Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
czwartek, 28 sierpnia 2008
184. po czym poznać architekta/urbanistę?
Odpowiedź na to pytanie w Polsce (ale i w wielu innych krajach) jest oczywista - architekta i urbanistę można poznać po przynależności do Izby zawodowej.
Ukończone studia są dopiero pierwszym krokiem - by rzeczywiście zostać uznanym za pełnoprawnego specjalistę należy wykazać się praktyką zawodową (w przypadku architekta również roczną pracą na budowie, co jest w większości przypadków fikcją, bo jaki architekt pozwoli sobie na roczne wypadnięcie z zawodu i bieganie na pełen etat w gumiakach za kierownikiem budowy?) oraz zdanym egzaminem.
Podobny problem ograniczonego dostępu do zawodu jest  w Polsce powszechny - i choć PiS usiłował ukrócić władzę izb zawodowych prawników, to wprowadził nowe ograniczenia wobec rzemieślników.

"O ograniczenie reglamentacji zawodowej walczyć chce poseł Janusz Palikot, szef komisji "Przyjazne państwo".
- To absolutny skandal - mówi. Jako test woli politycznej posłów traktuje projekt ustawy o zniesieniu obowiązkowej przynależności do izby urbanistów, architektów oraz inżynierów opracowany w jego komisji. Dziś bez członkostwa w izbie nie można wykonywać zawodu. We wrześniu będzie pierwsze czytanie projektu ustawy w tej sprawie. - Mam poparcie premiera - twierdzi poseł. Jeśli się uda przeforsować ten projekt, poseł zapowiada kolejne".

Izby zawodowe urbanistów i architektów, oprócz obrony swoich członków, nie wykazały się niczym istotnym ze społecznego punktu widzenia.
Jakość wykonywanych projektów i planów wcale się od czasu powstania izb nie poprawiła (a nawet zaryzykowałbym twierdzenie, że uległa pogorszeniu), a biorąc pod uwagę dyktat deweloperów i inwestorów, jakość życia mieszkańców uległa pogorszeniu.
Oczywiście, można się cieszyć, że nie było zbyt wielu katastrof budowlanych, ale czy rzeczywiście jest to zasługa Izb, pozostaje bardzo wątpliwym.

Nie wróżę powodzenia planom Palikota - jego nieskuteczność zaczyna być przysłowiowa - ale ciekawe byłoby zadać sobie to pytanie, czy rzeczywiście ograniczenia w dostępie do zawodów architekta, inżyniera czy planisty są społecznie uzasadnione?
Pomijam tu absolutnie demoralizującą, acz powszechną praktykę, gdy posiadający uprawnienia niedojda, podpisuje projekty wykonywane przez nieposiadającego tych uprawnień młodego architekta/inżyniera.
Warto też może przypomnieć, że autorem powstającego w Warszawie Centrum Kopernik jest nieposiadający uprawnień (za to posiadający talent i kilka zrealizowanych budynków na koncie) dr Jan Kubec.
Jak widać - uprawnienia i przynależność do Izby są wymogiem, który zawsze można obejść.

Co by się więc stało, gdyby każdy kończący studia mógł bez żadnych dodatkowych warunków wykonywać zawód architekta/inżyniera/urbanisty?
Czy konkurencja spowodowałaby wzrost jakości wykonywanych projektów czy totalną katastrofę?
Uprawnień i Izb nie ma w kilku krajach europejskich i nic złego się tam nie dzieje.

Szczególnie w przypadku urbanistów, wydaje się, że polityczny i społeczny wymiar tego zawodu mógłby się doskonale bez dodatkowych restrykcji obejść.
Być może, nie potrzebne byłyby do wykonywania tego zawodu nawet formalne studia?
W takiej wizji planowania, jaka mi jest bliska, planista jest jedynie (lub aż?) doradcą wspólnoty, jaka plan zleca i zatwierdza (w referendum).

Nie znam szczegółów ustawy przygotowanej przez Palikota, i jak napisałem, nie bardzo wierze by cokolwiek z jego działalności wynikło, ale z ciekawości będę czekał na szczegóły oraz wściekły atak Izb, powołujących się na "ważny interes społeczny" jaki ma podobno stać za ograniczeniami w dostępnie do zawodu architekta, inżyniera czy urbanisty.
07:24, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 sierpnia 2008
183. za tydzień
Ostatni dzień w pracy zawsze jest w jakiś sposób dziwny.
Z jednej strony ulga, z drugiej melancholia...

