Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
czwartek, 13 grudnia 2012
678. mogłem zostać aferzystą...
Skandal na Śląsku zatacza coraz szersze kręgi, a ja co rusz widzę znajome nazwiska w gazetach... Na początku lat 90tych, jako młody prawicowy idealista spotykałem tych ludzi przy różnych okazjach. Już wtedy byli pragmatyczni "wiesz, z byłymi komunistami można się dogadać..." mówili. Oraz "musimy budować własne finansowe zaplecze". No i budowali. Co prawda to "własne" chyba im się zawęziło do "rodziny na swoim", ale nie bądźmy tak drobiazgowi. Pamiętam też jakieś urodziny u WK w Katowicach, na którym Sławek Skrzypek opowiadał, że różni szemrani kolesie chcą się do AWSu przykleić i że Kaczyńscy starają się do tego nie dopuścić. Sławka wspominam dobrze, nigdy - dopóki byliśmy kolegami - nie zrobił nic, co wskazywałoby na korupcyjne ciągoty. Ale on był chyba wyjątkiem (i nie piszę tego tylko dlatego, że o zmarłych dobrze lub wcale...). Nie chcę jednak oskarżać ówczesnej prawicy, akurat tych ludzi znałem i to oni, jakimś _dziwnym trafem_ dziś w okolicach władzy i pieniędzy się znaleźli. Nie żeby byli wyjątkowo zdolni, nie żeby byli wyjątkowo pazerni, po prostu znaleźli się w odpowiednim czasie i w odpowiednich 'układach'. To jest kwestia pokoleniowa - ci, którzy na początku (i gdzieś do połowy) lat 90tych byli w stanie wejść w struktury nowego reżimu, dziś wciąż tkwią tam gdzie konfitury (z wyjątkiem nieudaczników, którzy wyemigrowali, również wewnętrznie). Nie twierdzę, że młodsze pokolenie będzie lepsze - obawiam się, że może być jeszcze gorsze - twierdzę po prostu (co nie jest żadnym przecież odkryciem), że instytucje i struktury 3RP są niewydolne, że nie są w stanie działać w oparciu o kryteria merytoryczne, lecz wciąż przeżarte są pozostałościami nie tyle po PRLu (również), ale właśnie tym niekompetentnym kombatanctwem, które dorywało się do żłobów w latach 90tych.
To taka lekcja dla nas (dla Was?), śniących o rewolucji/zmianie... bez budowania otwartych instytucji (instytucji/granic) będziemy (albo będziecie) tylko replikować tą samą zgniliznę... Samo dorwanie się do władzy to bułka z masłem - każdemu może się przytrafić. Problem zaczyna się następnego dnia rano. Po to należy projektować czas _po_ rewolucji już teraz. Rewolucja zdarzy się sama. Rewolucja wybuchnie gdy się jej nie będziecie spodziewać.
19:48, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (2) »
środa, 12 grudnia 2012
677. pluralistyczny inkluzywizm (+ prywata)
Wczoraj 1szy rok M.Arch miał oddanie projektów. Pierwszy semestr to tak zwana 'strategia urbanistyczna' - coś pomiędzy manifestem politycznym, biznesplanem a studium uwarunkowań. Siedem zespołów (tym razem praca w zespole była obowiązkowa), bardzo ciekawe projekty (pewnie za chwilę pojawią się obrazki na studenckim blogu, to dorzucę), ale każdy z nich jednak jednostronny, ograniczony. Nie jest to zarzut - w ciągu sześciu tygodni można zrobić tylko ograniczoną ilość analiz i dojść do ograniczonych konkluzji. Nie mam z tym problemu, nie spodziewam się przecież od studentów by opracowali strategię, którą można by zacząć wdrażać od jutra, a raczej cząstkową strategię, która od jutra można zacząć dyskutować. Niestety, nasi pierwszoroczniacy nadal tkwią w mentalności wyniesionej z architektonicznych programów BA (nie tylko w UK), w tej nieznośnej architektonicznej narracji 'ja-moje'. Gdy zadałem pytanie, czy z tych wszystkich przedstawionych strategii, w drodze negocjacji, można by zbudować polifoniczną narrację dla Plymouth, większość odpowiedziała 'nie, w żadnym razie, nasza strategia jest wyjątkowa i próba łączenia jej z inną absolutnie nie może się udać'. Jak się domyślacie, nie jest to odpowiedź, jakiej bym oczekiwał. Jeśli na tym etapie, traktują oni swój projekt jako skończoną, pełną propozycję, no to mamy problem... No ale mam jeszcze półtora roku, by im takie myślenie z głowy wybić i biorąc pod uwagę gdzie dziś są studenci drugiego roku, jestem dość optymistyczny, że mi się uda to zrobić.

Problem oczywiście jest głębszy - polega na utożsamieniu jedności i pełni. Dla moich studentów wciąż istnieją tylko dwie drogi:
liberalna (postmodernistyczna?) różnorodność cząstkowych narracji, albo totalitarna jedność, zrównująca wszystko do z góry założonego modelu.

Moim zdaniem istnieje inna droga, droga uniwersalistycznego pluralizmu, która szanuje odmienność intymności, tworząc równocześnie uniwersalną, spajającą narracje (po szczegóły odsyłam - jak zwykle do mojej ostatniej książki, szczególnie do rozdziałów 'Miasto inkluzywne, ale niedemokratyczne?' oraz 'Miejska Wielość').

