Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
sobota, 21 lipca 2012
648. zdradzony Robotnik
"Uczestnictwo i służba, oto zadania, które nas czekają."

[To nie jest recenzja.]

Robotnik (Der Arbeiter) Ernsta Jungera to książka, którą w latach dziewięćdziesiątych znałem z legendy, omówień i cytatów, to była jedna z kultowych książek środowisk, z którymi się wówczas przyjaźniłem (swoją drogą ciekawe czy ci ludzie czytają ją i dziś...). Gdy więc w 2010 wydało ją wydawnictwo PWN (wydanie te zostało dotowane - co uważam ze fakt niezwykle zabawny - przez Janusza Palikota, najwyraźniej jeszcze w jego fazie 'prawicAwej') 'pochłonąłem' ją najszybciej jak mogłem. Za szybko jednak. Sięgnąłem więc po nią jeszcze raz parę dni temu, po części sprowokowany tym poczuciem niedosytu czy rozczarowania jakie mi towarzyszyło przez ostatnie kilkanaście miesięcy, po części z powodu rosnącego zainteresowania metafizyką miasta przemysłowego.

Robotnik to niezwykła książka - jednym z aspektów jej niezwykłości jest na przykład fakt, że nie została nigdy przetłumaczona na język angielski. Ale to tylko wiele (moim zdaniem) mówiąca anegdota. Czytając 'Robotnika' miałem poczucie rozdwojenia - z jednej strony, 'Robotnik' uchodzi za profetyczną wizję nowoczesnego społeczeństwa, z drugiej trudno zapomnieć, że książka została wydana na rok przed dojściem do władzy nazistów - a sam Junger był związany z intelektualnymi kręgami niemieckiej 'konserwatywnej rewolucji'. Mimo więc tego, że trudno go wprost powiązać z reżimem hitlerowskim, trudno też uznać go za zadeklarowanego antyfaszystę. Czytałem więc 'Robotnika' jako dokument epoki, ale równocześnie jako genialną przepowiednię dwudziestego (dwudziestego pierwszego?) wieku, książkę wciąż - przynajmniej we fragmentach, w diagnozach, bo już nie projektach - niezwykle aktualnej.  [Nie będę streszczał 'Robotnika' - polecam dwa teksty, które przybliżą książkę tym, którzy jej nie znają - przede wszystkim Tomasza Gabisia, ale również Jacka Szabana.]

Junger opisuje społeczeństwo nowoczesne jako społeczeństwo pracy, w którym to właśnie praca jest 'formą bytu'. Nie istnieje nic co nie jest pracą i nie istnieje nikt, kto nie pracuje. Praca niweluje wszystkie różnice i hierarchie ("Wszystkie decydujące rozkazy mobilizacyjne nie biegną z góry w dół, ale jawią się jako rewolucyjny cel, co czyni je tym skuteczniejszymi") , likwiduje demokracje jako wybór ("Akceptacja dokonuje się za sprawą czystego uczestnictwa, a więc przez udział w głosowaniach, niezależnie od tego, która partia zwycięży."), kwestionuje wolność jako przywilej jednostki. Ba! kwestionuje jednostkę tak jak odrzuca masę (jako zbiór jednostek). Ten fragment zresztą jest jednym z tych, w których odnaleźć możemy niezwykle aktualną diagnozę bieżących wydarzeń. Jungera przekonanie o końcu masy można czytać jako wyjaśnienie impotencji ruchu 'oburzonych', tych tłumów na ulicach hiszpańskich miast, które kilka miesięcy temu wybrały w wyborach prawicową partię - wbrew swoim oczywistym interesom. Robotnik jest totalnością, nikt nie jest odrzucony, nikt nie jest wywyższony, bo każdy jest fragmentem wielkiej totalnej maszynerii ("Człowiek to źródło naturalnego bogactwa i żaden państwowy plan nie będzie doskonały, o ile nie potrafi czerpać z tego źródła"). Ten świat Robotnika nie jest światem klas, nie jest światem narodów (choć Junger widzi awangardę tego świata w Niemcach), nie jest też światem zysku i eksploatacji ("Inicjatywa prywatna stanie się akceptowalna w momencie, gdy uzyska rangę specjalistycznego charakteru pracy - innymi słowy: gdy będzie objęta kontrolą w obrębie szerszego procesu") - to świat Planu i Wyższego Celu. Świat Robotnika to świat totalny.

