Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
wtorek, 30 października 2007
72. wydarzenie czy miasto?

Nareszcie rozgorzała w Polsce dyskusja na temat przestrzeni miejskiej. Wszyscy czują się w prawie zabrać głos i wyrazić swoje racje (i słusznie). Wszystko to zawdzięczamy Euro 2012. Bardzo mnie to cieszy.

Ciekawe tylko, że większość argumentacji przypomina myślenie nastolatków - najważniejszy jest mecz otwarcia, i temu by ten mecz w Warszawie sie odbył, ma być podporządkowane wszystko. A przecież, nie odbierając wagi "wydarzeniom" w konstruowaniu miasta, jego przestrzeni i jego rozwoju, to jeden mecz nie jest chyba ważniejszy niż dziesiątki lat jakie nastapią po nim?

Jeśli decyzja o usytuowaniu stadionu w centrum Warszawy jest błędna (nie przesądzam tego - nie mam wystarczającej ilości danych, by się wymądrzać), to za jednorazową przyjemność obejrzenia meczu otwarcia Mistrzostw Europy 2012, mieszkańcy Warszawy cierpieliby przez dziesiątki lat. Dlatego też, akurat ten argument wydaje mi się po prostu niepoważny.

Ciekawa jest natomiast argumentacja pani Prezydent - mówi ona że lokowanie stadionu w centrum jest złe z dwu powodów:

- spiętrzenia problemów komunikacyjnych w centrum miasta

- ceny gruntu Najpierw pierwszy argument.

Po pierwsze, by stadion na siebie przynajmniej w jakimś sensie zarobił, musi być użytkowany bardzo często. Gdy pracowałem nad projektem Arena Riga, mówiło się o granicznej ilości 100 dni w roku. Arena Riga była projektowana na ok.10 tysięcy widzów, Stadion Narodowy ma pomieścić 55 tysięcy widzów, więc prawdopodobnie wielkich imprez może być trochę mniej, za to powinno by sporo imprez dla mniejszej ilości widzów (tu pojawiają się już problemy dotyczące zarządzania samym obiektem - jak mała impreza jest jeszcze w ogóle opłacalna). W każdym razie - ciekaw byłbym takich obliczeń i szacunków, ciekawe czy ktoś je w ogóle robił...

W każdym razie - 55 tysięcy ludzi to całkiem sporo. Musimy pamiętać, że stadion działa pulsacyjnie - w ciągu ok.2 godzin te 55 tysięcy ludzi na stadion chce się dostać, a potem w podobnym czasie usiłuje się z niego wydostać. Nie ma możliwości - nawet twierdząc, że większość tego ruchu przejmie transport publiczny, by nie wywolywało to żadnych perturbacji w mieście. Z tego powodu, pomysł by wyprowadzić Stadion poza miasto, wydaje się mieć sens.

Drugi argument. To jest bardzo ciekawy argument - bo nie słyszałem do tej pory, by ktoś w Polsce zarządzał miastem wprost powołując się na ceny rynkowe gruntów. A przecież jest to oczywiste w mieście neoliberalnym. Jeśli z danej przestrzeni możemy uzyskać X milionów euro - lokując tam takie a nie inne funkcje, to czy decyzja by ulokować tam funkcje które przyniosą miastu 0.1X nie byłoby działaniem na szkode miasta? Bo jak napisałem - przecież stadion kosztuje. Kosztuje grunt (nie ma znaczenia, że on jest w posiadaniu miasta, ma przecież jakąś wartość), kosztuje budowa, kosztuje bieżace utrzymanie i remonty. Dlaczego budować go drożej, jeśli można taniej?

Pozostaje również argument decentralizacji Warszawy. Stadion, jak każda tego typu inwestycja, może stać się impulsem inwestycyjnym dla rejonu w jakim zostanie wybudowany.

Reasumując - jak napisałem, nie mam dość danych by autorytatywnie twierdzić która strona sporu ma rację, ale słuchając argumentacji obu, muszę powiedzieć że przeciwnicy prezydent Gronkiewicz - mimo wielkiego wsparcia większości mediów oraz tzw. ekspertów - jakoś nie wydają mi się do końca przekonujący.

Może dlatego, że różni nas fundamentalna kwestia - mi bardziej zależy na mieście i jego mieszkańcach, im na JEDNYM meczu i kibicach.

16:14, krzysztof_nawratek , miasto
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2007
71. deterytorializowanie regionu ?
Fajny tytuł, nie? ;)

Mój kolega przysłał mi link do programu "Warto rozmawiać" (wiem wiem - też go nie oglądam i też nie cierpię Pospieszalskiego) w którym wystepuje moja ulubiona Profesor Jadwiga Staniszkis.
Możecie sobie podarować oglądanie całości - skupcie sie na wypowiedzi Staniszkis ok. 33 minuty.
Profesor mówi o jednym z pomysłów Tuska z kampanii, dotyczącym rozwoju kraju w oparciu z korzystanie z zasobów zewnętrznych - na przykładzie regionu Szczecińskiego, Tusk mówił o korzystaniu z zasobów byłej NRD.

Staniszkis mówi, że Kaczyński nie rozumie tego, Tusk też nie, ale przynajmniej potrafi słuchać, natomiast - jak twierdzi Staniszkis - młodzież to rozumie.
No najwyraźniej nie cała, bo do wypowiedzi pani Profesor nie ustosunkował się merytorycznie w programie nikt, natomiast występujący zaraz po niej bloger "Gniewko" z salonu 24 jedyne co ma do powiedzenia to zadać pytanie o JOW i podatek liniowy.
No cóż - mizeria intelektualna polskiej prawicy nie jest żadną niespodzianką...

Faktem jest, że Staniszkis tylko zasygnalizowała problem i jeśli ktoś się nie interesuje kwestiami zarządzania miastami i regionami, może nie wiedzieć o czym mówi.
A problem jest niezwykle interesujący.
Po pierwsze - musimy zacząć od rozróżnienia na miasto i region (tu trochę odejdę od tematu, który poruszyła Staniszkis, ale troche wyjasnień na ten temat się przyda).

