Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
wtorek, 29 września 2009
308. zapomnij o kapitalizmie?
Takie krótkie uzupełnienie ostatniego wpisu.

"Rewolucja menadżerów" o jakiej wspomina jeden z komentatorów to idea jaką już w latach osiemdziesiątych głosił w Polsce profesor Stefan Kurowski (swoją drogą to smutne, że o kimś kto był liczącym się doradcą pierwszej solidarności dziś mało kto pamięta) a jeszcze wcześniej, bo w latach 40tych zeszłego stulecia głosił trockista-heretyk, poźniejszy radykalny konserwatysta James Burnham.

Problem w tym, że ostatni kryzys i generalnie to co się dziś dzieje wciąż może być bardzo dobrze wyjaśniane jako kryzys (?, raczej korekta) kapitalizmu.
Tyle tylko, że dzisiejszy kapitalizm jest kapitalizmem opartym przede wszystkim na wiedzy i informacji.
Z tego też powodu posiadacze akcji są jak posiadacze ziemniaków. W ustroju feudalnym dużo ziemniaków czy zboża czyniło cię bogaczem - w ciągu ostatnich piećdziesięciu lat stanowiło to raczej problem.
Podobnie dziś - posiadacze akcji są jedynie cyferkami w finasowych symulacjach.
Wiedza to władza.
Wiedza jest produkowana nie w fabrykach, nie przez ciułaczy (nawet zamożnych) akcji.

Ale to wciąż jest kapitalizm. Wciąż posiadacze kapitału, posiadacze środków produkcji kapitału - a raczej różnego rodzaju kapitałów - posiadają władzę w tym systemie.

Kto produkuje wiedzę, kto zarządza jej dystrybucją, kto produkuje kapitał społeczny i kulturowy, ten może mapilulować i zarządzać bezwolymi trybikami w maszynie, jakimi większość z nas jest.

Stawianie zarzutu, że Naomi Klein czy ja (ah, jakże pochlebia mi takie zestawienie) umacniamy system jest słuszne.
Jednakże ci, którzy taki zarzut stawiają, niech postawią go również sobie.
Każdym ruchem palca, każdym wdechem umacniacie system.
Chodzicie do pracy, kupujecie w sklepach, czytacie gazety i buszujecie w sieci - to wszystko jest częścią składową systemu.
Systemu, który boicie się odrzucić (słusznie) przewidując chaos i cierpienie jakie rewolucja by przyniosła.

Myślę, że Naomi Klein system hakuje.
Ja, na swoją małą skalę, też staram się to robić.
Podejrzewam, że wielu z czytelników tego bloga również.
Problem w tym, że niektórzy nie rozumieją co w zasadzie robią, dlaczego i po co...
23:47, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 28 września 2009
307. miasto neoliberalne - koniec czy początek?
'neoliberalism is a political project to re-establish the condition for capital accumulation and to restore the power of economic elites'
(David Harvey)

W GW wywiad z dr hab. Robertem Gwiazdowskim, który wyraźnie poprawił mi humor.
Gwiazdowski zaczyna od wstrząsającej konstatacji - '...twierdzę, że w Ameryce na Wall Street nie zbankrutował wraz z upadkiem Lehman Brothers kapitalizm, bo kapitalizmu już na Wall Street dawno nie ma. Zbankrutował właśnie socjalizm korporacyjny, który udawał kapitalizm, bo kapitalizm opiera się po pierwsze na prywatnej własności.'

To teza która powtarzają kapitalistyczni ultrasi od mniej więcej roku - nasze idee wcale nie przegrały, bo ich nikt tak na serio nie próbował! To wszystko wielki projekt socjalistyczny! Wszystko - najpierw Związek Sowiecki, teraz Stany Zjednoczone i EU!

Gwiazdowski poprawił mi humor, bo to co mówi w wywiadzie świadczy, że (przynajmniej w Polsce) liberalna prawica jest jeszcze bardziej intelektualnie niewydolna niż lewica.
Zamiast próbować zrozumieć co się naprawdę dzieje, Gwiazdowski przykłada swój liberalny wzorzec i próbuje dopasować rzeczywistość do swojej ideologii. Efekt jest przekomiczny - okazuje się, że ów wzorzec jest czystą utopią, prawdopodobnie nigdy nie istniejącą. Kapitalizmu w jaki wierzy Robert Gwiazdowski po prostu nie ma.
Intelektualne narzędzia którymi pan dr habilitowany chce opisywać świat oparte są na fantasmagorii.