A trochę więcej niż za tydzień rozpoczynam nowe zawodowe życie.
Coś o czym marzyłem od dawna.

Ciekawe jak będzie... :)
08:25, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (12) »
wtorek, 19 sierpnia 2008
182. o lepsze miasto nawet z biskupami...
"...bp Alfons Nossol z Opola uznał, że banki zniszczyły życie na tutejszym rynku. - Niech banki powstają poza ścisłym centrum, na obrzeżach. Centrum powinno tętnić życiem. Być miejscem dialogu. A w Opolu zamiast dialogu mamy monolog i to zanadto kapitalistyczny. Ci, którzy planują miasto, zapomnieli o jego duszy. Wszyscy, którzy interesują się miastem, którym na sercu leży jego dobro, widzą, że centrum Opola pod wieczór umiera. Powinniśmy odzyskać te miejsca - apelował w "Gazecie" bp Nossol".

Niestety, bp Nossol jest prawdopodobnie ostatnim "chrześcijaninem" wśród polskich biskupów, ostatnim z biskupów wrażliwych na sprawy społeczne.
Niemniej jednak, głos bp Nossola potwierdza moją tezę, że w katolicyzmie jest rdzeń (nawet jeśli to jest rdzeń "perwersyjny") do którego można i warto się odwoływać, walcząc o lepsze miasta.
Ten rdzeń to właśnie filozofia dialogu, to dziedzictwo Tischnera, do pewnego stopnia też Wojtyły. To personalizm.
Katolicyzm może być naszym sojusznikiem.
10:21, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (4) »
piątek, 15 sierpnia 2008
181. jestem sceptyczny...
Suplement do wczorajszego wpisu - kolejne przymiarki do regeneracji zaniedbanych dzielnic w Polsce:
na Śląsku
i w Bydgoszczy
Będę się tym próbom przyglądał bacznie, bo jakoś nie mogę pozbyć się sceptycyzmu...
07:45, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 sierpnia 2008
180. czy regeneracje dzielnic mają sens?
Już od dłuższego czasu przymierzałem się do wpisu na ten temat (nawet jakiś czas temu dostałem prywatnego mejla od pewnej studentki, która chciała bym jej jakąś pracę zaliczeniową na ten temat napisał... hm... dziwna ta dzisiejsza młodzież...)
Ale nie bardzo miałem czas i ochotę by się do tego zabierać.
Temat regeneracji zaniedbanych dzielnic to temat rzeka...

Ostatnio jednak, pracując nad innym tematem, przeczytałem po raz drugi tekst "Can Deprived Housing Areas Be Revitalised? Efforts against Segregation and Neighbourhood Decay in Denmark and Europe" Hansa Skiftera Andersena.

Stawia on w nim podstawowe dwa pytania - co to znaczy "dzielnica zdeprawowana"? oraz jakie cele ma regeneracja?
Jak sam pisze - wiele dzielnic, które w Danii czy Finlandii zostały uznane za zdeprawowane, w innych krajach byłyby uznane za całkiem przyzwoite.
Często przyczyny rozpoczęcia procesów regeneracyjnych są polityczne, związane z kwestiami budżetu dzielnicy czy miasta, związane z konkretnymi ambicjami poszczególnych polityków.

Andersen definiuje dwa podejścia w europejskim planowaniu czy studiach miejskich do dzielnic zdeprawowanych.
Pisze, że albo uznaje się że są one konstytuowane przez biedę, albo że przez wykluczenie.
Jak jednak łatwo się domyślić, oba te podejścia są metodologicznie niezwykle słabe - gdzie bowiem wyznaczyć granicę biedy i wykluczenia?
Jak zdefiniować samo wykluczenie? wykluczenie Z CZEGO?

Zacznijmy jednak jeszcze raz, zacznijmy "szkolnie" - definiując na czym polega regeneracja dzielnicy.
Regeneracja dotyczy więc zmian w "fizycznym" kształcie przestrzeni dzielnicy, zmian "opinii" o dzielnicy, na zmianach w strukturze własności, na prywatyzacji usług, na zwalczaniu przestępczości, na przyciąganiu nowych firm w końcu na mobilizacji wspólnoty lokalnej oraz przeciwdziałaniu wykluczeniu "wewnątrz" wspólnoty (np. dotyczącego imigrantów).