Tak jak i nasz świat jest światem totalnym, światem w którym każdy nasz uczynek, każda myśl jest mierzona logiką zysku i ekonomicznej efektywności. W naszym świecie istnieją jednak hierarchie i są ludzie, których nikt nie potrzebuje - maszyna kapitalistycznego wyzysku nie ma nad sobą wyższego celu, niż zysk tych, którzy siedzą w sterowni.

Książka Jungera rozpoczyna się od rozważań nad mieszczańską próbą zdławienia Robotnika, ukształtowanie go na mieszczańską modłę ("...pierwsi mistrzowie robotnika byli pochodzenia mieszczańskiego, a konstrukcja systemów, do których wtłaczano młodą siłę, realizowała mieszczańskie wzorce!"). Der Arbeiter jest pieśnią o świecie, w którym mieszczanin przegrał, w którym totalność pracy zakwestionowała wszystkie inne logiki.

Nasz świat jest światem w którym mieszczanin przechytrzył robotnika, w którym wszyscy konsumujemy, a niemal nikt tak naprawdę nie jest częścią świata pracy jako formy bytu, mimo tego, że większość wykonuje jakoś pracę ("Każdy ruch ręką, choćby czyszczenie stajni z gnojówki, ma swoją rangę, o ile nie odczuwa się go jako abstrakcyjnej pracy, ale dokonuje się w obrębie większego i sensownego ładu."). Książka Jungera jest więc testamentem klęski, opisem przegranej wojny i straconej szansy. Wrogowie Robotnika okazali się bardziej przebiegli, sprytniejsi i zdolni do nauki. Zrozumieli świat jaki opisywał Junger i wyciągnęli wnioski zanim Robotnik tak naprawdę się narodził. Dziś już za późno na Robotniczą Rewolucję, lecz wciąż stoją przed nami te same wyzwania. Wróg zmienił maskę, lecz pozostał ten sam.
22:39, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (6) »
piątek, 20 lipca 2012
647. być jakimś
W jednej z notek pisałem o różnych ukazujących się w PL 'tołstych żurnalach', wspominając, że Res Publica Nowa jest pismem, w którym nie mam pojęcia o co w zasadzie redakcji chodzi. Pisałem, że w przeciwieństwie do takich periodyków jak Pressje, Krytyka Polityczna czy 44, które można lubić lub nie, ale które są wyraźnie 'jakieś', RPN nie ma swojego własnego charakteru.

W związku z tym, otrzymałem od redakcji (bardzo dziękuję!) jakiś czas temu najnowszy, poświęcony modernizacji numer tego pisma.
Numer rzeczywiście bardzo interesujący, z kilkoma świetnymi tekstami, jak na przykład dyskusja 'Wielkie Pomniki Niepotrzebnych Ludzi', z passusem Andrzeja Ledera, który w dwu zdaniach obnaża nędzę i zło takich imprez jak Euro czy Olimpiada:
"Można powiedzieć, że sport wrócił do statusu rozrywki próżniaczej w epoce postindustrialnej. Jednak tym razem jako zajęcie nie tylko elit, ale również ogromnych grup miejskich ludzi, znudzonych i niepotrzebnych". [Aż chciałoby się powiedzieć - oto co zostało z Robotnika!... ale refleksje nad książką Jungera to będzie moja kolejna notka.] Jest też - już nie związany z tematem numeru - poruszający tekst 'Mieszczanin Antysemitą', czy recenzja książki Leona Kriera "Architektura Wspólnoty', która moim zdaniem jest dla autora zbyt łaskawa, mimo pozornie krytycznego zakończenia: "Nawet jeśli propozycje autora Architektury Wspólnoty są słuszne, nie musi z tego cokolwiek wynikać. Poundbury, które je materializuje, najpewniej pozostanie tym, czym jest teraz, czyli rezerwatem". Moi zdaniem z pism Kriera wynika jednak sporo złego, a Poundbury jest czymś znacznie bardziej złowieszczym niż tylko brytyjską wersją disnejowskiego miasteczka. Ale to na inną rozmowę.

