Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
sobota, 16 marca 2013
698. 'Wałęsa' w Watykanie
W jednej z wielu dyskusji na fb dotyczących przeszłości obecnego papieża i jego związków ze zbrodniczą juntą (1976 - 1983), która rządziła w Argentynie, obrońca papieża użył 'argumentu z Wałęsy':
...nie możecie oskarżać Franciszka o współpracę z reżimem na podstawie nieprzychylnych mu publikacji, bo w przypadku Wałęsy też ukazały się oskarżycielskie książki, ale sąd lustracyjny Wałęsę uniewinnił. Więc dopóki nie zapadnie wyrok sądu w sprawie Franciszka - morda w kubeł...

Moja odpowiedź mogłaby być taka - nie mam specjalnych wątpliwości na temat kontaktów Wałęsy z SB i dzięki bogini, że nie został wybrany papieżem. Czy jednak budowanie analogii pomiędzy Franciszkiem a Wałęsą ma w ogóle sens? Oczywiście, jest to analogia słaba, choć wydaje się, że przynajmniej w kilku punktach, można próbować jej użyć.

Wałęsa i Franciszek mówią rzeczy, które ich kompromitują - Wałęsa o sadzaniu homoseksualnych posłów 'za murem', Franciszek o 'bożej wojnie' przeciwko legalizacji małżeństw homoseksualnych; obaj prezentują się jako 'swoje chłopy' (Wałęsa jako robotnik, Franciszek jako 'papież jeżdżący autobusem'); wreszcie - obaj nie są kryształowo czyści. W przypadku Franciszka, nawet jeśli oskarżenia dotyczące wydania dwu jezuitów juncie nie są prawdziwe, jego stosunek do tragedii odbieranych przeciwnikom politycznym dzieci jest - delikatnie mówiąc - głęboko rozczarowujący.

Tym jednak, co najbardziej zbliża Franciszka do Wałęsy, jest zdolność do społecznej polaryzacji reakcji. Wałęsę (gdy jeszcze coś znaczył w polityce) albo się kochało (jak w jednym ze swych monologów mówił lata temu Jacek Fedorowicz - "jestem umiarkowanym zwolennikiem Pana Prezydenta, gdy przechodzę obok pałacu, klękam tylko na jedno kolano") albo odrzucało. Franciszek prowokuje podobne (a może nawet ostrzejsze) reakcje. Nowy papież nie pozostawia nas obojętnymi - albo uznajemy, że jego związki z juntą go kompromitują (stajemy się wtedy 'lewicowymi antyklerykałami') albo uważamy, że ich nie było, stając się niezdolnymi do dyskusji fanatykami.

I ten mechanizm wydaje mi się najbardziej przerażający. Tu nie ma miejsca na 'kto nie jest przeciwko nam, jest z nami', to nie ma miejsca na kościół powszechny, wyciągający rękę do ludzi innych przekonań. To jest kościół, 'kto nie jest z nami, jest przeciwko nam', kościół 'bożej wojny' ze zlaicyzowanym światem.

Wbrew nadziejom wielu, obawiam się, że kościół Franciszka będzie taki sam jak kościół Benedykta XVI, tylko znacznie bardziej (Franciszka 'troska o ubogich' przejawia się w modlitwie i współczuciu, a nie - obawiam się - w chęci rzeczywistego poprawienia ich losu. Tu oczywiście przypomina się stosunek Matki Teresy do cierpienia...). Obawiam się więc, że w Watykanie rządzi inteligentny i sprawny odpowiednik prezydenta Wałęsy. Skutki jego rządów, będą podobne, jednak nie w skali Polski, lecz świata.
___
Zupełnie wstrząsający jest stosunek polskich mediów do nowego papieża - i nie mówię tu tylko o mediach katolickich czy tabloidach jak gazeta.pl rozczulających się nad pelerynką czy telefonem papieża (gosh, to niesamowite, że media łapią się na tak prymitywny PR). W poważnej bądź do bądź Gazecie Wyborczej (dzisiejszy Magazyn Świąteczny) można przeczytać pisany na klęczkach tekst Jarosława Mikołajewskiego 'Kościół papieża Franciszka nie z tego świata', w którym znajdziemy na przykład takie zdanie "Nieprzypadkowo on, twardy przeciwnik zalegalizowania związków homoseksualnych, dopuszcza stosowanie prezerwatyw w sytuacji, gdy istnieje możliwość zakażenia." pokazujące jak trudno się myśli i pisze całując równocześnie biskupi pierścień.

[17.03.2013] A tu dla odmiany interesujący felieton broniący papieża, na coraz ciekawszym (polecam!) portalu młodej polskiej 'radykalnej' lewicy socializmteraz.pl
14:06, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 11 marca 2013
697. miejska re-industrializacja na serio
Poniżej plakat naszej konferencji poświęconej miejskiej re-industrializacji. Jak widać (również po kolorze) ideologicznie nie pozostawiamy złudzeń, o czym chcemy rozmawiać. Powrót fabryk do miast to o wiele za mało (a może i zupełnie nie tak).



Do końca marca czekamy na abstrakty - jeśli ktoś byłby zainteresowany, serdecznie zapraszamy (pełna lista keynote speakers na plakacie powyżej). Niestety nie jesteśmy w stanie nic pomóc finansowo, ale sama konferencja jest bezpłatna. Trzeba tylko przylecieć i przenocować (powiedzmy, że jesteśmy w stanie pomóc znaleźć relatywnie tani nocleg...).