Gdy przeczytamy powyższe jeszcze raz, uświadomimy sobie że regeneracja jest po prostu dostosowaniem przestrzeni i zamieszkujących ją ludzi do pewnego wyobrażonego, "idealnego" świata drobnomieszczańskich wartości.
Regeneracja jest więc ufundowana na określonej IDEOLOGII.

Gdy teraz wrócimy do definiowania tego czym jest zdeprawowana dzielnica i jacy są zamieszkujący ją ludzie odpowiedź staje się łatwa - to dzielnica która odbiega od owej drobnomieszczańsko-neoliberalnej "normy".

Ciekawe są pozostałe obserwacje Andersena - o generalnym braku spektakularnych sukcesów w procesach regeneracji dzielnic w Europie, o tym, że bez stałej stymulacji regeneracja nie odbywa się samoczynnie (w przeciwieństwie do degradacji - gdy dzielnica zaczyna się "psuć", ten proces może być powstrzymany jedynie z zewnątrz. Co stoi w jawnej sprzeczności wobec dzielnic o których pisała Jane Jacobs oraz wielu przykładów dzielnic z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych które "same" się "regenerowały". Co ciekawe - owe "regeneracje" były oparte często na anty-systemowych ideologiach)
Andersen zwraca też uwagę na brak jednoznacznego związku pomiędzy procesami w dzielnicy a procesami globalnymi - miasto może kwitnąć gospodarczo, a niektóre jego dzielnice mogą zamieniać się w małe, lokalne slamsy...

Wydaje się więc, że  oprócz  "holistycznego" podejścia do procesu regeneracji, co  podkreśla Anderson, należy zastanowić się nad "normą", która usiłuje brykietować miasto i jego mieszkańców.
Konstruowanie nowego człowieka, co zarzucaliśmy komunizmowi, jest dziś kontynuowane przez reżim neoliberalny. A wrogowie ustroju, są skazywani na banicje i "zgnicie" na marginesie społeczeństw i miast.

Wszystko to  wskazuje na  oczywistą słuszność (ha ha) mojego przekonania o politycznym przede wszystkim (a nie społecznym czy przestrzennym) wymiarze kryzysu współczesnego miasta, oraz na potrzebę regeneracji MIASTA  jako całości, a nie poszczególnych dzielnic.
11:51, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (2) »
sobota, 09 sierpnia 2008
179. lewica przeciw miastu...
... albo jak zostałem alterurbanistą.

Na portalu lewica.pl pojawił się tekst "Znaczenie kontestacji". Autor, Maxim Gwiazda, jest (jak się wydaje) bardzo młodym człowiekiem, nie będę więc pastwił się na jego artykułem, choć delikatnie mówiąc, jest on niespecjalnie klarowny...

Zostałem jednak z tym tekście wymieniony, więc w rewanżu ;) postaram się potraktować go poważnie (na ile jest to możliwe) i wyłuskać idee które się w nim przewijają.

Zacznijmy od tytułu, który jest rozwijany przez kilka pierwszych linii tekstu (by potem zostać zupełnie porzucony na rzecz innych problemów).
Autor definiuje lewicowość jako postawę ciągłego buntu, jako permanentną rewolucję.
Czy nie wydaje się wam to podobne do bycia "znakiem sprzeciwu", do jakiego namawia swoich wiernych katolicyzm?
Cały tekst jest zresztą mocno religijny - odrzuca na przykład wolną wolę, atakując religijnego przeciwnika:

"Determinizm obnaża także uprzedmiotawiającą naturę doktryny rzymskokatolickiej – to z niej przecież czerpiemy pierwsze informacje o filozofii indeterministycznej, o wolnej woli którą dał nam Bóg abyśmy mogli wybierać między dobrem a złem, co w gruncie rzeczy sprowadza się do apoteozy nierówności i społecznej niesprawiedliwości. Pociąga to za sobą znaczący wniosek: kapitalizm opiera się na metafizyce".