Gwiazdowski opowiada, jak to klasa robotnicza (menadżerowie wielkich korporacji) złupili kapitalistów (posiadaczy akcji). To jest piękny fragment - kryzys jako rewolucja proletariacka?

Problem z Gwiazdowskim i jemu podobnymi polega na tym, że ignorują oni realnych ludzi i realne interesy, zdając się wierzyć, że gra dotyczy świata idei, w którym wyznawcy kapitalizmu walczą z wyznawcami socjalizmu.
Nie mamy więc do czynienia z realnie istniejącymi sprzecznościami i konfliktami, wszystko jest jedynie kolejną odsłoną wojny kulturowej - jak wojna o in vitro, aborcje etc.
I oczywiście to prawica ma rację, Bóg jej to objawił (bo kapitalizm 'prawdziwy' nie istniał i nie istnieje, jedyne co istnieje, to anegdoty oparte o 'przykłady z życia wzięte').
Ciekawe, czy Gwiazdowski rzeczywiście wierzy w zelotów kapitalizmu, którzy nie zważając na swoje interesy walczą o wolny rynek dla wszystkich?
Neoliberalizm jest ideologią taką jak każda inna - służy określonym grupom społecznym, kosztem innych.
Jak już kilka razy pisałem, miasto jest fenomenem, który w oczywisty sposób demaskuje neoliberalizm jako teorie i propagandę (ale niekoniecznie jako praktykę - o czym za chwilę).
Miast oczywiście nie można w całości sprywatyzować, miasta opierają się na dialektycznej grze pomiędzy tym co prywatne a tym co publiczne. Pomysły deregulacyjne prędzej czy później napotykają rafy a to w postaci monopolii naturalnych (jaki sens ma konkurencja w wodociągach?) a to w postaci globalnych korporacji, które korzystają z preferencyjnych (dumpingowych) warunków, kosztem mniejszych podmiotów.
Tyle ideologia i teoria.
A praktyka?
Tu już nie jest tak prosto.
Neoliberalizm w praktyce jest znacznie bardziej elastyczny i intelektualnie ciekawy niż w teorii. Neoliberalizm jest dążeniem i działaniem, a nie gotowym produktem. Dzięki temu wszystkie metody są dozwolone - jeśli trzeba deregulować, deregulujemy; trzeba wspomóc subsydiami - robimy to.
W neoliberalnej praktyce bowiem to nie wolność gospodarowania jest jądrem, lecz rozwój.
Nie chodzi o reprodukcję społeczną, a o produkcję gospodarczą. Wzrost zysku, dobro kapitalisty jest najważniejszym przykazaniem.
Gwiazdowski kilka razy usiłuje uszczypnąć Naomi Klein, lecz mam wrażenie, że albo nic z jej książek (szczególnie ostatniej) nie zrozumiał, albo ich po prostu nie czytał.
A jej diagnoza neoliberalizmu jako 'doktryny szoku' okazuje się dziś jeszcze bardziej prawdziwa niż w latach 80tych.
Wbrew więc temu co mogłoby się wydawać, pomysły na miasto jakie mieli neoliberałowie nadal obowiązują.
Lewica pomysłów nie ma żadnych, a 'postępowi konserwatyści' z obozu Philipa Blonda, nie rozumiejąc współczesnego miasta, usiłują cofnąć się do przed-industrialnej iddylicznej utopii (która oczywiście nigdy nie istniała).
Miasto neoliberalne nie umarło - może jest bankrutem, ale bardzo żywym bankrutem.
11:19, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (11) »
niedziela, 20 września 2009
306. 'menele' i wspólnota miejska
W Bytomiu na Górnym Śląsku lokalna polityczna walka, pomiędzy prezydentem Piotrem Kojem (PO) a Adrianem Królem (SDPL).
Spór dotyczy pomysłu prawicowego prezydenta, by ludzi zalegających z płaceniem czynszu zakwaterować w nowobudowanym 'kontenerowym osiedlu'.
Spór jest interesujący (podobne pomysły nie dotyczą przecież jedynie tego miasta) - bowiem w Bytomiu jest ponad tysiąc pustostanów lecz prezydent twierdzi, że właśnie tysiąca mieszkań w Bytomiu brakuje a miasta nie stać na inne rozwiązanie niż kontenery.
Z owych ponad tysiąca wolnych mieszkań, prawie dziewięćset nie nadaje się (z różnych przyczyn technicznych) do zamieszkania.
Sytuacja rzeczywiście bez wyjścia?
(przy okazji Bytom z wielką ilością sprywatyzowanych a dziś niszczejących kamienic jest wspaniałym przykładem kwestionującym przewagę prywatnej własności nad wspólnotową).