___
Czas na prywatę, a nawet dwie.

Chciałbym zareklamować dwa teksty - jeden do czytania (w którym występuję, jako niestrudzony apostoł socjalizmu).

Drugi do słuchania. Oba są jakoś tam związane z nadchodzącymi świętami, więc jak ktoś chcę się w nastrój wprowadzić - polecam (ale skarg i reklamacji nie przyjmuję).


10:34, krzysztof_nawratek , inne
Link Komentarze (2) »
sobota, 08 grudnia 2012
676. w obronie struktury - notki do wykładu
Wczoraj miałem przyjemność być obecny głosem (przez moment obrazem) w Krakowie, na konferencji 'po kapitalizmie'.
Dla zainteresowanych - notatki z których korzystałem w moim wystąpieniu. Dość duże skróty i uproszczenia (wykład miał trwać jedynie pół godziny), to zapis 'na brudno', 'roboczy', postaram się rozwinąć to w solidny tekst w niedalekiej przyszłości.

___

 20:30-21:00, 7 grudnia 2012| krzysztof nawratek, granica/instytucja czyli prowizoryczna rewolucja

hegemoniczna logika kapitalizmu niweluje wszelkie granice, znosi wszelkie różnice, zrównuje wszystkich w paradygmacie producent/konsument. wydawać by się mogło, że konserwatywne, pre-kapitalistyczne instytucje – takie jak rodzina, wspólnota religijna czy naród, które posiadają wewnętrzną logikę różną od logiki kapitalizmu, powinny stanowić oczywiste wyzwanie i zaporę dla kapitalistycznego wpływu. ale mamy dziś do czynienia z pełną symbiozą najbardziej wynaturzonego/uwolnionego kapitalizmu z opresyjnymi instytucjami pre-kapitalistycznego świata. postaram się pokazać, w jaki sposób granice/instytucje mogą tworzyć i osłaniać poza-kapitalistyczne i emancypacyjne logiki oraz dlaczego »naturalnym« środowiskiem dla ich powstawania/działania jest miasto.

1. PODMIOTOWOŚĆ

Wystawa 'Chwała Miasta' organizowana przez Bec!Zmiane używa tego cytatu.

Prawdziwa miejska zmiana, która jest niezbędna, rozpoczyna się nie od zdobycia władzy, lecz od zrozumienia mechanizmów prowadzących do odbudowy podmiotowości miasta, do odzyskania przez miasto możliwości kształtowania swojego własnego losu, swojej przyszłości.

Krzysztof Nawratek, Dziury w całym. Wstęp do miejskich rewolucji, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2012

Jeśli zamienimy 'miasto' na 'państwo' lub jeszcze lepiej 'Polskę' to to zdanie mogłoby znaleźć się w programie dowolnej prawicowej (i to nawet bardzo prawicowej) partii... Jeśli więc będę chciał dziś mówić – pozytywnie – o a-kapitalistycznych/tradycyjnych strukturach społecznych, takich jak rodzina, naród czy wspólnota religijna, to oczywiście tylko pogłębię wrażenie, że mimo wydania w Krytyce Politycznej, moja najnowsza książka to w istocie bardzo prawicowy tekst. Przyznam szczerze, że trochę jestem rozczarowany, że nikt takiej recenzji (jeszcze) nie napisał, lecz z drugiej strony, chciałbym wyjaśnić dlaczego mimo pewnych elementów często wiązanych z prawicą, projekt polityczny, jaki w „Dziurach w Całym” starałem się opisać, jest jednak bardziej na lewo, niż na prawo.

Chciałbym więc krótko dziś rozważyć dwa – kluczowe dla mojej książki – pojęcia:

  • tytułową 'dziurę w całym'

  • 'granicę/instytucję (interfejs)

2. PRZESTRZENNE I NIE-PRZESTRZENNE ALTERNATYWY DLA KAPITALIZMU

Zacznijmy więc od tego, że spóbujmy pomyśleć w formie przestrzennego diagramu słynną tezę Róży Luksemburg o relacji pomiędzy kapitalizmem a nie-kapitalistycznymi strukturami, które kapitalizm pożera by żyć,

potem

tezę Edwarda Glaesera o strukturach nie-rynkowych, bez których rynek nie może funkcjonować,

również

Georgesa Sorela ideę cite jako wyrwanej, autonomicznej społeczności, niepodlegającej wpływom rynku,

wreszcie Hardta i Negriego idea 'tego co wspólne',

by w końcu dojść do wnętrza kapitalistycznej ekonomii i zatrzymać się na 'wewnętrznych kosztach transakcyjnych'. Możemy do tej kolekcji dorzucić jeszcze Michaela Foucaulta 'heterotopię', ale to jest trochę zbyt oczywiste – sam Foucault podawał przykłady instytucji i miejsc (jak szkoła, szpital czy cmentarz), jest to zresztą pojęcie z dużym upodobaniem wykorzystywane przez architektów. Pewnie jeszcze moglibyśmy wspomnieć Hakima Beya i jego Tymczasowe Strefy Autonomiczne i moglibyśmy tak wymieniać i wymieniać.

Spróbujmy jednak pomyśleć o tych pojęciach jako przestrzeniach.