Przeczytałem więc najnowszy numer RPN z zainteresowaniem, ale prawdę mówiąc nie do końca zmieniłem zdanie na temat tego pisma. Nie wynika to jednak z jego jakości, lecz raczej z moich oczekiwań (które są tylko moje i prawdopodobnie byłyby bardzo niebezpieczną wskazówką, gdyby ktoś chciał ich użyć do budowania strategii marketingowej...). RPN jest pismem o otwartej formule i chyba mogę zrozumieć zamysł stojący za tym pismem - gdzie pluralizm i wewnętrzna dyskusja jest wartością, gdzie ambicja wpływania na realną politykę jest w zasięgu ręki - jednak moja wizja tego typu pisma jest inna, związana raczej z budowaniem wyrazistego intelektualnie środowiska, 'zakonu' żołnierzy walczących za sprawę... To są jednak chyba pozostałości mojej prawackiej przeszłości, być może zabójcze dziś, prowadzące do sekciarskich wynaturzeń w rodzaju 'Uważam Rze' czy wyrazistego wreszcie 'Przekroju' - który z miesiąca na miesiąc traci czytelników...

RPN nie jest więc pismem, którego każdego kolejnego numeru oczekiwałbym z wypiekami na twarzy, wydaje się być jednak bardzo solidną propozycją dla nowoczesnej, otwartej i 'europejskiej' inteligencji. Powinna być wręcz obowiązkową lekturą tych, którzy w realną władzę są, albo chcą być zaangażowani.
22:44, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (4) »
wtorek, 17 lipca 2012
646. tylko żółć
Przeczytałem felieton pewnego młodego, bojowego lewicowca, który z pogardą pisze o innych lewicowcach, że nie dość szlachetnie lewicowi. Że feministki złe, bo nie dbają o 'zwykłe kobiety' (gosh, ile to już lat słyszę te prawackie kłamstwa...), że 'luminarze' podpisują tylko petycje, z których nic nie wynika - by na koniec pochwalić wybraną grupę luminarzy i wybraną petycję, którą podpisali (zresztą jak najbardziej słusznie). Przeczytałem ten felieton i zrobiło mi się po prostu przykro. Ja rozumiem, że można się czasem zalać żółcią, ale nie wierzę, że hejt jest drogą. Hejt niszczy i obraża, kaleczy - również tego kto hejterzy (wiem, bo nie jestem całkiem bez winy). Młody i bojowy lewicowiec wzdycha do (idealizowanego) przedwojnia. To takie łatwe... zawsze gdzieś indziej było lepiej. Trudniej, zobaczyć belkę we własnym oku, trudniej po prostu nie poniżać innych, nie obrażać, nie kaleczyć.

Lewica rodzi się z etycznego odruchu niezgody na niesprawiedliwość i ludzką krzywdę. Każdą ludzką krzywdę. Co potem z tego odruchu wyrasta, czasem mu zaprzecza. Dlatego zawsze trzeba do niego wracać, zawsze o nim pamiętać, by nie torować drogi innej niesprawiedliwości i krzywdzie.
21:58, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Dodaj komentarz »
645. z przestrzenią publiczną bój lokalny
Dzięki uprzejmości Autorów i Autorki, otrzymałem niedawno książkę 'Rynki, Malle i Cmentarze.Przestrzeń publiczna miast śląskich w ujęciu socjologicznym'. Tytuł może trochę zniechęcić nie-akademickiego czytelnika, ale chyba nie do takiej publiczności książka jest skierowana. Może trochę szkoda... Ale to raczej ogólna uwaga na temat literatury naukowej.