I jeszcze jedna sprawa - chętnie przyjedziemy (moi studenci i ja) w przyszłym roku (październik) do Polski, jeśli ktoś (jak w 2011 Zielona Góra, a w 2013 Ursus) myśli, że idee i opracowania które jesteśmy w stanie wygenerować się mogą przydać (więcej tu). Jak się domyślacie, czym bardziej problematyczne, 'trudne' miasto, tym lepiej. I oczywiście będziemy szukać możliwości re-industrializacji... Może Łódź? Albo Bytom lub Zabrze na Śląsku?
Jesteśmy otwarci na propozycje :)
23:44, krzysztof_nawratek , miasto
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 marca 2013
696. dać Zielonym szansę?
Zastrzeżenie: powodem, dla którego z nieśmiałą ciekawością zacząłem przyglądać się Zielonym, jest fakt, że znam ich nowego przewodniczącego (był redaktorem merytorycznym mojej ostatniej książki). Być może jednak, warto im się przyjrzeć bliżej, nawet jeśli się Adama nie zna (co sugeruje również, związany z Obywatelem, Krzysztof Wołodźko, w tekście z którym się zupełnie - poza kilkoma fragmentami - nie zgadzam).

Nigdy jakoś nie czułem zainteresowania 'zieloną polityką'. Tematy, które Zielonych interesowały czy interesują, takie jak energetyka jądrowa (zieloni raczej przeciw, ja raczej 'zależy od kontekstu') czy GMO (zieloni raczej na nie, ja raczej 'tak, ale...') nigdy nie były w centrum mojej uwagi. Jeśli mam jakieś wątpliwości w tych dwu obszarach, to dotyczą one przede wszystkim niepokojąco silnej pozycji korporacji międzynarodowych, których interes w oczywisty sposób nie jest tożsamy z interesem mieszkańców, a wręcz przeciwnie. Moje zastrzeżenia wobec GMO czy energetyki jądrowej są więc raczej 'lewicowe', niż 'zielone'. Również retoryka, czasem lekko egzaltowana, 'matki Ziemi' raczej mnie zniechęca do 'zielonej polityki' - przypominają mi się wtedy postulaty 'głębokiej ekologii' z lat 80tych czy 90tych jakie - rozumiem, że w zwulgaryzowanej formie - docierały do Polski, sprowadzając się generalnie do przekonania, że to Ziemia jest ważna, a nie jej mieszkańcy. To poczucie przesunięcia priorytetów poza ludzi, jest chyba najbardziej niepokojącym elementem zielonej ideologii (choć oczywiście to raczej irracjonalny lęk, niż zracjonalizowany strach). Relacjonowana w KP akcja Yes Menów przeciwko finansowaniu elektrowni węglowych budzi mój niepokój i niesmak i zdecydowanie wolę czytać o tym, jak 'zielona polityka' szuka porozumienia z polskim górnictwem (i górnikami).

Nie znaczy to oczywiście, że postulaty dotyczące zrównoważonego rozwoju czy ochrony środowiska mnie zupełnie nie obchodzą, traktuję je jednak jako pewne oczywistości, trochę jak liberalne minimum dotyczące braku dyskryminacji ze względu na płeć, orientacje seksualną, narodowość czy religię. Istotne jest jednak nie jakieś ideologiczne zacietrzewienie, lecz próba uchwycenia świata w jego skomplikowaniu i działanie, które nie chce tego świata uprościć, a go polepszyć oraz - jednak - umiarkowany antropocentryzm, czy lepiej - personalizm. Przykładem może być właśnie wspomniane powyżej spotkanie parlamentarnego zespołu FAIR (górnicy ramię w ramię z Zielonymi).

Mając w przeszłości katolicko-konserwatywny epizod (który, czy mi się to podoba czy nie - do dziś ma oczywisty wpływ na moje myślenie) niechętnie podchodzę do polityki zbudowanej na konflikcie (stąd dziś najbardziej właśnie odrzuca mnie polityka katolickiej prawicy). Polityka empatii w horyzoncie absolutnej inkluzywności najlepiej dziś opisuje moją ideologiczną pozycję.

Zieloni nie są łatwo ideologicznie klasyfikowalni. To nie jest klasyczna lewica, ze swoimi - dziś chyba już lekką trącącymi myszką - obsesjami, to wciąż młody intelektualny ruch (szczególnie w PL) szukający nowych rozwiązań na nowe czasy. Z jednej strony oczywiście można narzekać, że to kolejna grupa, która nie chce do końca zadeklarować swych lewicowych (choć to wydaje się nie dotyczyć Adama Ostolskiego) czy socjalistycznych przekonań, lecz z drugiej strony, szczególnie w PL, taka deklaracja mogłaby raczej przeszkadzać niż pomagać budować szerokie społeczne poparcie. Wyjście poza podział na prawicę - lewicę (w PL) jest wyjściem poza czysto ideologiczne spory (oraz skojarzenie z PRLem). Dobrze widać to w dwu wywiadach, jakich po wyborze na (współ)przewodniczącego udzielił Adam. W wywiadzie dla KP (w którym wprost deklaruje że Zieloni SĄ partią lewicową) z jednej strony deklaruje Zielonych jako partię 'antysystemową', w jak najbardziej pozytywnym sensie, jako tych, którzy potrafią zadać fundamentalne pytania wychodzące poza zamknięty dyskurs 'Unia Europejska + kapitalizm' w jakiej ugrzęzły bezrefleksyjnie wszystkie partie obecne w parlamencie; z drugiej strony odwołuje się do dziedzictwa państwa dobrobytu, deklarując chęć współpracy ze związkami zawodowymi pracownic i pracowników sektora publicznego ('klasa średnia sektora publicznego'). W wywiadzie dla portalu lewica24.pl Adam mówi że marzy mu się 'rewolucja obywatelska', co też wskazuje raczej na poza-lewicową wizję polityczną (nowy 'Front Ludowy'?).

