Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
sobota, 28 sierpnia 2010
408. lata osiemdziesiąte wciąż trwają...
Pod koniec lat osiemdziesiątych w miesięczniku 'Architektura' ukazał sie bardzo ciekawy tekst Ewy Przestaszewskiej-Porębskiej 'Nowa Utopia? Polska myśl urbanistyczna lat osiemdziesiątych na tle tendencji powojennych'.

Tekst ten kończy się taką myślą:

Drugiej połowie lat osiemdziesiatych brakuje refleksji na przyszłość. Bez niej niedawne idee zamienią się w rysunki miasteczek o nostalgicznym nastroju przeszłości - w bliższą nam, lecz równie pustą jak ogromne kompozycje blokowisk - formę

Patrząc na projekty powstające dziś, można uwierzyć, że lata osiemdziesiąte wciąż trwają...



(render stąd)


09:54, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (8) »
czwartek, 26 sierpnia 2010
407. będę tam stał, ale inaczej...
30 sierpnia na Placu Szewczyka w Katowicach ma mieć miejsce manifestacja w obronie 'Brutala' czyli dworca PKP w tym mieście.

Wybieram się tam.
Ale będę tam trochę inaczej niż - jak podejrzewam - większość manifestujących.

Pisałem już na temat dworca kilka razy, więc tym razem krótko i - mam nadzieję - wyraźnie.

Obrona dworca odbywa się z mieszczańskich (a w zasadzie wannabe mieszczańskich, bo obrońcy to w większości tzw. 'młoda inteligencja') pozycji - że to dzieło sztuki, które należy zachować dla potomności. Oczywiście - to jest ciekawy argument. Dla mnie jednak zbyt elitarny i arogancki.
Ja będę tam stał na pozycji 'ludowej' ;)

Po pierwsze, dworzec był zaprojektowany i zbudowany dla ludu pracującego miast i wsi, by wygodnie i szybko mógł się przemieszczać - korzystając z kolejowej komunikacji publicznej - z miejsca na miejsce. Ten aspekt - egalitarnego funkcjonalizmu jest, moim zdaniem warty obrony. Jest też w oczywistym kontraście wobec pseudo-egalitarnego konsumpcjonizmu jaki leży u podstaw projektu przebudowy dworca. A więc praca dla wszystkich zamiast konsumpcja dla wszystkich (wszystkich, którzy mają pracę i pieniądze). To po pierwsze.

Po drugie, w latach 90tych dworzec zaczął się wypełniać, zabrudzać, rodzącym się lokalnym kapitalizmem. Dziesiątki budek z bananami, starymi książkami czy biustonoszami w rozmiarze DDD wypełniło szczeliny tej przestrzeni. Estetycznie - obrzydliwe, ideowo - kontrowersyjne. Ale mimo to, bardziej przekonujące niż globalna firma dająca miejsce globalnym markom (według ścisłych, drakońskich zasad wynajmu). A więc raczej lokalna akumulacja kapitału, niż globalny pływ. Oczywiście, ten aspekt jest trudny i należałoby 'ucywilizować' te wszystkie banany i biustonosze, ale - to emergentna (taki żarcik) dynamika życia społecznego, która splata się z zastaną przestrzenią, przetwarza ją i adaptuje jest warta ochrony. Jest warta by spróbować zapleść ją w splot z egalitarnymi ideałami.

Te dwa aspekty dworca - to czym był u swego początku i to czym się stawał w ciągu ostatnich lat (tak tak - ja też czułem smród gnijących owoców i niemytych ciał, ale wciąż wierzę że mycie jest lepsze niż eksterminacja... docencie to, bo czasami jadę autobusem i nie wyciągam przecież kałacha) to powody dla których 30 sierpnia będę na Placu Szewczyka. Prawdopodobnie będę jedynym, który będzie tam stał z tych powodów, ale cóż - ja potrafię docenić wartość chwilowych koalicji...
09:18, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (9) »
czwartek, 19 sierpnia 2010
406. ostateczny upadek miast Zachodu
Najnowszy felieton Joanny Erbel na KP jest rozwinięciem? polemiką? mojego wpisu 'beyond Gehl'. Ten tekst może być odczytany jako pytanie - co robić? I jako przestroga, że poprawiając fragmenty, wcale nie musimy poprawiać całości.