W przypadku Róży Luksemburg, Edwarda Glaesera czy Sorela – jak również w przypadku wewnętrznych kosztów transakcyjnych - sprawa jest dość prosta – przestrzennie te pojęcia łatwo dają się wyobrazić jako rozłączne terytoria. Łatwo byłoby naszkicować mapę – tu kapitalizm i rynek, a tam nie.

W przypadku Hardta i Negriego sprawa jest bardziej skomplikowana, tu mapa nie wystarczy, nie mamy do czynienia z dwuwymiarową płaszczyzną, lecz z przestrzenią (co najmniej) trójwymiarową. To co wspólne powstaje pomiędzy/obok/pod/nad kapitalizmem, być może jest to wręcz osobny wymiar. Problem z 'tym co wspólne' polega na tym, że autorzy skupiają się przede wszystkim na jej powstawaniu a nie definiowaniu, wydaje się też, że jeśli już dochodzimy do jakiejś definicji, to 'to co wspólne' staje się rodzajem magmy, jednolitą przestrzenią, bez wewnętrznych różnic, bez struktury.

W przypadku Hakima Beya pojawia się czas – to samo miejsce jest i nie jest autonomiczne (dziś jest, jutro nie jest), dlatego nie będę zajmował się TSA, a nawet więcej – uznaję je za nieistotne w kontekście rozważań o tym co 'po kapitalizmie'. Uważam idee Beia za ślepą uliczkę (choć opartą na dobrych intuicjach).

3. INSTYTUCJE A-KAPITALISTYCZNE (Z ZASTRZEŻENIAMI):

  • RODZINA (KLAN)

  • NARÓD

  • WSPÓLNOTA RELIGIJNA

Wszystkie te pojęcia i idee dotyczą innych niż rynkowe – choć przynajmniej częściowo przez rynek produkowanych/wykorzystywanych – logik funkcjonowania. Za wyjątkiem teorii kosztów transakcyjnych – a więc mejstrimu kapitalistycznej ekonomii, w której logika zysku jest wciąż horyzontem myślenia – wszystkie 'inne' logiki, przez krytyków kapitalizmu były opisywane niezwykle ogólnie. Wygląda to tak, jak gdyby jedynie kapitalizm posiadał wyraźną, zdolną do badania i opisu strukturę, podczas gdy to co na zewnątrz niego, jest czystym chaosem/naturą/potencjalnością. Hardt i Negri skupiają się na opisie tego jak to co wspólne jest wytwarzane, uciekając od zdefiniowania czym ono jest. Jest to szczególnie dziwne i rozczarowujące, że mówią oni o instytucjach poprzez które mamy dostęp do tego co wspólne – rodzina, naród i korporacja, jednocześnie jednak odrzucają te instytucje jako zepsute i złe. Zarzuty stawiane tym trzem instytucją społecznym są zrozumiałe – H&N zarzucają im ekskluzywizm oraz wewnętrzną, hierarchiczną strukturę. Pozostając jeszcze chwilę przy Rzeczy-Pospolitej, również idea exodusu raczej otwiera możliwość chwilowego wyjścia poza system, nie gwarantuje jednak wytworzenia alternatywy. Przykłady o których piszą H&N – wolne oprogramowanie czy wolne uniwersytety - bardzo łatwo są przez kapitalizm wchłaniane, do pewnego stopnia są czymś w rodzaju hobby, jak zbieranie muszelek czy wędkarstwo, bez znaczenia, raczej wzmacniając kapitalistyczny system kontroli i produkcji, niż go osłabiając.

'TO CO WSPÓLNE' JEST AMORFICZNE I HOMOGENICZNE (JAK POWIETRZE). POWYŻSZE PRZYKŁADY SĄ ŹLE DOBRANE

Dlatego pozostanę przy przestrzennych wyobrażeniach alternatywnych logik oraz przy tych trzech 'tradycyjnych' porządkach, o których wspomniałem na początku (rodzina, naród, wspólnota religijna). Wydzielona przestrzeń jest ważna z dwu powodów

  • po pierwsze nasze ciała również są przestrzenne

  • po drugie przestrzeń jest łatwiejsza by ją wydzielić, a jeśli możemy ją wydzielić, to możemy ją odróżnić i obronić. Mimo tego, że generalnie zwalczam podział wróg-przyjaciel jako fundament polityczności, akceptuje takie rozróżnienie jako tymczasowe narzędzie.

CZY ALTERNATYWA NIE MOŻE MIEĆ STRUKTURY? CO ZŁEGO JEST W STRUKTURZE CZY HIERARCHII?

4. DEFINICJA 'DZIURY W CAŁYM'

'Dziura' (w całym) ma potrójne znaczenie.

Po pierwsze, odwołuje się do intuicyjnego wyobrażenia przestrzeni bez specjalnego przeznaczenia – miejsca pod mostem, pasa trawy przy drodze, pozostałości po niedokończonej inwestycji itp. czy do potencjalności.

Po drugie, nawiązuje do cioranowskiego rozumienia pustki, jako nie-bytu przerywającej ciągłość. Tu ważniejsze jest jednak funkcjonalne a nie ontologiczne znaczenie owej pustki – ważne, co ona robi (zakłóca, przerywa, blokuje) a nie czym jest.