Jednym z najciekawszych elementów myślenia Zielonych wydaje się ich myślenie o Unii Europejskiej, jak (znów w wywiadzie dla KP) mówi Adam:

"Na kongresie przyjęliśmy uchwałę programową dotyczącą Europy i polityki europejskiej. Napisaną wspólnie przez Agnieszkę Grzybek i przeze mnie. Uchwała zawiera 10 postulatów dotyczących nowego federalizmu. To jest zdecydowanie pytanie w pierwszej kolejności o to „jaka Europa?”, zanim rzucimy się w proste „wzmacnianie i reformowanie” istniejących instytucji europejskich według recept z pozoru „zdroworozsądkowych”, a w istocie technokratycznych i neoliberalnych. Cohn-Bendit ma bardzo szlachetne intencje, ale nie zauważa, że w tej chwili podstawowy spór nie toczy się pomiędzy Europą a państwem narodowym, ale pomiędzy tymi, którzy chcą w Europie zbudować system oligarchiczny i tymi, którzy walczą o demokrację."

Ta niezgoda na obowiązujący dyskurs, owa 'antysystemowość' wychodząca poza proste prawicowe 'NIE' jest czymś w polskiej polityce niezwykłym. Wystarczy poczytać najnowszy - 'manifowy' numer Zielonych Wiadomości (i nie reklamuję go z powodów osobistych) by zobaczyć jak szerokie spektrum problemów w jakże intelektualnie stymulujący sposób Zieloni poruszają: edukacja, wieś, finanse, przemoc...

Jeśli wszyscy 'na lewo od PO' szukają dziś dla siebie miejsca oraz partii na którą chcieliby głosować (i zrozumieli, że oprócz kilku posłów/posłanek i działaczy/działaczek Ruch Palikota jest intelektualnym i politycznym impotentem), to Zieloni wydają się bardzo ciekawą opcją. Chyba warto im dać szansę... jak mówi Adam: zaangażowania nie można odkładać na później...
12:15, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 marca 2013
695. lewica jako narodowy bolszewizm czy narodowy liberalizm?
Wczoraj ukazały się dwa teksty, które choć nie powiązane ze sobą bezpośrednio, warto chyba czytać łącznie. Na portalu lewica24.pl Agata Czarnacka marzy o 'lewicy smoleńskiej', natomiast na portalu lewica.pl Agnieszka Mrozik i Piotr Szumlewicz ubolewają nad tegoroczną Manifą. Oba te teksty - oprócz wielu innych problemów,  dotykają problemu relacji myśli (i praktyki) lewicowej z narodem. Agnieszka i Piotr przed (kolejną) próbą budowania takiego związku przestrzegają, Agata wręcz przeciwnie.

Zacznijmy od tekstu Czarnackiej, jest on bowiem zamierzony jako manifest bardziej, podczas gdy drugi tekst jest raczej polemiką.
Agata próbuje zaproponować (kolejne) wcielenie polskiej, patriotycznej lewicy, która budowałaby socjalizm w zgodzie z narodową kulturą czy też narodowymi wartościami. Z niesmakiem odrzuca patriarchalną własność prywatną, czyżby przechodząc na pozycje narodowego bolszewizmu? Wiem, że Agata nie lubi etykietek, lecz przecież sama - pisząc o 'lewicy smoleńskiej' - grę z etykietkami podjęła. W tekście Czarnackiej ważny jest też element pokoleniowy - w gruncie rzeczy ten manifest nie jest kierowany do wszystkich, lecz do młodych Polaków. Z mojej - uniwersalistycznej - perspektywy Agata popełnia więc podwójny błąd: po pierwsze buduje podmiot polityczny w oparciu o wyobrażony byt, jakim jest naród; po drugie, buduje ów podmiot na konflikcie generacyjnym - 'młodzi' przeciw 'starym'. Naród jest tylko jednym z wielu bytów społecznych w jakim istniejemy, bynajmniej nie jedyny i nie dominujący. To nie bycie Polakiem definiuje moje życie, lecz to skąd pochodzę (z Polski, ze Śląska, z określonego środowiska), nie narodowość lecz pozycja społeczna (zaryzykuję tezę, że Warszawa jest bardziej Centrum, niż moje Plymouth i warszawscy młodzi lewicowcy mają większe szanse na dobre życie, niż moi sąsiedzi ze Stonehouse).

Jednak największym błędem, jaki popełnia Agata jest kopiowania narracji prawicy, co spycha lewicę na pozycje reaktywne, na pozycje z których można jedynie powtarzać gesty i słowa tych, którzy zajęli wcześniej pozycje z której kształtują dyskurs. Agata - chyba nie do końca świadomie - w ostatnim paragrafie doskonale ilustruje jak taka próba używania prawicowego języka i pojęć się skończy. Tekst Dawida Wildsteina porównujący Jolantę Brzeską do 'żołnierzy wyklętych' nie jest próbą zbliżenia patriotycznej lewicy z patriotyczną prawicą, lecz zwykłą próbą zawłaszczenia kolejnego symbolu (Jolanta Brzeska) w służbie prawicowej ideologii. Zamiast ten tekst cytować i się nim ekscytować, należałoby raczej napisać - nie macie prawa, bo przez lata milczeliście, nie macie prawa, bo to wasza prawicowa ideologia siły i 'świętej własności prywatnej' jest odpowiedzialna za tą tragedię.