Tekst Joanny spowodował (i pewnie jeszcze spowoduje) nerwowe reakcje miejskich aktywistów, zawsze skłonnych wyżej cenić konkretne działanie, niż pisanie i gadanie (swoją drogą, Joanna zdaje się podzielać - do pewnego stopnia - tę opinię).

Myślę jednak, że nie powinniśmy (i to jest również, a może przede wszystkim uwaga, którą kieruję do samego siebie) dawać się 'szantażować' aktywistom - oprócz działania, ponieważ namysł, czasem bardzo krytyczny, nad tym po co i dlaczego cokolwiek się robi, jest moim zdaniem niezbędny.

Ten namysł powinien dotyczyć również kwestii fundamentalnych, nie tylko rodzaju nawierzchni czy szerokości ścieżki rowerowej. Namysł powinien dotyczyć sensu istnienia miasta jako takiego.

W 2008 roku, w szczycie spekulacyjnej bańki, Allen J. Scoot opublikował książkę 'Social Economy of the Metropolis. Cognitive-Cultural Capitalism and the Global Resurgence of Cities'. Książka ta stawia podwójną tezę (nie jest ona oryginalna i to właśnie sprawia, że warto z nią podjąć dyskusję): miasta są efektem i naturalnym środowiskiem dla kapitalizmu, a kapitalizm kognitywny, kapitalizm oparty na wiedzy jest/będzie epoką ekstatycznego rozkwitu miast.

Problem w tym, że współczesne miasta w świecie zachodnim albo istnieją siłą inercji (o czym już kiedyś pisałem) albo się raptownie kurczą (fenomen 'shrinking cities' w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych) albo - jak Berlin - istnieją tylko (owo 'tylko' jest oczywiście chwytem retorycznym, proszę mnie nie łapać za słówka) za sprawą woli politycznej i są 'dotowane' przez to, co poza miastem. (W Berlinie nie ma przemysłu, mieszka tam za to mnóstwo ludzi, których można zaliczyć do 'creative class' i jak wiadomo, Berlin ma olbrzymie długi.)Są też miasta 'place zabaw' jak Dubai czy Wolfsburg.

Mimo tego, że Tofler nie jest już dziś modny, jego przewidywania dotyczące ucieczki ludzi poza duże ośrodki miejskie wydają się jednak sprawdzać. To wynika również z tego, jak wiedza jest produkowana i przekazywana (o czym też już wielokrotnie pisałem). Wbrew więc tezie Scotta, wydaje się, że kapitalizm kognitywny jednak miastom nie służy...

Miasta, które rosną, to miasta azjatyckie, południowoamerykańskie czy afrykańskie. Miasta, które bynajmniej nie są 'post-industrialne', lecz - co szczególnie dotyczy miast chińskich - łączą w sobie siłę miasta przemysłowego z miastem jako ośrodkiem produkcji wiedzy oraz konsumpcji. Problem w tym, że nie jestem do końca pewien, że to są jeszcze miasta. A już zupełnie nie jestem przekonany, że to są modele, które chcielibyśmy naśladować. Chociaż z drugiej strony - nawiązując do krótkiej dyskusji pod poprzednim wpisem - jakość życia jakiej doświadczyłem w Szanghaju była wyraźnie wyższa niż ta w Rydze, przy podobnym statusie ekonomiczno-społecznym.

Podtrzymałbym więc swój apel by budować miasta przede wszystkim oparte na idei równości, ale jeszcze bardziej, by budować miasta, które bardziej będą podmiotami, a nie zgęszczeniami globalnych pływów. Miasta-maszyny, miasta-przedsiębiorstwa (w takim XIX wiecznym znaczeniu - gdy przedsiębiorcy dbali o biologiczną reprodukcję swojej siły roboczej), w końcu miasta 'spowolnione', miasta stabilne.