W pobliskiej Rudzie Śląskiej (której prezydent, Andrzej Stania również kandydował z PO) ludzie w bardzo trudnej sytuacji finansowej - właśnie tacy, którzy nie płacili za czynsz - dostali od miasta szanse, by samemu wyremontować mieszkania.

Nie wiem, czy można te dwa miasta i dwa rozwiązania wprost porównywać, wiem jednak, że można porównywać sposoby myślenia o mieście i jego mieszkańcach.
Z jednej strony mamy twardy konserwatywny-liberalizm - jak sobie nie radzisz to buch do getta. Z drugiej zaś liberalizm chadecki (prezydent Stania jest członiek Związku Górnośląskiego, organizacji regionalnej o bardzo wyraźnie chrześcijańskim profilu) - jeśli chcesz sobie sam pomóc, podamy ci rękę.

To jest bardzo ważna różnica - wiele razy, gdy broniłem biednych, zarzucano mi, że stawiam 'meneli' ponad interesy 'zwykłych mieszkańców'.
W żadnym razie.
Po pierwsze widzę w każdym człowieku Osobę - kogoś kto ma własną godność i kogoś, kogo bezwarunkowo należy szanować.
Po drugie - miasto zawsze jest dla mnie rodzajem wspólnoty, miejscem, gdzie w którym jesteśmy zmuszani by wchodzić ze sobą w interakcje i ten przymus daje nam szansę redukcji naszego grzesznego egoizmu, daje nam szansę stawania się lepszymi ludźmi.
(wiem wiem, brzmi naiwnie...)

Te dwa założenia są oczywiście odrzucane przez konserwatywnych i radykalnych liberałów, którzy za ludzi posiadających godność uważają jedynie tych, którzy dobrze radzą sobie w kapitalistycznym systemie i którzy - za Małgośką - uważają, że społeczeństwo nie istnieje, istnieją tylko jednostki.

Oczywiście - kapitalizm jako taki i kapitalistyczne miasto z definicji, prowadzą do segregacji ekonomicznej i społecznej. W zależności od grubości portfela ludzie mieszkają w różnych dzielnicach, robią zakupy w różnych sklepach, chodzą do różnych restauracji i klubów. Szanse na przełamywanie egoizmu są ograniczone.
W mieście socjalistycznym segregacja również występuje, lecz pochodzi ona z wolnego wyboru (czyż to nie paradoks?), stylu życia, smaków i gustów.
W mieście kapitalistycznym ten wybór jest możliwy, ale dopiero od pewnego poziomu zarobków.
Ja mieszkam w mieszkaniu, a moja koleżanka w domku. Oboje nie wyobrażamy sobie zamiany - ale jako wykładowcy akademiccy, możemy sobie pozwolić na wybór.
Przy zarobkach robotnika, wyboru już nie ma.

Bezklasowe społeczeństwo to ideał, którego nie da się osiągnąć na poziomie miasta - potrzebna jest zmiana co najmniej na poziomie państwa.
W mieście jednak wciąż mamy wybór - albo pogardzamy tymi, którzy sobie nie radzą, albo podajemy im pomocną dłoń - dając im szansę się tej dłoni uchwycić i zacząć sobie w życiu radzić.
Pogarda wywołuje pogardę, nienawiść - nienawiść.