Niebezpieczeństwa wynikające z tekstu i myślenia Czarnackiej dobrze pokazują Agnieszka Mrozik i Piotr Szumlewicz. Tegoroczna Manifa zarówno w haśle (O Polkę niepodległą) jak i w warstwie wizualnej

usiłuje podjąć grę z prawicową wyobraźnią i 'odzyskać' ją dla feminizmu. Jak jednak słusznie pisze Agnieszka i Piotr, owa 'Polka niepodległa' odwołuje się do indywidualistycznej wyobraźni, z którą świetnie się czują przedsiębiorcze kobiety z Kongresu Kobiet, ale już niekoniecznie pielęgniarki czy szeregowe pracownice korporacji. Nie mówiąc już o milionach prekariuszek, 'wyzwolonych' od 'opresyjnych' umów o pracę.

Tak jak Czarnacka flirtuje z narodem i konfliktem pokoleń, tak organizatorki Manify flirtują z narodem i liberalizmem. Jak to ma się do jakiegokolwiek lewicowego, czy choćby wychodzącego poza dominujący paradygmat myślenia naprawdę nie mam pojęcia.
Nie idźcie tą drogą, zaprowadzi was ona bowiem albo na manowce, albo do dwu dominujących w Polsce prawicowych partii.

10:04, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 marca 2013
694. poznaj wroga
ABR napisała w swoim felietonie o Wielkiej Brytanii jako państwie 'płynnej nowoczesności', narzekając, że to kraj w którym króluje pozór i nic nie jest takie jakim się (w materiałach reklamowych) wydaje. I oczywiście z grubsza do tych narzekań chętnie bym się przyłączył (w końcu jako Polak narzekać potrafię profesjonalnie) bo i ja przyszłość Wielkiej Brytanii widzę raczej czarno... wydaje mi się jednak, że ABR błędnie diagnozuje problemy tego kraju.

Pisze ona, powołując się na Zygmunta Baumana, że "w nowoczesności płynnej wszystko jest jakby subrealne, czyli pod progiem bytu: praca jest tylko niby-pracą, edukacja tylko niby-edukacją, a polityka tylko niby-polityką" i jako przykład tego pozoru podaje swoje problemy z naprawą piecyka gazowego w swoim domu w Nottingham. Przy okazji jednak, dość pogardliwie wspomina o jakości tegoż domu ("...zbudowanym dość umownie, przypominającym bardziej tymczasowy wigwam niż solidne domostwo z cegieł..."). Problem w tym, że - jak sądzę - dom w którym mieszka ABR nie został zbudowany w ciągu ostatnich 20-30 lat, trudno więc za jego jakość winić płynną nowoczesność. To raczej nowoczesność w swej pełnej krasie, lecz z lokalnym, brytyjskim posmakiem jest odpowiedzialna za to, że w brytyjskim domu ABR jest zimniej niż w jej domu w Polsce. I jeśli szukać gdzieś przyczyny takiego stanu rzeczy, to trzeba by wziąć po uwagę i klimat (w PL czy w Finlandii rury kanalizacyjne puszczone po elewacji w zimie rozsadzi - w UK jest to typowe rozwiązanie), który nie przymusił brytyjskich budowlańców do lepszej jakości; i kwestie kulturowe, które z jednej strony promują domki szeregowe oraz bliźniaki zamiast mieszkań (więcej przegród zewnętrznych - ściany i dachy), z drugiej przyjmują za standard (historycznie) komfort cieplny nie w całym mieszkaniu, lecz wokół kominka. No i oczywiście brytyjska niechęć do regulacji, która - w przeciwieństwie na przykład do rozwiązań niemieckich - pozwala niemal wszystko negocjować. (Niemal) wszystko więc jest dozwolone.

To nie 'płynna nowoczesność' lecz anglosaski kapitalizm jest więc winny, ze ABR marzną palce.

Podobnie wygląda sprawa z uniwersytetami. Oczywiście zgadzam się z generalną obserwacją, że w dzisiejszym, ogarniętym neoliberalnym szaleństwem świecie nawet odkrycie bozonu Higgsa musi zostać uzasadnione potencjalnymi przyszłymi zyskami, bo wiedza uzyskiwana dla lepszego poznania i zrozumienia świata to za mało. Oczywistym jest więc, że uniwersytet działający w takim świecie (w którym oczywiście wiedza jest towarem, więc studenci za naukę muszą słono płacić) będzie ewoluował w dostarczyciela usług edukacyjnych i 'zaświadczeń o zdobytym wykształceniu'. Wydaje mi się jednak, że owa negocjowalność wszystkiego, na którą narzekałem przed chwilą, pozwala nawet na to, by czegoś jednak studentów nauczyć. W końcu nawet na brytyjskich uniwersytetach zdarzają się laureaci Nagród Nobla...
 
Być może sprawa wygląda inaczej na wydziałach humanistycznych, ale my jesteśmy kontrolowani potrójnie - mamy swój wewnętrzny, zatwierdzony przez uczelnię, program i sposób oceny, mamy zewnętrznych egzaminatorów (to ma każdy program), którzy raz do roku sprawdzają czego i jak uczymy, mamy wreszcie komisję z RIBA (zawodowe stowarzyszenie architektów), która raz na cztery lata weryfikuje pracę naszych studentów (a przez to - naszą).

I oczywiście dom ARB został zaprojektowany (jak sądzę) przez brytyjskich architektów, nie jest więc tak, że ten system gwarantuje wysoką jakość. Jednakże jej nie uniemożliwia. To my decydujemy kto jest naszym zewnętrznym egzaminatorem, a więc to my wybieramy 'to co łatwe, albo to co słuszne', mamy też wpływ na dobór członków komisji RIBA.