Autor najwyraźniej nie ma świadomości, że totalny determinizm jaki postuluje neguje jakiekolwiek upodmiotowienie człowieka, bowiem determinizm neguje podmiot jako taki.
Jeśli człowiek nie ma wolnej woli, to jest przedmiotem transcendentnych wobec niego procesów.
Lewica jako znak sprzeciwu nie ma więc żadnego sensu, bo kto miałby się sprzeciwiać? Trybik w maszynie?

Toalitarna skłonność młodego lewicowca  ujawnia się również w jego niechęci do miasta (w tym kontekście została przywołana moja książka):

"Całkiem inny, bo upodmiotawiający ustrój społeczny, można odnaleźć na wsi, gdzie ludzie najczęściej bezpośrednio uczestniczą w procesie wytwarzania dóbr, którymi dysponują i które konsumują. Antyurbanistyczna metoda kontestacji kapitalizmu jest o tyle skuteczna, że konsekwentnie odrzuca wszelkie napotkane przejawy uprzedmiotowienia, nie idąc na kompromisy z systemem, tak jak to proponuje poprzez swego rodzaju alterurbanizm, Krzysztof Nawratek w "Mieście jako idei politycznej"".

Autor twierdzi, że lewica zawsze akceptowała miasto, co nie jest prawdą, by wspomnieć choćby radzieckich dezurbanistów (których bezlitośnie wyśmiewał Le Corbusier), czy Czerwonych Khmerów.
Doktryna towarzysza Mao (do której Pol Pot nawiązywał) też do doktryn sławiących Miasto nie należy.

Jak podkreślałem wiele razy, Miasto drażni wszelkich utopistów. Miasto jest bowiem czystą praxis społecznego życia. Przez swą skalę i różnorodność wymykającą się wszelkim redukcjonistycznym doktrynom, które chciałyby opisać i zorganizować ludzkie życie w każdym, najdrobniejszym fragmencie.
Fascynacja wsią łączy więc zarówno totalitarnych lewicowców jak i utopijnych prawicowców.
Marzenie o wspólnocie w jak najbardziej klasycznym sensie jest powszeche wśród tych, którzy miasta się boją, nie potrafiąc zamknąć go w proste formułki.

Tekst Maxima Gwiazdy może nie warty byłby uwagi, gdyby nie to, że być może wyraża podświadome poruszenia polskiej lewicy, niechętnej głębszej refleksji nad miastem.
W tym kontekście, fenomen polskich stowarzyszeń miejskich o (jednak) prawicowym (albo "prawicującym) profilu ideowym staję się bardziej zrozumiały.
Lewica polska boi się myśleć, boi się tego czego nie rozumie, razem więc z kolegami z PiSu najchętniej uciekłaby na sielską, spokojną, katolicką (lub choćby religijną) polską wieś.

Dramat polega na tym, że w ten sposób polskie miasta zostają zostawione na pastwę (łże)liberałów... co raczej nie zapowiada niczego dobrego...
10:38, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 sierpnia 2008
178. bliskie związki
Przeczytałem ostatnio tekst Jo Williams (ze słynnej Bartlet School of Architecture) pod tytułem "Designing Neighbourhoods for Social Interaction: The Case of Cohousing".
Tekst nie jest nowy, ukazał się w 2005 roku z Journal of Urban Design.
Na dodatek, konkluzje do jakich Williams dochodzi są banalne.
Mimo tego (a może właśnie dlatego?), tekst jest niezwykle interesujący.

Przede wszystkim pojawia się pytanie "światopoglądowe" - czy rzeczywiście społeczne interakcje są dobrem?
Jakiś czas temu, jeden z moich komentatorów zasugerował, że układ przestrzenny Nikiszowca  -  był czynnikiem wzmacniającym  społeczne, pozytywne interakcje w przeszłości; dziś jest czynnikiem wzmacniajacym powstawanie gangów (trochę przeinterpretuje ten komentarz).

Williams również sugeruje, że układ przestrzenny może mieć wpływ na wzmacnianie relacji międzyludzkich ale oczywiście (?) nie może decydować o jakości i "wektorze" tych relacji.
(czy rzeczywiście nie może jest jednak kwestią dyskusyjną - ale o tym w następnym odcinku)
Możemy mówić o wzmacnianiu kapitału społecznego, ale nie jesteśmy w stanie określić czy będzie on budował, czy korumpował wspólnotę.
Tutaj niezbędne są czynniki innego rodzaju.