Książka ma dwie cechy, które bardzo lubię i dwie, które... nie bardzo. Najpierw o tym co mi się nie podoba (miejmy to szybko za sobą). Książka ma troje autorów, którzy wyraźnie oznaczyli swoje terytoria - każdy rozdział ma przypisane autorstwo. Nie jest to jednak zbiór tekstów, krążących wokół jakiejś tematyki, lecz książka, która ma ambicje bycia spójnym tekstem. Wydaje mi się, że nie do końca to się udało - książka rozpada się na poszczególne rozdziały, zatrzymując się w pół drogi - trochę te rozdziały się nawzajem do siebie odnoszą, a trochę nie. Druga uwaga krytyczna (to nie jest krytyka jako taka, raczej marudzenie) dotyczy tego czym ta książka chce być. Wygląda na to, że jest to typowa książka naukowa, skierowana do kolegów z Uniwersytetu i studentów. Mamy więc w niej bardzo solidny przegląd literatury i teorii na temat przestrzeni publicznej. Co jest przydatne dla studentów, ale trochę nudne. Ale oczywiście rozumiem, że w taki sposób właśnie pisze się poważne książki naukowe.

To co mi w tej książce jakoś tam przeszkadza, w niczym jednak nie przesłania tego, co mi się w niej bardzo podoba. Przede wszystkim, książka wychodzi z lokalnego, empirycznego doświadczenia. Autorzy mówią - okay, znamy teorię i literaturę przedmiotu, ale na chwilę o niej nie mówmy, za to zobaczmy jak sprawa wygląda w Gliwicach i Katowicach. Mamy więc do czynienia z realizowanymi bez uprzedzeń badaniami empirycznymi, które mówią nie tylko o przestrzeni publicznej jako takiej (bo przecież to byłby absurd) ale mówią o społecznościach mieszkających w badanych miastach. Wiele obserwacji potwierdza intuicje - jak na przykład homogeniczność śląskiego społeczeństwa. Wszyscy wyglądają z grubsza podobnie - mimo tego, że oczywiście zdarzają się 'inni', to każde odejście od 'typowego wyglądu' jest wyraźnie widoczne. To oczywiście jest związane z prowincjonalizmem Gliwic czy Katowic, lecz gdy spojrzymy na GOP jako aglomeracje zaludnianą przez kilka milionów mieszkańców i przeciwstawimy jej na przykład Poznań, zaściankowość Aglomeracji Górnośląskiej (piszę w ten sposób, by uniknąć niepotrzebnych terminologicznych sporów) staje się uderzająca. Potwierdza się również intuicyjne przekonanie o pragmatyzmie i 'aspołeczności Ślązaków' - stosunek do przestrzeni miejskich (również mallów) jest przede wszystkim funkcjonalny, i to raczej przestrzeń prywatna ma rzeczywiste znaczenie (choć oczywiście uwaga ta nie dotyczy całości społeczeństwa) a nie - jakkolwiek definiowana - przestrzeń publiczna.

Ciekawym aspektem książki, są rozważania dotyczące przestrzeni cmentarnych. W pierwszej chwili uznałem, że zostały one dodane trochę na siłę, w związku z zainteresowaniami Barbary Lewickiej (wykorzystuje ona w książce fragmenty swojego doktoratu) a nie ze względu na rzeczywiste znaczenie jako przestrzeni publicznej. Nie do końca pozbyłem się tego wrażenia, ale zdecydowanie doceniam kontekst, jaki dzięki cmentarzom zyskały rozważania o 'bardziej oczywistych' przestrzeniach publicznych. W pewnym momencie zacząłem żałować, że książka nie jest mocniej zbudowana na napięciu pomiędzy cmentarzem, jako miejscem pamięci i 'wychylenia w wieczność' a przestrzeniami konsumpcji i rozrywki.