Miasto "klasyczne", funkcjonowało w powiązaniu z regionem w jakim się znajdowało - ten region dostarczał miastu surowców, jedzenia oraz był naturalnym odbiorcą tego co miało do zaoferowania miasto.
W czasach współczesnych, gdy zasięg oddziaływania miasta stał się globalny uznano, że region nie ma już znaczenia, że miasto zdeterytorializowało się w zakresie rynków na jakich funkcjonuje do tego stopnia, że można mówić o miastach globalnych, ale region, otoczenie miasta miało się od samego miasta "odkleić".

Bardzo szybko jednak stało się jasne, że to nie jest takie oczywiste.
Że miasto połączone z regionem, jest silniejsze i bardziej efektywne niż miasto korzystające jedynie z "wirtualnych" powiązań miedzynarodowych.
Tu pojawiło się też myślenie klasterem - czyli grupą powiązanych ze sobą tematycznie i przez to wchodzących w synergię przedsiębiorstw (inspiracją była słynna Dolina Krzemowa). A klastry mogą istnieć właśnie w regionie.

Ale znów - to nie jest takie proste.
Dzisiejsza gospodarka jest - jak to się potocznie określa - oparta na wiedzy.
Nawet jeśli rzeczywiście tak jest (co nie jest takie oczywiste, bo rozwój przemysłu Chin wskazuje, że nie samą wiedzą żyje państwo...;)), to fundamentalnym pytaniem jest - na JAKIEJ wiedzy?
Są bowiem co najmniej trzy rodzaje wiedzy - wiedza naukowa (analityczna), inżynieryjska (syntetyczna) oraz wiedza "kreacyjna".

Pierwsza, jest najbardziej "teoretyczna", posługuje się językiem właściwym dla swojej dziedziny wiedzy i generalnie zajmuje się "badaniem" świata.
Ten rodzaj wiedzy w największym zakresie nadaje się do transferu "zdeterytorializowanego". Tak właśnie działają wszelkie sieciowe organizacje naukowe.
Wiedza inżynieryjska natomiast polega na nie tyle na "odkrywaniu", co na konstruowaniu i ulepszaniu.
Ta wiedza wymaga infrastruktury - wymaga labolatorium, wymaga instytutu badawczego. Tej wiedzy się już tak łatwo transferować poza terytorium, gdzie jest wytwarzana się nie da. Tu klaster działa wyśmienicie.

Jak widzicie, zarówno produkcja wymaga lokalnej infrastruktury (a więc nie może istnieć wewnątrz "wirtualnego" regionu - a przynajmniej jest utrudniona), jak też najbliższe otoczenie produkcji, czyli produkcja wiedzy "inżynieryjnej" łatwiej odbywa się w ramach regionalnego niż "wirtualnego" klastra.

No i tu wróćmy do początku, do wypowiedzi profesor Staniszkis.
Korzystanie z zasobów zewnętrznych jest dobrym rozwiązaniem, jeśli sprecyzujemy o jakich zasobach mówimy i co to znaczy "zewnętrze".
Akurat w przypadku regionu szczecińskiego korzystanie z zasobów byłej NRD może dotyczyć nie tyle jakiegoś wirtualnego klastra, co właśnie literalnie tworzenie bardzo silnych regionalnych, transgranicznych powiązań.

Trzeba pamiętać, że infrastruktura wschodnich landów Niemiec (w którą miliardy najpierw marek a potem euro Niemcy zainwestowali) nie jest w pełni wykorzystywana - wydaje się więc interesującym pomysłem, by region szczeciński spróbował wykorzystać tę infrastrukturę w swoim interesie.
Mamy tu jeszcze jeden bardzo ciekawy aspekt napięcia pomiędzy zarobkami i cenami w Polsce i w Niemczech oraz bardzo znamienną różnicę mentalnościową. Ze wschodnich landów niemieckich wyjechała większość wykształconej młodzieży - moglibyśmy więc założyć że "zastąpi ją" młodzież polska, pozostająca w związku z instytucjami w regionie szczecińskim.

Myślę, że prędzej czy później uda nam się przezwyciężyć nacjonalistyczne, XIXwieczne fobie, i regiony oraz miasta zaczną prowadzić aktywną politykę gospodarczą w regionie.
Oprócz Szczecinia, oczywistym regionem który powinien zacząc tak funkcjonować jest Śląsk.
Obok są Czechy, od których Śląsk jest odwrócony plecami, a do Wiednia jest bliżej niż do Warszawy.
Ale generalnie - cała polityka regionalna wymaga przemyślenia na nowo. Właśnie w zakresie REGIONóW, a nie tylko fragmentów kraju.

21:48, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (2) »
sobota, 27 października 2007
70. bezpieczeństwo w przestrzeni
Dyskusje na temat bezpieczeństwa w przestrzeni toczą się od dawna.

Jest kilka podstawowych perspektyw - albo preferuje się kontrolę instytucjonalną (kamery CCTV lub klasycznie zwiększona ilość patroli na ulicach), albo skłania się do samokontroli społecznej.
Poczynając od metod opartych na teorii defensible space (czyli terytorialności - przestrzeń przypisuje się różnym aktorom, o różnym poziomie utożsamienia z przestrzenią, tu jest ten klasyczny podział na przestrzeń publiczną, pół-publiczną, pół-prywatną i prywatną)



 (obrazki znalezione w sieci)

po dokładnie odmienną, anty-terytorialną metodę związaną z teoriami space syntax (na stronie można znaleźć dostępną za darmo kluczową pracę na temat tej teorii - Space is the Machine).

W pierwszym przypadku (defensible space) to co lokalne, terytorialnie określone i "zawłaszczone" przez określoną grupę, jest bezpieczne (to myślenie prowadzi w dłuższej i wypaczonej perspektywie do osiedla zamkniętego jako jedynej dopuszczalnej formy zamieszkiwania), w drugim natomiast (space syntax) odwrotnie - to co otwarte, dostępne, łatwo kontrolowalne przez nieokreśloną lecz liczebnie znaczącą publiczność jest bezpieczne.