Doradzam chrześcijańską pokorę i miłość bliźniego...
20:20, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (11) »
wtorek, 15 września 2009
305. kto w Polsce myśli (poważnie) o mieście?
Na portalu planetizen.com opublikowano listę 100 najwybitniejszych (najbardziej wpływowych?) 'myślicieli miejskich'.
To skłoniło mnie do smutnej zadumy - nawet nie to, że na tej liście nie ma polskich nazwisk (to w końcu portal amerykański), ale że gdybym miał taką listę ułożyć dla Polski, to by mi się inwencja gdzieś około siódmego miejsca skończyła...
Więc zapytam szanownych czytelników - pomożecie? ;)
Na dobry początek zaproponowałem Czesława Bieleckiego (można go lubić lub nie, ale moim zdaniem wybitny jest i wpływowy - intelektualnie - też).
Ankieta jest otwarta - wpisujcie.
Mam nadzieję, że uzbieramy choć z dziesięć nazwisk...




19:18, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 14 września 2009
304. miłość, gwarancje rządowe i czas zamiast neoliberalnej ideologii
Byłem wczoraj na konferencji 'Living the City' (swoją drogą było znacznie ciekawiej niż się spodziewałem...) gdzie Didier Repellin opowiadał o regeneracji Lyonu.Opowiadał, jak na początku lat 60tych chciano renesansową część Lyonu zburzyć i że nikt - ani naukowcy ani biznesmeni - nie wierzyli, że można coś z tym fragmentem miasta sensownego zrobić.
W 1961 Andre Malraux objął tą dzielnicę ochroną (w wiki jest błąd - 'Malraux law' zaczęło obowiązywać od 1962 roku), pojawiło się kilku zapaleńców którzy pokochali to miejsce, pojawiły się rządowe dotacje i dziś jest to żywy, niezwykle popularny kawałek miasta.
Rządowe gwarancje plus miłość gwarancją sukcesu?

Didier mówił, w jaki sposób - jego zdaniem - należy patrzeć na zabytki. Zabytek, to pamiątka po ludziach, którzy włożyli w materię ciężką pracę, wyobraźnię i umiejętności, a co równie ważne, jest to efekt wspólnego, zespołowego wysiłku jakiejść grupy osób. Takie widzenie zabytków to wpinanie się w nurt dziejów, częściowa rezygnacja z własnego indywidualizmu, kontekstualizacja własnego życia wobec przeszłości i przyszłości.
Mussolini ładnie o tym pisał w 'Doktrynie Faszyzmu' ;)

Zabytki jednak to nie tylko praca, ale też czas - nie tyle czas, który minął, lecz czas jaki był potrzebny do wykonania określonej pracy.
I to czas wydaje się wartością najbardziej egalitarną - mamy go wszyscy mniej więcej tyle samo (oczywiście jedni dożywają 3 lat inni 93, ale średnio różnice nie są zbyt dramatyczne).

Niedawno Unia Europejska opublikowała dokument 'GDP and beyond.
Measuring progress in a changing world
' (jest też wersja w języku polskim, ale tłumaczenie jest dość kulawe), zdając sobie (w końcu!) sprawę, że język opisu rzeczywistości stosowany przy wyliczaniu GDP, kreuje rzeczywistość 'finanso-centryczną'.
Problemy z jakimi mamy do czynienia dziś - zarówno jeśli chodzi o kryzys finansowy jak i kryzys społeczny czy kryzys środowiska naturalnego - są w pewnym sensie wynikiem prymitywnego języka, jakim świat opisuje wskaźnik GDP.
Stoimy więc, być może, w przededniu rewolucji, która pozwoli przezwyciężyć neoliberalny model gospodarczy (który bynajmniej nie skończył się wraz z kryzysem finansowym - moim zdaniem ma się nawet lepiej, przeszedł po prostu w inną fazę rozwoju).
To co od dawna było dyskutowane, ma szansę stać się obowiązującą doktryną, obowiązującym językiem opisu rzeczywistości w EU.
Oczywiście - wspomniany dokument jeszcze nic nowego nie proponuje, to dopiero 'zagajenie' rozmowy, ale sam fakt, że Komisja Europejska chce na ten temat rozmawiać jest niezwykle ważny.