Wreszcie po trzecie, 'Dziura' nawiązuje do idei pustki (void) w rozumieniu Alaina Badiou, czyli Realnego poza Reprezentacją. Taka 'dziura' to nadmiar, a nie brak. Nadmiar, do opisania którego nie ma (jeszcze) języka/narracji.

'Dziura w Całym' jest więc przestrzenią częściowo hipotetyczną, której ostateczna aktualizacja/weryfikacja następuje post-factum. Jest to jednak równocześnie przestrzeń jak najbardziej rzeczywista. W planie obowiązującego paradygmatu/narracji ważne są dwie pierwsze cechy 'Dziury', w planie rewolucji/zmiany, pojawia się trzecia. Nie mamy tu jednak do czynienia z biernym oczekiwaniem na Wydarzenie, któremu będziemy mogli Zawierzyć, lecz raczej z wyzwaniem 'wolności kreacji'. Nadmiar 'Dziury w Całym' jest więc zadaniem znalezienia nowej narracji, po inżyniersku powiedzielibyśmy – nowego zastosowania. Na ile to nowe zastosowanie będzie odmienne od obowiązującej narracji i będzie TRWAŁE, na tyle istotna (czy 'duża') będzie owa dziura.

5. DEFINICJA GRANICY/INSTYTUCJI: chroni i wydziela lecz równocześnie zmienia relacje, tworzy nową opowieść. Dwa nieudane i jeden „projektowany” – przykłady:

  • Unia Europejska: pojawiły się nowe nacjonalizmy, pojawiły się mocne regionalizmy, szczątkowa świadomość Europejska. Unia jest niedoskonałą, nieudaną granicą/instytucją. Ale mogłaby być przykładem udanym.

  • Świeckie państwo – choć przykład Francji jest moim zdaniem kontrowersyjny i działa (co pokazał spór o chusty) w zły, opresyjny sposób. Ale w przypadku Malezji pozwala wyjść poza prawo religijne.

Przykład projektowany: zreformowana instytucja rodziny – chroniona struktura, bez definiowania jak jest ukształtowana (związki jednopłciowe, rodziny wieloosobowe etc.)

PROBLEMEM NIE JEST RÓŻNICA/TOŻSAMOŚĆ LECZ ZAMKNIĘTA AUTARKICZNA PODMIOTOWOŚĆ.

ROZWIĄZANIEM NIE JEST 'PŁYW'/MAGMA, AMORFICZNOŚĆ I ODRZUCENIE STRUKTURY, LECZ STRUKTURA WŁAŚNIE, STRUKTURA SEKWENCYJNA, RYTM ZMIANY

ORAZ

w nawiązaniu do cytatu od którego zacząłem

HYBRYDOWA PODMIOTOWOŚĆ. LECZ WCIĄŻ PODMIOTOWOŚĆ



09:37, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 grudnia 2012
675. za ścianą impreza
Nie mam nic do anarchistów. Naprawdę. Niektórych wspomagam finansowo, z uznaniem wypowiadam się - w mowie i na piśmie - o innych. Doceniam praktykę działania - skłoty, ruch lokatorski i wiele innych. Po prostu fundamentalnie nie zgadzam się z - mocniej lub słabiej artykułowanym - odrzuceniem instytucji. Nie bardzo wierzę też w istnienie społeczeństwa wolnego od wszelkiej opresji - bo każda konwencja, zasada, prawo jest z definicji opresyjne. I nie przekonuje mnie argument dobrowolności - że gdy przystępujemy do jakiejś struktury i dobrowolnie uznajemy jej wewnętrzne regulacje to dobrze, a gdy nie mamy takiego wyboru - to źle. Choćby dlatego, że rodzimy się w określonym środowisku kulturowym i językowym, rodzimy się (przeważnie) w takiej albo innej rodzinie, która nas w określony sposób kształtuje... No ale dobrze - rozumiem, to jest na początku, potem dorastamy i się z tych dziecięcych struktur wyłamujemy - rewidujemy swoje relacje z rodzicami, uczymy się innych języków, przyjmujemy inne kody kulturowe. Nic z tego jednak nie dzieje się w próżni, wszystko jest reakcją na opresję, która nas ukształtowała.
Ta niechęć do instytucji jest niebezpieczna - przez nią instytucje nie znikają, my po prostu oddajemy nad nimi kontrolę innym. My możemy sobie państwa nie lubić, ale to państwo ostatecznie ma policję, sądy czy choćby straż pożarną. To w końcu nie przypadek, że ruch Occupy miał tyle problemów z regulacjami dotyczącymi bezpieczeństwa czy higieny. Można oczywiście z państwem grać w kotka i myszkę (co wielu anarchistów opanowało w stopniu budzącym szacunek), ale czym - oprócz moralnego zwrotu - różni się to od działań korporacji czy milionerów wykorzystujących kruczki prawne, by nie płacić podatków? A przecież państwo, szczególnie dziś, nie jest najgorszą z instytucji, wspomniane korporacje mają o wiele mniej przejrzystą i podatną na zewnętrzną kontrolę strukturę.

