Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
czwartek, 30 października 2008
202. miasto post-ludzkie

Kilka lat temu, w piśmie "Nowe Książki" ukazała się (bardzo) niepochlebna recenzja moich "Ideologii w przestrzeni" pióra Przemysława Trzeciaka. Cała książka mu sie nie podobała, lecz tym co go rozwścieczyło najbardziej była moja krótka wzmianka na temat ewentualnych skutków rewolucji trans-humanistycznej .

Do pewnego stopnia to wciąż jest science-fiction, lecz jak długo jeszcze? (przy okazji, jeśli ktoś jeszcze nie czytał "Perfekcyjnej Niedoskonałości" Jacka Dukaja to NATYCHMIAST marsz do księgarni ;))

Ostatnio przeczytany artykuł w GW na temat dzieworództwa i końca mężczyzn w historii ludzkości skłonił mnie do przypomnienia sobie moich starych pytań i fascynacji.

Nie mam wątpliwości, że ludzkość już dawno wkroczyła na drogę cyborgizacji. Od okularów, przez protezy, rozruszniki serca i tym podobne urządzenia powoli zmierzamy pewnie w kierunku jakiś urządzeń usprawniających pracę naszych mózgów, może pozwalających nam być online... A przecież stoimy również przed potencjalną rewolucją dotyczącą inżynierii genetycznej.

Czy takie zmiany zmienią nasze miasta? Jak wyglądałyby nasze miasta gdyby zamieszkiwały je jedynie kobiety? Co by się zmieniło gdyby nie było ludzi niepełnosprawnych? Co by się zmieniło gdybyśmy byli kilka razy silniejsi niż jesteśmy dziś? Co by się zmieniło gdybyśmy byli podpięci do sieci na stałe? Czy miasta byłyby takie jak dziś, tylko bardziej? Czy też doczekalibyśmy się radykalnej zmiany?

Wbrew pozorom przecież, miasta prehistoryczne, polis, miasta rzymskie, średniowieczne aż do dzisiejszych różnią się między sobą bardzo. Jedyne co jest dla nich wspólne to zależność od terenów produkujących żywność oraz znaczenie (polityczne, militarne, religijne etc.) częściowo wynikające z liczebności mieszkańców a przede wszystkim z liczby mieszkańców należących do społecznej elity. Jeśli więc zastanawiać się nad przyszłością miast, to dwa czynniki będą dominujące (pomijam tu globalny kontekst): rozwój miejskiej infrastruktury oraz zmiany / ewolucja człowieka. Ale jak to będzie wyglądać?

Żałuję, że nie dożyję odpowiedzi...

17:19, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 października 2008
201. problemy z tożsamością

Przepraszam, że po raz kolejny będzie wpis "lokalny", o Katowicach. Podobnie jednak jak w przypadku notki i Sląsku XXI, można ekstrapolować lokalne problemy na całą Polskę.

Jak donosi GW, zapadł już wyrok śmierci na katowicki dworzec PKP, obiekt w którego obronę zaangażowała się artystyczno-uniwersytecka elita Katowic i okolic.

Przyznam uczciwie, że ja się w tą obronę specjalnie nie angażowałem - z dwu powodów. Po pierwsze chciałem przesunąc centrum dyskusji z jednego budynku na miasto jako takie, i w tym szerokim kontekście o mieście rozmawiać; po drugie natomiast - nie wierzyłem, że do zagłady dworca może dojść.

Niestety - poniosłem podwójną klęskę.

Dyskusja o Katowicach wciąż jest dyskusją personalną (kto lubi a kto nie lubi prezydenta miasta) lub w najlepszym razie dyskusją o detalach - że ławki na ulicy Mariackiej ładne a Rondo Sztuki brzydkie (lub odwrotnie); wszystko wskazuje też na to, że dworzec w Katowicach niedługo przestanie istnieć...

Mimo prób apelowania do polityków, by uczynili kwestie miejską centrum swej politycznej aktywności (wszak startują w wyborach lokalnych i rządzą MIASTEM), to oprócz banalnego tekstu pana Pietrzykowskiego nad którym się pastwiłem ostatnio - nikt nie zareagował.

Instytut Współczesnego Miasta wciąż nie przekonuje do swojego istnienia. Ostatnio zorganizowana impreza "Katowice na warsztacie" reklamowana jako największe warsztaty urbanistyczne (z udziałem mieszkańców) w Polsce według (być może złośliwych) komentarzy były wypełnione pustosłowiem. Prowadził je zresztą mój "ulubiony urbanista-neoliberał" - Piotr Lorens z Gdańska, o którym jakiś czas temu pisałem na tym blogu.