Szaleństwo pływu, sieci, nadprodukcji, kreatywności, zgiełku nie tylko nie podnosi jakości życia w mieście, ale - i to jest teza, która ośmielę się zaryzykować - doprowadzi miasta Zachodu do upadku.
15:30, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (13) »
niedziela, 15 sierpnia 2010
405. Bagiński chińskim agentem?
Pokazałem Animowaną historię Polski autorstwa Tomasza Bagińskiego

(która doczekała się już opinii historii polskich mężczyzn, co znając poglądy Bagińskiego nie powinno dziwić) znajomej Chince. Jej komentarz wydaje mi się bardzo interesujący - szczególnie w kontekście ekstazy jaką wywołują tłumy mieszkańców Szanghaju chcących ten film zobaczyć. Bo może warto zapytać - a dlaczego on się w Chinach tak podoba?

Moja znajoma tym frekwencyjnym sukcesem nie była zaskoczona, skomentowała to tak:

'Fantastyczne! Ten film idealnie odpowiada ambicjom najnowszych chińskich wielkich produkcji filmowych - one wszystkie są o wspaniałej chińskiej cywilizacji skontrastowanej z barbarzyńcami, którzy potrafią się tylko wyrzynać!'

Czy więc naprawdę mamy powód by z filmu Bagińskiego być tacy dumni?
18:00, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (26) »
sobota, 14 sierpnia 2010
404. beyond Gehl
W najnowszym numerze monocle ranking najlepszych miast do życia. Wygrywa konserwatywne Monachium, moje ukochane Helsinki na piątym miejscu, na 22 Portland - miasto o wysokim bezrobociu i przestępczości, ale miasto, które jest 'cool'.
Na drugim miejscu w rankingu (tylko troszkę mniej konserwatywna niż Monachium) Kopenhaga, wśród miłośników 'ludzkich' miast znana przede wszystkim ze swoich pionierskich (lata 70te) wysiłków zmierzających do redukcji ilości samochodów w centrum miasta. Oraz oczywiście z Jana Gehla (z którym krótki wywiad można zobaczyć tutaj), człowieka, którego każdy kto interesuje się miastem musi znać.

Problem z ideami Gehla w Polsce polega na tym, że z jednej strony dla większości polskich polityków to wciąż są bajki o żelaznym wilku (pastwiłem się trochę nad wypowiedziami kandydatów na kandydata na prezydenta Katowic ostatnio - wypowiedzi tych panów są właśnie takie), jednak z drugiej pomysły Gehla mają czterdzieści lat! i dziś są takim mieszczańskim (jak się komuś nie podoba sposób użycia tego słowa to trudno) standardem, który w zasadzie niczego już nie wnosi. To jest trochę problem wobec którego stają polscy miejscy aktywiści - oni wiedzą, że walka o ścieżki rowerowe i dostęp do skwerów to tylko kopiowanie tego co w Kopenhadze (i wielu innych miastach) jest oczywistością. Aktywiści - szczególnie lewicowi miejscy aktywiści - mierzą znacznie wyżej, lecz nie mogą po prostu przeskoczyć walki o lepsze życie, o rowery i piesze pasaże (nawet jeśli jeżdżą i chodzą nimi tylko ci, których na to stać).

Ostatnio spędziłem niezwykłe miły wieczór w Łodzi, gdzie wyspy mieszczańskich (lub po prostu inteligenckich) rozrywek zanurzone są w morzu rozrywek plebejskich. Ta współegzystencja - która jest pewnie jedynie złudzeniem turysty - była poruszająco pięknym fenomenem prawdziwego miasta. Nawet jeśli to ułuda, to chcę w nią wierzyć. Rozmowy na temat Łodzi dotyczyły też strategii rozwoju, przede wszystkim koncentrując się na kulturze, jako potencjalnym czynniku wzmacniającym rozwój miasta.
Wspomniany Portland mógłby być przykładem, że to działa (albo wręcz przeciwnie - że działa, ale jedynie dla części mieszkańców). Problem w tym, że to co działa w centrum, niekoniecznie działa na obrzeżach.

Jedyna wizja miasta, która może mieć siłę to idea miasta egalitarnego, miasta dla wszystkich. Nie miasta w którym spychamy poszczególne grupy w getta, lecz miasta w których różni ludzie uczą się ze sobą współegzystować (jak w tej mojej wieczornej, wymyślonej Łodzi).
Moje ostatnie notki na temat Krzyża* dotyczyły w zasadzie jedynie tego - że Krzyż pokazał nienawiść do miasta jako miejsca współegzystencji. Walczyć należy z krzyżem w sejmie i religią w szkole (nie wspominając już o komisji majątkowej), ale niekoniecznie w przestrzeni publicznej.