Do pewnego stopnia te dwie teorie (każda ma dla poparcia swoich tez mnóstwo analiz i badań) wyznaczają również oś sporu politycznego. Defensible space jest wykorzystywana przez konserwatystów, przez prawicę (słynna "reguła rozbitej szyby" którą w Nowym Jorku z upodobaniem stosował Guliani wzieła się właśnie z teorii defensible space), podczas gdy space syntax bliższa jest ludziom sytuującym się na lewicy.
Nie tyle może z powodu akceptacji idei samokontrolującej się wspólnoty miejskiej (to wszak jest również opresja, różniąca się jedynie skalą od opresji wspólnoty lokalnej) co z powodu zerwania z terytorialnością, z prywatyzacją i trwałym zawłaszczaniem przestrzeni przez grupy i wspólnoty.

Reasumując mamy więc metody klasyczne (policjanci na ulicach), modernistyczne (inwigilacja przy użyciu CCTV) oraz post-modernistyczne i neoliberalne - "niech się ludzie sami chronią przed złem". Owe neoliberalne podejście korzysta często z metody przed-nowożytnej, angażując jako struktury "para-policyjne" ludzi wywodzących się z gangów operujących na danym terytorium.
Owo neoliberalne wycofywanie się miasta ze wszelkich zadań, również tych, które klasyczni liberałowie uważali za podstawowe dla istnienia państwa - a więc zapewnienie bezpieczeństwa - jest oczywiście logiczną kontynuacją przekonania, że prywatne jest zawsze lepsze od publicznego.

To ciekawe, że gdy prywatne pożera publiczne, równocześnie nasza osobista prywatność rozmywa się i znika - jesteśmy bowiem poddawani coraz dokładniejszej, coraz bardziej wyrafinowanej kontroli. Kontrola ta zaczyna wnikać w sfery, które do tej pory były całkowicie intymne.

No dobrze - jesteśmy więc na poziomie typowych narzekań nad kondycją współczesnego świata. Narzekania te łączą radykalną lewicę z radykalną prawicą. Jedynie LUD jest na nie odporny, uznając, że widać tak musi być by zapewnić MU bezpieczeństwo.
Tu pojawia się pokusa, by uznać Lud za bandę głupków, stado baranów prowadzonych przez elity na rzeź (wydaje się bowiem całkowicie jasne, że elity nie inwigilują Ludu by zapewnić mu bezpieczeństwo, lecz by zagwarantować je sobie).

Czy jednak istnieje jakaś droga wyjścia poza banalne narzekania i poza perspektywę pretendującej elity (to wszyscy ci inteligenci którzy jeszcze nie mają władzy, a bardzo by chcieli)?
A może Lud ma racje, mając w nosie postępującą, totalitarną inwigilację?
Czy z przekonaniu - jestem niewinny więc nie mam się czego bać - nie ma ani odrobiny racji?

Ostatnie wydarzenia w Polsce pokazały, że jednak nie.
Przede wszystkim dlatego, że Lud nie jest niewinny.
Nikt z nas nie jest niewinny.
I gdy odchodzący rząd ścigał biznesmenów, inwigilował ministrów Lud klaskał, lecz gdy agent uwodził mało znaną posłankę, Lud zrozumiał, że sam jest wodzony na pokuszenie.

Jeśli więc kamery w mieście budzą sprzeciw, to nie dlatego, że wszyscy kradniemy, lecz dlatego, że czasem spluniemy na ulicę, przejdziemy na czerwonym świetle lub zbyt blisko staniemy obok ładnej koleżanki / kolegi z pracy.
Problemem staje się więc nie sama inwigilacja, nie kontrola, lecz hipokryzja. Normy, które uznajemy za obowiązujące, a które sami łamiemy.

Ucieczka w osiedla zamknięte jest możliwa tylko dlatego, że możemy spotykać się z kochanką w cichym hoteliku w mieście.
Poddanie się regule dyscyplinującej  w jednej przestrzeni, powoduje potrzebę wyłączenia spod niej innej.

Konkluzja nie jest specjalnie odkrywcza - bezpieczeństwo w przestrzeni nie zależy jedynie od środków kontroli i dyscypliny jakie na nią nałożymy, lecz przede wszystkim, od otwartości i uczciwości nas samych (jako społeczności) wobec siebie.

Będę powtarzał to do znudzenia - jedynie miejska wspólnota polityczna, świadoma samej siebie i potrafiąca wziąć sama za siebie odpowiedzialność może zapewnić sobie bezpieczeństwo.
W przeciwnym razie, nakładane środki kontroli i dyscypliny z założenia będą posiadały dziury, przez które będziemy mogli się przemykać.
My, oraz prawdziwi złoczyńcy.

10:54, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 października 2007
69. jeszcze o przestrzeniach publicznych

Wciąż wraca problem / kwestia przestrzeni publicznej. Wróćmy więc do definicji. Są cztery podstawowe podejścia do tego czym jest - czym powinna byc przestrzeń publiczna.

Pierwsze, to określenie jej jako "przestrzeni ceremonialnej". Taka przestrzeń symbolizuje tryumf polityki, tryumf i przewage instytucji publicznych nad prywatnymi i nad rynkiem. "Przestrzeń ceremonialna" więc, jest więc bliska (choć jedynie z zakresie symbolu, a niekoniecznie praktyki) owej przestrzeni publicznej jako "przestrzeni akcji politycznej", o której pisałem już wielokrotnie.

Drugie podejście skupia się na wspólnocie, która użytkuje daną przestrzeń. To podejście jest skoncentrowane raczej na skali dzielnicy (model "urban vilage") niż na mieście jako całości, i znów - jest bliska (ale jedynie w ograniczonym przestrzennie zakresie) mojej "przestrzeni akcji polityczne"j - można założyć, że życie społeczne jakie mała wspólnota może toczyć w takiej przestrzeni ma wymiar i wpływ na życie polityczne.