Jeśli więc chcemy - wszyscy my, którzy mamy wobec obecnego modelu gospodarczego poważne wątpliwości - zmienić świat w jakim żyjemy, powinniśmy bardzo uważnie kształtować język jakim o tym świecie mówimy.
Jeśli więc mamy zbudować inny, lepszy niż GDP wskaźnik rozwoju / poziomu życia, wskaźnik który będzie 'społecznie i ekologicznie wrażliwy', zamiast o pieniądzach, powinniśmy zacząć myśleć o czasie...
Na idei czasu jako czynnika egalitarnego opierają sie 'banki czasu', które dziś są elementem 'socjalistyczno-utopijnym', istniejącym na marginesie głównego nurtu życia.
Moim zdaniem jednak, zawierają w sobie idee, które są potencjalnie rewolucyjne (oczywiście nie twierdzę, że pieniądz ma zostać zlikwidowany i mamy rozliczać się jedynie w systemie 'godzina za godzinę').
Czas jest również dyskutowany w kontekście zmian w środowisku - ile czasu zostało nam do wyczerpania ropy, ile czasu potrzeba by rozłożyła się torba foliowa...

GDP prędzej czy później stanie się historią - to jaki wskaźnik go zastąpi, określi jaki będzie nasz (i naszych dzieci i wnuków) świat i życie w przyszłości.
Nie przestawajmy szukać i myśleć...
09:57, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (3) »
sobota, 05 września 2009
303. moderniści by zburzyli
Po raz kolejny (łamiąc obietnicę, że już nie będę...) wracam do dworca PKP w Katowicach.
Pozwolę sobie jednak użyć tego tematu, by napisać coś bardziej ogólnego.
Inspiracją do tego wpisu jest książka Owena Hatherley'a "Militant modernism".

Hartherley stara się - jak sam pisze - obronić modernizm przed jego obrońcami. Przed wszystkimi tymi przedstawicielami znudzonej klasy średniej, historykami sztuki, 'nowoczesnymi architektami' i podobnymi indywiduami, którzy traktują modernizm jako jeden ze stylów w architekturze, jako dziedzictwo, które należy chronić; a dziś projektują 'IKEA modernizm' dla ludzi z gustem.

Hartherley takiego modernizmu i takiego rozumienia modernizmu szczerze nienawidzi. Modernizm - zarówno ten lewicowy (komunistyczny - komunizujący) jak i ten faszystowski (futuryzm) - jest dla niego przede wszystkim Rewolucją, jest heroicznym zerwaniem z przeszłością:
"Erace the Traces. Destroy, in order to create. Build a new world on the ruins of the old ", tak zaczyna się jego książka.
Modernizm jest więc ruchem przede wszystkim politycznym, ruchem zmierzającym do budowania Nowego Ładu - i nawet jeśli poprzednia próba była nieudana, to nie znaczy że tego Nowego Świata zbudować się nie da.
Zanim zaczniemy chodzić, wiele razy się przewracamy - czy to ma nas zostawić raczkujących na zawsze?

Hatherley mówi więc 'Forwards! Not forgetting'. Z ruin modernizmu uczmy się jak następnym razem nie upaść.

Jak więc dziś spojrzeliby na dworzec w Katowicach, aleje Korfantego czy Osiedle Tysiąclecia moderniści? Prawdziwi moderniści, a nie architekci establiszmentu, jak Franta czy Buszko?
Czy broniliby 'kielichów' jak historyk sztuki dr. Irma Kozina, czy raczej wołaliby - wyburzyć to w cholerę?

Spór o dworzec (oraz o wiele innych obiektów z tego okresu) ujawnił - po raz kolejny - absolutną impotencję polskiej lewicy.
Jeśli antykomunistyczna prawica krzyczy - wyburzyć to szkaradne dziedzictwo komunizmu i niech jakaś miedzynarodowa korpo nam coś rozkosznego zbuduje (co właśnie ma się stać w Katowicach), to po drugiej stronie mamy jedynie drobnomieszczańskich estetów, zachwycających się surowym pięknem betonowej konstrukcji.
Antykomunistyczna prawica to nie jest my cup of tea (przynajmniej od 10 lat ;)) ale jeszcze bardziej działają mi na nerwy obrońcy dworca.

