowo opisujące hordy przekonanych o swojej wartości i wiedzy niedouków.

Jednym z typowych przykładów na Śląsku jest Michał Smolorz, który wsławił się między innymi uzyskaniem 2.4% głosów jako kandydat na prezydenta Katowic. Przede wszystkim jednak, jako dziennikarz uważa, że zna się na wszystkim.

Jego ostatnia wojenka to obrzucanie błotem wszystkich, dla których wyburzenie katowickiego dworca to barbarzyństwo.
Smolorz nie ma ani wykształcenia ani wiedzy, ale wie! I strofuje na przykład, konserwatora zabytków Henryka Mercika (nazywając go wędrownym, bo pracował w dwu różnych miastach), strofuje architektów i historyków sztuki. Smolorz zna się na wszystkim i uważa, że wszystko mu wolno.

Pamiętam taką scenę z filmu Woody Allena, gdy bohater zjeżdża coraz niżej do piekła - mija poziom z zabójcami by dotrzeć najniżej, gdzie przebywa tylko jeden grzesznik. To ten, którzy wymyślił plastykowe panele.

Myślę, że Smolorz trafi jeszcze niżej - populistyczny barbarzyńca nie zasługuje na nic lepszego. I tylko dziwno i smutno, że kogoś takiego uparcie drukuje Gazeta Wyborcza. Cóż... Smolorz wyzywa innych od prowincjuszy, lecz sam jest wręcz klinicznym przykładem kogoś, kto poza swój grajdoł nie jest w stanie wyjść, nic poza nim osiągnąć, ba! nie jest w stanie nawet zobaczyć, że coś poza tym grajdołem istnieje (zdania w rodzaju 'docentów architektury z Ułan Bator i projektantów basenów z Baku' są na pograniczu rasizmu i w cywilizowanym kraju nikt nie odważyłby się tak napisać).

Oczywiście sposób, w jaki dworca bronią śląscy architekci jest niezręczny - język, którym nie potrafili przekonać ani mieszkańców Katowic, ani elit wystawia im słabe świadectwo. Ale to, że dworzec ma marnych obrońców, nie przekreśla tego, że warto go bronić.

W Plymouth, w którym mieszkam i pracuję, wpisano niedawno na listę zabytków modernistyczny budynek urzędu miejskiego



za którym lobbowała wpływowa w UK organizacja The Twentieth Century Society. Powojenną architekturę na świecie, w cywilizowanych krajach się chroni, panie Smolorz!
 
Jak mówi K. - wyburzenie dworca zamiast jego renowacji jest jak wyrywanie zdrowych zębów, zamiast ich umycia. Polecam Smolorzowi by logikę jaką stosuje w sprawie dworca, zastosował do siebie - jego zęby też przecież wyrosły za komuny.
18:29, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (7) »
393. barbarzyńcy i mieszczanie
Dziennikarz pyta (o ulicę Mariacką w Katowicach) - autor tego bloga odpowiada.


12:04, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 lipca 2010
392. Legierski jak Boris Johnson?
Z prawdziwą przyjemnością czytam, że Krystian Legierski rozważa kandydowanie na stanowisko prezydenta Warszawy. Na razie trudno mówić o programie, ale kilka spraw o których Legierski wspomina brzmi zachęcająco.

Komentarze, które się pojawiają brzmią w skrócie tak 'niech się SLD boi, bo Legierski atakuje z lewej flanki'. Cóż... Chyba tylko w Polsce to, co Krystian Legierski mówi jest uznawane za jakieś lewicowe fanaberie. Wystarczy posłuchać, co na temat swoich osiągnięć i planów jako mer Londynu mówi Boris Johnson, Torys (czyli konserwatysta brytyjski) i jego ludzie, by zrozumieć, jak strasznie zaściankowa i ekstremistycznie prawicowa jest polska scena polityczna.
 
Legierski ze swoimi poglądami w Polsce lokowany na lewicy, w UK z łatwością zmieściłby się w Londyńskim sztabie Borisa. I tu zupełnie nie chodzi o kwestie kulturowe! To, że Legierski jest działaczem LTBTQ, w Londynie nie miałoby żadnego znaczenia (ani jako zaleta, ani jako wada).