Wróćmy jednak do tekstu Williams.

Jest on interesujący przede wszystkim dlatego, że jest oparty na wynikach badań które Williams przeprowadziła.
Porównywała dwa osiedla w Kaliforni, o odmiennym układzie przestrzennym, różniących się również znacznie wielkością, a także profilem demograficznym.



Podstawowe obserwacje są, jak już wspomniałem, banalne.
Ludzie którzy przestrzennie są na obrzeżach, również społecznie trafiają łatwiej na margines wspólnoty. Gdy ludzie spotykają się ze sobą - w przestrzeniach wspólnych, na dojściach do parkingu etc. - wchodzą (są zmuszani?) ze sobą w interakcje, zaczynają nawiązywać znajomości.
Gdy szanse na przypadkowe spotkania są mniejsze - również mniej znajomości zostaje nawiązanych.

Jakość tych znajomości jest oczywiście różna i zależy od "nieprzestrzennych" czynników. Przede wszystkim od wspólnoty kulturowej. Łatwiej i "wyższej jakości" nawiązywane są znajomości ludzi do siebie podobnych, ale (Uwaga!) zbytnia homogeniczność społeczności najwyraźniej ludzi nudzi, ponieważ OSŁABIA jakość tych relacji.
Inność - gdy nie jest zbyt duża, gdy nie jest traktowana jako zagrożenie, intryguje i fascynuje.
Na dodatek, pojawia się czunnik "racjonalnej interesowności" - inność dotycząca zawodów, zainteresowań, doświadczeń, jest traktowana jako szansa na zbudowanie społeczności uzupełnianiących się osób. (brak jest wartością, "tacy sami ludzie nie zbudują miasta")

Podobnie jest w przypadku gęstości zaludnienia - czym gęściej tym lepiej, ale - do pewnego stopnia. Istnieje jakiś punkt graniczny - którego nie udało się określić - poza którym ludzie zaczynają od siebie uciekać, zamiast się do siebie zbliżać.
Jednak gęstość nie wydaje się aż tak ważna sama w sobie - istotna jest gradacja przestrzeni. Jeśli istnieje wyraźny bufor pomiędzy przestrzenią publiczną a prywatną, gdy przestrzenie publiczne również są niejednorodne (tak,że różne grupy mogą z nich jednocześnie korzystać), interakcje międzyludzkie zachodzą łatwiej i są lepszej jakości.

Co ciekawe (i znów - potwierdza się tu obiegowe przekonanie) ludzie bogatsi są mniej skłonni by wchodzić w społeczne interakcje, niż ludzie biedniejsi.
(znów przypominam nieśmiało moją teorie a-androgyna ufundowaną na  braku).
Bardziej aktywne są rodziny, niż ludzie żyjący samotnie.

Williams pisze również o czynnikach "zmuszających" ludzi do interakcji - o redukcji przestrzeni prywatnych na rzecz "bogatych" przestrzeni publicznych, o "atakowaniu" różnych zmysłów - gdy sąsiedzi się nie tylko widzą ale i słyszą a nawet "czują", zaczynają bardziej się do siebie zbliżać (znów - na dobre lub na złe).

Oczywiście, istnieją osobnicze preferencje, są ludzie których NIC I NIKT nie zmusi by wyszli ze swoich skorup, jednak wygląda na to, że wielkie komunistyczne (a wcześniej socjalistyczne) eksperymenty społeczne (osiedla społeczne czy domy komuny) nie były pozbawione podstaw, były po prostu źle przeprowadzone.

I tym (nie wiem czy dla wszystkich) optymistycznym akcentem na dziś zakończę...
12:41, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (2) »
środa, 06 sierpnia 2008
177. off topic - igrzyska
Tym razem krótki wpis, zupełnie (?) nie związany z tematyką tego bloga.
Zdaje się, że zaczynają się niedługo igrzyska olimpijskie w Chinach.
Nie, żebym miał coś przeciw Chinom i Chińczykom. Wręcz przeciwnie.

Nie mam zamiaru jednak być większym hipokrytą, niż jest to niezbędnie potrzebne.
Nie mam zamiaru ani igrzysk oglądać, ani o wynikach sportowców czytać.