Prawdziwym wyzwaniem nie jest dla nas uczelnia i jej struktury, rozmiękczone przez płynną nowoczesność - w ramach brytyjskich instytucji jesteśmy w stanie 'wykroić' sobie (nie jest to oczywiście łatwe) sferę niezależności, w której możemy uczyć tego, czego chcemy (i czego chcą studenci) lecz jej zewnętrzne otoczenie - choćby przez sam fakt, że studenci się zadłużają, nie będą więc zainteresowani by pracować 'dla dobra ludzkości' lecz by zarobić i spłacić swoje długi (no chyba, że jak niektórzy, po prostu wyjadą z UK). To nie płynna nowoczesność, to nie ekonomia pozoru lecz neoliberalna wersja kapitalizmu (która - być może - jest jedyną możliwą konsekwencją kapitalizmu) nas wszystkich wykańcza.

Dobrze wiedzieć, gdzie jest wróg, inaczej walka jest przegrana od samego początku.
17:25, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 lutego 2013
693. czekając na armię Imperium
Trzeba się umieć przyznać do porażki. Wizja inkluzywnej polityki, opartej na empatii i uniwersalizmie nie ma w Polsce żadnych szans na zaistnienie (nie powinienem więc być zdziwiony, że w żadnej recenzji 'Dziur...' ten wątek nie został nawet muśnięty). W Polsce (i chyba na całym świecie) liczy się polityka oparta na rozróżnieniu wróg - przyjaciel, podmiot polityczny budowany jest przez wykluczenie (my - oni). To, że taka polityka jest straceńcza, że bardziej niż podmiotowość produkuje nieprzekraczalne granice, że dzieli, rozwala i w gruncie rzeczy prowadzi donikąd nie ma znaczenia. To jest polityka wojny, polityka w której przeciwnika należy unicestwić lub zmusić do zajęcia wyraźnie oddzielonego od nas terytorium. To jest polityka epoki państw narodowych, odrębnych etnicznie, religijnie i kulturowo.
To jest to marzenie fanatycznej prawicy 'Polska dla Polaków, katolików, heteryków'. Nie ma miejsca na jakąkolwiek odmienność. I zawsze ktoś się w tej Polsce nie zmieści...

W takiej polityce zawsze będą ofiary, zawsze będą wykluczeni. Bo na wykluczaniu jest ona oparta. Polska jest przykładem do pewnego stopnia wyjątkowym, w którym niemal każda i każdy z nas tego wykluczenia i opresji ze strony państwa i współrodaków doświadczył. Każdy powód jest dobry - bieda, homoseksualizm, bycie kobietą, ateizm... ale tak naprawdę każdy powód jest dobry - również bycie mężczyzną czy katolikiem jedynie pozwala być częścią dominującej grupy, ale wcale nie chroni przed wykluczeniem. Jeśli mądra skądinąd osoba, używa określenia 'wyjechać na zmywak' i nie zdaje sobie sprawy, że to jest poniżające i wcale nietożsame z 'wyjechać do pracy za granicę' to ręce opadają...

W kontekście Polski osobną kwestią jest stosunek do religii i kościoła katolickiego. Wypowiedzi biskupów i księży (których już nawet nie warto cytować - wystarczy poczytać dowolną gazetę) przekraczają wszelkie granice przyzwoitości i naprawdę trudno mi wyobrazić sobie jak można być przyzwoitym człowiekiem i nie być antyklerykałem. Problem w tym, że 'druga strona' jest podobnie agresywna i skrajnie indywidualistyczna. Oczywiście jest słabsza, więc tu nie ma symetrii, ale za każdym razem, gdy nieśmiało wspominam o niebezpieczeństwach indywidualistycznego, liberalnego antyklerykalizmu, dostaję bęcki. Bo tu trwa wojna i nie ma miejsca na wątpliwości, na krytyczny namysł. Tu jest tylko 'my i oni', jesteś z nami albo przeciwko nam.

Trzeba przyznać się więc do klęski, do tego, że w tej wojnie są tylko dwie strony - choć one się wciąż zmieniają, to zasada 'my przeciwko tamtym' jest stała i niezmienna. Bez zmiany tej zasady, bez powstania trzeciej armii, armii operującej w logice Imperium - logice całości, inkluzywizmu i empatii będziemy na zawsze skazani na fragment, nienawiść i podział.

Nie bardzo widzę jednak, skąd owa trzecia armia mogłaby nadejść... pozostaje więc marzyć o Solarnym Imperium ;)


______
I jeszcze dopisek.
Zalinkuję tu tekst profesora Zybertowicza z... hm... Gazety Polskiej. Trudno się z tym tekstem nie zgodzić (jeśli już, to polemizowałbym z idealistycznym obrazem 'Zachodu' jaki ma profesor Jałowiecki - wystarczy wspomnieć Wielką Brytanię, której rząd ma jeszcze mniejsze niż rząd RP doświadczenie 'z realnego świata' i jest jeszcze bardziej niekompetentny...To struktury państwa - i nagromadzony przez lata kapitał, różnego zresztą rodzaju - stanowią o sprawności - coraz mniejszej, ale wciąż chyba wyższej niż w PL - tego państwa). Szkoda, że profesor Zybertowicz nie zastosuje swoich rozważań do kościoła katolickiego w Polsce, by zanalizować jego pozycje polityczną i ekonomiczną (zostawmy religię, ona ma tu czysto funkcjonalne znaczenie). Szkoda również, że nie ma on świadomości (albo nie może tego napisać), że cała polska prawica w swej 'ideologii spójnej podmiotowości' proponuje politykę opartą na wykluczeniu i fragmentaryzacji. Taka polityka w oczywisty sposób reprodukuje owe obszary niekompetencji o których pisze Zybertowicz, po prostu przesuwa je gdzie indziej, by komu innemu, innym grupom i elitom służyły (ten płacz prawicowych celebrytów, że salon ich sekuje, podczas gdy stoją za nimi duże media i duże pieniądze, jest naprawdę żałosny...). Ideologia prawicy jest ideologią wykluczenia, a więc ideologią strukturalnej niekompetencji.
15:19, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 lutego 2013
692. re-industrialisation and progressive urbanism
Ponieważ sympozjum w Londynie okazało się sukcesem, postanowiłem kuć żelazo póki gorące i zorganizować 'ciąg dalszy', tym razem jednak bardziej koncentrując się na społeczno-politycznych (potencjalnej) re-urbanizacji. Jeśli jesteście zainteresowani - albo znacie takich, którzy mogliby być - przyślijcie abstrakt! Na razie mamy dwójkę potwierdzonych zaproszonych wykładowców, ale czekamy jeszcze na potwierdzenie od dwu kolejnych (bardzo ciekawych) mówców. Zapraszamy!

 Re-industrialisation and progressive urbanism

One day conference, 13th of June 2013

School of Architecture, Design and Environment, Plymouth University

Call for Abstracts

Could urban re-industrialisation be seen as a method of increasing business effectiveness in the context of a politically stimulated 'green economy'? Could it be seen as a nostalgic mutation of a creative-class concept, focused on 3D printing, 'boutique manufacturing' and crafts? These two notions place urban re-industrialisation within the context of the current neoliberal economic regime and urban development based on property and land speculation. The key question for this conference is could urban re-industrialisation be imagined as a progressive socio-political and economical project, aiming to create an inclusive and democratic society based on cooperation and symbiosis that goes way beyond the current model of a neoliberal city?

We invite abstracts (max. 300 words) for papers from researchers and practitioners from a broad range of disciplines, including, but not limited to architecture, urban design, planning, economics, sociology, anthropology, geography, and environmental science. We welcome submissions based on empirical research as well as theoretical and visionary investigations.

Abstracts will be selected for further development as papers to be presented at the conference. Papers shall be 2000 words maximum. Further submission requirements will be distributed to the authors of selected abstracts.

Abstracts should arrive no later than Monday 1 April 2013. Please send them in .doc or .pdf format to: krzysztof.nawratek@plymouth.ac.uk

Keynote presentations and selected conference papers will be considered for publication following the symposium in an edited volume.

Keynote speakers (confirmed):

Professor Malcolm Miles, Plymouth University, UK

Dr Michelle Adams, Dalhousie University, Canada


13:26, krzysztof_nawratek , miasto
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 lutego 2013
691. reindustrializacja jako projekt polityczny
Wczoraj w Londynie miało miejsce sympozjum na temat re-industrializacji. Zaprosiłem do udziału w nim z jednej strony ludzi związanych z biznesem i pieniędzmi (jak Neil Bennett, partner w duże i uznanej firmie architektonicznej Terry Farrell and Partners, czy doktor Adrian Murphy z International Synergies) z drugiej akademików o wyraziście lewicowych poglądach - przede wszystkim Micheal Edwards (na jego blogu krótka notka o wczorajszym sympozjum). Wśród biorących udział w dyskusji była na przykład Anna Minton, ale też architekci i doktoranci, także goście z Polski. Ciekawi ludzie, ciekawa dyskusja.

Konkluzja wydaje się jasna i oczywista. Można mówić o przemysłowej ekologii i powrocie przemysłu do miast w kontekście miasta neoliberalnego, ale taka re-industrializacja będzie jedynie wzmocnieniem wyzysku i niesprawiedliwości, mimo 'zielonych' pozorów, będzie powrotem do XIX wieku. Można mówić o re-industrializacji jako mutacji idei klasy kreatywnej (drukowanie 3D, 'boutique manufacturing', rzemiosło), ale to myślenie oparte o nostalgiczno - idylliczną wizję miasta.

Pozostaje tylko jedna droga, która prowadzi poza obowiązujący paradygmat - reindustrializacja jako lewicowy projekt społeczno-polityczny. Z tego punktu widzenia przemysł (i ekologia przemysłowa) staje się narzędziem budowy bardziej sprawiedliwego, równego i inkluzywnego społeczeństwa, narzędziem budowania podmiotowości miast i wspólnot (recycling i upcycling). Wydaje się, że o prawdziwej rewolucji (zmianie) nie można mówić bez reindustrializacji - bo to ona tworzy 'bazę' i infrastrukturę dla zmian społecznych. Ona wymusza zmianę paradygmatu z indywidualistycznego zaspokajania konsumenckich zachcianek na zaspokajanie ludzkich potrzeb i rozwiązywanie problemów/przezwyciężanie sprzeczności. Jeśli komunizm w 20 wieku to była elektryfikacja plus władza rad, to sprawiedliwe, wolne i równe społeczeństwo (widzicie jak sprytnie unikam tego okropnego słowa zakazanego w PL?) w 21 wieku to granica/instytucja i reindustrializacja oparta o idee 'industrial symbiosis'.
11:16, krzysztof_nawratek , miasto
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 lutego 2013
690. partia nowego typu
Jedyna organizacja, do jakiej się (po ponad 10 latach) zapisałem, właśnie przeżywa dramatyczny kryzys, który najprawdopodobniej skończy się jej zmarginalizowaniem. Grupa, która była w stanie wznieść się ponad partykularne interesy i stać się wzorem dla wielu polskich miejskich aktywistów, właśnie pogrąża się w bratobójczej walce, której z fałszywą troską przyglądają się wszyscy jej wrogowie.
Być może to tylko niezręczność i głupota, być może nie ma tu żadnych zewnętrznych sił pociągających za sznurki, lecz sytuacja w której stowarzyszenie (do którego należą działacze partii politycznych) zaczyna prowadzić działalność polityczną musi doprowadzić do wewnętrznych napięć. Tym bowiem co przesądza ostatecznie o sukcesie czy klęsce, to struktura organizacji, procedury i regulaminy. Jeśli struktura organizacji nie odpowiada temu, czym organizacja w rzeczywistości jest, klęska czai się za rogiem [obawiam się więc, że akurat w tym przypadku, jedynym wyjściem jest stworzenie nowej struktury...].