Jest jeszcze jeden aspekt, który wydaje mi się niezwykle ważny w tej książce - podjęty zostaje w niej trud konceptualizacji empirycznych, lokalnych obserwacji. Autorzy nie czynią tego - moim zdaniem - wystarczająco mocno, dużo jest tu niepotrzebnej nieśmiałości (my tu tylko taką małą książeczkę napisaliśmy, taką lokalną i to w zasadzie tylko szkic...), lecz te fragmenty, w których podejmują oni dialog teoretyczny, są naprawdę ciekawe!  

Mimo więc faktu, że jest to książka 'od naukowców dla naukowców' (książka jest wynikiem projektu badawczego i jest finansowana z grantu), warta jest lektury również przez 'zwykłych' entuzjastów miasta czy też po prostu mieszkańców miast o których ona traktuje. 
10:30, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 lipca 2012
644. a jednak nie po drodze...
Obok polemiki Krzysztofa Mazura (prawica), Miesięcznik Znak opublikował również artykuł 'z lewej flanki', autorstwa Andrzeja Ledera.
Chwilę się zastanawiałem, czy w ogóle kontynuować tę debatę, ale myślę, że nie mam innego wyjścia. Andrzej Leder z wyraźną niechęcią wchodzi ze mną w spór - uznaje najwyraźniej, że jestem sojusznikiem raczej niż wrogiem. Jego tekst jest więc raczej własnym tekstem, napisanym pod wpływem mojego artykułu, niż polemiką. Do pewnego stopnia, to podobne podejście do tego, które zaprezentował Michał Łuczewski, tyle tylko, że Leder nie starał się mnie obrazić.

Mam jednak poważny problem z tym tekstem. Przede wszystkim dlatego, że podstawowa oś sporu, zarysowana przez Ledera, jest oparta na przekłamanym odczytaniu mojego tekstu.
Leder pisze:
"Moja niezgoda z tekstem Nawratka dotyczy dwóch kwestii. Jedna z nich wiąże się z twierdzeniem o pozornej symetrii stanowisk, które tkwią w sporze", by stanąć w obronie słabych, przeciwko silnym. Tyle tylko, że ja wprost napisałem:
"...chciałbym podkreślić, że nie można widzieć tych dwu narracji symetrycznie. (...) W wymiarze politycznym narracja "obrońców życia" tryumfuje...". Nie ma więc tutaj między nami sporu - oczywiście nie koncentrowałem się w moim tekście na wymiarze społecznym aborcji (dlatego traktuję tekst Andrzeja Ledera jako ważne uzupełnienie), lecz wyraźnie zarysowałem obraz tego, kto w Polsce ten wymiar społeczny kształtuje i w jaki sposób.