Trzecie podejście określamy jako "liberalne". To jest przestrzeń publiczna współczesnych miast - jest/ma byc miejscem w którym spotykają się różni ludzie i różne aktywności. To przestrzeń demokratyczna, skoncentrowana na komunikowaniu się _obywateli_ (dość czytelne jest nawiązanie do Habermasa w takim rozumieniu przestrzeni publicznej). I znów - ta przestrzeń jest polityczna, właśnie w tym znaczeniu, że kładzie nacisk na komunikujących się obywateli.

Czwarte podejście (mówił o nim na konferencji PASSENGERS Simon Sheikh) to podejście "postmodernistyczne". Skończyła się wiara w jedną ceremonialną przestrzeń, w przestrzeń w której może gromadzić się wspólnota lub równi obywatele - podejście mówiące o "multi public" lub "counter public", kładzie nacisk na inność. Przyjmuje istnienie róznych wspólnot i różnych wartości, które te wspólnoty wyznają, nie stara się tych różnic przezwyciężać, lecz raczej akceptować i celebrować owo "napięcie" jakie miedzy nimi występuje. To podejście wydaje się akceptować rzeczywistość taką jaka jest, bez ambicji zmiany, bez marzeń o jakiejś inżynierii społecznej.

Wydaje mi się jednak, że ta pasywna postawa wobec rzeczywistości jest sprytną pułapką jaką na uzytkowników miast zastawia neoliberalny reżim (zwolennicy tego modelu podkreślają na przykład erotyzm oraz rozkosz generowaną przez różnice i różnorodność).

Moje zdanie znacie - bez odbudowy silnej wspólnoty politycznej na poziomie miasta (a nie dzielnicy) nie ma w ogóle co mówić o przestrzeni publicznej jako przestrzeni politycznej. Pozostaje nam jedynie (tym, których na to stać i tych którzy akceptują lewicowy kulturowo i neoliberalny gospodarczo reżim) bawić się w przestrzeniach miasta wraz z naszymi współ-konsumentami.

Czy to co napisałem, zabrzmiało jak zachęta do konserwatywnej rewolucji? A skąd...

11:43, krzysztof_nawratek , miasto
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 października 2007
68. przestrzeń ponad ciałem i duszą
Pamiętam jakie wrażenie zrobiły na mnie słowa jakie znalazłem na początku "Nadzorować i karać" Foucault'a - "Dusza jest więzieniem ciała".
Jako stary post-katolik, miłośnik religijnej filozofii rosyjskiej oraz radykalny przeciwnik manicheizmu, przeżyłem te słowa jako osobiste objawienie.
Wszak całe życie spierałem się z tezą, że ciało jest więzieniem duszy, a tu nagle ktoś zakwestionował sens mojej walki.

Gdy jednak czytałem tekst "Walking as Spiritual Practice: The Pilgrimage to Santiago de Compostela", Sean'a Slavin'a dylemat - czy to dusza więzi ciało, czy ciało więzi duszę, sam uległ zakwestionowaniu.

Po raz kolejny bowiem, okazało się, że oba te pytania dla moich rozważań mają drugorzędne znaczenie.

Czym jest przestrzeń w której przebywamy?
Przestrzeń sama w sobie nie ma znaczenia - jej istnienie, jej sens, objawia dopiero gdy istnieją inne ciała, inne byty.
Przestrzeń sama w sobie nic nie znaczy - zarówno dla naszego ciała, jak (z trochę innych powodów) i dla naszej duszy. To znajdujące się w niej byty sprawiają że przestrzeń nabiera wymiarów. To odległość pomiędzy naszym ciałem a innym bytem konstytuuje przestrzeń.
Dla duszy natomiast - duszy bez ciała - przestrzeń nie ma całkowicie żadnego znaczenia.
Gdy poruszamy się w przestrzeni porusza się nasze ciało.
Jednakże, jak pisze Sean Slavin, pielgrzymka (w której uczestniczą również ludzie niewierzący) jest doświadczeniem "duchowym".
Cytowany w artykule pielgrzym mówi:

At the beginning I was only thinking about arriving either in Santiago or at the next tourist monument. Then I started to find different spiritual themes and ideas surfacing. You start to walk and as you do you look inside yourself . . . you do that and you realize the Camino is teaching you spiritual things.

Wydaje mi się jednak, że pielgrzymka jest doświadczeniem przede wszystkim cielesnym. To ciało bowiem idzie, to ciało doświadcza zmęczenia. To, czy ciało czyni to dla ducha nie jest tak istotne jak fakt, że idące ciało koncentruje się przede wszystkim na sobie. To koncentrowanie się na sobie, radykalna samoświadomość i introspekcja jest kluczowym elementem pielgrzymowania.

Powyżej napisałem, że przestrzeń sama w sobie nie istnieje.
Jednakże, gdy tylko pojawią się w niej jakiekolwiek byty, przestrzeń natychmiast staje się gęstą materią (w znaczeniu materiału, a nie w znaczeniu jaki nadaje temu słowu fizyka czy filozofia) - utkaną ze znaczeń, z emocji, z wartości.
Istniejąc w przestrzeni, jesteśmy w tej materii zanurzeni.
Gdy istniejemy statycznie, nitki znaczeń plątają się z nitkami naszej wyobraźni, zaplątują się na naszych receptorach, oplątują nam ręce, nogi, oczy i uszy.
Stojąc w miejscu, wrastamy w świat.
Poruszając się - zrywamy oplątujące nas nici.
Tutaj dochodzimy na powrót do sporu jaki toczyłem za młodu. Jeśli uznamy, że świat jest z natury zły, poruszanie się będzie wyzwoleniem. Jeśli uznamy natomiast, że świat jest dobry - pozostawanie w miejscu, wrastanie w świat, poznawanie go, będziemy cenić wyżej.
Jakikolwiek jednak wybierzemy punkt widzenia, to nie ciało, ani nie dusza, lecz przestrzeń będzie naszym punktem odniesienia.
To przestrzeń jest światem - w którym nasze ciała lub dusze istnieją.
Przestrzeń więc - realna przestrzeń, w której cokolwiek istnieje - MA znaczenie.
Nasze istnienie w świecie jest związane z przestrzenią, z zaplątywaniem i rozplątywaniem nitek powiązań, pomiedzy nami a zewnętrzem.