W Polsce, na tle HGW pytającej Ducha Świętego o zdanie w sprawach polityki miejskiej, czy PiSu, który podkręca(ł) kwestie krzyża przed pałacem prezydenckim, Legierski jawi się jako ostoja mieszczańskiego rozsądku.

Na prawdziwie lewicowego kandydata na prezydenta Warszawy przyjdzie jeszcze poczekać, ale Krystian Legierski jest kandydatem, którego życzyłbym innym polskim miastom (na przykład Katowicom...). Oby tylko to nie była zagrywka taktyczna... (by wynegocjować więcej od SLD). Odwagi!

Krystian Legierski na Prezydenta!!!
(first we take... Warsaw... :-P)
17:24, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 19 lipca 2010
391. inna miejska polityka (IMP)?
Znajomy aktywista z Wrocławia podesłał mi wywiad z kandydatem SLD na prezydenta Wrocławia. Oczywiście rozumiem, że szanse na zwycięstwo ten pan ma minimalne, więc ani specjalnie nie musi się wysilać by jakiś całościowy pomysł na miasto przedstawić, ani martwić, co by było gdyby jednak tym prezydentem został. Wspomniany kandydat nie mówi w sumie nic specjalnie bulwersującego - ot, że drogi powinny nie mieć dziur (a remonty należy prowadzić w nocy) i że na sprawl pomoże park-and-ride. Dwa dni później inny znajomy podesłał mi tekst byłego architekta Warszawy (za rządów PiS), krytykującego plany zarządu HGW dotyczące otoczenia PeKiNu. I znów - ani ten tekst ani krytykowany przezeń plan nie jest czymś, czego bym się nie spodziewał. O polityce miejskiej opartej na spekulacji gruntem pisałem już przy okazji dyskusji na temat lokalizacji nowego stadionu. Na dodatek nie śledzę planowania w Warszawie na tyle uważnie, by móc krytykować szczegóły poszczególnych rozwiązań. Kolejnym przykładem takiego myślenia o mieście jest przypadek Katowic, gdzie (skandaliczna) decyzja o wyburzeniu dworca PKP jest atakowana z czysto estetycznych, skrajnie mieszczańskich pozycji.

Tym, co uderza we wszystkich tych dyskusjach i tekstach jest ich nijakość i powierzchowność. 'Mieszczańskość'. Oczywiście pomysł by za wszelką cenę zasłaniać PeKin jest żałosny (czyżby jednak sukces Andrzeja Wajdy?), z drugiej jednak strony argumenty jakich używa pan Borowski w obronie niskiej zabudowy placu są mało przekonujące, a już używanie określenia 'Chińskie miasto' jako obelgi jest dość niesmaczne. Restrykcje dotyczące wielkości i funkcji pomieszczeń w parterach budynków mogą być dobrodziejstwem lub mogą uczynić okoliczną przestrzeń martwą.

Nie ma jednak w tej dyskusji nic, co wychodziłoby poza techniczne regulacje - trochę wyżej, trochę gęściej, mniej banków, więcej kawiarni. I oczywiście do pewnego stopnia taka dyskusja jest uprawniona - urbanistyka tym, czyli regulacjami właśnie się zajmuje.

A jednak smutek ogarnia, gdy cała wizja modernizacyjna sprowadza się do ciepłej wody w kranie... Smutek, bo zupełnie umyka zarówno pytanie, skąd ta ciepła woda się bierze, jak również kto z niej będzie korzystał.

Pytanie, które ciśnie się na usta brzmi  - czy jakaś alternatywa istnieje? Czy może zostać pomyślana? Alternatywa, która nie przekreśla dróg bez dziur i ograniczeń w gęstości zabudowy, lecz nie stawia tych zagadnień jako najważniejszych. Alternatywa, która pyta: ale po co to wszystko?

Problemem alternatywnej (nawet nie chcę pisać 'lewicowej', bo jeszcze jesteśmy na etapie przezwyciężania neoliberalnej hegemonii i otwarcia na pluralistyczny świat) polityki miejskiej jest oczywiście ograniczona autonomia miasta. Miasto istnieje w sieci regulacji, zobowiązań państwowych i międzynarodowych, ba! miasto z samej swej istoty nie jest w stanie być bytem samowystarczalnym i zupełnie autonomicznym.