Istnieje jednak inny moment, w którym się z Andrzejem Lederem fundamentalnie nie zgadzam (i myślę, że tutaj ujawnia się mój problem z liberalnym państwem i socjaldemokratyczną lewicą). Leder pisze:
"...Nawratek, jak sądzę, pomylił wymiar moralny, obyczajowy, społeczny z wymiarem politycznym. Często czynią tak komunitarianie." i dalej:
"Wspólnota polityczna jest obszarem mniejszej lub większej dominacji albo równości. Spotyka się w niej wiele poglądów, które w gruncie rzeczy się wykluczają albo zupełnie rozmijają. Tak jest, jak sądzę, w sporze o to, czy zarodek jest człowiekiem. Wspólnota polityczna musi więc zdecydować, jak ten rodzaj antagonizmu uregulować. Może to zrobić poprzez dominację albo tworzenie przestrzeni równości. Przestrzeni równości, w której oponenci trzymają się - albo są trzymani - na dystans, bo nie ma między nimi możliwości porozumienia. Ba, często nawet nie szanują się wzajemnie. A jednak żyją w jednej wspólnocie - politycznej właśnie. Przykładem są demonstranci rozdzielani przez kordony policji przed klinikami aborcyjnymi w USA".
Z jednej strony, nie mam problemu z instytucją, która mediuje pomiędzy fragmentarycznymi narracjami. Z drugiej jednak, owe kordony policji wcale nie mediują, a po prostu rozrywają wspólnotę, rozdzielają ją na drobne fragmenty, tworząc transcendentny byt (państwo liberalne), który uzurpuje sobie prawo bycia 'ponad' wszelkiego rodzajami sporów. Ten model, obawiam się, nie tworzy wspólnoty politycznej, lecz postpolityczny autorytaryzm, w którym wyłącza się ze sporu coraz większe fragmenty debaty. W tym przypadku akurat debaty aborcyjnej, ale równie łatwo (a w zasadzie o wiele łatwiej) wyłącza się dyskusję o gospodarce. Leder pisze, że tworzenie przestrzeni równości jest trudne. Całkowicie się z nim zgadzam. Jednak 'równość' budowana w oparciu o kordony policyjne nie jest warta budowania; nie jest też aż tak trudna do osiągnięcia. Wciąż będę się więc upierał - skazując się na uznanie za utopistę (albo komunitarianina) - że prawdziwym wyzwaniem ale i koniecznością, jest budowanie takiej narracji, w której policja ściga przestępców, a nie monitoruje spory światopoglądowe. Wspólnota "obrońców życia" ze "zwolennikami prawa wyboru" jest niezwykle trudna, lecz - szczerze wierzę - możliwa.
19:10, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 lipca 2012
643. po co rozmawiać? JP2 miał odpowiedź na wszystko.
Kupiłem sobie ostatni numer Znaku, przede wszystkim by przeczytać w całości dyskusję Szostaka, Dukaja, Twardocha i Czaplińskiego o powieści, ale również, by zobaczyć dlaczego kolejny konserwatysta nie chce ze mną rozmawiać.

Krzysztof Mazur (redaktor pisma Pressje) rozpoczyna swój tekst 'Manowce dyskusji o dyskusji' w podobny sposób jak zaczął Michał Łuczewski, uznając, że dyskusja z moim tekstem nie ma większego sensu: "Nie sposób poważnie polemizować z proponowanymi przez autora [czyli mnie] interpretacjami, gdyż należy je uznać albo za nieuprawnione, albo niejasne". Cóż, jeśli nie sposób polemizować poważnie, to redaktor Pressjii postanowił sobie najwyraźniej zażartować.

W tekście Mazura "roi się od nadużyć" (teraz ja puszczam do Mazura oko - rozumiem, że to nie "nadużycia" a po prostu taka postmodernistyczna konwencja) - twierdzi na przykład, że w moim tekście przyjmuję stanowisko o nieważności materialnego przedmiotu sporu (czyli aborcji). Oczywiście to nie jest prawda - mój tekst po prostu nie jest o aborcji jako takiej, lecz o tym, jak się w Polsce o niej dyskutuje i jak się jej używa do walki politycznej.

Mazur czyta mój tekst jak mu wygodnie - gdy ja piszę o przeciwnikach aborcji i o politycznej debacie w demokratycznym kraju, Mazur (dr nauk politycznych) przeskakuje natychmiast do argumentów z nauczania kościoła katolickiego (jednej z najbardziej pro-kobiecych instytucji, szczególnie dziś, gdy liczba kobiet kardynałów przekracza dwukrotnie liczbę kardynałów mężczyzn)   ... gdy ja piszę o tym jak przeciwnicy aborcji uzasadniają swe poglądy, Mazur wali doktryną kk, JP2 (w tym momencie zrozumiałem, że tekst Mazura to po prostu wielka zgrywa) oraz Katechizmem Kościoła Katolickiego. Czy warto - polemizując ze zgrywą - napisać, że państwo polskie nie jest państwem wyznaniowym, w związku z tym, takie argumenty nie są wystarczające w demokratycznej debacie? Mazur demokratycznej debaty specjalnie nie poważa: "... nie jest to żaden argument, co pewnie musi boleć każdego demokratę." Mazura widać nie boli, bo demokratą po prostu nie jest... to znaczy żartuje, że nie jest. Bo przecież jest, to tylko taka konwencja. Rozumiem.