Te lekko ezoteryczne rozważania (które jakoś nawiązują do "Biegunów" Olgi Tokarczuk) chciałbym w tej chwili porzucić - skupiając się na konkretności fizycznego ciała poruszającego się w realnej, gęstej przestrzeni.
Ze szczególnym uwzględnieniem przestrzeni miasta.

Kluczowe jest pytanie - jeśli ruch rozrywa nasze związki z przestrzenią i kieruje naszą uwagę nie na zewnątrz lecz do środka nas samych - czy jesteśmy w stanie poznać i zrozumieć miasto?
Moderniści stawiali sprawę odwrotnie - to właśnie ruch sprawiał, że człowiek mógł poznawać przestrzeń, ponieważ przy zmieniającym się punkcie widzenia był w stanie zrozumieć więcej i lepiej.
Przejście od obrazu do filmu, jest przejściem od kontemplacji do narracji.
Pamiętajmy jednak, że miasto to nie jest człowiek w przestrzeni, lecz wspólnota w przestrzeni.


Kolejne pytanie - czy kontemplując człowiek nie czyni tego samego co pielgrzymując? Nie zagłębia się w sobie?
Chyba nie.
Pamiętam reportaż o kamedułach, w którym jeden z mnichów z niezwykłą precyzją i fascynacją opowiadał o pszczole, którą widział rano.
Opisywani przez Tokarczuk bieguni mają rys manichejski - kameduła jest katolikiem. Katolik admiruje świat w jakim istnieje.

Czy więc nie jest tak, że miasto zostało zniszczone przede wszystkim przez ruch?
To co nam się z miastem przede wszystkim kojarzy, jest zabójcze dla miasta jako wspólnoty?
Podróżując, pielgrzymując z domu do pracy, z pracy do hipermarketu, jedynie w miejscach istniejemy naprawdę jako ciało w świecie, ciało dla świata - w drodzę jesteśmy przede wszystkim ciałem dla siebie.
Co z tego wynika?

Otóż wracam do dyskusji o mobilności w mieście - jak widać z powyższych rozważań, owa mobilność, prędkość dostępu jest absolutnie kluczowa nie tylko z przyczyn społecznych, lecz dla samej istoty naszych związków ze światem, z miastem i innymi ludźmi.
Internet zakwestionował przestrzeń - czas dostępu do dowolnych danych jest nieznacząco mały. W internecie nie ma pielgrzymowania.
Nie istniejemy w nim jednak cieleśnie.
Nie istniejemy w nim rzeczywiście.
To wciąż realny świat, realne ciało i przestrzeń są fundamentalne dla naszego istnienia.

Przestrzeń wciąż stanowi dla nas wyzwanie.

07:31, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (4) »
sobota, 20 października 2007
67. dyscyplina i mobilizacja
W najnowszej "Europie" jak zwykle świetny tekst Cezarego Michalskiego o wydanych właśnie pismach Ernsta Jungera.
Michalski pisze o Jungerze ale odnosi się też (krytycznie) do środowiska zaangażowanego (przede wszystkim dotyczy to Wojciecha Kunickiego i Tomasza Gabisia) w udostępnianie Polakom myśli tzw. "rewolucji konserwatywnej", środowisk aktywnych w Republice Weimarskiej i początkach III Rzeszy. Potem przez tą Rzeszę częściowo zasymilowanej.

Michalski wspomina o poprzedniej książce Kunickiego - "Rewolucja konserwatywna w Niemczech 1918 - 1933", która stoi u mnie na półce i jest jedną z moich ulubionych lektur.
Zarzut jaki stawia Michalski zarówno myślicielom Konserwatywnej Rewolucji jak tęskniącym do niej intelektualistom jest przede wszystkim hipokryzja. Metodę tę stosuje Michalski z upodobaniem (słynny jego atak na redaktora naczelnego Rzeczypospolitej).
Co jednak, gdy wyznawca radykalnej i niebezpiecznej dla innych ideologii nie jest hipokrytą? Oręż, który wypada z ręki Michalskiego podnosi radykał i obcina mu łeb.

Michalski po raz kolejny broni liberalizmu, broni gnuśności i niezaangażowania, broni lenistwa i mieszczańskiej stabilizacji przeciw wszelkim - lewicowym i prawicowym - radykałom.

Dlaczego o tym piszę na blogu poświęconym ciałom w przestrzeni?

Ponieważ w książce "Miasto jako idea polityczna" (której jeszcze nie znacie;)) pisałem o militarystycznym rysie miast takich jak Singapur czy Porto Alegre.
Podawałem przykłady miast, które odrzuciły w taki czy inny sposób liberalną gnuśność, by w duchu jungerowskiej Totalnej Mobilizacji, rozwiązać swoje problemy i stanąć do walki na światowym rynku.

Czy jednak owa Totalna Mobilizacja jest czymś specyficznym i wyjątkowym w dzisiejszym świecie?
Może tak pisać myśleć jedynie budżetowy intelektualista lub niespełniony rentier.
Każdy, kto wstaje rano by zdążyć do pracy, kto spędza w niej (w ramach dobrowolnych nadgodzin) część swojego prywatnego czasu, każdy kto karnie w każdy weekend biega z wózkiem do hipermarkecie, każdy kto przynajmniej raz w tygodniu wyciska siódme poty na siłowni nie będzie miał takich złudzeń.
Totalna Mobilizacja trwa.
My, nasze ciała, nasze życie poddane są morderczej dyscyplinie i zmobilizowane w imię powodzenia na światowych rynkach korporacji w jakich pracujemy.
Społeczeństwo konsumcyjne w którym przyszło nam żyć nie jest - wbrew temu co sugeruje Michalski - społeczeństwem cywilnym. Naszym obowiązkiem jest konsumpcja. Naszą powinnością jest bycie aktywnym elementem przez który przepływa strumień kapitału - musimi zarabiać i wydawać. Czym szybciej i więcej tym nasza pozycja społeczna jest wyższa.