Stoimy więc przed heroicznym zadaniem wyjścia poza Gehla, poza mieszczańskie standardy (które w PL są standardami dla wybranych), poza proste kopiowanie tego co jest gdzie indziej, wreszcie poza marzenie 'żeby u nas było tak jak na zachodzie'. Zadanie to jest trudne niezwykle, lecz nie mamy innego wyjścia. Walka o miasto dla wszystkich, o odrzucenie partykularnych egoizmów jest też walką o lepszą Polskę, o społeczeństwo polityczne a nie wrogie grupy kierujące się plemienną lojalnością.
To co się w PL o mieście mówi i piszę daje nadzieję, że nie jest to zadanie niewykonalne.

.........

* Tym razem WO wraz ze swoimi akolitami sobie na mnie poużywali i niech im to wyjdzie na zdrowie, ja tylko odesłałbym wszystkich moich czytelników (i stałych i przypadkowych) do tekstu Piotra Ikonowicza, który kiedyś był razem z WO i dziś wciąż tam stoi. Tekst może i trochę naiwny i trochę egzaltowany, ale ja wciąż wyżej cenię dobrą naiwność niż cynizm nuworyszy i wannabe elity.
01:46, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (9) »
czwartek, 12 sierpnia 2010
403. wołając na puszczy
W 'okołokrzyżowej' dyskusji charakterystyczny jest głos WO, który można podsumować tak: współczuję wam biedni fanatycy, ale Krakowskie Przedmieście to jest nasza przestrzeń, nasza - młodych warszawskich imprezowiczów - i dla waszego dobra, dobrze wam radzę, spadajcie do kościoła, bo jeszcze was ktoś obrazi, narazicie się na drwiny albo i co gorszego.

W katowickiej GW tekst o tym, by 'wyczyścić' miasto z samozwańczych (za to hipermakety są takie czyste, prawda? wielki świat pani, nie to co ta prowincja z bazarkiem...) handlarzy i zrobić miejsce 'dla ludzi' (bo jak wiadomo, jak ktoś handluje pomidorami albo biustonoszami DDD to już nie jest takim ładnym i prawdziwym mieszczaninem jak my).

I w zasadzie nawet niespecjalnie chcę mi się powtarzać po raz kolejny to samo... że miasto jest dla wszystkich, że jego fenomen to ciągła negocjacja pomiędzy tymi, co pod krzyżem i tymi, co z imprezy, tymi, co w BMW i tymi, co pomidory.

Takie miasto (i tylko takie) jest miejscem w którym buduje się polityczność, w którym powstaje społeczność, w końcu - w którym warto żyć (że tak na wysokim C polecę).

Ale w PL się nie negocjuje przestrzeni, ją się zawłaszcza. Tu nie ma polityki, tu jest tylko mordobicie. Cezary Michalski (którego ostatnie teksty przestały niestety nadawać się do czytania) nawoływał do cywilizacyjnej modernizacji przeciw panującemu w PL stanowi natury. Też bym sobie ponawoływał, ale chyba straciłem nadzieję... kto ma uszy niechaj słucha, kto nie rozumie... cóż, trudno.
00:59, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (23) »
środa, 11 sierpnia 2010
402. antyklerykalizm który nadchodzi


Tak sobie myślę, że gdyby w PL była przestrzeń publiczna, gdyby była taka przestrzeń w polskich miastach, to krzyż postawiony przez grupkę ludzi by sobie stał na takich samych prawach jak linoskoczek czy mim zarabiający w ten sposób na życie. Ale w PL przestrzeni publicznej (czyli przestrzeni istniejącej pomiędzy tym co polityczne a tym co prywatne) nie ma, jest tylko przestrzeń walki politycznej, przestrzeń konstruowana przez emocje i media.

Ci na lewicy, którzy przed wyborami prezydenckimi czuli sympatię (i - choć nie powinni - jakiś rodzaj współczucia) dla elektoratu JK, dziś jakoś tę sympatię utracili, choć wciąż czują się bardzo nieswojo oglądając ostatni 'przebój' internetu - tańczące starsze panie przy krzyżu. Młoda Polska Liberalna Inteligencja - głównie oglądająca teledyski Lady Gaga, ale też czytająca książki Williama Gibsona, bawi się przednio, czując, że w końcu nadchodzi jej czas.