Walka powinna się więc toczyć o kontrolę instytucji, o ich efektywność i o to, by stały po jasnej stronie mocy, a nie o to, czy powinny istnieć. Bo powinny - dzięki nim następuje postęp technologiczny i naukowy (by wspomnieć choćby CERN) ale też postęp społeczny. I tak, oczywiście, instytucje są opresyjne - cała sztuka polega na tym, by ich opresyjność dotyczyła również ochrony naszej intymności przed inną, niekontrolowaną, przemocą - choćby w postaci Prawa Pracy, chroniącego - przynajmniej do pewnego stopnia - prawa pracowników przeciw samowoli pracodawców. Ten przykład zresztą dobrze pokazuje niebezpieczeństwo takiego anty-instytucjonalnego resentymentu. W ten sposób wzmacnia się korwinistyczna choroba, na którą cierpi duża część polskiego społeczeństwa. Ma to też związek z architekturą, bo anty-instytucjonalizm łączy się z 'budownictwem naturalnym', do którego też nic nie mam (słowo harcerza, wieloryp!), ale które nie rozwiąże wszystkich problemów współczesnego świata. Podobnie z GMO - na ile rozumiem ten spór, to nie niepokoi mnie samo GMO jako biologiczna innowacja (w końcu mam ciągoty H+), lecz to, 'kto za tym stoi'. Uspołecznijmy Monsanto, facebooka i googla; ograniczmy/zreformujmy tzw. 'prawa autorskie' a świat będzie piękniejszy ;)

A notka powstała, bo za ścianą sąsiad z kolegami postanowił sobie powrzeszczeć, a na dodatek strasznie mnie rozśmieszył ten klip:


I choć wersja oryginalna też jest fajna, to wersja R.U.T.A bardzo mi się podoba:

Zresztą cała płyta - moim zdaniem - super!

00:36, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 listopada 2012
674. rynkowy antykapitalizm?
W ostatnim numerze miesięcznika Znak, Marzena Zdanowska zadaje pytanie, czy pożywienie powinno być traktowane tak jak każdy inny towar, czy raczej, jak prawo człowieka (ciekawy raport dotyczący problemów z wyżywieniem, również wśród klasy średniej w UK, opublikował ostatnio Guardian nie jest więc to jedynie problem krajów rozwijających się, czy generalnie uznawanych za biedne...). W tekście tym, powołuje się ona na niezwykle interesującą książkę Michaela Sandela, What Money Can't Buy. The Moral Limits of Markets. Książka ta nie jest pisana z pozycji rewolucjonisty z nożem w zębach, a raczej 'konserwatyzującego' liberała, którego przepełnia niesmakiem (estetycznie odrzuca?) fakt, że niemal wszystko jest na sprzedaż (w tym fragmenty ludzkiego ciała). Sandel nie atakuje rynku jako takiego, lecz jedynie fakt, że logika rynku stała się wszechobecna, stała się totalna, wymywając wszelkie inne logiki. To etyczne oburzenie jest dość podobne (zresztą - sam Sandel o tym pisze) do postawy 'Oburzonych', ale również reakcji mediów głównego nurtu na kryzys roku 2008. Wszystko to składa się na hasło:
Kapitalizm tak - wypaczenia nie!
I nie piszę tego, by etyczne oburzenie wyśmiewać - Jadwiga Staniszkis wielokrotnie wskazywała na etyczne podstawy ruchu Solidarności i odrzucenia realnego socjalizmu, trudno zignorować fakt, że to fundamentalne rozróżnienie pomiędzy dobrem a złem organizuje ludzkie postępowanie (oczywiście do pewnego stopnia jedynie - wciąż będę wracał do idei 'struktur grzechu', a więc sytuacji, gdy tego wyboru jesteśmy pozbawieni). Wydaje mi się po prostu (i znowu muszę odesłać do mojej ostatniej książki), że wyznaczenie granic pomiędzy różnymi logikami, które organizują nasze życie (bo przecież wciąż - mimo wszystko - rynek nie pożarł wszystkiego do końca, wciąż resztki przed-rynkowych logik istnieją) jest fundamentalnym zadaniem politycznym, daleko wykraczającym poza etyczny sprzeciw. Dobrym przykładem konsekwencji destrukcyjnych tendencji kapitalizmu jest niemal całkowite urynkowienie budownictwa mieszkaniowego (oczywiście istnieje związek pomiędzy urynkowieniem kwestii związanych z wyżywieniem i tych związanych z mieszkaniem - właśnie na poziomie etycznym, w świetle dyskusji o prawach człowieka - 'mieszkanie prawem nie towarem'. Tu przy okazji warto zauważyć, że skrajna nacjonalistyczna prawica odrzuca idee praw człowieka, co sprawia, że staje się ona - do pewnego stopnia wbrew własnym intencjom - najlepszym sojusznikiem neoliberałów i globalnych rynków). Urynkowienie budownictwa mieszkaniowego łączy się jednak przede wszystkim ze spekulacyjnym kredytem, co kryzys roku 2008 udowodnił aż nadto boleśnie. Budownictwo mieszkaniowe jest niemal czystą bańką spekulacyjną (ceny mieszkań rosną bez związku z kosztami budowy), opartą o 'biopolityczny kredyt', tworzący 'wiecznych dłużników'. Budownictwo mieszkaniowe jest jednak ekonomicznie 'martwe' (według przed-hiperspekulacyjnej logiki wczesnego i dojrzałego kapitalizmu), mieszkanie przecież nic nie produkuje - oprócz produkcji biopolitycznej, dlatego też kredyt jest biopolityczny dotyczący fundamentów ludzkiego przetrwania. A przecież to właśnie nadmiar 'pustego/wirtualnego' pieniądza pochodzącego z kredytu, jest fundamentalnym problemem współczesnej gospodarki. W kontekście europejskich miast, gdzie produkcja przemysłowa została/zostaje zastąpiona spekulacjami nieruchomościami konsekwencje są oczywiste - miasta są i będą coraz bardziej - bankrutami.
Pozostaje więc pytanie postawione w tytule tej (chaotycznej/dygresyjnej) notki - czy rynek jest tożsamy z kapitalizmem? Czy może istnieć niekapitalistyczna gospodarka rynkowa? Na te pytania postaram się odpowiedzieć* 8go grudnia podczas wykładu w Krakowie na konferencji 'po Kapitalizmie, od egoizmu do wspólnoty' na którą serdecznie zapraszam!
_____
*będę obecny głosem i obrazem w sobotę o 20.45
08:29, krzysztof_nawratek
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 listopada 2012
673. poza post-katolicyzm
Będąc w PL tradycyjnie już kupiłem numer Pressji. Tym razem z jeszcze większym przekonaniem, niż poprzednio. I nie zawiodłem się - jak już kiedyś pisałem, gdyby Polska była rządzona przez jakąś lewicową partię, prawdopodobnie zostałbym fanem tego pisma. No ale cóż - wciąż wypada mieć nadzieję, że albo Polska w końcu przestanie być prawackim skansenem, albo Pressje przejdą na jasną stronę mocy.