Jeśli więc, chcąc nie chcąc, jesteśmy zmobilizowani, jeśli jesteśmy poddani ścisłym - choć rozproszonym - mechanizmom dyscyplinującym, nie jest oczywistym, by szukać w owej mobilizacji większego sensu a przede wszystkim naszego własnego interesu?

Tego właśnie dotyczy mobilizacja w Singapurze, tego dotyczyła mobilizacja w Porto Alegre. To ludzie sami chcą przejąć nad ową Mobilizacją konktrolę.
Mobilizacja i dyscyplina to życie. Jedyne co się liczy, to kto pociąga za sznurki - czy jesteśmy to my sami, czy też robi to jakiś Master of Puppets.

Przestrzeń miejska jest oczywistą częścią owej mobilizacji. Przestrzeń Dublina, przeznaczona do zarabiania i wydawania pieniędzy nie przewiduje zbyt wielu mozliwości dla ludzi którzy chcieliby po prostu być w mieście.
Tu nie ma zbyt wielu ławek, nie ma zbyt wielu publicznie dostępnych parków (nie mówie o Phoenix Park - to troche inna historia).
Ta Mobilizacja okazała się jak dotąd skuteczna - Dublin się rozwija i staje się coraz bogatszy.
Jak wie jednak każdy sportowiec, nawet najbardziej morderczy obóz treningowy ma momenty relaksu - to czeka również Dublin w najbliższej przyszłości.
Nie znaczy to jednak przecież, że mobilizacja się skończy - wręcz przeciwnie, wkroczy ona na wyższy, bardziej wyrafinowany i "inteligentny" poziom.

Miasta i tereny pozamiejskie w krajach socjalistycznych również były wyspecjalizowanymi maszynami dyscyplinującymi - były i czyny społeczne i ścieżki zdrowia i wyjazdy na grzyby. Była turystyka piesza i rowerowa.
Nasze ciała miały określone cele, określone zadania, określone kształty do naśladowania.

Totalna Mobilizacja trwa. Jest istotą naszego istnienia w świecie (co nie wyklucza przecież przerwy na przysłowiowego papierosa).
Pytanie tylko, kto tą mobilizacją zarządza.

Dzisiejszy wpis nie jest być może do końca na temat - jest być może ową przerwą.
I jak ta przerwa ma swój bardzo konkretny cel.

Zachęcam też bardzo do czytania wpisu z wczoraj. Liczę na Waszą krytykę.
:)
 

10:39, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 października 2007
66. potrzeby podstawowe

W przyszły piątek będę miał wykład "Could Maslow help us understand a City?", ponieważ zaczeliśmy w komentarzach pod poprzednim wpisem pokrewną dyskusję, postanowiłem wykorzystać tą okazję by przedstawić Wam główne tezy, które chce przedstawić za tydzień. Krytykujcie! :)

Podstawowym założeniem jest oparcie się na klasycznej piramidzie potrzeb Maslowa w analizowaniu przestrzeni miejskiej. Załóżmy, że najniższy poziom możemy pozostawić bez dyskusji - w mieście da się żyć.

Następnym poziomem jest poczucie bezpieczeństwa. Możemy więc oglądać przestrzeń miejską lokalnie, jako system miejsc, z którym niektóre są / wydają się być bezpieczne, a inne nie. Badanie tych miejsc odbywa się z trzech kierunków - pierwszym są ankiety. Ludzie więc deklarują - w tym miejscu czuję lub nie czuję się bezpiecznie. Drugim jest analiza struktury przestrzeni (to nawiązuje trochę do Lefebvre'a) - mamy więc ślepe uliczki z których nie ma wyjścia i place na których dróg wyjścia jest bez liku. Są więc miejsca "przestrzennie" bardziej bezpieczne od innych. Trzecim jest analiza "publiczności" danej przestrzeni - ilu i jacy ludzie daną przestrzeń użytkują, czy są w pobliżu generatory i atraktory ruchu, jakie funkcje się w poblizu znajdują (plac zabaw dla dzieci czy znana knajpa - "mordownia"). Jako uzupełnienie dodajmy tu analizę "schludności" pzrestrzeni. Choć może to wyglądać na przeskok na szczyt piramidy Maslowa, dotykamy tu znanej reguły "rozbitej szyby" - jeśli gdzieś jest brudno, jeśli widać ślady działań chuliganów, to miejsce potencjalnie staje się sceną gorszych przestępstw.

Następnym poziomem piramidy potrzeb jest poczucie przynależności. Interesuje nas więc po prostu, czy w danej przestrzeni, w danym miejscu jej użytkownicy (nie tylko mieszkańcy) czują się po prostu dobrze. Czy chcą w tej przestrzeni przebywać czy też czują się z niej wykluczani. No i tu znowu stosujemy podobną taktykę - z jednej strony pytamy wprost ludzi, a z drugiej analizujemy samą przestrzeń. Analizujemy jej strukturę (na przykład fakt istnienia bądź nie, punktów charakterystycznych, które pozwalają zorientować się gdzie się znajdujemy), analizujemy znów funkcje, dostępność oraz - oczywiście - estetykę przestrzeni. Rzesz jasne - estetyka jest analizowana absolutnie subiektywnie - ładne jest to co się ludziom podoba.

Mamy więc do czynienia z szeregiem nakładających się na siebie warstw interpretacji, z szeregiem opinii o danym miejscu - zebrane razem dają nam (wiem, bo przećwiczyłem tą metodę w praktyce ;)) całkiem precyzyjny obraz przestrzeni miejskiej. Zauważcie na przykład - że dla znacznej większości uzytkowników, przestrzeń w centrum handlowym, według powyższych kryteriów - będzie bliska ideałowi! To wymaga jednak pewnych wyjaśnień - ale to następnym razem).