Dlaczego tak się dzieje, że nic sensownego się nie dzieje?

K. uważa, że problem dotyczy kłopotów z tożsamością. Mieszkańcy Katowic mają problem by przyznać, że najlepsze dobre (oczywiście że nie najlepsze - ani K. ani ja tak nie uważamy) lata miasta przypadły na czasu PRLu. K. mówi o trzech warstwach miasta - o mieście mieszczańskim końca XIX, o mieście modernistycznym początków XX wieku (przypominając, że modernizm w Katowicach był polski) oraz o mieście PRLu, który zostawił wielkie założenia urbanistyczne oraz takie obiekty jak dworzec, Spodek czy Superjednostka.

Te różne warstwy mają różne konotacje historyczne, ideologiczne i etniczne (śląski nacjonalizm może nie jest szczególnie mocny ani szczególnie agresywny, ale zabarwia dyskusję wokół Katowic w sposób bardzo wyraźny). Proponowana przez Pana Architekta Koniora (PAK) przebudowa centrum miasta ma ambicje nałożenia czwartej warstwy, która - jeśli połączyć ją z planami wyburzenia dworca - jest przede wszystkim anty-PRLem. Wspominane przez PAK przy okazji tego projektu idee Nowego Urbanizmu są przecież niczym innym, niż drobnomieszczańką antymodernistyczną reakcją. Te marzenia o placykach i fontannach, o "ludzkiej skali" w połączeniu z neoliberalną ideą eskalacji wartości gruntów w centrum miasta i budowy wielokondygnacyjnych biurowców tworzą podstawy keno-kapitalistycznej wersji Katowic.

Wersji zabarwionej naszym 4to-rzeczpospolitym antykomunizmem.

Być może obecny kryzys odwlecze w czasie wspomniane projekty, być może credit crunch uratuje dworzec i da szanse na sensowną przebudowę Katowic. Ale by było to możliwe, coś musiałoby się zmienić w ludziach, w mieszkańcach i użytkownikach miasta. Czy to jest możliwe? Nie wiem...

15:15, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 20 października 2008
200. miasto, architektura i pamięć
Wspominany przeze mnie kilkakrotnie (bez entuzjazmu) plan przebudowy centrum Katowic, oprócz wielu kwestii ogólnych, dotyka mnie osobiście.
Jest przynajmniej jeden powód, dla którego autor tego planu - Pan Architekt Konior jest w czołówce mojej czarnej listy (nie, nie jest to ta sama krótka lista jaką ma Pan Prezydent Kaczyński...).
Tym powodem jest plan wyburzenia katowickiego pałacu ślubów.



Oczywiście, jestem być może osamotniony w moich wspomnieniach i emocjach, ale czyż miejsce w którym dziesiątki tysięcy mieszkańców Katowic przyrzekało sobie miłość i wsparcie nie ma żadnej wartości? Nawet jeśli architektonicznie nie jest to żadna rewelacja (choć wnętrza - a szczególnie schody - to ładna rzecz)?

No właśnie - jaką wartość w mieście ma pamięć? Jaką wartość ma dla architektury?

Jak pokazuje choćby słynne Muzeum Żydów Libenskinda w Berlinie -



- może mieć wartość konstytuującą.

Tak naprawdę bowiem, kwestia ochrony zabytków jest przecież związana z kwestią pamięci. Problem polega jedynie na tym, że Wawel chronimy (upraszczam) ze względu na "pamięć narodu", natomiast takie obiekty jak pałac ślubów w Katowicach mają znaczenie jedynie dla jednostek.
To nie żadne "historyczne doświadczenie spajające wspólnotę" jest związane z tym budynkiem, lecz co najwyżej jednostkowe wspomnienia osób i par.

Czy jednak takie jednostkowe doświadczenia, jednostkowa, indywidualna a wręcz intymna pamięć nie ma znaczenia?
"Narody tracąc pamięć, tracą życie..." A ludzie?

Ciekawy projekt dotyczący takich właśnie wspomnień, takiej pamięci w mieście (i to w mieście - archetypie współczesnych wielkich miast!) znajdziecie TUTAJ.