Ten fakt powinien nas prowadzić do fundamentalnego (filozoficznego?) pytania o podmiot. Jeśli miasto z jednej strony ma konkretną lokalizacje, mniej lub bardziej wyraźne przestrzenne granice, ale _nie jest_ ograniczone w swym wymiarze społecznym i powiązaniach z zewnętrzem; jeśli tak, to określenie w jaki sposób konstruowany jest/może być podmiot miejski jest absolutnie kluczowe by _jakąkolwiek_ skuteczną miejską politykę uprawiać.

Problemem współczesnego myślenia o mieście jest dziedzictwo postmodernizmu i Margaret Thatcher - nikt już nie wierzy, że społeczeństwo istnieje (może niektórzy socjologowie wciąż wierzą w jego istnienie, ale mam wrażenie, że robią to z przyzwyczajenia). Owszem - mogą istnieć jakieś grupki użytkowników miasta, ale już określenie 'klasa społeczna' wywołuje u wielu wysypkę. Nie da się jednak prowadzić dyskusji o mieście bez pytania o społeczeństwo - czym jest i jak jest/  może być w mieście konstruowane.

Te pytania powinny prowadzić w kierunku zaakceptowania lub odrzucenia (ale, jeśli to drugie, to powinna zostać zaproponowana jakaś alternatywa) koncepcji obywatela plug-in, powinny prowadzić do dyskusji o relacji fragmentu (dzielnicy, ale też miasta w stosunku do regionu i dalej) do całości (a więc do koncepcji miasta a-androgynicznego).

Taaaa... przed wyborami lokalnymi polecałbym (nieskromnie) przeczytać jednak 'Miasto jako idea polityczna' (podobno Ha! art planuje dodruk).

A jest jeszcze wiele innych pytań, które warto byłoby zadać:
o konieczność istnienia miasta,
o jego pozycję we współczesnym kapitalizmie,
o różnicę pomiędzy miastem peryferyjnym a tym położonym w centrum globalnego świata,
wreszcie o to, jaka wiedza i w jaki sposób może być produkowana w miastach oraz
o to, jaka jest relacja pomiędzy wiedzą, innowacją, produkcją przemysłową a jakością życia.

Inna polityka miejska nie będzie możliwa, dopóki nie będziemy w stanie pomyśleć alternatywy wobec mieszczańskich banałów o mieście dla ludzi i drogach bez dziur.
09:29, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (11) »
czwartek, 15 lipca 2010
390. z pozdrowieniami dla polskiej prawicy...
... z okazji EuroPride w Warszawie:
(nie dla dzieci oraz ludzi słabego serca)

Born Free - M.I.A from Bourgeois Ink on Vimeo.


23:09, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (2) »
środa, 14 lipca 2010
389. strach autorytarny
Będąc w PL wpadł mi w ręce 62 numer Notesu na 6 tygodni.
W numerze tym jest między innymi opis projektu realizowanego w Pawilonie Polskim na Biennale w Wenecji. Zdaje się, że sprawa polskiego projektu na tą imprezę w PL był jakimś skandalem, ale to mało mnie interesuje. Interesujący jest sam projekt.

Projekt, pod nazwą 'Emergency Exit' zakłada 'zbudowanie wysokiej konstrukcji przypominającą skocznie narciarską (...) będzie się wznosiła nad morzem białych chmur. Chmury przez swoją gęstość dadzą wrażenie przepaści bez dna. Widok ten w stojących na szczycie skoczni ludziach może budzić poczucie tajemnicy, ryzyka, niebezpieczeństwa lub wręcz strachu. Skok w dół będzie jednak całkowicie bezpieczny, gdyż w chmurach ukryty został specjalny materac amortyzujący upadek.'

Dalej w opisie możemy przeczytać, że 'projekt promuje podejście do architektury i urbanistyki, wykraczające poza logikę przyziemnej rzeczywistości i sztywne planowanie życia; jest otwarty na to co w mieście nieprzewidywalne; uelastycznia tkankę miejską poprzez uaktywnienie jej szczelin, luk i porów. Umożliwia też mieszkańcom "wyłączanie" się z dominujących miejskich struktur poprzez rozwijanie indywidualnych, autonomicznych działań i inicjatyw'.