Ale sama analiza to dopiero pierwszy krok - następnym jest konstruowanie dynamicznego modelu przestrzeni miejskiej. Jak bowiem pewnie zauważyliście, ilość czynników branych pod uwagę w tej analizie jest dość spora, a duża część z nich jest łatwo zmienialna (zamiast placu zabaw powstanie dyskoteka, a pub-mordownia zamieni się na klub emeryta). Mamy więc rodzaj dużej, ale dość prostej matrycy, która pozwala nam określić dlaczego pewne przestrzenie w mieście działają a inne nie, oraz jaki element należałoby zmienić, by jakość i funkcjonowanie przestrzeni poprawić. Czasami będzie to banalnie proste, a czasem zbyt kosztowne by się dziś opłacało.

Tego rodzaju analiza jest analizą "oddolną", analizą nie tyle miasta jako całości, co poszczególnych jego fragmentów jako ELEMENTÓW całości. Oczywiście - nie przekreśla ona klasycznych analiz urbanistycznych, co raczej dodaje im wymiar "ludzki" oraz zwraca uwagę na miasto jako strukturę dynamiczną, zmienną w czasie. Jak pisałem - wykorzystywałem już tą metodologie w praktyce i wygląda ona bardzo zachęcająco.

Jeśli książka "Ciała i Przestrzenie" ma być instrukcją obsługi "Miasta jako idei politycznej", to ta metoda analizy przestrzeni (jako część strategii zarządzania przestrzenią miejską) zdecydowanie stanie się jej integralną częścią.

12:41, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 października 2007
65. banalizm ciała

Gdy dwa lata temu walczyliśmy o zmianę planów zagospodarowania przestrzennego Rygi, oprócz rozwiązań dotyczących strategicznych kierunków rozwoju miasta, zaproponowaliśmy również strategię przekształcania miasta w obszar o łatwej dostępności.

Wzorując się na całkowiecie konceptualnym projekcie "5 minutes city" zaproponowaliśmy by Ryga była oparta o zasadę 5-15-30 minut : gdzie w 5 minut miał być gwarantowany dostęp do podstawowych usług (w tym terenów zielonych) oraz przystanków transportu publicznego, w 15 minut dostęp do centrum miasta oraz do centrów lokalnych, natomiast w 30 minut dostęp z dowolnego punktu A do dowolnego punktu B w mieście oraz poza miasta - ze szczególnym uwzględnieniem dostępu do morza.

Ten aspekt naszej propozycji został przez miasto całkowicie zignorowany, a i my uznaliśmy go za niemal niemożliwy do realizacji. Dziś myślę, że niesłusznie. Jeśli bowiem jakikolwiek aspekt naszej propozycji miał wymiar uniwersalny to właśnie ten. Mobilność w mieście. Mobilność, która dotyczy podstawowego komfortu uzytkowania miasta. Użytkowania całkowicie cielesnego. Wtedy, uznaliśmy, że wart walczyć o generalnie kierunki rozwoju, a konkretne rozwiązania pozostawić na potem. A przecież to właśnie dostęńóść miasta dla jego mieszkańców powinna być absolutnym, fundamentalnym priorytetem!

Wszystkie proponowane przez nas strategiczne decyzje przestrzenno-funkcjonalne tracą swe znaczenie, gdy zignorujemy praktyczny wymiar funkcjonowania nie miasta jako takiego, lecz człowieka w mieście. CIAŁA w przestrzeni. Błąd (umiarkowany - i tak to nie myśmy podejmowali ostateczne decyzje) który popełniliśmy dotyczył więc wiary w urbanistykę a niewiary w ciało i człowieka. Uznaliśmy, że ciała są banalne. Że wielkie idee, że tychże idei implementacja powinna mieć priorytet. W pewnym sensie - oczywiście tak.

Ale ignorowanie jednostkowego doświadczenia uzytkowania przestrzeni, ignorowanie tego że ekonomia użytkowania miasta dotyczy przede wszystkim naszych ciał - tego ile energii i czasu musimy poświęcić by się z punktu A do punktu B dostać, tego by nasze ciała miały w miescie niezbędny mikroklimat, by miały warunki by odpocząć - wszystko to uznaliśmy za drugorzędne. Ważne - lecz nie najważniejsze.

Dziś jestem pewien, że właśnie odwrócenie perspektywy, że myślenie o czlowieku i jego ciele w przestrzeni a nie o przestrzeni jako takiej, jest naszą podstawową powinnością. Ciało nie jest banalne, bo ciało to jedyne co mamy tak na prawdę

11:32, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (15) »
środa, 17 października 2007
64. kapitalizm albo życie

Podczas jednej z sesji konferencji "Otwieranie przestrzeni..." którą prowadziłem, pan Michał Kozłowski przedstawił bardzo ciekawy wykład na temat koncepcji przestrzeni w dziejach filozofii. Jednak tym, co najciekawsze - z mojego punktu widzenia -  było stwierdzenie, że kapitalizm jest niematerialny. W istocie, trudno mówić o fizycznym istnieniu "rynku" czy o "pieniądzu". Kapitalizm jest w pewien sposób transcendentny wobec życia.

I to jest kluczowa teza, której chciałbym się bliżej przyjżeć.

Alison Stenning, w książce "Futuryzm Miast Przemysłowych" (którą mam przyjemność recenzować), napisała o "drugim obiegu" gospodarczym funkcjonującym w Nowej Hucie w czasach PRLu oraz na początku lat 90tych. Stenning pisała o kapitale społecznym, który pomagał przetrwać sytuacje w których brakowało pieniędzy. Pisała o wzajemnych przysługach ale też o rodzaju "szarej sieci" czy "układu" - jednakże nie na poziomie polityków i wielkich pieniędzy, a na poziomie mikroekonomicznym. Pisała też o własnej produkcji żywności i wymianie barterowej. Kapitalizm - szczególnie ten modelowy "ultraliberalny" oczywiście wszystkie te sieci zrywa. Zamiast sieci wzajemnych zależności - które istnieją na poziomie personalnym, mamy całkowicie odhumanizowany i "transcendentny" system wymiany kapitałowej. Jeśli więc z naszym zwykłym życiu pozostajemy w różnorakich relacjach z ludzmi, to w kapitalizmie "porozumiewamy" się z innymi "poprzez pieniądz". Jeśli w końcu PRLu mogliśmy poprosić sąsiadkę o popilnowanie dziecka, to w kapitalizmie wynajmujemy opiekunkę. Takich przykładów są oczywiście setki.