Obawiam się jednak, że dla takich ludzi jak Konior, czy ten były wojewoda, którego nazwiska nie pamiętam (pisałem o nim dwa wpisy temu) miasto i architektura to budynki a nie ludzie. A już na pewno nie takie głupoty jak ludzkie wspomnienia...
21:36, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (26) »
piątek, 17 października 2008
199. będę w Berlinie ...
... pod koniec listopada. Na takiej oto imprezie

„Simmel und die Stadt – ein interdisziplinärer Austausch anlässlich des 150. Geburtstags Georg Simmels“

 Jakby mnie kto szukał ;)
08:28, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (9) »
środa, 15 października 2008
198. konserwatysta o mieście

Wydawać by się mogło, że opinie jakiegoś pana na temat jakiegoś miasta nie nadają się do szerszych rozważań. Tak się jednak składa, że pan Pietrzykowski nie tylko jest byłym wojewodą (za czasów rządów PiSu) ale również działaczem stowarzyszenia Polska XXI, które ma - jak głosi plotka - uczynić Rafała Dutkiewicza następnym prezydentem Polski.

Na portalu www.slaskxxi.pl pan Pietrzykowski opublikował tekst "Dlaczego warto dyskutować o Katowicach".

Pochylmy się więc z troską i ciekawością nad tekstem byłego wojewody, zobaczmy, co konserwatyści mają do powiedzenia w kwestii miejskiej.

Przede wszystkim, dla pana Pietrzykowskiego, istotne jest tylko to co jest widziane / widzialne. Pisze on: "Klucz do przyszłości Śląska leży w tym miejscu (w centrum Katowic - przyp. kn) z dużo istotniejszego powodu. Jest nim dość oczywisty fakt, że obraz naszego regionu kształtowany jest w decydującej mierze przez pryzmat wrażenia, jakie wywołuje jego najlepiej znana, rozpoznawalna i wystawiona na widok publiczny przestrzeń."

Nie ma więc sensu dyskutować z panem Pietrzykowskim ani o ukrytych strukturach władzy, ani o wykluczonych, ani nawet o infrastrukturze. Tym co jest istotne jest obraz i wrażenie.

Po chwili jednak pan Pietrzykowski zaczyna mieć wątpliwości, zadając dramatyczne pytania: "Czy jednak remonty, wyburzenia, nowe gmachy i nawierzchnie okażą się po owych 20 latach zwłoki wystarczającym remedium? Czy realizacja obecnych planów stanowi adekwatną odpowiedź na dystans jaki w ciągu ostatnich 20 lat wytworzył się między stolicą Śląska, a stolicami innych polskich regionów? Czy uda się dzięki nim wytworzyć prawdziwie nowoczesną przestrzeń, z nieudawaną atmosferą wielkomiejskości i metropolitalności, która Śląskowi jest tak potrzebna? Czy problem Katowic to problem jedynie urbanistyczno-budowlany czy też znacznie głębszy problem post-przemysłowego dziedzictwa zabarwionego dodatkowo dewastacją ostatnich kilkudziesięciu lat? Problem struktury społecznej mieszkańców, długo utrwalanych przyzwyczajeń i nawyków, pozostałości tradycyjnej „kultury czasu wolnego”, rozproszenia dzielnic wyrosłych na pniu dawnych wokółkopalnianych osiedli?" (nie będę się pastwił nad ową "nieudawaną atmosferą wielkomiejskości" o której marzy pan Pietrzykowski... każdy w końcu ma jakieś komleksy, których nie może przezwyciężyć).

Niestety, na pytaniach się kończy... Jedyną przesłanką gdzie pan Pietrzykowski i śląscy (a pewnie i polscy) konserwatyści widzą przyszłość jest takie oto zdanie: "Modernizacja albo śmierć” – chciałoby się powiedzieć za Janem Rokitą parafrazującym niegdyś dawne hasło rewolucji kubańskiej - „socialismo o muerte”.

A gdy pisałem o tym, że plan Koniora na centrum Katowic jest tym samym aroganckim, modernistycznym gestem, co krytykowana przez niego PRLowska zabudowa centrum Katowic, wielu się oburzało (również Pan Architekt Konior). A tu proszę - Pan były wojewoda potwierdza, że słusznie odczytałem intencje zarówno Miasta jak i (najwyraźniej nieuświadomione) Pana Architekta.

Co złego jest w modernizacji, pewnie chcielibyście zapytać?

Przede wszystkim umiejscawianie jej transcendentnie wobec istniejącej tkanki przestrzennej i społecznej, aroganckie przekonanie że Władza wie lepiej. Nieuchronność, historycyzm i determinizm (albo - albo). Szantaż (...śmierć).

Zaprawdę zadziwiający są ci dzisiejsi polscy konserwatyści. Marian Zdziechowski czy Cat-Mackiewicz pewnie się w grobie przewracają...