Już numer poświęcony mesjanizmowi wzbudził negatywne komentarze korwinistycznych sekciarzy, najnowszy - poświęcony ekonomii trynitarnej - również zdenerwował i oburzył co bardziej darwinistycznie zorientowanych prawicowców. Z mojego punktu widzenia, to co denerwuje kapitalistycznych fundamentalistów - wszelkie próby wyjścia poza kapitalistyczną logikę zysku i straty, odrzucenie zrównania pieniądza z wartością czy generalnie uznanie ekonomii za naukę normatywną, zadającą pytanie 'po co to wszystko'?  zasługuje na zainteresowanie i szacunek. Szczególnie, że niektóre intuicje formułowane przez autorów Pressji zgadzają się z uniwersalistyczną perspektywą 'Dziur w całym' (przykro mi, ale przez jakiś czas będę się na tę książkę powoływał). W kluczowym dla tego numeru tekście Marcina Kędzierskiego, co rusz natykałem się na fragmenty, które witałem oklaskami. Gdy pisał on (krytycznie) o działalności filantropijnej jako zewnętrznej wobec rynku, przypomniało mi to moje rozważania o 'zabrudzaniu pieniądza' tak by stał się on bardziej związany z życiem, by przestał być idealnie gładkim, zewnętrznym wobec kultury i 'ekonomii' (gdzie ekonomia jest rozumiana jako nauka pochodząca od pojęcia oikos - w opozycji/uzupełnieniu polis) przepływem; gdy przeciwstawiał się myśleniu hybrydowemu, przywodzi to na myśl moje odrzucenie magmy i gloryfikacja przerwania/pustki. Ciekawa bardzo jest też uwaga, że '...koncentracja wyłącznie na więzach rodzinnych, bez ich przekraczania, nie jest pełną realizacją relacyjnej istoty człowieka, a zatem uniemożliwia powstanie w pełni trynitarnego społeczeństwa' co współgra z tym co ja pisałem o wspólnotach lokalnych (i szerzej - z ideą granicy/instytucji) a także rezonuje z niektórymi konceptami Hardta i Negriego z 'Rzeczypospolitej'.

Wszystko to oczywiście jest bardzo budujące, lecz czytając Pressje (szczególnie tekst o antropologii trynitarnej, ale również teksty o teologii negatywnej) coraz bardziej stawiałem sobie pytanie, na ile mój deklarowany post-katolicyzm wynika z prostego stwierdzenia skąd przychodzę, a na ile jest jeszcze intelektualnie użyteczny. Pytanie to ma znaczenie w kontekście mojej fascynacji uniwersalizmem - czy jest on możliwy w kontekście monoteistycznej teologii (nawet osłabionej poprzez idee trynitarną)? czy też raczej, używam tych schematów myślenia po prostu dlatego, że innych nie mam i trudno byłoby mi w tej chwili zapomnieć mój kulturowy bagaż i przejść na pozycje - powiedzmy - posthinduistyczne. Być może jednak, nie ma to pytanie aż takiego znaczenia - ważna jest raczej funkcjonalność i efektywność wykorzystywanych narzędzi, niż narzędzia jako takie.

Wracając do Pressji i intelektualnej ekwilibrystyki, jaką uprawiają jej autorzy warto wspomnieć T.S. Eliota (przywołanego ostatnio przez Slavoja Zizka), który twierdził, że są takie chwile, gdy jedyny wybór istnieje pomiędzy herezją a niewiarą. Jeśli z jednej strony mamy plemienny polski katolicyzm, a z drugiej scjentystyczny prymitywizm 'nowego ateizmu'*, wydaje się, że wrażliwi i myślący katolicy nie mają za bardzo wyjścia i że za jakiś czas spotkamy się w innym miejscu, po jasnej stronie mocy...
________

* Również w kontekście tragicznej śmierci Savity Halappanavar. Tu całkowicie zgadzam się z komentarzem Gavana (którego naprawdę trudno oskarżyć o bycie niewystarczająco lewicowym):

Gavan uważa (moim zdaniem całkowicie zasadnie), że Dawkinsowi chodzi przede wszystkim o ideologiczną krucjatę, o to by dowalić kościołowi  a nie o tragiczną śmierć Savity. W tym sensie, zarówno katoliccy antyaborcjoniści jak i Dawkins są przedstawicielami prawdziwej 'cywilizacji śmierci'.
17:55, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 12 listopada 2012
672. każdy może zostać faszystą
No i doczekaliśmy się naszej własnej, swojskiej, skrajnej prawicy.
Szukanie winnych jest zadaniem zbyt łatwym - media, politycy, kościół katolicki, w gruncie rzeczy wszyscy, którzy obecni są w sferze publicznej. Przenoszenie dyskusji z kwestii egzystencjalnych/społecznych na kulturowe, akceptacja dla języka nienawiści ('ulubiony i liberalny' biskup GW, niejaki Pieronek mówiący o polewaniu kwasem feministek to tylko jeden z wielu przykładów), przyzwolenie na pogardę i wykluczanie tych, którzy nie są 'nasi'. Również nazywanie faszystami wszystkich, którzy nie mieszczą się w demo-liberalnym schemacie.

Mamy więc naszych swojskich oburzonych, którzy odrzucają liberalny egoizm, którzy poszukują tego co wspólne, którym nie wystarcza perspektywa 'ciepłej wody w kranie' (bo być może tej perspektywy nie mają). Nie, oczywiście nie usprawiedliwiam nacjonalistów, nie twierdzę, że do 'dobrzy, zagubieni chłopcy'. Każdy z nich świadomie wybiera zło.
I piszę zło z pełną odpowiedzialnością. Wspólnota i sens którego poszukują jest zły, bo fałszywy. Wyklucza i odrzuca. U zarania ruchu narodowego leżało dążenie do włączenia w naród tych warstw społecznych, które wykluczali przedstawiciele postszlacheckiego konserwatyzmu (przede wszystkim chłopstwa). Jest więc w endecji element pozytywny, element emancypacyjny i inkluzywistyczny. Co stało się z endecją później, gdy ewaluowała w plemienny kult swoich przeciw obcym, też oczywiście tkwiło w niej od początku. Endecja sprzeciwiała się socjalistom, odrzucając walkę klas i podział wspólnoty politycznej, lecz sama definiowała podmiot polityczny bardzo mocno i brutalnie kreśląc jego granice i wyrzucając wielką część polskiego społeczeństwa poza niego. Dzisiejsi nacjonaliści odwołują się oczywiście do tego co w endecji najgorsze, najbardziej prymitywne i plemienne. Ewolucja polskiego katolicyzmu w religię plemienną, przeciw idei katolickiej (a więc powszechności) tylko ten proces wzmacnia.

To oczywiście powoduje, że RN jest anachroniczny i pozostanie ugrupowaniem marginalnym. Nawet jeśli wejdzie do parlamentu (w co szczerze wątpię) to PiS zrobi z nim to co zrobił z LPRem i Samoobroną. Nie znaczy to jednak, że nic się nie stało i nie ma się czym przejmować. PiS zniszczył LPR i Samoobronę stając się nimi. Jeśli więc JarKacz wygra z liderami RN (co wydaje się oczywiste), stanie się to kosztem dalszego przesuwania się tego ugrupowania na prawo.

Przeczytałem wywiad-rzekę z Agatą Bielik-Robson, w którym klarownie opisuje ona skąd wzięli się dzisiejsi publicyści Uważam Rze i tzw. 'intelektualne zaplecze PiSu'. Bardzo podobny mechanizm produkuje dziś naszych 'oburzonych nacjonalistów'. Gdy sięgam pamięcią do początku lat 90tych, wspominam własne lektury w gronie moich prawicowych przyjaciół. Czytaliśmy i socjalistów i endeków, lecz żadna z tych narracji nie wydawała nam się przekonująca. Brnęliśmy więc w tereny zajmowane przez ezoteryczną prawicę (lewica jednak po PRLu była mało sexy), niektórzy z nas (jestem dumny, że ja nie) zaliczali chwilowy flirt z korwinizmem. Nikt z nas jednak nie został faszystą. Moi ówcześni przyjaciele (PS, PStr, RM, TM, BP i GP również FL - wszystkim im jestem wdzięczny za dyskusje i wspólne lektury) są dziś w korporacjach, w edukacji, w PO, w służbach państwowych. I choć od ponad dziesięciu lat to już nie są moi przyjaciele, to nie jest moje środowisko, z niektórymi chętnie bym się spotkał na kawę (choć inni budzą mój głęboki niesmak). W latach 90tych mieliśmy nadzieję, nie czuliśmy się jakoś specjalnie zmarginalizowani, wiedzieliśmy, że - przynajmniej teoretycznie - istnieją ścieżki, którymi wejdziemy w dorosłość i staniemy się pełnoprawnymi cząstkami społeczeństwa.

Dziś jest inaczej, dziś nadzieja się zagubiła, a tym co nas wszystkich (którzy nie zdążyli się załapać na jakiś dobry 'układ') łączy, jest poczucie niepewności i powszechnej niesprawiedliwości. Niektórzy zostają więc cynicznymi egoistami, innych frustracja prowadzi na ścieżki plemiennej lub sekciarskiej nienawiści.

Powstanie Ruchu Narodowego jest symptomem choroby, jaką jest kolonialny, neoliberalny kapitalizm lecz również schmittiańska wizja polityczności, opartej na wykluczeniu, na podziale przyjaciel-wróg.
W mojej najnowszej książce zarysowałem alternatywę, oparty o horyzont pełnej inkluzywności uniwersalizm. Na spotkaniach w Warszawie, Łodzi i czy Gdańsku, starałem się przekonywać, że to nie jest utopia, lecz realna perspektywa, realny program ideowo-polityczny. W większości przypadków, spotykało się to z odrzuceniem, uznawano że to bzdura lub w najlepszym razie utopia. No cóż... odrzucacie uniwersalizm, pozostaje wam konflikt, pogarda i wykluczenie. Na pierwsze danie - Ruch Narodowy.
Smacznego.
11:46, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (5) »
piątek, 09 listopada 2012
671. dużo, intensywnie, dobrze
Ostatnie trzy tygodnie były niezwykle intensywne, czas by spróbować je jakoś podsumować (choć pewnie szczegółowe wątki będą powracać).

Przede wszystkim, wraz z moimi studentami byliśmy w Warszawie, w Ursusie, na zaproszenie Stowarzyszenia Rozwoju Ursusa. Muszę tu publicznie podziękować za zaproszenie nas i organizacje naszego pobytu - w tym spotkań z przedsiębiorcami i ludźmi związanymi z Ursusem. Wszystko odbyło się perfekcyjnie. Spotkaliśmy się również z przedstawicielami UM Warszawa i to również było niezwykle interesujące spotkanie. Niestety nie udało spotkać się z deweloperem, który deklaruje chęć budowy osiedla mieszkaniowego na terenach po byłych zakładach Ursus. Mimo ponawianych prób, przedstawiciel dewelopera nie był zainteresowany/a spotkaniem z nami. No cóż - nieobecni nie mają racji...

Przy okazji pobytu w Polsce, wziąłem udział w dyskusji z Fran Tonkiss w Emilce o mieście post-kapitalistycznym. Moim zdaniem (ale też zdaniem moich studentów) bardzo udanej dyskusji.

Wykorzystałem też czas w Polsce na inne aktywności (kilka spotkań towarzyskich, na wszystkie które planowałem nie starczyło czasu), przede wszystkim warsztaty o mieście z przedstawicielami klubów KP (z wielu miast - od Cieszyna po Gdańsk) - bardzo dziękuję za organizacje i przybycie; ale także na trzy spotkania dyskusyjne wokół mojej najnowszej książki. Najpierw w Warszawie, chyba najmniej udane, mam wrażenie, że niewiele osób na sali przeczytało książkę, a obecność wiceprezydenta Warszawy (który przeczytał tylko 17 stron książki) w panelu przesunęła dyskusję w poza-książkowe sfery.
Potem Łódź - całkiem udane spotkanie (mimo blipowych komentarzy ludzi z okolic 'nieistniejącego ttdknu. To przykre, że niegłupi przecież ludzie, o liberalno-lewicowej wrażliwości pozostają uwięzieni w mentalności licealistów. Mogliby coś zrobić pożytecznego, ale najwyraźniej łatwiej, bezpieczniej jest pozostawać po prostu internetowymi, lewicowymi trollami. No cóż - ktoś też to musi robić...), ciekawe pytania i dyskusja. Wydaje się jasne, że moja książka jednak trafiła w punkt, tylko, że ten punkt jest jeszcze nie w pełni uświadomiony - zafiksowanie na starych pojęciach jest tak duże, że moja ich dekonstrukcja (próba dekonstrukcji) napotyka na mur niezrozumienia. Ale już w Łodzi było przynajmniej kilka osób, które podjęły dyskusję poza habermasowskim paradygmatem.
Najlepsze spotkanie miało miejsce w Gdańsku, z jednej strony entuzjastyczne (chyba mogę tak napisać?) wprowadzenie Romana Kurkiewicza (to pomaga, gdy prowadzącemu spotkanie książka się podoba) z drugiej strony duża część osób obecnych nie tylko przeczytała książkę, ale również już o niej dyskutowała (między innymi na zajęciach prowadzonych przez Joannę Erbel). Poza tym, to było trzecie spotkanie i łatwiej było mi precyzyjniej na pojawiające się wątpliwości i pytania odpowiadać. Myślę, że zarówno dyskusja o inkluzywizmie / horyzoncie uniwersalności jak i moja próba wyjścia poza horyzont ekonomii kapitalizmu w 'ekonomię mocy' spotkała się ze zrozumieniem i zainteresowaniem. Bardzo dziękuję za to spotkanie!

Po Gdańsku - Moskwa. W Strelka Institute wykład dla studentów. Bardzo ciekawa dyskusja (choć po całym dniu podróży - z Gdańska przez Warszawę do Moskwy - nie byłem chyba w szczycie swojej formy intelektualnej...;) inteligentne, twarde pytania. