Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
sobota, 30 października 2010
436. gdy rozum śpi, budzą się (neo)liberałowe
W GW radość z nagrody dla Małgorzaty Karaś, która dostała nagrodę 'Młody ekonomista' za pracę 'Państwo i rynek - co wynika z obecnego kryzysu' w której dowodzi, że wszystkiemu winne jest państwo. I w sumie nawet nie warto się tym jakoś specjalnie podniecać - w końcu gdy przewodniczącym jury jest profesor Balcerowicz, tylko taka teza ma szansę zdobyć uznanie.
Zabawne jest jednak, jak bardzo (co potwierdza się niemal za każdym razem) neoliberalną gazetą jest GW.
Zamieściła sondę, w której można wyrazić swoje zdanie na temat tezy laureatki. Do wyboru są dwie opcje:



Coż... na opcję trzecią - że tezy laureatki są banalnym, motywowanym ideologicznie uproszczeniem można oddać głos na moim blogu...

W kontekst wyników tego konkursu dobrze wpisuje się informacja o wzroście (do niemal 3%) poparcia dla nowej partii JKM.

Proste odpowiedzi zawsze są bardziej przekonujące niż skomplikowane pytania.
11:04, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (9) »
niedziela, 24 października 2010
435. "only politicians and perverts truly understand sadism"*
Niechęć wobec ciała, wobec materii zdaje się być dominującą cechą neoliberałów na całym świecie. To zastanawiające, że takie gnostyckie podejście jest dziś uważane za prawicowe.
Jedna z najbardziej krwawych wewnątrz-europejskich krucjat, była wymierzona w Katarów, ponieważ kościół katolicki słusznie rozpoznał zagrożenie - nie tylko dla siebie, ale dla istnienia europejskiej cywilizacji i z całą, typową dla siebie, stanowczością, postanowił mu zapobiec. Niestety, gnostycki rdzeń tkwił i tkwi w samym kościele, i dziś to on (szczególnie w Polsce) jest zagrożeniem.

Ale ja nie o kościele dziś, a o równowadze budżetowej. Między innymi...

O polskim obsesjonacie, ładny tekst opublikował Rafał Bakalarczyk na portalu KP, o brytyjskich szaleńcach można poczytać na przykład tutaj. Co łączy tych ludzi (oprócz tego, że ich pozycja materialna nie jest i nie będzie zagrożona w wyniku cięć, które proponują) to całkowite oddanie się światu idei, ignorowanie ciała.

To łączy się też oczywiście z dominacją finansów (i spekulacji) finansowych nad produkcją. Ba, uważa się wciąż, że produkcja przemysłowa to coś wstydliwego, że prawdziwie rozwinięte kraje, to kraje poprzemysłowe, opierające swą gospodarkę na usługach i (no właśnie) spekulacjach finansowych. Dokąd doprowadziło to kraje podążające tą ścieżką, co bystrzejsi obserwatorzy zdołali już dostrzec (przy okazji - oto książka, którą naprawdę powinniście przeczytać, więcej - która powinna jak najprędzej ukazać się w Polsce!).

Moi studenci (pierwszego roku magisterki) w piątek mieli sympozjum poświęcone centrum Plymouth, tematowi nad którym będą pracować do końca tego roku (akademickiego). Spotkali się więc z ludźmi z urzędu miasta, którzy opowiadali im jak to do naszego miasta będą ściągać 'cosmopolitan visitors' oraz przedstawiciele klasy kreatywnej. Przez chwilę ich zatkało, gdy grzecznie zapytałem co mają zamiar zrobić, by pozbyć się z centrum tej tłuszczy w dresach...
Niestety, reakcja moich studentów zepsuła efekt tego pytania... no ale oni mnie znają, wiedzieli czego można się po mnie spodziewać...

Problem jest jednak poważny - to przekonanie polityków i urzędników, że wystarczy wymienić społeczeństwo i wszystko będzie pięknie, jakbym znał z czasów późnego PRLu... ta niechęć wobec tego co jest - tych ludzi, tego miasta... zawsze lepiej zburzyć, przesiedlić... Ciało zawsze jest niedoskonałe, a przecież równowaga w książkach rachunkowych musi się zgadzać. Cyferki nie kłamią, nie mają głupich fanaberii... cyferkom można zaufać - co robią neoliberałowie na całym świecie (nawet jeśli rachunek się nie zgadza, zawsze można winić tych wstrętnych, ułomnych ludzi).

Najciekawsze jednak, i chyba najbardziej przygnębiające, że poza pieniędzmi ci ludzie nie widzą zupełnie nic.
I nie chodzi mi o jakieś pięknoduchowskie przekonanie, że człowiek jest ważniejszy od zysku (OK, o to też...), ale o zastąpienie celu - jakiegokolwiek celu! - obsesją narzędzia.
Pieniądze są tylko narzędziem do osiągnięcia celu - politycznego czy społecznego...

No chyba, że rację mają ci lewicowy krytycy neoliberałów, twierdzący że owszem, pod powierzchnią 'pragmatycznej' troski o zrównoważony budżet, kryje się *sadystyczna chęć napawania się władzą  oraz przebudowania społeczeństwa tak, by to zawsze 'nasi' byli u władzy.

I sam już nie wiem, czy łatwiej mi uwierzyć, że neoliberałowie to głupcy, czy po prostu bardzo ale to bardzo źli ludzie...
01:34, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 października 2010
434. śmierć dziecka w Sudanie
(niemal) Każda śmierć jest jest tragedią (banał), nie znaczy to jednak, że śmierć polskiego polityka jest bardziej tragiczna niż śmierć dziecka w Sudanie. Niestety, jest znacznie skuteczniejszym narzędziem w ręku (żywych) polityków.  Gdy się ze śmierci robi narzędzie polityki (co ostatnio jest w Polsce normą) warto przypomnieć, że istnieją inne sposoby jej uprawiania.

Na przykład dyskusja.

Kilka miesięcy temu starłem się w sporze z PiSowskim (wtedy jeszcze nie-) kandydatem na prezydenta Warszawy, Czesławem Bieleckim. Zapis tego starcia (to była panelowa dyskusja, niestety nie pojedynek jeden na jednego) można znaleźć (oraz mnóstwo innych tekstów) w książce 'Wartościowanie Współczesnej Przestrzeni Miejskiej'.



Zachęcem do lektury. Szczególnie przed wyborami.
21:23, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 października 2010
433. 'big society' czyli turbo-thatcheryzm
Liberalna prawica w Polsce (z okolic PO) pyta mnie - 'a co myśli pan o idei 'big society'?
'Zwykły outsorcing' - odpowiadam. To za co dawniej się płaciło (znaczy państwo ludziom płaciło, na przykład za pracę w bibliotece) teraz trzeba będzie robić za darmo. Na ochotnika.
Opinie, że to nie Chiny się zdemokratyzują, lecz Europa zacznie Państwo Środka naśladować wydają mi się jak najbardziej uzasadnione. Cóż lepiej służy potędze państwa niż darmowa praca jego obywateli? Po co w ogóle ludziom za pracę płacić?! Toż to jakieś lewackie fanaberie! Prawdziwy człowiek, uczciwy obywatel, nie musi pracować, ma pieniądze z których żyje (dotyczy to większości członków obecnego brytyjskiego rządu), może poświęcić trochę swojego wolnego czasu dla dobra społeczeństwa. Oto całe przesłanie 'big society' - society of big fishes... reszta? Ale jaka reszta?

Najnowsza burza dotyczy Reportu Browne, na temat 'koniecznych' zmian w edukacji. Mnie najbardziej podoba się pomysł (o którym już wspominałem), by za wszystkie studia z wyjątkiem technicznych i medycyny, ludzie sobie sami płacili.

Liberałowie mogą w tym momencie przestać czytać ten wpis, bo i tak nie pojmą w czym problem.

Społeczeństwo brytyjskie, jak chyba żadne w Europie, jest społeczeństwem klasowym w najściślejszym sensie. Jest klasa politycznej arystokracji, która sprawuje tu władzę (prawie wszyscy członkowie rządu kończyli Eton oraz Oxbridge), jest klasa wyższa średnia, która sprawuje nadzór nad umysłami.
Bo w tym pomyśle, by za studiowanie nauk społecznych, prawa czy sztuki trzeba było w całości płacić, jest zawarty pomysł na ostateczną petryfikację systemu klasowego - i to chyba, ta nieokiełznana arogancja klas wyższych, jest najbardziej szokująca.
Ci, którzy sprawują władzę, ci którzy tworzą kulturę (nie tylko w sensie 'kultury wysokiej', lecz przede wszystkim w sensie papki którą pochłaniają masy) chcą utrzymać swoją pozycję. Dostęp do nadbudowy dla klas niższych będzie zamknięty.
To wręcz niewiarygodny, wręcz 19to wieczny pomysł!

Gdy dodamy jeszcze, że autor raportu jest byłym szefem BP, odpowiedzialnym za 'oszczędności', których pośrednim efektem był wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej (znacie tą reklamę? 'BP, dotarczamy ropę do brzegów Ameryki!') robi mi się niedobrze.

23:30, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (4) »
sobota, 16 października 2010
432. żadnych pytań, tylko odpowiedzi
No i koniec - dziś ostatnie warsztaty, wspólnie nasi i gdańscy studenci starali się zadać pytania, niekoniecznie szukając na nie odpowiedzi. Trochę to było być może nowe podejście dla polskich studentów, ale wygląda na to, że bawili się dobrze i chyba uznali to za interesujące. To szukanie pytań na długo zanim udzielimy odpowiedzi, to jest być może największa różnica pomiędzy tym jak my uczymy, a jak uczeni są studenci w Polsce (tu chyba widać dziedzictwo PRLowkiej Politechniki - poszukiwanie rozwiązania problemu, bez próby (re)zdefiniowania samego pytania).

Komentarz pod ostatnim wpisem, sugerujący, że robimy naszym studentom jakąś krzywdę jest w gruncie rzeczy świetnym przykładem udzielanie odpowiedzi bez trudu zadania sobie pytania. Szanowny komentator, zadając retoryczne pytanie, już znał odpowiedź, więcej - osądził nas jako totalitarystów (bo według niego, krytyczne myślenie prowadzi do zbrodni). Cóż, w dwudziestym wieku nastąpiła emancypacja kobiet, warunki pracy robotników radykalnie się poprawiły - to jest dziedzictwo krytycznego myślenia, to jest dziedzictwo zadawania pytań i kwestionowania tego co zastane. Natomiast nazizm jest odpowiedzią ('Źli Żydzi') bez zadania wystarczającej ilości pytań.

Pobyt w Gdańsku był bardzo udany (wielkie podziękowania dla wszystkich, którzy nam ten pobyt ułatwili!!!), teraz nasi i gdańscy studenci mają przed sobą kilka miesięcy pracy - zobaczymy co z tych rozważań wyniknie. Prawdopodobnie w maju będziemy tu z powrotem z wystawą projektów naszych (i najprawdopodobniej również polskich) studentów.

Gdańsk Rulez!
17:43, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 października 2010
431. złamać ucznia, złamać siebie
Czytam 'Paradoksy Młodszego Patriarchy'.



Książkę, która ani napisana nie jest dobrze, ani specjalnie odkrywcza, ani wciągająca. Mimo to czytam ją z przyjemnością. To książka o nauczaniu i nauczycielu.

Mój przyjaciel/kolega/szef/współpracownik BB jest świetnym nauczycielem (choć jak każdy, ma swoje wady i popełnia błędy). Widzę efekty, widzę kim są nasi studenci (a pamiętam kim byli jeszcze rok temu... przy okazji - w National Student Survey z zeszłego roku poziom zadowolenia naszych studentów, z naszego programu magisterskiego wyniósł... 100%! Ha!), mogę ich zacząć porównywać z ich polskimi kolegami i koleżankami (test prawdy będzie jutro, podczas warsztatów).

Myślę, że wiem co BB robi (co my robimy) i widzę dziś wyraźnie, że to jest dobra, choć niebezpieczna droga. My naszych studentów łamiemy... nie, lepiej byłoby powiedzieć - łamiemy to czego się przez lata swojej dotychczasowej edukacji nauczyli, niszczymy nawyki jakich nabyli. Brytyjska (i niestety nie tylko) edukacja zmierza do tworzenia posłusznych rozwiązywaczy testów. Wbrew powtarzanym sloganom o 'kreatywności', dzisiejsza szkoła jest niemal równie opresyjna i brykietująca jak szkoła w kapitalizmie fordowskim. Tak między nami mówiąc - 'System' wcale nie oczekuje kreatywności (jak wspominała mi JE, na jednej z konferencji na których ostatnio była mówiono o paleniu samochodów jako nie-burżuazyjnych przejawach kreatywności... to żarty były, ale myślę, że 'system' się tego właśnie boi - nieprzewidywalności). Szkoła/System chce byśmy robili to samo co robimy tylko bardziej - byśmy reprodukowali System, udoskonalali go, lecz broń bogini byśmy nie pomyśleli, że można go zmienić.

Wczoraj studenci spotkali się z miejską planistką i ludźmi odpowiedzialnymi za realizację projektu, nad którym nasi studenci pracują. Przyjemnie było patrzeć, jak usiłują podważyć tą polską TINAę:
'Mamy to w planie... dostaliśmy na to pieniądze z EU... zbudujemy tę drogę, a jak się zatka zbudujemy następną, a potem jeszcze następną... nie ma alternatywy...'.

Nasi studenci jedyne czego pragną, to szukać i próbować znaleźć alternatywę. By jednak być w stanie to zrobić, muszą wpierw złamać przyzwyczajenia swojego umysłu. Sposób w jaki ich uczymy, radykalnie krytyczny, ale nakierowany na produkcję alternatyw, polega więc na łamaniu. Nie jest to jednak tak, że my jesteśmy stalowym kołem, które jest trwałe i łamie tylko ich. Gdybyśmy tak postępowali, łamalibyśmy ich w jeden tylko sposób i jedne przyzwyczajenia umysłu, zastępowalibyśmy innymi (ale ściśle zdefiniowanymi). My łamiemy zarówno ich jak i siebie. Ale przecież sami mamy określone - znacznie mocniejsze (z racji wieku chociażby) przyzwyczajenia i preferencje. Nawet jeśli nie znamy alternatywy, to wiemy _wobec czego_ alternatywy szukamy.

Łamiemy więc siebie, ale nie do końca, podobnie w przypadku naszych studentów - łamiemy to czego się nauczyli, starając się zachować i wydobyć na wierzch to kim sami są. Staramy się znaleźć to co wyparte, bo to System za to wyparcie odpowiada i właśnie w tym co zapomniane i odrzucone (kamień odrzucony przez budujących!) znajduje się alternatywa wobec Systemu. To bardzo delikatny proces, wymaga empatii i miłości. Delikatności i brutalności.

Nie zawsze osiągamy sukces, ale czasami efekt jest tak zaskakująco piękny, że nalewamy sobie lampkę wina i z rozkoszą patrzymy na Nieznane...
08:01, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (3) »
środa, 13 października 2010
430. studenckie życie
Półmetek naszego pobytu w Gdańsku. Studenci work hard, play hard. Tak być powinno. Spotkanie z prezydentem miasta w poniedziałek, z planistami w czwartek, rozmowy z polskimi studentami i wykładowcami, zbieranie materiałów (obeszli wiele sklepów prosząc - z sukcesem - o wypełnienie ankiet dotyczących powiązań ekonomiczno społecznych, na przykład). Bariera językowa okazuje się nie mieć specjalnego znaczenia - zawsze ktoś mówiący po angielsku się obok znajdzie.
Większe znaczenie ma zaangażowanie i pasja.

Ciekaw jestem jak to co robimy wygląda z perspektywy polskich studentów i wykładowców. To zabawne, że nie wiem - ale nie wiem.

Na sobotę przygotowujemy jednodniowe warsztaty podsumowujące to co się przez te dziesięć dni tu działo - dla naszych oraz polskich studentów. Może wtedy dowiem się więcej.

Torysi planują obciąć finansowanie wszelkich studiów oprócz technicznych (oraz językowych). Nasza szkoła ucierpi, chyba że z podkulonym ogonem wrócimy do Faculty of Technology, z którego kilka lat temu odeszliśmy. Zabawna jest wiara - bądź co bądź wykształconych europejczyków (może to samo w sobie jest najlepszym świadectwem jak beznadziejne są brytyjskie uniwersytety?) - w możliwość rozwoju państwa inżynierów. Myśmy to na Śląsku próbowali za PRLu... Ale to wszystko dopiero od 2012. Jeszcze mam trochę czasu by znaleźć jakąś interesującą pracę na uniwersytecie w Hong Kongu czy Singapurze. Parę miesięcy temu szukali tam takich jak ja, ale ja chciałem dłużej pomieszkać w jednym miejscu.
Błąd.
Nie tylko moi studenci mają przed sobą życie nomadów - ja też w końcu muszę pogodzić się z faktem, że nigdzie na dłużej nie zostanę. Czy to rzeczywiście taka zła perspektywa?
09:18, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 października 2010
429. zbyt piękne...
Drugi dzień w Gdańsku - bardziej na poważnie. Seminarium na Politechnice, moi studenci dziś słuchali o Gdańsku, potem krótka przechadzka po mieście.

Wczoraj wszyscy byli miastem zachwyceni - dziś patrzyli z niedowierzaniem na socrealistyczne wnętrze za pseudo-renesansową fasadą. Nagle zobaczyli Gdańsk jako Disneyland... Potem jeszcze im powiedziano by lepiej z drogimi aparatami na tereny Dolnego Miasta się nie zapuszczali. To ich oczywiście nie zniechęci, R. spędził kilka lat w oddziale komandosów - on lubi takie ekstremalne miejskie klimaty.

Jutro usłyszą więcej i zobaczą więcej.

Napisałem kiedyś tekst 'Warszawa jest kłamstwem!'. Wygląda na to, że podobny tytuł mógłby być użyty w tekście o Gdańsku.

Napisaliśmy tekst o Katowicach - początkowo powiedziano nam, że przesadziliśmy i że tekst się (z przyczyn politycznych?) nie ukaże.
A jednak pójdzie, wygląda na to, że zyskaliśmy kolejnych kilku wrogów. Ale też ktoś o ten tekst ostro zawalczył, więc chwała im za to!

Bo Katowice nie są kłamstwem. One są prawdziwe - ze swoimi nawarstwiającymi się narracjami, ze swoim brudem i smrodem, są do bólu prawdziwe. Brud i smród łatwo usunąć, prawda czeka na tego co ją wypowie...
23:15, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (1) »
czwartek, 07 października 2010
428. nie swoimi oczami
Jestem w Gdańsku z moimi brytyjskimi studentami. Dodajmy - studentami w większości z Devonu i Kornwalii... Gdańsk musi i robi na nich wrażenie.

Staram się odrzucić moją 'polskość', przestać widzieć rzeczy, które uważam za znane i znajome. Staram się patrzeć na Gdańsk oczami moich studentów. Bardzo jestem ciekawy co zobaczę...
22:08, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 października 2010
427. znów na prowincji...
Wróciłem. Porównanie pekińskiego lotniska z Heathrow robi przygnębiające wrażenie. Europa to prowincja...
Dodatkowy element w postaci około pięćdziesięcioletnich kibiców rugby w pociągu do Plymouth, traktujący publiczny transport jak swój lokalny pub radykalnie popsuł mi humor (po dwudziestu godzinach podróży poziom tolerancji radykalnie mi się obniża).

Nie chciałbym byście odnieśli błędne wrażenie, że bezkrytycznie zafascynowałem się Chinami, myślę, że te kilkanaście notek robionych na gorąco dość wyraźnie świadczy, że owszem - fascynacja, ale bardzo krytyczna.

Prowincjonalność Europy to oczywiście nie tylko porównanie lotnisk ani zachowania Anglików i Chińczyków w pociągach. To na przykład duża wkładka poświęcona Kenii w China Daily. Wiecie co dzieje się w Kenii? Interesuje was to? A Chińczyków i owszem.
Europejczycy od lat wycierają sobie gęby prawami człowieka w Afryce, ale tam wciąż jest głód, choroby, gwałty i wojny. Zobaczymy jak za 10 - 15 lat będzie wyglądał ten kontynent pod ekonomicznym wpływem Chin. Gorzej być chyba nie może... a Europa syta i zadowolona, przekonana o swojej wielkości jedyne co potrafi to zamykać przed Afrykanami swoje granice. Jakoś nie wróżę sukcesu...

Patrzę przez okno mojego (wynajmowanego) przytulnego mieszkania na majaczącą za wodą Kornwalię i myślę sobie, że w Chinach też mają uniwersytety...
12:29, krzysztof_nawratek , Chiny
Link Komentarze (25) »
 
1 , 2