17:28, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 13 października 2008
197. codziennie rano...
... idąc do pracy, spotykam wiewiórki.
14:02, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (10) »
sobota, 11 października 2008
196. zmęczony ale szczęśliwy
Minął kolejny tydzień pracy na uczelni, jestem po pierwszym wykładzie, pierwszych seminariach i coraz poważniejszych zajęciach w studio.
Pierwsze obserwacje - w porównaniu z Polską, gdzie uczyłem, ale oprócz tego pracowałem (przede wszystkim z przyczym finansowych - z mojej uczelnianej "zapomogi" to starczało mi z grubsza na opłacenie rachunków) tu nie ma szans na poza-uczelniane zajęcia. Całe szczeście nie ma też takiej potrzeby.

Mam jeden dzień na badania własne, ale gdyby nie weekendy nie miałbym szans by cokolwiek popisać - a mam miesiąc by skonczyć dwa artykuły, zaraz potem konferencja etc.
No i oczywiście wykłady, seminaria czy zwykłe zajęcia w studio też wymagają czasu by je dobrze przygotować.
Jestem więc o wiele bardziej zajęty niż mi się wydawało, że będę, i w związku z tym te 35 dni urlopu jakie mam w kontrakcie wcale nie wydaje się czasem zbyt długim.

Jacy są studenci i jakie są różnice?

Mówiono mi, że ze względu na to, że studenci płacą tu za swoją naukę, mają postawy roszczeniowe, na zasadzie "płacę to wymagam (dobrych ocen)". Ja tego (jeszcze?) nie zauważyłem. Powiedziałbym nawet, że wręcz przeciwnie. To mili ludzie. Chcący się uczyć i wykorzystać wszystkie możliwości jak najlepiej.
Ciekawe jest to, że nie są to tylko ludzie mlodzi.
Są tu studenci starsi ode mnie, zdarzają się np. burmistrzowie miasteczek, policjanci, żołnierze... Wielu ma rodziny, dzieci... Bardzo różne kariery, różne historie.
To być może powoduje, że klimat jest inny niż na uczelni w Polsce. Poważniejszy?

Generalnie - jestem bardzo zadowolony ze wszystkiego co się tu dzieje.
Studenci są zdeterminowani by się czegoś nauczyć, każdy z nich deklaruje jakiś cel, który chcę osiągnąć w tym roku.
Oglądaliśmy wczoraj ich stare projekty, i w kilku przypadkach, bardzo świadomie pokazywali swoje bardzo złe projekty, wskazując je jako bardzo ważną lekcję, czasem wręcz przełom w ich myśleniu.

Tak więc, jestem wykończony, ale szczęśliwy.
K. śmiała się ze mnie zawsze, że jestem, natural born teacher... chyba miała rację ;)
10:29, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (4) »
środa, 08 października 2008
195. wszyscy moi znajomi to socjalisci (?)

Z pewnym jednak zdziwieniem, uzmyslowilem sobie ostatnio, ze wszyscy (prawie) moi znajomi maja poglady zdecydowanie na lewo od rzadzacego w Polsce prawackiego mainstreamu.

Rowniez moi znajomi nie bedacy Polakami (od dluzszego czasu ich zreszta przybywa, a polskich znajomych a szczegolnie przyjaciol niekoniecznie).

Nawet legendarny Wropismak, z ktorym znajomosc zaczela sie od blogowych przepychanek po tym, jak wyzwal mnie od lewaka, sam wkrotce zostal lewakiem nazwany. I choc moze nie jest (moim zdaniem) socjalista, to w UK bylby pewnie klasycznym blairysta... To zreszta ciekawe, bo wczoraj rozmawialem z A. (konczy doktorat eksperymentujac na modelach matematycznych ludzkiego mozgu dotyczacych przewidywania i planowania...) ktory okreslil sie jako tradycyjny wyborca Partii Pracy i zwolennik Blaira. Ciekawe dlatego, ze jego poglady na gospodarke nie sa bardzo odlegle od polskiego UPRu ;)

Rzad minimum, programy socjalne w ograniczonym zakresie, rola rzadu to ochrona ludzi przed globalnymi korporacjami. Brzmi troche "pisowato"? Na pewno nie w kwestiach kulturowych - tutaj polski mainstream jest skrajna skrajna prawica. Wsrod kulturalnych ludzi to wstyd przyznawac sie do pogladow ktore bez skrepowania prezentuja w mediach tacy ludzie jak np Cymanski czy Kaczynski... (o Giertychu nie wspomne).

Coz wiec wyroznia moich "lewicowych" znajomych? Przeciez zadnemu z nich nie robilem testu na poglady gdy sie poznawalismy :)

Ba! Jedna z moich dobrych znajomych okreslam jako centroprawicowa feministke i ona sie z ta etykietka zgadza :)

Wrazliwosc. Wspolczucie. To o czym pisala Dunin w ostatniej Krytyce Politycznej. Przekonanie ze oprocz nas sa inni ludzie i ze to sa Ludzie wlasnie.

To nie moja wina, ze prawicowcy (w kazdym razie ich zdecydowana wiekszosc) sa egoistycznymi, aroganckimi bubkami... a z takimi ludzmi, sie po prostu nie da przyjaznic :)

Suplement: Co nie znaczy, ze wszyscy ktorzy twierdza ze maja lewicowe poglady sa wrazliwymi, milymi ludzmi. Wystarczy poczytac blog jednego z dziennikarzy GW, ktory swoja lewicowoscia epatuje na lewo i prawo, ale z ktorym nie mialbym zadnej ochoty sie zakolegowac... ;)

11:45, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (28) »
niedziela, 05 października 2008
194. będąc inspiratorem... ;)
W sieci pojawił się tekst (na portalu wiadomosci24.pl) z cytatami z moich tekstów.
Tekst znałem wcześniej, ponieważ autor był tak miły, ze przysłał mi go wcześniej.

Ja się z tym tekstem oczywiście nie mogę zgodzić (co nie znaczy, że nie ma w nim nic pod czym bym się nie podpisał) bo jest on ewidentnie "prawacki" ;) ale to ciekawe, że wygląda na to, że moje pisanie może być inspiracją w zasadzie dla wszystkich, z wyjątkiem neoliberałów.

Potwierdzeniem tego, jest fakt zamówienia u mnie tekstu przez redakcję zaszytów naukowych pewnej prawicowej Kuźni Kadr (same topowe prawicowe nazwiska), przy dość częstej mojej obecności na portalu Krytyki Politycznej (w rubryce "Naszym Zdanie" ;))

Jak tylko się ten tekst "u prawicowców" ukażę, to się oczywiście pochwalę.
O tyle jest dla mnie ważny, że to rodzaj zajawki mojej kolejnej książki... ;)
13:01, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (2) »
193. komu służy architekt?
Po latach wróciłem do uczenia architektury.
Biorąc pod uwagę kim jestem dziś, z całym bagażem moich anty-architektonicznych filipik, to taka lekka perwersja.
Jak ksiądz - ateista.

Z drugiej jednak strony, nie ma chyba nic gorszego niż architekt (lub student architektury) traktujący swoją profesję jak religię.

Być może więc, moja postawa jest najlepszą z możliwych?

W piątek miałem zajęcia ze studentami trzeciego roku (ostatni rok BArch), którzy mają do wykonania dość nietypowy projekt. Nietypowy dlatego, że sami muszą zdecydować co mają zaprojektować (na zadanej działce).
Muszą więc wyobrazić sobie również potencjalnego klienta, który zleca im to zadanie.
I ten wybór, jest fundamentalnym wyborem określonej drogi zawodowej, określonym rozumieniem swojej roli jako architekta.
Kim bowiem może być ów klient?
Albo prywatnym inwestorem (bardzo bogatym, bo działka jest bardzo cenna), realizującym swój kaprys, albo deweloperem nastawionym na zysk, albo władzami miejskimi przynajmniej teoretycznie nastawionymi na realizację "dobra wspólnego" (jak być może pamiętacie, jestem agresywnie podejrzliwy wobec tzw. "dobra wspólnego").

Teoretycznie architekt może dokonać jeszcze jednego wyboru - wyboru anarchisty, buntownika, rewolucjonisty.
Ale to droga niezwykle trudna i niemal gwarantująca klęskę.

To kim jest klient jest ściśle związane również, ze strategią projektową i pozycją samego architekta.

Architekt bowiem zawsze jest sługą.

Albo jest sługą własnego ego i własnych ambicji (to typowe dla 91,4 % przedstawicieli tej profesji), albo sługą klienta, albo (próbuje być) sługą społecznościa w jakiej jego dzieła powstają.

Ciekaw jestem bardzo jakie strategie i jakie postawy zaprezentują mi moi brytyjscy studenci.
A oni są pewnie ciekawi, jak ja na ich wybory zareaguje :)
01:06, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2