Mazura boli za to, że szukam związku pomiędzy postawą antyaborcyjną a przywiązaniem do patriarchatu. Nawiązując do zacytowanej przeze mnie wypowiedzi byłego posła Marcina Libickiego, pisze o 'marginalnym polityku'. Warto może przywołać przykład (bo po owocach ich poznacie, czyż nie?) innego 'marginalnego polityka', ministra Gowina występującego jakże zdecydowanie przeciwko ratyfikowaniu konwencji o zwalczaniu przemocy wobec kobiet. Tu mógłbym na chwilę wrócić do aborcji jako takiej (jakby sobie Mazur życzył). Jak wiadomo, większość zapłodnień kończy się śmiercią zarodków. Gdybym był podłym lewakiem, to powiązałbym prawdopodobnie patologiczną niechęć do kobiet (taką jak ministra Gowina czy posła Libickiego) właśnie z tym faktem. Jeśli zapłodnione zarodki giną, to ktoś za to odpowiada. A wiadomo kto - te potwory kobiety! Należy więc je traktować jak żywe inkubatory i lać przy każdej nadarzającej się okazji. Każda kobieta prowadząca życie seksualne jest przecież morderczynią (chyba, że partnerzy używają prezerwatyw, ale tego przecież też kk zakazuje...).

Na zakończenie wyjaśnienie co rozumiem przez 'hybrydową podmiotowość' kobiety w ciąży. To po prostu 'kobieta+', która ma więcej praw i przywilejów (do pewnego stopnia takie rozwiązanie obowiązywało w tym okropnym PRLu, resztki przetrwały i w 3RP), przede wszystkim jednak 'hybrydowa podmiotowość' to próba zakwestionowania autarkii jednostki (i raczej z perspektywy personalistycznej niż heglowskiej). Wychodząc poza jednostkową podmiotowość staram się w moim tekście zarysować projekt horyzontalnej, wkluczającej wspólnoty narodowej. Mazur oczywiście taki projekt odrzuca, wracając do starego sprawdzonego autorytaryzmu, wzywając do budowania wspólnoty w oparciu o "prawdę absolutną uznawaną przez wszystkich". I to już przestaje być takie zabawne...
_________
[dopisane 8 lipca] Poczytałem wypowiedzi różnych biskupów i zakonników z okazji Pielgrzymki Radia Maryja, poczytałem o Watykanie, który postanowił przestać nastawiać drugi policzek, dziś też tekst Terlikowskiego z absolutnie skandalicznym fragmentem o holokauście... to jest jeden korzeń, z którego wyrastają oni wszyscy, od Mazura po Terlikowskiego... oni nie chcą żadnego dialogu, żadnego porozumienia. Oni chcą wszystkich, którzy nie są z nimi zaorać. No cóż... to się skończy (oby tylko 'zimną') wojną domową...
15:27, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 lipca 2012
642. 26-10-2012
Ukaże się angielskie wydanie mojej książki (po polsku podobno wcześniej). Możecie polecać swoim anglojęzycznym znajomym :)


10:11, krzysztof_nawratek , miasto
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 lipca 2012
641. tekst w Znaku
Ukazał się wreszcie (niestety, tylko na papierze - w sieci jedynie początek) mój tekst na temat 'wojny o aborcję' w Miesięczniku 'Znak' (numer wakacyjny lipiec-sierpień). Myślę, że może być wciąż ciekawy - szczególnie w kontekście właśnie trwającej 'wojny o in vitro'. Obok dwa teksty polemiczne - jeden z prawa (że nie warto ze mną dyskutować) drugi z lewa. Polecam.
12:34, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »