Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
sobota, 02 lutego 2013
688. totalitaryzm, hipokryzja i impotencja
W najnowszym Magazynie Świątecznym GW tekst o. Macieja Zięby "Wolność nie może uderzać w słabych", tłumaczący dlaczego związki partnerskie to ZŁO, które skrzywdzi kobiety, dzieci i emerytów.

Ojciec Zięba (z wykształcenia - fizyk, Marcinie ;) rozpoczyna łagodnie:
"Polską chorobą jest konstruowanie publicznych debat na zasadzie ''światłość - ciemność'', ''dobro - zło'' czy ''prawda - fałsz''."
O! Jak fajnie, ktoś występuje przeciwko prostackiemu dualizmowi, myślę sobie... Dalej w podobnym duchu: "Proszę podać mi listę 10 polityków i 10 dziennikarzy, a z łatwością przewidzę, co mają oni do powiedzenia...". No dobrze się zapowiada, czytam więc dalej, w nadziei, że o. Zięba napisze coś, czego bym nie przewidział.
I w pewnym sensie się doczekałem...

Najpierw, jeszcze trochę nieśmiało:
"Albowiem dobrowolnie tworząc wspólnotę polityczną, opowiadamy się za wspólną tożsamością i wspólnotą metod działania." No cóż - po pierwsze, nie "dobrowolnie". Oprócz nielicznych osób, które przyjęły polskie obywatelstwo, reszta się w Polsce urodziła, wspólnota narodowa (a więc i polityczna) została nam dana. A twierdzenie, że wspólnota polityczna wymaga wspólnej tożsamości i "wspólnych metod działania" jest niczym innym, jak wezwaniem do totalitarnej urawniłowki... Czy naprawdę musimy - po doświadczeniach III Rzeszy i stalinowskiego ZSRR wciąż bronić pluralizmu i prawa do różnych tożsamości?

No ale załóżmy, że o. Zięba nie miał na myśli tego, co napisał. Załóżmy, że bardzo niewinnie chodzi mu jedynie o sformułowanie warunków istnienia wspólnoty politycznej. Pisze więc dalej tak: "...wspólnota w swoich działaniach kieruje się zasadą solidarności, to znaczy troski o dobro wszystkich swoich członków, a zwłaszcza o najsłabszych, o najbardziej bezbronnych.".
Bardzo ładnie - "dobro wszystkich swoich członków", a więc wspólnota inkluzywna, taka, która nie wyklucza nikogo. Mi pasuje.

No ale jednak dla o. Zięby są tacy, których interesy należy poświęcić, dla interesów innych, dla interesu 'całej wspólnoty' - tu pojawia się niepokojąco totalitarnie brzmiący element myślenia o. Zięby. Nazistowskie Niemcy również budowały inkluzywną wspólnotę, po tym, gdy wykluczyły z niej Żydów, komunistów, homoseksualistów... No właśnie - homoseksualistów. O. Zięba pisze dalej:
"Dojrzała wspólnota polityczna powinna się jednak również zastanowić, czy ustawa taka jest dobrodziejstwem dla wszystkich - a zwłaszcza winna rozważyć, co oznacza ona dla jej najsłabszych członków i czy nie uderzy w nich rykoszetem?". W całym tekście o. Zięby nie mam ANI SŁOWA o homoseksualistach! O. Zięba pisze tak, jak gdyby spełniło się marzenie posła Niesiołowskiego (a wcześniej Heinricha Himmlera) i w Polsce homoseksualistów po prostu nie było.
Będziemy więc rozważać interes wspólnoty i jej członków przy założeniu, że homoseksualiści są wobec tej wspólnoty zewnętrzem - gdyby bowiem byli jej częścią, 'dojrzała wspólnota polityczna' powinna kształtować prawo tak, by również ich interesy były uwzględnione. Jak wszyscy, to wszyscy.

Dalej jest coraz dziwniej.
W obronie interesów 'wszystkich' o. Zięba atakuje związki partnerskie, widząc je jako rodzaj 'słabego małżeństwa', podczas gdy tylko mocne małżeństwo jest w stanie obronić interesy słabszych członków wspólnoty. Kogo ma na myśli o. Zięba?
 
"Po pierwsze, ci słabsi w realnym świecie to kobiety, które mężczyźni mogą jeszcze łatwiej porzucić." Mówi przedstawiciel najbardziej przyjaznej kobietom instytucji świata, w której wszystkie najważniejsze stanowiska zajmują kobiety... no dobrze - zostawmy złośliwości...
Kobiety w wizji świata o. Zięby istnieją jedynie jako żony, podporządkowane i zależne od męża. O. Zięba nie pisze o słabszych zarobkach kobiet, o dyskryminacji w pracy i organizacjach zawodowych, nie pisze oczywiście o ustawie aborcyjnej, która - w formie, którą chciałby wprowadzić kościół katolicki, skazuje kobiety na śmierć. W takim patriarchalnym świecie, w którym kobieta bez męża nie może pracować i nie ma żadnych praw, rzeczywiście, związki partnerskie byłyby złym rozwiązaniem. Tylko, że takiego świata (między innymi dzięki sufrażystkom, feministkom i politycznej lewicy) w Europie (i dużej części świata) już nie ma. Świat nadal jest patriarchalny, ale problemy leżą już gdzie indziej i to poza małżeństwem leżą również rozwiązania.

Kolejna grupa, która, zdaniem o. Zięby będzie cierpiała z powodu związków partnerskich to dzieci. Związek partnerski łatwiej rozwiązać, niż małżeństwo, a jedynie w małżeństwie dzieci mogą być szczęśliwe. Czy o. Zięba - tak przywiązany do rzeczywistości - zająknął się może, że w Polsce 20% dzieci rodzi się _poza_ związkami małżeńskimi...? Czy te dzieci z definicji są gorsze dla o. Zięby? Czy może po prostu je wykluczył ze swoich rozważań (podobnie jak homoseksualistów)? Po drugie - czy związek (małżeństwo) musi posiadać dzieci? A co z tymi, którzy dzieci nie mają? Won ze wspólnoty? Ostrożnie Ojcze...

Wreszcie dochodzimy do najmocniejszego i najbardziej bulwersującego argumentu o. Zięby - z powodu ustawy o związkach partnerskich ucierpieliby ...emeryci i renciści.
O. Zięba pisze:
"Oczywiście najważniejszy jest konkretny los konkretnych dzieci [z wyjątkiem tych 20%, które rodzą się w związkach pozamałżeńskich, i pewnie też poza tymi 30%, które rodzą się w Polsce w biedzie, a jakoś nie zauważyłem, by o. Zięba się nad ich losem pochylił...] , ale dla społeczeństw ważny jest także problem dzietności. Jeśli społeczeństwo się nie reprodukuje, to - w trochę inny, ale tak samo konkretny sposób - zaciąga dług na koszt następnych pokoleń."
Takie słowa przywołują niesławne słowa poseł Pawłowicz, o 'ludziach jałowych', wypowiadane przez człowieka, który sam dzieci nie posiada (no chyba, że jednak posiada, tylko się tym nie chwali...?) i który jest przedstawicielem instytucji, której funkcjonariusze dzieci mieć nie powinni (a dostają przecież emerytury...) to już jest jawna hipokryzja...

Niestety, to biologiczne rozumienie człowieka i rodziny, które dziś staje się najwyraźniej rdzeniem myślenia polskich katolików i polskiej prawicy, przywodzi na myśl najgorsze wzorce z przeszłości, jak choćby nazistowską wizję człowieka, wyraźną w słowach przywołanego wcześniej Heinricha Himmlera:
"Jednakże, wszystkie rzeczy, które mają miejsce w sferze seksualnej nie są prywatną sprawą jednostki, ale dotyczą życia i śmierci narodu...".

O tym, że polski katolicyzm wyewoluował w pogańską, plemienną religię, w której ważny jest plemienny bożek oraz płodność plemienia, pisało już wielu. Tekst o. Zięby potwierdza niestety, że nie zostało już chyba nic z katolicyzmu 'posoborowego' nawet w swej wyjątkowo konserwatywnej formie, którą pamiętam z Polski lat 70tych i (początku) 80tych. Nie ma tu już żadnego namysłu nad światem, próby zrozumienia rzeczywistości, próby wejścia z nią w - płodny - dialog. Dziś pozostał już tylko obrona skostniałych form społecznych i kulturowych, podlanych dzikim, neoliberalnym kapitalizmem (który o. Zięba intelektualnie zawsze wspierał takimi na przykład 'złotymi myślami':
"...nadal 3 miliony ludzkości żyje za dolara dziennie, czy tego typu strasznie nędzne pieniądze i to nie przez wyzysk, tylko dlatego, że większość ludzi właśnie tak żyje."). Jeśli więc jeszcze niedawno deklarowałem swój 'post-katolicyzm', odwołując się do fragmentów katolickiej myśli społecznej czy elementów teologii, to dziś wypada chyba mi doprecyzować, że katolicyzm nie jest i nie był homogeniczną myślą, a przeciwnie, poprzez długi czas trwania i uwikłania w rzeczywistość (częściej jako element rządzącej hegemonicznej struktury, ale czasem jako element opozycyjny) wypracował wiele  interesujących odpowiedzi (liczba mnoga!) na ważne pytania. Z tego bogactwa historii warto (i mam zamiar) korzystać. Ale nic poza tym, nic ponadto. We współczesnym kościele 'głównego nurtu' nie ma już nic ciekawego, nic twórczego. To zombie, tak samo jednak natrętny i niebezpieczny, jak zombie-neoliberalizm.

____
A tak w ogóle, to nie chciałem wcale dziś pisać o o. Ziębie, katolicyzmie i innych takich sprawach, a tylko wrzucić tu chłopaków, których dziś spotkaliśmy na spacerze, bo fajnie grali:



___

21:36, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 stycznia 2013
687. 'my wszyscy' czyli jak zbudować Polskę, z której będziemy dumni
Wygląda na to, że GW znów chciałaby mieć wpływ na politykę. Jakiś czas temu szczuła rząd Balcerowiczem za fundusze emerytalne, ostatnio usiłuje nakłonić Kwaśniewskiego by wrócił do polityki i stanął na czele tzw. 'lewicy' (znaczy SLD i RP, jakby kto nie kojarzył). Przy okazji ostatniego skandalicznego zachowania posłów szeroko rozumianej prawicy (albo barbarzyńców, pozbawionych kultury i empatii) usiłuje szczypać PO, znów sugerując możliwość otwarcia się możliwości dla 'kulturowej lewicy'.

Wszystko wydaje się jasne i przejrzyste - po jednej stronie katoliccy talibowie, po drugiej młodzi, wykształceni, z wielkich miast. Wkurzeni tym, że ktoś chce decydować jak mają żyć. Argumentacja bynajmniej nie lewicowa, lecz czysto liberalna - moje życie życie seksualne i intymne to moja sprawa, chcemy być - jako jednostki, obywatele - traktowani w taki sam sposób, bez znaczenia z kim chcemy dzielić życie. To w końcu nie przypadek, że akcje (do której przyłożyłem i swój głos) pisania mejli do 'frakcji dyskryminacyjnej PO'  zorganizowało środowisko Liberte! które z lewicą nie ma przecież nic wspólnego. Taka zresztą miałaby być ta wymarzona 'lewica' GW - zdecydowanie bliska RP, zdecydowanie wolnorynkowa,  wyraźnie indywidualistyczna.

Nie tak szybko jednak...

Załóżmy, że to co wkurzyło tak bardzo 'młodych wykształconych', te kilkaset tysięcy, którzy wysłali mejle do 'frakcji dyskryminacyjnej' wcale nie pochodzi wyłącznie ze 'środowisk homoseksualnych' (mnie za cholerę za przedstawiciela 'środowiska homoseksualnego' uznać się nie da...), ich wkurzenie wcale nie jest podyktowane fascynacją indywidualną wolnością (bo przecież wszystkie odrzucone projekty dotyczyły _związków_ międzyludzkich!) lecz empatią, poczuciem, że naszym braciom i siostrom, naszym bliźnim, naszym współobywatelom dzieje się krzywda, dzieje się jawna niesprawiedliwość. Załóżmy więc, że wściekłość i frustracja nie bierze się z zagrożonej/nie danej indywidualnej wolności, lecz z powodu jawnej dyskryminacji, wykluczenia oraz obrazy jakiej doświadczyli nasi przyjaciele, znajomi czy po prostu _inni ludzie_.

Jeśli takie założenie byłoby prawdziwe, co to tak naprawdę oznacza?

Polityka w Polsce (i nie tylko) przeżarta jest schmittiańskim rozumieniem polityczności, która opiera się na podziale wróg-przyjaciel. Polityka więc to konflikt, to agon nieprzezwyciężalnych różnic. Tak rozumiana polityka jest kontynuacją wojny, tylko innymi środkami. Wszyscy - od skrajnej prawicy, po środowisko KP (które jęczało znudzone post-polityką) tak widzą świat społeczny i polityczny. Jeśli więc mówimy o tworzeniu podmiotu politycznego, to zawsze jako fragmentu, jako _naszych_ wyborców, przeciwko innym. Tak wściekły atak na związki partnerskie jest tylko drobną ilustracją tego, do czego prowadzi ta logika. My albo oni.

A gdyby odrzucić takie myślenie o polityce?

Załóżmy, że polityka wcale nie musi być oparta na walce, na konflikcie, na różnicy. Załóżmy, że polityka jest tym, czego Schmitt nienawidził - budowaniem wielogłosowego (bachtinowskiego - możnaby powiedzieć) uniwersalizmu? Nie jedności, która zawsze osuwa się w totalizm, a właśnie pluralistycznego uniwersalizmu?
Co to tak naprawdę oznacza?
Co to oznacza w naszym, polskim przypadku i jaki to ma związek z tym co stało się w sejmie (a potem w sieci)?

Załóżmy, że opieramy politykę na zasadzie inkluzywnej - zadaniem podmiotu politycznego nie jest określenie swoich granic (i tego co jest od niego różne), lecz przekraczanie swoich granic, dialog i narracyjna polifoniczność (a więc taka, która tworzy sensowną opowieść, choć widzianą 'z zewnątrz'). Jeśli jedyną i ostateczną weryfikacją prawdy jest inkluzywność, to podmiot polityczny jest wciąż aktywnym i wciąż dialogującym bytem dla którego zewnętrze, jest 'jeszcze-nie-wnętrzem'.

Taki podmiot polityczny oczywiście jest budowany poprzez przekraczanie siebie, empatia jest dla niego podstawowym narzędziem 'pracy'. W tak rozumianej polityczności sprawa związków partnerskich jest tak samo ważna jak kwestia umów śmieciowych - obie dotyczą wykluczenie określonej grupy społecznej ze sfery praw, jakie posiadają inne grupy. Nie ma więc mowy o podziale na lewice kulturową i społeczną, jest napięcie pomiędzy żyjącymi 'większym życiem', a wykluczonymi.
W takim rozumieniu polityczności, nasi bracia i siostry z Liberte!, ze swoim uwielbieniem dla kapitalizmu, zmieszczą się doskonale, jeśli potraktują kapitalizm nie jako hegemoniczną narrację, w której wolny rynek jest przestrzenią epistemologiczną (ustaliliśmy bowiem wcześniej, że to inkluzywizm pełni tu rolę ostatecznego weryfikatora prawdy), lecz przestrzenią wolnej eksploracji, przestrzenią przygody, bezpiecznie wydzieloną od chronionego ciała społecznego. W przeciwieństwie więc do neoliberalizmu, w którym kapitalizm pożera i przenika wszystko, proponuję system, w którym sfera zabawy, kreacji, walki i eksperymentu jest _poza_ systemem - ale jest oczywiście niezbędna, właśnie jako to co - wiecznie - 'jeszcze-nie-jest-wnętrzem'.

Czy taki polityczny projekt, oparty nie na konflikcie, lecz na dialogu, nie skupiający się na osobie wroga, lecz przyjaciela - którego stara się poznać i zrozumieć mimo oczywistych, wydawałoby się, różnic jest możliwy?

Moim zdaniem jest niezbędny. I ostatnie wydarzenia pokazały, że jest dla niego przestrzeń. Zamiast nienawiści i wykluczenia, czas na prawdziwą politykę przyjaźni (a czasem i miłości). Nie czekajmy dłużej... My Wszyscy.

00:21, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (3) »
niedziela, 27 stycznia 2013
686. re-industrialisation and urban regeneration in Europe

(thanks Kostas!)
21:51, krzysztof_nawratek , miasto
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 stycznia 2013
685. zło
Dziś polski parlament reaktywował fundusz kościelny oraz odrzucił wszystkie trzy projekty o związkach partnerskich. Jak napisał HB, to znaczące, że jednego dnia pewna, bardzo niewielka, ale wpływowa grupa społeczna dostała od państwa przyrzeczenie pieniędzy, a drugiej, chyba jednak znacznie większej, państwo polskie splunęło w twarz.

Zostawmy jednak tę grupę bezużytecznych darmozjadów, indoktrynujących za państwowe pieniądze dzieci w szkołach, odbierających państwu (a więc wam wszystkim) ziemię i nieruchomości.

Popatrzmy na parlament, na to bezużyteczne (mam wśród znajomych na fb jednego senatora - trzymam go by śledzić jego 'pracę' - obiady, spotkania, przecinanie wstęgi, wpisy na blogu) kołtuństwo. Czytając wypowiedzi większości posłów biorących udział we wczorajszej debacie, po raz kolejny uświadomiłem sobie, jak absurdalny jest podział na lewicę 'kulturową' i 'społeczną'.

Podobnie jak absurdalny jest podział na zwolenników PO i PiS.
Dziś, jedyny podział, który do mnie przemawia, to podział na barbarzyńców i starających się zachować resztki cywilizacji. Na tych którzy pogardzają i plują w twarz oraz na tych, którymi się pogardza (dramat oczywiście polega na tym, że owi pogardzani często plują w twarz innym, by poczuć się choć odrobinę lepiej). Podział więc nie jest ekonomiczny (choć bogatym łatwiej przychodzi pogarda), lecz dotyczy fundamentalnego poczucia godności. Pogarda i ideologiczne zacietrzewienie polskich posłów w sprawie związków partnerskich jest tym samym brakiem umiejętności współ-odczuwania, jaki okazują gdy przychodzi do umów śmieciowych, praw nauczycieli, górników, kolejarzy, pracowników hipermarketów czy czegokolwiek, co dotyczy ludzi innych niż oni sami. Ten brak empatii, brak dostrzeżenia (a tym bardziej wzięcia pod uwagę) Innych jest złem w czystej postaci. Dziś 'tylko' wyklucza, wysyła do kontenerów, zamyka oczy, trzaska drzwiami, nie może pomóc bo 'ma chory kręgosłup'. Nie miejcie jednak złudzeń - to Zło, które w innych okolicznościach pokazałoby swą obrzydliwą twarz. Dziś jeszcze używa pudru i szminki, lecz w miarę upływu czasu, coraz mniej zwraca uwagę na swój wygląd, na pozory. Dziś jeszcze pluje nam w twarz, lecz jutro przegryzie nam gardła.

Dziś wybór polityczny, jest wyborem etycznym.
___
[26.01.13] W podobnym duchu, pozornie o czymś innym, Slavoj Zizek.
21:37, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 14 stycznia 2013
684. lewicowy faszyzm z ludzką twarzą?
"The core of what it means to be a Leftist today must be to insist on this rebelion [against fate], in the service of an attempt to give ordinary men and woman a better chance for a bigger life"
Roberto Mangabeira Unger, The Left Alternative

"Nasza walka jest niewdzięczniejsza, ale też piękniejsza, ponieważ zmusza nas do liczenia tylko na własne siły. Podarliśmy na strzępy wszystkie prawdy objawione, napluliśmy na wszystkie dogmaty, odrzuciliśmy wszystkie raje, wyszydziliśmy wszystkich szarlatanów – białych, czerwonych, czarnych – którzy wystawiają na sprzedaż cudowne zioła przynoszące »szczęście« rodzajowi ludzkiemu. Nie wierzymy w programy, w schematy, w świętych, w apostołów: nie wierzymy przede wszystkim w szczęście, w zbawienie, w ziemię obiecaną. Nie wierzymy w jedno rozwiązanie, czysto ekonomiczne, czy polityczne, czy też moralne – w prostolinijne rozwiązanie zagadnień życiowych, ponieważ, o znakomici rybałci wszystkich zakrystii – życie nie jest prostolinijne i nie sprowadzicie go nigdy
do odcinka zamkniętego w obrębie pierwszych potrzeb."
Benito Mussolini (Giovanni Gentile), Doktryna Faszyzmu

"Miał pan swego czasu ambicje polityczne, startował w wyborach na prezydenta Słowenii. Gdyby miał pan okazję ubiegać się o fotel prezydenta całej Europy, jaki program by pan zaproponował?
- Lewicowy faszyzm z ludzką twarzą"
Słavoj Zizek w rozmowie z tygodnikiem Wprost

Ten ostatni cytat wrzucił na mojego fb Bartek, sugerując, że tak właśnie - jako lewicowy faszyzm z ludzką twarzą - należy czytać ideowe przesłanie moich książek. Problem w tym oczywiście, że faszyzm (podobnie zresztą jak komunizm) jest w Polsce przede wszystkim epitetem i budzi (ma budzić) skojarzenia z komorami gazowymi a nie z myślą Giovanniego Gentile. Na mówienie o 'faszyzmie z ludzką twarzą' może pozwolić sobie prowokator (jak Żizek) lub ktoś chcący popełnić publiczne/polityczne samobójstwo.

Czytając 'The Left Alternative' nie mogłem jednak uwolnić się od myślenia o Agacie Bielik Robson (i jej ostatniej książce) z jednej strony, a o Ernscie Jungerze i Giovannim Gentile z drugiej (ABR zapewne takim zestawieniem byłaby ciężko obrażona...). 'The Left Alternative' jest niezwykle interesującą książką. Osoba autora - brazylijskiego polityka (był ministrem w rządzie Luli) i profesora prawa na Harvardzie (uczył między innymi Baracka Obamę) powoduje, że trudno potraktować ją jako teoretyczne dywagacje jakiegoś pięknoducha. Unger wprost deklaruje swoją niechęć do marksizmu i chęć wypracowania nowej, niemarksistowskiej, radykalnej, lewicowej polityki. Nie czytałem innych jego książek, nie wiem więc, czy gdzieś tam wprost deklaruje swe ideowe korzenie (wiki wskazuje na Hegla i Bergsona...) w 'TLA' tego nie czyni. Skąd więc moje dziwne skojarzenia?

Unger definiuje demokrację nie jako 'rządy ludu', lecz jako system, zbudowany na 'konstruktywnym geniuszu zwykłych mężczyzn i kobiet'. Gdy pisze on o 'większym życiu', skojarzenia z żydowskim mesjanizmem z książek ABR są oczywiste (szczególnie interpretacja myśli Bergsona przez ABR wydaje się podobna do tego, jak - najwyraźniej - RMU go czyta). Lewicowość jest dla RMU definiowana poprzez demokrację - rozumianą jako umożliwianie wszystkim z nas osiągania pełni naszego potencjału, a z drugiej strony poprzez miłość - rozumianej jako przekraczającej więzi rodzinne trosce o tych, którzy sobie nie radzą, albo po prostu pomocy potrzebują. Owa troska (podobnie oczywiście jak i demokracja) jest u RMU wspierana poprzez państwowe instytucje ('troska' jest wbudowana w system, jest 'obowiązkowa'), choć jego projekt to przede wszystkim budowa mocnego społeczeństwa _obok_ instytucji państwowych (jednak przez państwo wspieranych i stymulowanych). RMU kilkukrotnie pisze o 'gospodarce wojennej bez wojny', wskazując na siłę społecznej mobilizacji wokół celów przekraczających indywidualne egoizmy (stąd oczywiste skojarzenie z Jungerem), choć równocześnie jako główny motyw ludzkiego działania zdaje się widzieć indywidualne aspiracje do lepszego życia, a za najważniejszą klasę społeczną zdaje się uznawać drobną burżuazję (stąd skojarzenia z faszyzmem). Ciekawe (choć trochę niepokojące) są jego wezwania do 'gorącej polityki', która zmuszałaby do ciągłego angażowania się ludzi w sprawy publiczne. Nie ma mowy o zimnym, technicznym (technokratycznym) liberalizmie 'ciepłej wody w kranie'.

Jest w tej książce wiele momentów, z którymi zgadzam się całkowicie i które współgrają dobrze z ideami szczególnie z mojej ostatniej książki - jak wspomniana definicja lewicowości, oparta na dynamicznym procesie wzrastania osób i wspólnoty ku realizacji pełni ichpotencjałów, jak idea 'totalnej mobilizacji' (lewicowość RMU jest aktywna, wręcz waleczna, jest w niej ów heroizm ciągłego mierzenia się z tym co nowe i nieznane, jaki dźwięczy w tekście 'Doktryny Faszyzmu'). RMU wielokrotnie pisze też o pluralizmie, o potrzebie ciągłego eksperymentowania z instytucjami. Bardzo interesująca jest również jego teza (podobna w duchu, do tego co pisałem o 'zabrudzaniu pieniądza'), że błąd współczesnej socjaldemokratycznej lewicy (RMU wprost, z lekko tylko skrywaną pogardą pisze w pewnym momencie, że socjaldemokracja narodziła się pod biała flagą, gdy lewica zrezygnowała z rewolucyjnej przemiany świata) polega na wtórnej redystrybucji majątku, podczas gdy właściwym powinno być przebudowanie systemu gospodarczego w taki sposób, by realizował on owa dwa fundamentalne cele: wzrost ku większemu życiu oraz troskę wzajemną (RMU pokazuje więc, w jaki sposób przezwyciężyć opisany w świetnym artykule Małgorzaty Maciejewskiej konflikt pomiędzy 'lewicą kulturową' i 'lewicą społeczną', jednak w bardziej fundamentalny, niż sugeruje to Maciejewska, sposób). RMU nie występuje wprost przeciwko kapitalizmowi (co też oddala go od rewolucyjnej lewicy), ponieważ uznaje istniejący realnie pluralizm istniejących systemów gospodarczych (ale również uznaje innowacyjną siłę konkurencji i kapitalizmu). Wbrew przekonaniu, że wszędzie - od USA, przez Brazylię, Chiny do Rosji - istnieje jeden i taki sam system gospodarczy, RMU skupia się na różnicach i heretyckich, lokalnych wariacjach (to jest w dużym stopniu książka o świecie widzianym z perspektywy BRIC). Nie jest nacjonalistą (choć państwo narodowe uznaje za rodzaj 'tarczy', która pozwala owym herezjom zaistnieć i się rozwijać), lecz raczej zwolennikiem pluriversum (choć to słowo nigdzie nie pada, skojarzenie z myślą Carla Schmitta jest silne).

Uwagi RMU na temat szkoły i całego systemu edukacji ("The school must be the voice of the future. It must rescue the child from its family, its class, its culture, and its historical period. Consequently, it must not be the passive tool of either the local community or the governmental bureaucracy.") poleciłbym zarówno polskiemu jak i brytyjskiemu ministerstwu edukacji. Zresztą, całą książkę poleciłbym tym polskim politykom głównego nurtu, którzy za lewicę (lub okolice) się uważają. Wbrew bowiem SLDowskim nostalgiom za Gierkiem czy liberalno-modernistycznym (też przecież nostalgicznym) fantazjom Palikota, RMU zdaje się mówić: nic nie jest pewne i ustalone, weź swoje życie w swoje ręce, weź za rękę ludzi obok ciebie i walczcie o lepszy świat. Dla wszystkich.

Czy to jest 'lewicowy faszyzm z ludzką twarzą' [jednak zupełnie inny, od tego lewicowego faszyzmu, który jest przypisywany Zizkowi] czy po prostu żywa lewica, która nie musi wciąż tchórzliwie spoglądać w przeszłość?

08:49, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 stycznia 2013
683. to (irracjonalne) uczucie...
... że będzie dobrze. Fundament pierwotnej transcendencji, wyrywającej nas z tu-i-teraz. Wrzucający w mit (jako wieczny powrót tego samego, wieczną 'normalność'), lecz (przynajmniej potencjalnie) dający również szansę by się z niego wyrwać, by rzucić się głową w nieznane. Po przeczytaniu najnowszej (świetnej!) książki Agaty Bielik Robson (swoją drogą, właśnie widzę, że Jadwiga w zeszłym roku wydała nową książkę, a ja jej jeszcze nie mam/nie czytałem! 'wzruszające' prawacko-fanatyczne komcie pod tym tekstem) nie pozostało mi nic innego, tylko sięgnąć do Jacoba Taubesa. Początek lekko rozczarowujący (widać, że to młodzieńcza książka), ale momenty smakowite, więc nie należy się zniechęcać.

Napisałem dla pisma Autoportret tekst 'Transcendentny sens miasta przemysłowego (o nową robotniczą rewolucję)'. Owa 'robotnicza rewolucja' to nawiązanie do Ernsta Jungera, a nie do Marksa czy Lenina (tym razem). Tekst kończę tak:

"Jeśli miałbym wybierać, to zdecydowanie wolałbym, by to jednak „Robotnik” Ernsta Jungera a nie „The Urban Revolution” Henri Lefevbre'a była (wciąż) książką profetyczną. Historia się nie skończyła, neoliberalizm był tylko chwilową aberracją, wszystko jest jeszcze przed nami – musimy tylko sięgnąć myślą i czynem poza tu-i-teraz. Rewolucja zawsze ma korzenie w transcendencji."

Jak zwykle końcówka trochę w duchu manifestu, ale z tekstu jestem bardzo zadowolony. Powinien się ukazać niedługo, może i wam się spodoba.

Przy okazji - ponieważ postanowiłem, że
jednak nie jadę uczyć do Chin, więc w przyszłym roku z moimi studentami z Plymouth University, chętnie przyjedziemy znowu do Polski. Gdyby ktoś chciał nas zaprosić i wykorzystać to co robimy - proszę pisać (na priva). A co robimy w tym roku dla Ursusa, można zobaczyć/przeczytać tu (najnowsza aktualizacja powinna być dostępna w ciągu najbliższych kilku dni) i tu.

Jeszcze w duchu autopromocji (dziś jest taki dzień - "Czwartek: Ja") - w oczekującej na przejrzenie stronie wiki, ktoś wrzucił wywiad, jaki przeprowadził ze mną dla Praktyki Teoretycznej Michał Pospiszyl. Nie żebym coś miał przeciwko, ale tych wywiadów (ciekawszych i mniej) się całkiem sporo nazbierało - i to w różnych, czasem dziwnych miejscach. Na przykład na portalu Teologii Politycznej - chłopaki się po chwili zorientowali kogo opublikowali, i wbrew obietnicy, drugiej części już nie puścili ;) Oprócz tego chyba pierwszy, jakiego kiedykolwiek udzieliłem, z 2007 dla Bęc! Zmiany, i jeszcze jeden dla nich, o re-industrializacji z 2012. Dla GW też o re-industrializacji z 2011 i podobny dla Tok.FM (też 2011). I jeszcze jeden dla GW z 2011, tym razem zielonogórskiej. Bardziej ogólny dla Ultramaryny z 2010, i dla Nowej Gazety Śląskiej (w 2011 rozmawiał ze mną prawdopodobny zdobywca tegorocznego paszportu Polityki, Szczepan Twardoch). Dla TVN o tym, że własność prywatna nie jest święta z początku 2012. Dwie części rozmowy z 2011 o ruchach miejskich i instytucjach z (mam nadzieję) przyszłą prezydentką Warszawy tu i tu. O partycypacji/współuczestnictwie w Autoportrecie. W końcu z zeszłego roku o mojej ostatniej książce: na portalu lewica.24 oraz Res Publica Nowa. Była jeszcze rozmowa w (ostatnim kurkiewiczowym) Przekroju, ale dostęp jest płatny. W sumie, jak się komuś nie chcę czytać moich książek, a byłby ciekawy co w nich jest, te wywiady dają radę...

I na dobry dzień, ze świetnej kolekcji najlepszych kawałków roku 2012 portalu bleep.com
(trochę mi głupio, że akurat ten utwór - oprócz Oblivion Grimes - mi wpadł w ucho... no ale widać taki dzień...)


___

07:29, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 stycznia 2013
682. o Polskę ludową zawalczmy!
Lektura doniesień prasowych tylko z kilku ostatnich tygodni zniechęca mnie do myśli o powrocie do Polski (co nie znaczy, że lektura prasy brytyjskiej nie zachęca mnie do opuszczenia Wielkiej Brytanii, ale to inna opowieść), pokazuje bowiem brutalnie, że państwo polskie jest już tylko wydmuszką, służącą interesom tych, co mają pieniądze i znajomości. Ostatnio komentowana sprawa 'finansisty', którego sąd potraktował łagodnie, ze względu na jego 'pozycję społeczną' jest tego najlepszym dowodem. Wciąż nie rozwiązana sprawa śmierci Jolanty Brzeskiej w kontekście 'nieznanych sprawców' demolujących instalacje poznańskich kamienic oraz przyjmowania przez wojewodę człowieka, który ma zakaz zbliżania się do jednej z kamienic wzmacnia poczucie bezsilności wobec jawnej, brutalnej niesprawiedliwości. Tak naprawdę, jest nawet gorzej, bo aparat państwa miejscami mutuje w lokalne, rakowe, wyjątkowo złośliwe narośla i atakuję zupełnie przypadkowe ofiary - jak w Gliwicach, gdzie potrącona na przejściu dla pieszych dziewczynka, jest nękana przez policję i sąd.
Historia chłopaka (oczywiście biednego), który umarł w więzieniu, bo nikt nie uwierzył w to że jest chory jako żywo przypomina historię Agaty, która umarła, bo lekarze zafiksowali się na ciąży, zapominając o tej, która w tej ciąży jest (tę historię powinni z uwagą studiować ci radykalni przeciwnicy aborcji, którzy mają w sobie jakieś resztki wrażliwości na ludzkie cierpienie). Takich historii wydarza się mnóstwo, tylko o niektórych można przeczytać w gazetach. Jestem również świadomy, że aparat państwowy czasem atakuje również (drobnych) przedsiębiorców, więc niekoniecznie dostaje się jedynie tym na samym dole (ale tym najsłabszym zrobić krzywdę po prostu najłatwiej).

Ta słabość państwa i jego lokalne wynaturzenia, w których państwo atakuje własnych obywateli powinny być dla polskiej lewicy podstawowym tematem dyskusji i budowania politycznej strategii. Problem w tym, że dla tych ugrupowań i ludzi, którzy się na lewicy rozsiedli (w parlamencie i mediach), sprawy ludzi, których nikt nie zna i którzy nikogo nie obchodzą, są całkowicie obce. Co były prezydent Kwaśniewski, który zarabia u jednego z najbogatszych Polaków, może wiedzieć o problemach Zdzisława z Pińczowa? Co Andrzej Celiński, były minister kultury, który o kulturze osobistej najwyraźniej tylko słyszał w radio, może wiedzieć o problemach młodych prekariuszy?

List Młodych Socjalistów, którzy pokazali i klasę i cierpliwość, by Celińskiemu odpowiedzieć kończy się słowami:
"Polska potrzebuje lewicy, dla której 1500 zł zarabiane przez miliony Polaków i Polek to za mało, a 21 000 Kwaśniewskiego, nie wspominając już o 50 000 za szczególne zasługi, to za dużo - nie odwrotnie."
Dokładnie tak. Polacy potrzebują państwa, które będzie stawać zawsze po ich stronie, które będzie stało na straży sprawiedliwości, które będzie broniło tych, którzy sami się obronić nie mogą (uwierzcie mi, dr Kulczyk sobie poradzi bez państwa polskiego), myślę, że można to powiedzieć wprost - chcę ludowego państwa, Polski prawdziwie Ludowej. Dla nas wszystkich.
11:42, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 grudnia 2012
681. drobne korekty
Lubię ten coroczny rytuał podsumowań.

Miniony 2012 rok był (dla mnie osobiście, ale chyba również dla wielu innych) ze wszech miar dziwny. Bardzo dużo się działo, ale nic w zasadzie się nie zdarzyło... Wykłady w Polsce, Rosji i Malezji, dwa artykuły w pismach recenzowanych (peer review), wydanie 'Dziur w Całym' to fajne, ciekawe momenty, ale (jak na razie) bez znaczącej kontynuacji. Szczególnie recepcja 'Dziur...' jest drażniąca - nie udało mi się przeczytać żadnej recenzji, która dotykałaby istoty tego, czym (moim zdaniem) jest ta książka. Spotkania promocyjne takie sobie - choć w Gdańsku bardzo udane. Na Polskę nie ma już chyba co liczyć, może coś ciekawego pojawi się odnośnie anglojęzycznego wydania, wielu ludzi zgłaszało się do mnie po egzemplarze recenzenckie... Nie znaczy to oczywiście, że książka przepadła - w rankingu na (lewicową) Książkę Roku 2012 Praktyki Teoretycznej zajęła drugie miejsce, a portalu lewica.pl czwarte. Jak na nie-lewicową książkę, to - moim zdaniem - bardzo dobre wyniki. Jest też spora szansa, że książka stanie się teoretyczną ramą kilku projektów, w których idee w niej zawarte będą testowane 'w prawdziwym życiu'. Jeśli tak się stanie, być może 'przepiszę' tę książkę na nowo, skacząc z (niemal) czystej spekulacji w (niemal) czystą empirię.

Tak więc 2012 był rokiem porządku, drobnych korekt. Ale również uchylania drzwi, szkicowania planów, niemal niedostrzegalnych ruchów dłonią. Rok zastygły przed ciosem. Wymierzonym lub otrzymanym - to dopiero się rozstrzygnie.

Słuchałem i czytałem przede wszystkim rzeczy wyprodukowanych przed 2012, również dlatego, że niewiele ciekawych (z mojego punktu widzenia) pojawiło się w roku minionym. Dzięki K. oraz sieciowym podsumowaniom przekonałem się do Grimes,



ale raczej ze spokojnym, życzliwym zainteresowaniem niż z prawdziwą fascynacją. Z polskich rzeczy - R.U.T.A z pięknym głosem Nasty Niekrasavej! Ostatnie miesiące należały zdecydowanie do GY!BE z piękną (jak zwykle) płytą Allelujah! Don't Bend! Ascend! ale przecież GY!BE kochałem i przed 2012... Generalnie rok (podobnie jak poprzednie) należał do Trenta Reznora. Tu też nic się nie zmieniło, choć słuchałem też trochę nowych - starych rzeczy (jak Glitch Mob czy Holy F* na przykład).

W kinie ten rok umknął mi zupełnie - nie widziałem chyba żadnego z 'ważnych' filmów jakie wyprodukowano w 2012. Z popularnych Batman oglądany w samolocie mnie znudził i zasnąłem, a Snow White oglądana na dwa razy dramatycznie rozczarował (choć pierwsza połowa zdecydowanie mniej niż druga).

Z książek wydanych w 2012 (oprócz własnej ofkors ;) wymieniłbym dwie - 'Fantomowe Ciało Króla', Janka Sowy (z którą przegrałem w głosowaniu PT) oraz 'Erros. Mesjański witalizm i filozofia', Agaty Bielik Robson. O książce Sowy pisałem na tym blogu i nie ma chyba sensu się powtarzać. To ważna książka, ale - moim zdaniem - bardziej publicystyczna, ważna tu i teraz, w trwającym sporze / klinczu polskiej polityki. Nie jestem przekonany, że za 5 -10 lat będzie wciąż dyskutowana. Książkę ABR czyta się doskonale, szczególnie gdy wcześniej przeczyta się wydany przez KP wywiad rzekę. Mesjański witalizm (który potraktuję jako filozoficzny upgrade do wcześniej przeze mnie deklarowanego transhumanizmu - ABR mnie zdecydowanie na mesjanizm 'nawróciła') przestaje być tylko pracą intelektu, widzimy ją jako prawdziwie żywą, osobistą spekulacje autorki. Są w tej książce niezwykle smaczne personalne kuksańce wymierzane Zizkowi, Heideggerowi czy Sloterdijkowi oraz prawdziwe 'manto', jakie ABR spuszcza Simone Weil. Całość fascynująca, z absolutnie porywającymi fragmentami, choć z mojego punktu widzenia, oparta na całkowicie błędnym dualizmie. Większość problemów, z którymi ABR się zmaga wynika z tego fundamentalnego błędu (no ale Erros, więc błąd to życiodajny!) i gdy tylko wyjść poza ostre sprzeczności: fragment/całość, życie/śmierć, jednostka(podmiot)/wspólnota cała książka traci sens. To piękna budowla, oparta jednak na bardzo wątpliwym fundamencie. Politycznie jest to książka zdeklarowanej, lekko anarchizującej liberałki. Ów anarchizujący element ma oczywiście wymiar również rewolucyjny, moi przyjaciele na lewicy (a szczególnie na kato-lewicy!) mogą więc z czystym sumieniem przysposobić tę książkę do swojego arsenału. Szczególnie przydatna może być w walce z coraz bardziej obrzydliwą formą katolicyzmu, jaki utwierdza się w Polsce (ale i na świecie, choroba bowiem ma swe źródło w Watykanie), 'masakruje' bowiem w niezwykle skuteczny i 'totalny' sposób całą naturalistyczną narrację, jaką posługują się smutni panowie w czarnych sukienkach. Zdecydowanie najlepsza, najciekawsza, najbardziej intelektualnie stymulująca książka minionego roku.

Reasumując - to był (dla mnie) dobry rok, ale prawdziwą zmianę - jak sądzę - przyniesie 2013 (nie tylko dla mnie, ale też - mam nadzieję - dla świata). Widzę wiele niezwykle ciekawych ścieżek, otwartych drzwi i wyciągniętych dłoni - nie dam Wam długo na siebie czekać! Idę w ten rok z nadzieją.
_____

[dopisane o 14:52]
I żeby nie było tak introwertycznie, to odeślę do 'miejskiego' podsumowania 2012 Joanny Erbel. Pełna zgoda co do przesunięcia dyskursu z 'artystycznego' na społeczny. To było bardzo ważne, Kongres Ruchów Miejskich w Łodzi chyba potwierdził ten pragmatyczno-społeczny kierunek, w którym Ruchy Miejskie będą podążać... Kwestie mieszkaniowe stają się najważniejsze, bo dotyczą fundamentalnych kwestii bytowych. To co wyprawiają 'czyściciele kamienic' w Poznaniu czy Warszawie (a pewnie i w innych miastach) woła o pomstę do nieba. Przy okazji - słusznie wypomina (na fb) AN pro-PiSowskiej, socjalnej prawicy absolutny fałsz owego społecznego zaangażowania, manifestowany całkowitym zignorowaniem tragedii mieszkańców 'czyszczonych' kamienic. Jak zwykle prawica potwierdza, że jest mocna w gębie i w odwoływaniu się do abstrakcyjnych (nieistniejących?) bytów, ale gdy przychodzi pomóc konkretnym ludziom to ich nie ma (no chyba, że trzeba kogoś pobić, wtedy narodowa prawica też sobie radzi).
Zobaczymy, czy w przyszłym roku dyskusja na temat re-industrializacji jako alternatywy wobec spekulacyjnego rozwoju miast będzie się intensyfikować. Mam nadzieję, że tak.
Ważnym w 2012 roku było pojawienie się pisma 'Miasta', choć osobiście wolałbym, by stało się ono oficjalnym pismem KRM (no ale to znaczy, że KRM musiałby się zinstytucjonalizować), trochę mnie niepokoi przygarnięcie 'Miast' przez Res Publikę Nową... zobaczymy co będzie dalej.
Z ciekawością czytałem też w tym roku Pressje - cieszą intelektualne poszukiwania nie-liberalnej prawicy; oraz Kontakt - na umacniającą się katolicką lewicę patrzę z sympatią i nadzieją.
Nieustannie trzyma wysoki poziom Praktyka Teoretyczna, oraz (coraz lepsze) Nowe Peryferie, dwa lewicowe pisma (szkoda że jedynie online), które nie nudzą. No i to już chyba wszystko w temacie sylwestrowo-noworocznych podsumowań 2012 roku.
12:00, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 grudnia 2012
680. s novym godom
Katolicy (częściej niż inni chrześcijanie) często oburzają się, gdy nie-katolicy (agnostycy, ateiści itp.) celebrują święta Bożego Narodzenia. Nie bardzo rozumiem dlaczego - w końcu to 'ukradzione' święta przesilenia zimowego. Jak chrześcijanie mogli sobie ten czas przywłaszczyć, to nie/post-chrześcijanie też mają (moim zdaniem) do tego prawo. A ja osobiście ten czas, gdy noc jest długa a słońce nie może się zdecydować czy powrócić, bardzo lubię. Z północy jestem, dla mnie zima ma specjalne znaczenie...

Dlatego wszystkiego dobrego wszystkim dobrym ludziom!
Nie traćcie nadziei - lepszy czas nadchodzi.



Koniec roku to też czas podsumowań. Na przykład na stronie Praktyki Teoretycznej trwa głosowanie na (lewicową) Książkę Roku 2012 - 'Dziury w Całym. Wstęp do miejskich rewolucji' są wśród nominowanych. Konkurencja jest mocna, szczególnie książka Janka Sowy wydaje się pewnym faworytem, ale gdybyście jednak uznali, że 'Dziury w Całym' są ważną, nowatorską książką - zachęcam do głosowania.

[dodano 26.12.12] I jeszcze jedno głosowanie, tym razem na portalu lewica.pl - większość tytułów inna niż te nominowane przez Praktykę Teoretyczną, ale 'Dziury w Całym' jednak są.
Również polecam się Waszej uwadze...

Ah! I jeśli ktoś nie zauważył, z boku jest link do mojej pierwszej książki 'Ideologie w Przestrzeni. Próby demistyfikacji' (Universitas 2005) udostępnionej właśnie przez wydawcę jako ebook (pdf), płatne 'co łaska'. Bierzcie i czytajcie!

I to tyle w tym roku na tym blogu.
Do przeczytania w przyszłym!
18:15, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (1) »
sobota, 15 grudnia 2012
679. antyprawicowy backlash
Na początku lat 90tych byłem katolickim (takim Pawłowym: "choćbyś mówił językami ludzi i aniołów, a miłości byś nie miał...") konserwatystą. Blisko mi było do (ówczesnego) Marka Jurka, który w wywiadzie dla miesięcznika "Powściągliwość i Praca" mówił: "Polska nie jest spółką akcyjną". Nigdy nie uwiódł mnie Korwin, nigdy specjalnie nie pociągała mnie idea narodowa (to pewnie pozostałości po liceum, gdy słuchałem Śmierci Klinicznej i Dezertera, a moją miłością była dziewczyna z punkowej załogi z Wrocławia).

Na początku XXI wieku wyjechałem z Polski. Najpierw do post-radzieckiej Rygi, gdzie szara strefa kapitalistycznej gospodarki była zdecydowanie większa niż ta kontrolowana przez państwo, gdzie post-radziecka i nowo-kapitalistyczna pogarda dla człowieka (który nie ma nowego mercedesa i domu w Jurmali) splatała się w nowe, wysublimowane wzory. Już to zderzenie z prywatnymi właścicielami miasta, z politykami, których plan polegał na 'wyrzuceniu z miasta biednych, a przyciągnięciu bogatych mieszkańców' ale też z agresywnymi nacjonalizmami (wtedy wybór w Rydze był zero-jedynkowy, albo trzymałeś z Łotyszami a nienawidziłeś Rosjan, albo odwrotnie. Dziś, dzięki bogini, to się już trochę zmieniło) popchnął mnie w odwrotnym, niż moich (byłych) prawicowych znajomych (i nie tylko - ostatecznie większą część polskiego społeczeństwa) stronę.

Potem była - jakże przyjazna kapitałowi - Irlandia. Wynajmowanie mieszkań w krajach anglosaskich jest doświadczeniem granicznym, obserwacja puchnięcia spekulacyjnej bańki również nie pozostawia obojętnym. W Irlandii zdecydowanie przesunąłem się w lewo, podczas gdy większość moich rodaków wciąż dryfowała radośnie w prawo.

W końcu Wielka Brytania. Mój stary katolicki konserwatyzm nigdy nie był ksenofobiczny, naród traktowałem po chadecku, jako jedną ze wspólnot, czasem objawiającą swą jasną, częściej ciemną stronę. Skłonności rasistowskich ani homofobicznych nigdy nie miałem, więc praca na uniwersytecie (gdzie wewnętrzne regulacje zakazują wszelkiej dyskryminacji), w środowisku studentów z wielu krajów i kontynentów, studentów mających różne preferencje seksualne  była naturalna i przyjemna. Do dziś pamiętam szkolenie dla nowych pracowników dotyczące dyskryminacji, na którym poczułem się po prostu bezpiecznie. Szacunek dla każdego człowieka był przecież fundamentem mojego katolickiego wychowania.

Gorzej z kapitalizmem. Zarówno brytyjska, ściśle klasowa, struktura społeczna, jak i coraz mocniejsza ewolucja uniwersytetu odchodzącego od kontynentalnego, humboldtowskiego  modelu w kierunku instytucji oferującej usługi edukacyjno-badawcze, budziły mój coraz mocniejszy sprzeciw.

Więc gdy dziś czytam o zmianach w polskim prawie pracy, które pozwolą nie płacić pracownikom za nadgodziny i czytam jak radośnie uzasadnia to rozwiązanie Ministerstwo Pracy, budzi się we mnie wściekłość. Droga którą przebyłem w ciągu ostatnich dziesięciu lat, zaprowadziła mnie dokładnie na przeciwne pozycje niż większość polskiego społeczeństwa. Społeczeństwa w którym by usłyszeć rasistowskie, antysemickie, homofobiczne i korwinistyczne tyrady wystarczy wsiąść do pierwszej lepszej taksówki, posłuchać radia czy obejrzeć program w telewizji. Nie trzeba wcale szukać w niszowych prawackich mediach - rasizm jest już od dawna w mejstrimie.

Droga, którą przebyłem nie jest przecież wyjątkowa. I bluźniłbym, gdybym narzekał na swoje życie. Wielu - szczególnie młodszych ode mnie Polaków - miało podobnie, tylko o wiele gorzej (choć znam też taką młodą lewicową radykałkę, która z wielkim zdziwieniem zakrzyknęła: "Ale jak to, to wy nie macie mieszkania w Polsce?!"). Lewicowość rodzi się z egzystencjalnego doświadczenia, z odarcia ze złudzeń, z odrzucenia fantazji o domku z ogródkiem, autostradach i aucie z napędem na cztery koła. Ale również z elementarnej ludzkiej wrażliwości, z empatii, której nie mają zarówno prawicowe, jak i uważające się za liberalną lewice polskie internetowe trolle (to naprawdę nie robi różnicy - hejtujący chłopcy i dziewczynki - czy poniży cię prawak czy 'lewak'). Tej empatii katolickie wychowanie wcale nie przeszkadza (a wręcz przeciwnie - ale to było 'inne' katolickie wychowanie, takie sięgające doświadczeń mojej babci z 20to lecia, czasów wojny i stalinizmu).

W pewnym więc sensie, ja wciąż stoję tam, gdzie stałem. Jestem po prostu starszy, więcej przeżyłem, mam mniej durnych złudzeń, mniej nienawiści i więcej zrozumienia dla świata i ludzi.
Więcej nadziei.
Czego i Wam wszystkim - trochę z wyprzedzeniem - na nowy, 2013 rok, życzę.


09:09, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (8) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67