Od pewnego czasu powracam (dość obsesyjnie) do głównej tezy "Dziur w Całym', głoszącej, że polityka oparta na inkluzywizmie jest możliwa. Moje polityczne motto dziś brzmi:
"Polityka empatii w horyzoncie absolutnej inkluzywności."
A narzędziem realizowania takiej polityki, jest granica/instytucja.

Co to jednak znaczy w praktyce?
Wyobraźmy sobie organizację złożoną z wielu różnych grupek, o dość różnych interesach i skupiającą ludzi o różnych światopoglądach (to może dotyczyć organizacji o której pisałem powyżej lub też hipotetycznego Zjednoczonego Frontu Polskiej Lewicy Kulturowej i Socjalnej, do którego utworzenia zdaje się namawiać Agnieszka Grzybek z Zielonych. Przy okazji - pesymistyczny, ale bardzo dobry moim zdaniem głos Agnieszki Graff). W jaki sposób taka organizacja może funkcjonować?

Mamy oczywiście przykłady partii prawicowych, jak PiS czy PO, które łączy wewnętrznie władza, pieniądze oraz silna, autorytarna wręcz pozycja lidera. Autorytarne skłonności organizacji, a więc i autorytarna struktura. Czy można jednak inaczej?

Mam zamiar ułatwić sobie zadanie i założyć, że organizacja o której mówię przyjęła idee 'empatii w horyzoncie inkluzywności' za swój rdzeń ideowy. Jeśli tak, to ostatecznym jej celem jest włączenie w siebie wszystkich podmiotów politycznych (to jest cel ostateczny, będący wyznacznikiem kierunku, a nie czymś co może zostać zrealizowane) przy jednoczesnym zapewnieniu im zachowania własnej (cząstkowej) podmiotowości. To tylko na pierwszy rzut oka wygląda totalitarnie, w rzeczywistości wyobraźmy sobie raczej mieszkańców miasta - wszyscy są w miasto 'włączeni', w niczym owo 'włączenie' w miasto nie przeszkadza im mieć własne poglądy, mieć własne życie, często zupełnie bez związku i relacji z życiem innych mieszkańców. Miasto umożliwia (oczywiście do pewnego stopnia) taką koegzystencję, przede wszystkim dlatego, że jest bytem przestrzennym. Mieszkam w dzielnicy A i mogę nigdy nie mieć ochoty ani interesu by do dzielnicy B zawitać.

Czy podobna zasada może obowiązywać w organizacji?

'Narracja konkretna' Lecha Merglera była próbą (niewystarczającą, ale zdecydowanie idącą w dobrym kierunku) prowadzenia takiej właśnie działalności - w której poszczególni aktorzy biorą udział tylko cząstkowo, nigdy nie wymaga się od nich, by w całości podporządkowali się jakiejś 'idei'. Problem oczywiście w tym (i bynajmniej nie twierdzę, że Lech o tym nie wiedział), że musi istnieć pewien wspólny interfejs, który pozwala poszczególnym aktorom wchodzić razem ze sobą w interakcję. Ten interfejs może być zbudowany w różny sposób, lecz dla mnie idealnym jest empatia. To oczywiście może budzić (i budzi) uśmiechy politowania (od kiedyż to empatia jest kategorią polityczną?), będę jednak tego stanowiska bronił. Empatia jest czymś co każdy z nas do pewnego stopnia posiada, jest fundamentalnym czynnikiem umożliwiającym socjalizację (czyż nie odwołujemy się do niej, gdy dziecko kogoś skrzywdzi, prosząc je, by wyobraziło sobie siebie na miejscu skrzywdzonego/skrzywdzonej? czyż nie powinniśmy do tego samego namawiać posłów?) jest też czymś czego staramy się pozbyć i osłabić. Empatia jest bowiem zaprzeczeniem zarówno egoizmu oprawcy jak i egoizmu ofiary.

Obok interfejsu, drugim fundamentalnym czynnikiem kształtującym byt polityczny jest jego cel. Po co dana organizacja istnieje i działa? Jak napisałem powyżej, ułatwiam sobie zadanie, deklarując jej 'inkluzywistyczny horyzont'. Organizacja ('my wszyscy') zmierza do tego, by każdy człowiek mógł w pełni zrealizować swój potencjał. Potencjały są różne, marzenia mamy inne, szczęście znaczy co innego dla różnych ludzi - dlatego równość to nie urawniłowka. Niebezpieczeństwo takiego podejścia, że wyrodzi się w realizację okrutnych marzeń niweluje empatia.