Chciałbym usłyszeć głos modernistycznej, heroicznej lewicy, głos brzmiący mniej więcej tak - dworzec jest heroiczną próbą stworzenia przestrzeni, w której ludzie pracy godnie czekają by powrócić do swych domów. Próbą częściowo nieudaną, również dlatego, że prywatni handlarze i lumpenproletariat tą przestrzeń zawłaszczył.
Burzenie dworca i oddawanie go w pacht deweloperowi, którego interesuje jedynie zysk, jest zwielokrotnieniem tej niegodziwości, która już się tam dzieje.
Dworzec należy przywrócić ludziom pracy - jeśli trzeba go wyburzyć, to wyburzyć, jeśli jednak potrafimy - jak pisał Trocki w 'Literaturze i Rewolucji' - zobaczyć w nim 'świat który poznajemy, jako tradycję i jako wizję', jeśli są w nim ziarna heroicznej - choć nieudaniej - zmiany świata, należy dworzec zachować.

Antykomuniści wiedzą kim są i o co walczą - lewica tylko wstydliwie opuszcza wzrok i mamrocze o pięknie betonowych kielichów...
23:12, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (9) »
czwartek, 03 września 2009
302. miasto z obciętym ogonem

Z punktu widzenia użytkownika, zarówno metafora miasta jako maszyny jak i miasta jako organizmu, wydaje się bezużyteczna.
Miasto wygodniej dziś opisać poprzez analogie do internetu - jak pisał McClintock: ' The city is the oryginal, the first, archetipical medium of interaction. The new media are simple an extension, a completion of the city as the locus of interactive life' (lubię ten cytat).
Do pewnego stopnia użyteczna jest również metafora supermarketu, ale wolałbym unikać widzenia miasta jedynie poprzez konsumpcje.

Jeśli więc zostaniemy przy metaforze miasta jako fizycznego modelu internetu, dwie cechy miasta są kluczowe: wielkość/różnorodność oraz prędkość dostępu.
To oczywiście prowadzi nas do teorii 'długiego ogona' - każda nisza jest w stanie nieźle funkcjonować, jeśli będzie miała łatwy dostęp do wystarczająco wielkiej ilości potencjalnych jej użytkowników.
Opisywany wielokrotnie fenomen księgarni Amazon, która sprzedaje (i czerpie z tego poważne zyski) książki, którymi zainteresowani są bardzo nieliczni czytelnicy. W perspektywie globalnej jednak, to co byłoby ilością zbyt niewielką dla tradycyjnej księgarni, staje się opłacalne.

Dokładnie ta sama zasada obowiązuje w mieście.
W Londynie znajdzie się o wiele więcej milośników muzyki 'gotyckiej', niż w takim Plymouth - co pozwala scenie gotyckiej w Londynie istnieć i sie rozwijać, a w Plymouth nie.
Oczywiście - wielkość miasta daje jedynie potencjalną szansę, nie daje gwarancji.
Z tego powodu, mimo tego że Konurbacja Ślaska liczy około 3 - 3.5 milionów mieszkańców, ta liczba nie przekłada się na intelektualną czy kulturową siłę tego regionu.
Zaraz zaraz - ale właściwie z jakiego powodu?

Jak to już kiedyś pisałem - Warszawa, jako stolica Polski, jest zadziwiająco małym miastem. Jeśli Londyn (wraz z 'przyległościami') ludnościowo stanowi około 21% Wielkiej Brytanii a  Paryż około 20% (w mniejszych państwach jak Irlandia, Dania czy Finlandia ten procent jest jeszcze wyższy), to Warszawa ze swoimi 3,4 milionami w aglomeracji, stanowi zaledwie 9% ludności Polski
(Podobnie niski współczynnik ma Berlin).
Jeśli więc Aglomeracja Śląska posiada ludnościowo potencjał porównywalny z Warszawą, jak to się dzieję, że wciąż pozostaje prowincją, przegrywającą o kilka długości z takimi 'maleństwami' jak Wrocław (1 milion w obszarze metropolitalnym), Kraków (1.25 mln) czy Poznań (około 0.9 mln)?