Prawdę mówiąc, ja czytam w tym projekcie zupełnie inną narrację.

Nie ma w nim szansy na nieprzewidywalne, jest wciąż ten sam upadek, nie ma w nim nic elastycznego (oprócz materaca). Nie ma w nim wreszcie żadnej szansy na autonomiczne działania, jest powtarzalny rytuał i relacja władzy, w której użytkownicy muszą uwierzyć autorkom, że nic im się nie stanie. Strach jest autorytarnym narzędziem kontroli, wymagającym nieograniczonego zaufania. Jakże katolicki ten projekt, jakże polski...
13:34, krzysztof_nawratek , architektura
Link Komentarze (3) »
niedziela, 11 lipca 2010
388. ułomki
Dziś byliśmy w KNOTcie na Pradze. Przepraszam, jeśli ktoś poczuł się urażony tym co mówiłem. Moją rolą jest prowokować do dyskusji, a nie głaskać po główkach. Generalnie przecież jestem pełen sympatii dla wszystkiego co się tam dzieje.

To oczywiście zawsze jest ryzykowna gra z rynkiem, gentryfikacja jest niemal immanentnie wpisana w tego typu akcje, ale mimo wszystko warto tę grę podejmować. Mimo wszystko lepiej robić coś niż nic. Drugie znaczenie słowa 'knot' (porażka) jest tak naprawdę po prostu otwarciem ku nieznanemu. Czym bowiem jest sukces, a czym porażka? Nawet na poziomie osobistego doświadczenia potrafię znaleźć wiele sytuacji, które po pewnym czasie okazywały się przynosić zupełnie inne skutki, niż się spodziewałem. Otwarcie na nieprzewidywalne jest naturalne, nie należy się przed tym bronić.

Będąc sześć dni w PL odkryłem, że nie mógłbym tu wrócić by żyć na stałe (pewnie bym potrafił - ale nie chce. Nie dziś). Nie dlatego, że coś z PL jest złego, wręcz przeciwnie!
To ja, odzwyczaiłem się od bezpośredniości mojego języka.
Mój angielski nie jest doskonały i choć koledzy i studenci twierdzą że jest OK, to raczej czynią to bo są dobrze wychowani.
Tak czy siak, to jest mój drugi język, i choć czasem zdarza mi się po angielsku śnić, to co ważne, rodzi się jednak w języku polskim. Fakt, że angielski to nie mój język, ja go tylko używam, powoduje że pomiędzy światem społecznym w UK a mną istnieje bufor. Angielski jest moją tarczą. Nie dzielę z Anglikami bagażu kulturowego, nikt się po mnie nie spodziewa, że będę wiedział jakie dobranocki oglądali. W Polsce wręcz przeciwnie - wszyscy uważają, że wiem o czym mówią. Język dotyka mnie bezpośrednio i do żywego mięsa. To zbyt męczące, zbyt brutalne.
Wolę tu nie być.

Ale zawsze miło spotkać przyjaciół, porozmawiać o tym co tu się dzieje i co ich dręczy i zajmuje. To jest mój kraj - fakt, że język polski jest dla mnie tak bezpośrednim i mocnym doświadczeniem to potwierdza. Jeśli bardzo chcecie, możecie odebrać mi prawo wyborcze, ale będę się upierał, że rozumiem Polskę nie gorzej niż dziennikarze największych dzienników. Niektórzy moi przyjaciele, twierdzą że rozumiem Polskę o wiele lepiej...
23:10, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (3) »
czwartek, 08 lipca 2010
387. mieszczańska sztuka
Pan uważający się za artystę fotografika opowiadał o swoich zdjęciach, o świetle, liniach, fakturze. Wspomniał o zdjęciu, które zobaczył w prasie - osiedle domów zalane przez powódź, piękny wzór pomarańczowych dachów na błękitnym tle wody...
Uległem formie - milczałem.
A powinienem go zapytać, czy zachwycałby się tak samo symetrią baraków w Auschwitz. Pewnie i tak by nie zrozumiał, ale przynajmniej nie czułbym się dziś tak podle.

Podobno obecny prezydent wizytując tereny popowodziowe powiedział 'jak dobrze być tu z wami'. Mieszczańska morfa jest w Polsce silniejsza niż myślałem. Trzeba uciekać.
17:08, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2