Podstawowe pytanie brzmi - czy kapitalizm może istnieć całkowicie poza życiem? Czy można zastąpić wszelkie osobowe relacje międzyludzkie poprzez relacje odbywające się "poprzez" kapitał? Czy można zastąpić całkowicie akty seksualne odbywające się z miłości lub choćby dla obopólnej przyjemności, aktami za który się płaci? To co dziś brzmi jeszcze niesmacznie, wcale nie jest niemożliwym. Kapitalizm "wymywa" wszystko co nie jest przeliczalne na pieniądze, niepostrzeżenie zastepuje pieniądzem wszystko inne.

Wydaje się wciąż - cytowany przeze mnie wielokrotnie profesor Glaeser o tym pisał - że kapitalizm nie może istnieć w postaci "czystej". Że - jak on to nazywa - nierynkowe relacje międzyludzkie, są absolutnie niezbędne by kapitalizm w formie jaką znamy mógł funkcjonować. Z drugiej strony, odrzucenie pieniądza i wymiany kapitałowej na rzecz przywrócenia przed-kapitalistycznych rozwiązań gospodarczych nie tylko jest niemozliwe, ale spowodowałoby katastrofę. Stajemy więc wobec diabelskiej alternatywy - zarówno kapitalizm jak i jego odrzucenie prowadzi donikąd.

Co to ma wspólnego z miastami i z przestrzenią? Otóż wbrew tezie p. Kozłowskiego o postępującej transcendecji kapitalizmu, w dzisiejszym świecie miasta i infrastruktura się rozwijają. To miasta właśnie zaprzeczają owej niematerializacji kapitalizmu. To miasta, to ciała w przestrzeni ze swej natury stanowią nieprzezwyciężalną zaporę przed całkowitą dematerializacją świata. Dlatego właśnie warto zajmować się przestrzenią i dlatego warto zajmować się ciałem. W jaki sposób? Jeszcze nie wiem :)

11:38, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (1) »
wtorek, 16 października 2007
63. martwe ciała

Z martwymi ciałami jest problem.

Już sam tytuł tego bloga początkowo miał brzmieć "Wrażliwe przestrzenie i żywe ciała", ale uznałem, że jest za długi i zbyt pretensjonalny.Mimo to,  pisząc o ciele mam raczej na myśli ciało żywe.Martwe ciało bowiem ze sfery realności ześlizguje się w sferę symboliczną. Ciało, które mnie interesuje w przestrzeni, jest przecież ciałem aktywnym, ciałem - podmiotem, a nie przedmiotem. A jednak, zanim zanurzymy się głębiej w cielesność warto zakreślić granice (które - być może przyjdzie mi w przyszłości przekroczyć...).

Cóż więc mam począć z ciałem martwym? Ba! A cóż począć z ciałem nieświadomym? Z ciałem w komie? A nawet z ciałem śpiącym? W książce której jeszcze nie znacie ;) rozwijam idee braku i niedoskonałości jako podstawowego spoiwa społecznego. Czy ciało martwe nie jest właśnie ciałem, któremu brakuje życia? Ten trop jest interesujący, chociaż idzie w zupełnie innym kierunku niż moje rozważania z "Miasta jako idei politycznej". W książce tej bowiem interesowały mnie takie braki, które przynajmniej teoretycznie lub potencjalnie mogą zostać wypełnione.

Ciało martwe nie stanie się żywe. Z drugiej jednak strony, ten totalny i permanentny brak rzeczywiście kryje w sobie ogromną siłę - by wspomnieć choćby martwe ciała świętych i bohaterów. By wspomnieć ciała naszych drogich zmarłych, by wspomnieć Katyń, by wspomnieć tłumy na cmentarzach na początku listopada. Gdzie więc tkwi siła martwego ciała? W ciele czy też w symbolu? A może rzeczywiście w braku?

Ciało martwe staje się ciałem w które wkładamy znaczenia i treści których żywe ciało nie posiadało. Nastepuje mitologizacja martwego ciała - przestaje ono należeć do siebie (jest wszak martwe) i staje się "własnością" wspólną. Ta właściwość martwego ciała jest widoczna nawet w ciele śpiącym - seksualny fetyszyzm związany ze snem jest bezbronnością, z "nienależeniem do siebie". Otaczamy troskliwą opieką śpiące ciała bliskich, lecz śpiące ciało może też być _przedmiotem_ porządania. Ciałem które możemy chcieć zawłaszczyć.

Istnieje też odwrotne znaczenie snu - wszak "kto śpi nie grzeszy".

Tak czy inaczej - śpiące ciało jest rodzajem "pustego pojemnika" w który wkładamy naszą czułość lub nasze żądze. Lub w przypadku o którym wspominam poniżej - naszą pogardę i obrzydzenie. Śpiące ciała mają bowiem jeszcze jeden aspekt - śpiący bezdomni w przestrzeniach miast, na dworcach, w parkach i w innych nie przeznaczonych ku temu miejscach.

Jakie znaczenie mogą więc mieć martwe oraz śpiące ciała w przestrzeni? Ciała tego rodzaju są rodzajem "pomostu" pomiędzy tym co aktywne, tym co podmiotowe, tym co "realne" a tym co symboliczne, tym co bierne i wyobrażone.

Ciała takie mają w sobie ową "siłę braku". I choć ta siła bierze się spoza ciała, ze sfery symbolicznej imaginacji, to wypełnia ono nie kamień a ciało właśnie, nawet jeśli są to tylko szczątki. Może właśnie dlatego, martwe ciała stanowią łącznik pomiędzy tym co zajmowało mnie do tej pory - ideami i ideologiami - a tym czym zajmuję się na tym blogu - żywym mięsem.

15:53, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2