Oczywiście - jak pisałem powyżej - nie tylko wielkość, ale również możliwość i prędkość dostępu sie liczy.
Powiedzmy, że w Londynie ta dostępność (korzystając z komunikacji publicznej) nie przekracza 1.5 godziny (nie będę się kłócił o tą, wzięta z sufitu, wielkość). Jeśli więc chcemy dostać się na koncert, do galerii lub po prostu by spotkać się z przyjaciółmi, to w półtora godziny powinno nam sie to udać.
Półtora godziny to długo - dlatego ludzie mieszkający po dwu przeciwnych stronach miasta, spotykają się sporadycznie. Zdaje się, że w jednym z odcinków Sex in the City (to Nowy Jork, wiem) przeprowadzka jednej z bohaterek do innej dzielnicy była traktowana niemal jak koniec przyjaźni - ze względu na wydłużenie czasu dostępu.
Transport publiczny w Londynie jest zresztą jednym z droższych i najmniej efektywnych w Europie - to wiąże się między innymi, z niską intensywnością zabudowy (a więc i niską gęstością zaludnienia) brytyjskich miast. 


Rozbudowując tą transportową dygresję...
Wczoraj, w Polsce miały miejsce dwa istotne wydarzenia dotyczące transportu publicznego (swoją drogą ciekawe, dlaczego niektórzy uparcie unikają tego określenia, preferując 'transport zbiorowy').
Po pierwsze władzę Wrocławia wycofały się z planowanych ograniczeń w funkcjonowaniu transportu publicznego w mieście, po drugie, w Gliwicach zostały zlikwidowane tramwaje. Miejscy aktywiści z Wrocławia są dumni (i słusznie), że udało im się (nie mnie opiniować w jakim stopniu to ich zasługa) utrzymać chwilowo stan istniejący. Trudno jednak pozbyć się poczucia smutku, że tak niewiele musimy uznać za sukces...

Przygotowując alternatywny plan rozwoju Rygi, postawiliśmy - jako jeden z najważniejszych celów - miasto dostępne w 5 - 15 - 30 minut. W pięć minut przeciętny mieszkaniec powinien dojść do najbliższego sklepu, skweru oraz przystanku komunikacji publicznej, w 15 dojechać do centrum miasta, a w 30 z dowolnego punktu A do punktu B.
Oczywiście - były to założenia niemal niemożliwe do zrealizowania, ale chodziło nam o wyznaczeniu ambitnego celu i zwrócenie uwagi na wagę problemu. Dostępność jest kluczem.

No dobrze - ale czy łatwość dostępu wystarcza?

Niestety nie. Mój przyjaciel KK zadaje swoim studentom podchwytliwe pytanie - czy Biskupin był miastem? Jak uczył Arystoteles, miasto składa się z różnych ludzi i ta różnorodność właśnie konstytuuje miasto. Tu mamy więc miejsce dla (młodej) Jane Jacobs i Floridy - homogeniczna społeczność nie tworzy miasta.

Wbrew Floridzie jednak, nie sądzę by bohemian czy gay index były tu kluczowe - różnorodność musi po pierwsze być różnorodnością kulturową. Nie wystarczy inna orientacja seksualna czy różnica w długości włosów. Potrzeba spotkania z Innym.

Musi być jakiś Inny/Inna i musimy chcieć (być zmuszani?) i móc się z nim/nią spotkać (pierwszym, najważniejszym Innym jesteśmy dla siebie my sami - ale to na inną rozmowę...).

Transport publiczny (i transport w ogóle) jest więc polityczny w tym sensie, że stanowi jeden z najważniejszych mechanizmów inzynierii spolecznej - inzynierii pozwalającej na sieciową metaforę miasta, ułatwiającą Innym istnienie. To narzędzie - nie chodzi jedynie by go ślepo bronić, lecz by go skutecznie używać.

Transport publiczny rozwija się tylko tam, gdzie jest go 'w nadmiarze', gdy zawsze można na niego liczyć - w każdym miejscu i czasie. Z tej przyczyny neoliberalna 'racjonalizacja kosztów' jest zbrodnia na mieście. Jest polityczną decyzją by miasto zabić i by nie było czegoś takiego jak społeczeństwo, a jedynie jednostki (w najgorszym razie rodzina - w rodzinnym, 5cio osobowym samochodzie)...

Wydajny i skuteczny transport publiczny, to pierwszy krok by miastu wyrósł długi ogon...

00:42, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (24) »