Wreszcie kwestia techniczna - w jaki sposób taka empatyczno-inkluzywna organizacja może działać?
Granica/instytucja jest bytem, który rozdziela i mediuje pomiędzy poszczególnymi aktorami i grupami. W organizacji empatyczno-inkluzywnej granica/instytucja znajduje się w miejscu zarządu, lecz jej funkcją jest 'zbieranie/kumulowanie mocy' i używanie jej do realizacji 'polityki inkluzywności'. Granica/instytucja więc nie może dzielić i wykluczać, choć może (i czasami powinna) chronić odrębność i autonomie. Granica/instytucja istnieje i działa jedynie siłą i poprzez innych aktorów (grup) wewnątrz organizacji, jej zadaniem jest ciągłe budowanie koalicji dla osiągnięcia konkretnych celów. Taka struktura z jednej strony powinna gwarantować skuteczność i legitymacje działań organizacji, z drugiej zaś gwarantować jej anty-autorytarny charakter i ochronę każdego, nawet najsłabszego aktora.

Problemy zaczynają się, gdy taka empatyczno-inkluzywna organizacja musi istnieć w hierarchicznym, autorytarnym systemie i na przykład wziąć udział w wyborach, gdzie w ręce jednej (prezydent) lub kilku osób (posłowie/radne) oddaje się (mimo wszystko realną) władzę. To jest oczywisty moment niepewności, ponieważ musimy założyć i zaufać, że wybrane osoby użyją darowanego im 'impulsu autorytarnego' by demokratyzować strukturę. No ale cóż, bez zaufania żadna, nawet najlepiej zorganizowana struktura się rozleci...

12:42, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 lutego 2013
689. rasizm i empatia
Po głosowaniu za odrzuceniem ustaw o związkach partnerskich liberalne i lewicowe środowiska się zagotowały - pojawiło się sporo mocnych komentarzy, sporo memów, atakujących w brutalny sposób posłankę (będę używał na tym blogu takiej formy, jaka mi odpowiada) Pawłowicz, przy okazji obrażając ludzi bezdzietnych i samotnych oraz posła Godsona, wykazując się nieskrępowanym rasizmem, co słusznie wypunktował Kacper Pobłocki. To zresztą nie pierwszy raz, gdy 'oświecone' elity nie mają problemu by obrażać innych od siebie (by wspomnieć tylko niezwykle popularny filmik pokazujący tańczące starsze panie na Krakowskim Przedmieściu, z którego zaśmiewali się swego czasu 'młodzi, wykształceni z wielkich miast').

Do koloru skóry wrócił jednak dziś sam Godson, wypowiadając jakże głęboką myśl, że: "Homoseksualizm jest wypaczeniem. Bycie ciemnoskórym - nie." Pewnie więc kolejna fala rasistowskich komentarzy za chwilę się pojawi. I tak to się będzie kręcić...

Moi lewicowi i anty-rasistowscy znajomi zżymają się na fakt, że wśród wszystkich posłów, którzy głosowali przeciwko związkom partnerskim, to właśnie Godson (oraz Pawłowicz) zostali zaatakowani. Widzą w tym polski rasizm i pewnie mają dużo racji. Jak mówi AN - Godson jest chrześcijaninem i to warunkuje jego poglądy, a nie kolor jego skóry. Zgoda, czy jednak gdyby jego religia była rasistowska (a nie homofobiczna, jak konserwatywne chrześcijaństwo) to mógłby bezkarnie - powołując się na wolność religijną - obrażać ludzi o innym kolorze skóry?

Podrążmy więc głębiej naturę ataków na posła Godsona. Oprócz posądzenia o rasizm, wydaje mi się, że istnieje inny powód, dla którego wypowiedzi posła Godsona jakoś bardziej uwierają, niż katolickich fanatyków z PiS czy PO. I owszem, ma to związek z kolorem skóry. Poseł Godson doświadczył w Polsce rasizmu (pewnie nie tylko w ostatnich dniach, ale i wcześniej), sam poczuł, co znaczy być dyskryminowanym za coś, na co się nie ma wpływu. Naturalnym więc wydaje się założenie, że powinien być w stanie, zrozumieć innych, którzy z innych powodów doświadczają dyskryminacji. Mówiąc wprost - oczekiwalibyśmy od posła Godsona wyższego poziomu empatii niż od posła Gowina (od którego ja osobiście niczego dobrego już nie oczekuję).

Jak się niestety okazuje - takie oczekiwania są zupełnie bezpodstawne.

Ja na temat posła Godsona mam niezmienną opinię od momentu, gdy przeczytałem z nim wywiad na portalu Krytyki Politycznej (z 2010 roku). Wywiad, który miał w podtekście oczekiwanie i fascynacje Innością. Niestety, poglądy posła Godsona są jak najbardziej mejstrimowo neoliberalne:
"Kiedy zapewniam pracownikowi odpowiednie warunki, to jego wydajność jest lepsza. A przecież chodzi nam o większą wydajność, o większe zarobki. To jest jak najbardziej liberalne. Jest system kar i nagród, ale jest też system motywacji. Jeśli pomagamy pracownikowi wydobyć to, co w nim najlepsze, on będzie dawał z siebie wszystko, będzie dumny, że pracuje w tej firmie. Da z siebie wszystko."
Po tych słowach, promujących 'wyzysk z ludzką twarzą', najbardziej cyniczną formę kapitalizmu, ja się od posła Godsona empatii już nie spodziewałem i jego głosowanie przeciwko związkom partnerskim zupełnie mnie nie zaskoczyło. Indywidualne doświadczenia dyskryminacji być może więc czynią niektórych z nas na dyskryminacje ślepymi. To przykre, ale nauka z tego taka, byśmy jeszcze mocniej unikali dyskryminacji i poniżania innych - bo prędzej czy później to wróci. Karma zawsze wraca.
11:24, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67