Podzielam jej niechęć do kościoła katolickiego, do opresyjnych, żądnych władzy i bogactwa struktur tej instytucji. Jednak antyklerykalizm, który nadchodzi będzie podobnie nienawidzący, opresyjny, cyniczny, żądny władzy i bogactwa. Ten liberalny antyklerykalizm ostatecznie zniszczy marzenie o wspólnocie, ostatecznie wyrzuci tańczące starsze panie pod krzyżem (och, jakie one śmieszne i jakie groźne!) poza główny nurt. Otworzy drogę nie dla nowej, wrażliwej społecznie lewicy, lecz dla cynicznych młodzieńców spod znaku Palikota (prawdziwego męża opatrznościowego robotników i pracowników hipermarketów).

Kościół co miał się nażreć, to się nażarł. Jego bogactwa żadna manifestacja ani happening nie odbierze. Z kościołem jest jak z PZPR pod koniec lat osiemdziesiątych - nikt tam już na poważnie (wśród hierarchów) nie wierzy w żadne ideały, za parę lat ustawa antyaborcyjna zostanie zmieniona a kościół będzie jedynie rytualnie protestował, wzmacniając swe twarde jądro. Lecz to, co najważniejsze już się dokonało. Bogactwo i władza zostały zabezpieczone.

Pozostanie liberalny, indywidualistyczny tłum i silna swym majątkiem i wpływami instytucja. I nic, i nikt jej prawdziwej władzy nie odbierze.

Będziemy przeklinać antyklerykalizm który nadejdzie... Antyklerykalizm bez krzyża na Krakowskim Przedmieściu, bez tańczących do religijnych pieśni starszych pań, lecz z sytymi biskupami.

Jeśli ktoś spytałby mnie o zdanie - wolałbym odwrotnie.
02:23, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (12) »
sobota, 07 sierpnia 2010
401. niebezpieczni naiwniacy
Z ciekawością śledzę coczwartkowe 'miejskie' felietony Joanny Erbel na portalu Krytyki Politycznej. Po pierwsze dlatego, że to kolejny przykład tego, jak tematyka miejska kolonizuje przestrzeń politycznej debaty, po drugie dlatego, że Joanna pisze po prostu ciekawie (a po trzecie - po znajomości ;))

Najnowszy felieton, choć dotyczy krzyża na Krakowskim Przedmieściu, dotyka problemu znacznie bardziej fundamentalnego. Joanna pisze:

'Krzyż przed Pałacem Prezydenckim, który pojawił się jako oddolna inicjatywy grupy harcerzy jest kłopotliwy również dla wszystkich tych, którzy walcząc o nową, również mi bliską, wizję miasta, żądając włączenia do tkanki miejskiej pojawiających się emergentnie elementów. Sympatia wobec samorzutnie wkraczających w przestrzeń miejską obiektów rozbija się o krzyż. Zwolennicy rozrzuconych po rogach ulic straganów z kwiatami, stoisk ze sznurówkami, KDT, budek z wietnamskim jedzeniem i nielegalnych niekatolickich świątyń popierają pismo Nekandy-Trepski, zakazujące postawienia krzyża ze względu na zachowanie estetyki zabytkowego fragmentu miasta. Te same osoby, które były niedawno skłonne uznać Dotleniacz i palmę Rajkowskiej za obiekty należące już nie tylko do artystki, ale do wspólnoty, która się do nich przyznaje, twierdziły, że krzyż jest własnością harcerzy, bo oni go postawili, więc mają prawo go zabrać nie zważając na innych, bowiem własność i gest inicjujący daje prawo do użytkowania i usunięcia danego obiektu, nawet jeśli pojawia się on w przestrzeni publicznej i staje się centrum codziennych praktyk danej wspólnoty.  Jednocześnie jako rozwiązanie problemu krzyża pojawiają się fantazje o radykalnym użyciu siły wobec garstki najbardziej zdeterminowanych, więc pewnie niepoczytalnych osób'.

Tak - o słowo 'emergencja' mi chodzi.
I nie chcę po raz kolejny podszczypywać autorki publikacji 'Warszawa jako struktura emergentna' (to jest ten personalny podtekst o jakim wspomniałem w poprzednim wpisie), lecz by zadać pytanie o przydatność myślenia samorzutnym procesem w analizowaniu miasta. Moje zastrzeżenia do stosowania emergencji jako intelektualnej struktury organizującej myślenie o mieście było następujące - oczywiście, że w określonych sytuacjach jest to narzędzie przydatne, gdy analizujemy zachowania tłumu, lub generalnie ludzkie decyzje i wybory zredukowane do zaspokojenia jasno zdefiniowanych potrzeb; jednak jako podstawowa struktura intelektualna, emergencja jest nieprzydatna, ignoruje bowiem istnienie struktur wyższego rzędu, przede wszystkim instytucji i systemu prawnego.

Emergencja jest fascynującym obszarem badań - otwiera na przykład olbrzymie możliwości wyjścia poza język i świadomość, prawdopodobnie w połączeniu z psychoanalizą i fenomenologią mogłaby stać się potężnym narzędziem badania pewnych miejskich fenomenów. Ale nie miasta jako takiego.

Krzyż na Krakowskim Przedmieściu jest dobrym przykładem tego jak działanie spontaniczne (przyjmijmy, że takie ono było) nieuchronnie wpada w sieci polityki, które są mocne, stabilne i przewidywalne. Jak już kiedyś pisałem, w Planecie Slamsów jest pięknie opisany przypadek zwolennika samoorganizujących się społeczności, który wszedł w koalicję z Bankiem Światowym - naiwna wiara architekta-anarchisty stała się usprawiedliwieniem wyzysku i niesprawiedliwości. Działania samorzutne - oprócz działań efemerycznych, jak wspomniane zachowania tłumu - w mieście zawsze albo zastygają w pewne struktury, które są trwałe i determinują dalszą ewolucję miasta, lub też zderzają się z istniejącymi strukturami - przestrzennymi, prawnymi, społecznymi, politycznymi etc. (stąd bierze się prawdopodobnie rosnące zainteresowanie teorią ANT we współczesnych analizach miejskich). Ich analizowanie ma oczywiście sens, lecz ze względu na ich 'bezmyślność', mogą stanowić 'glebę' na której rozwinie się ludzka wolność i kreacja, lecz nie są same tejże wolności przejawem (dokładnie przeciwnie).

I na koniec jeszcze kolejna odsłona cyklu 'jeśli nie Uszok to kto'. Tym razem GW przepytuje Tomasza Pietrzykowskiego, byłego wojewodę śląskiego (za rządów PiSu). Pan Pietrzykowski dołącza do grona 'niech inni się tym zajmą', na dodatek brzmi trochę jak Krystian Legierski, którego wypowiedź o moście Północnym wzbudziła kontrowersje (również na tym blogu - patrz komentarze), twierdząc że:

'Nie znam nikogo, kto chciałby zostać w Katowicach z powodu wyremontowanej sieci kanalizacyjnej. Dlatego najbardziej palącym problemem Katowic jest przebudowa centrum'.

Myślę, że przebudowa centrum zdecydowanie nie jest _najbardziej_ palącym problemem (bardzie palące są na przykład: transport, oświata, finanse miasta, problem dzielnic peryferyjnych jak Szopienice czy Nikiszowiec etc.) więc cieszę się bardzo, że pan Pietrzykowski nie chce startować w wyborach na urząd prezydenta Katowic. Z drugiej strony trochę przerażający jest fakt, że takie rzeczy opowiada były wojewoda - myślę, że potwierdza to moją intuicję, że przepytywani przez GW kandydaci na kandydatów po prostu nie mają nic do powiedzenia.
No cóż - poczekajmy z kim GW będzie rozmawiać w poniedziałek...
08:00, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (15) »
piątek, 06 sierpnia 2010
400. 'lepiej nie' oraz 'to wszystko ich wina' czyli po raz kolejny o Katowicach
Wpis numer 400 powinienem uczcić chyba w jakiś specjalny sposób, zamiast tego kolejne podszczypywanie katowickich elit...
Piątą setkę zacznę czymś bardziej ogólnym (choć z personalnymi wycieczkami w tle...)

Kolejnym 'o mało co' kandydatem na prezydenta Katowic (według Gazety Wyborczej) miałby być Jerzy Gorzelik, przywódca śląskich autonomistów. To co Gorzelik mówi o Katowicach jest całkiem sensowne:

- infrastruktura i powiązanie miasta z regionem (tak tak tak!!! Katowice istnieją jako część aglomeracji, nie można skupiać się jedynie na mieście - to jest właśnie prowincjonalne myślenie!)
- rozwój / doinwestowanie oświaty (szkół średnich przede wszystkim)
- rozwój nauki.

Podsumowuje to tak 'Warunkiem zmian jest wyzwolenie aktywności i zbudowanie etosu miasta'. Potem jeszcze mówi o prawdziwych mieszczanach (pewnie się g625 spodoba). Z trzech potencjalnych kandydatów przepytanych do tej pory przez GW, Gorzelik brzmi najsensowniej, najbardziej 'nowocześnie' (co nie znaczy, że z tych sloganów powstałby program, który by mnie osobiście przekonał), wydaje się, że rozumie czym jest miasto o niebo lepiej niż Sośnierz (który nie rozumie wcale) czy Konieczny (który jest architektem i architektoniczna perspektywa ogranicza jego myślenie). Niestety, Jerzy Gorzelik, podobnie jak Konieczny wymiguje się od startowania w wyborach prezydenckich. Cóż - kto tam jeszcze został?

Michał Smolorz, który swoimi obraźliwymi tekstami na temat dworca PKP i jego obrońców rozeźlił mnie ostatnio, tym razem maluje się ofiarą nagonki, biednym niewiniątkiem, na którego 'łysą głowę wylano mnóstwo pomyj'. No wzruszyłem się...
Ale to, co w tym 'skamlącym' tekście jest rzeczywiście znaczące (i jedocześnie przerażające) to ksenofobiczna, zamknięta wizja Śląska.

Pisaliśmy na ten temat z hlb w komentarzach - Smolorz zamyka Śląsk w 19, i początkach 20 wieku, ignorując przed-przemysłowe dzieje i odrzucając powojenne przemiany. Porównanie z Wszechpolakami wydaje się jak najbardziej uprawnione... Doceniam to, że Smolorzowi naprawdę na Śląsku zależy, jednak love is not enough, zawsze przydaje się rozsądek i mądrość. Tego niestety Smolorzowi brakuje...

Mieszkając za granicą od lat, pewnie nie powinienem sobie wciąż i na nowo pozwalać na uszczypliwości na temat śląskich elit, nawet jeśli one wciąż i na nowo się same podkładają. Praktykuję jednak bycie obywatelem plug-in i miejsca, z którymi byłem związany wciąż mnie interesują - 'mieszkam w nich'. Zarówno Gliwice, Katowice, Ryga czy Dublin nie są dla mnie jedynie pustymi słowami. W różny sposób interesuje mnie, co się tam dzieje, splatają się one w moją własną globalną lokalność. 
09:21, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (4) »
czwartek, 05 sierpnia 2010
399. znaj swoje ograniczenia
Katowicka GW przepytuje potencjalnych kontrkandydatów prezydenta Uszoka do rządzenia Katowicami - po Andrzeju Sośnierzu wywiad z Robertem Koniecznym.
Nie ukrywam, że cieszę się, że Robert zna swoje ograniczenia i z pomysłu, że mógłby startować na prezydenta się zgrabnie wymigał. Poparł co prawda obecnego wice-prezydenta (o którym mało pochlebnie pisałem przy okazji ulicy Mariackiej), ale przynajmniej nie opowiada głupot jak Sośnierz (nie wraca również do wspomnianego przez Sosnierza pomysłu zakopania torów, który to pomysł popierał mocno jeszcze jakiś czas temu - brawa za rozsądek). Robert o tym co jest do zrobienia w Katowicach mówi:

"- Od stworzenia sensownego planu zagospodarowania przestrzennego, który będzie przejrzysty zarówno dla mieszkańców, jak i inwestorów. Natychmiast trzeba się zająć usprawnieniem transportu publicznego, fatalną komunikacją w kierunku północ - południe, trzeba uatrakcyjnić i ożywić centrum oraz pobudzić handel w sercu miasta".

Dwu kontrkandydatów więc odpadło - kto następny?
07:57, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2