Wciąż bowiem słyszę, by nie upolityczniać igrzysk.
...
Pozwolę sobie zacytować K. która na ten temat wypowiedziała się krótko i klarownie:
Igrzyska SĄ polityczne!
Wspólnoty POLITYCZNE jakimi są państwa finansują swoich sportowców, piorą im mózgi od dziecka, tresują ich i szprycują chemikaliami, po to, by udowodnić swą potęgę i znaczenie.
Igrzyska olimpijskie, są więc para-wojennym, w 100% politycznym rytuałem.

Dlatego nie mam zamiaru - nawet jako widz i obserwator - uczestniczyć w tym teatrze hipokryzji. Są granice...
09:20, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 04 sierpnia 2008
176. syndrom synusia dziekana
"Ale jeżeli to są ludzie, którzy zawodowo zajmują się takimi sprawami, to gdzie oni mają szukać pracy? Mają być zsyłani za granicę? Były takie czasy, kiedy wysyłano ludzi na Syberię za to, że kontynuowali patriotyczne działania swoich poprzedników" - mówi Pawlak. "Powinno to cieszyć, kiedy dzieci wykazują podobne zainteresowania i chcą iść w ślady rodziców" - dodaje wiceszef rządu.

Opowiem wam krótką bajeczkę (podobieństwo do kogokolwiek zupełnie przypadkowe) o dwu synalkach dziekanów, na dwu różnych wydziałach pewnej polskiej uczelni.
Nie byli specjalnie zdolni ani inteligentni, nie byli jednak też idiotami - jednemu tatuś troszeczke musiał pomóc, by się na studia dostał, ale tylko troszeczkę.
Obaj po studiach zostali na uczelni - na wydziałach gdzie rządzili tatusiowie.
Jeden z nich co roku publikował kilka a nawet kilkanaście artykułów naukowych - co prawda nie sam, zawsze bowiem był częścią jakiegoś większego zespołu badawczego - ale nie spotkałem nikogo, kto byłby tak naukowo aktywny.
Czy to jednak możliwe, by został on po prostu dopisywany do tekstów podsumowujących badania podwładnych tatusia? Oh, nie bądźmy małostkowi!

Drugi natomiast zawsze jako pierwszy (a czasem jedyny, bo ogłoszenia często pozostawały w szufladzie w dziekanacie) dowiadywał się o stypendiach i konferencjach - nigdy zresztą z pieniędzmi na wyjazd na konferencje nie miał problemu. Czy wygłaszał tam cokolwiek, czy jedynie słuchał.

Obaj ci panowie po kilku latach mieli więc dorobek, który przewyższał ich rówieśników.
Obaj więc, bez specjalnego trudu wyjechali na Prestiżowe Amerykańskie Stypendium.

Czy dziś, takich ekspertów mamy zsyłać na Sybir, albo do Londynu czy Dublina?
NIE!
Do Dublina i Londynu niech jadą ci, którzy nie poczęli się z odpowiedniego nasienia.
Nieudacznicy!

Co to ma wspólnego z miastem?
Wciąż to samo.
175. liberałowie rezygnują z liberalizmu?
W Warszawie, miasto zapowiada różne czynsze dla różnych funkcji.
Dla banków wysokie, dla kawiarni niższe.
Ciekawe, prawda?
Nie, żeby to było nowatorskie, w UK od wielu już lat podobna zasada funkcjonuje (nie mówiąc o innych, znacznie mniej "wolnorynkowych" państwach), ale to ciekawe, że w rządzonej przez PO Warszawie takie zapowiedzi się pojawiają...

Bo Miasto po prostu nie jest spółką akcyjną (jak kiedyś o całej Polsce powiedział Marek Jurek).
Nawet liberałowie zaczynają to rozumieć.
Apelowałem kiedyś, by lewica zaczęła się uczyć Miasta/od Miasta.
Nie doczekałem się i pewnie nie doczekam.
Szkoda.

Na sensowną politykę PO też nie liczę, ale ... zapowiedzi są interesujące. Może coś się zmienia, wszak jakiś czas temu Lewandowski się (jak na liberała) z całkiem dużą atencją o Szwecji wyrażał...
09:54, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2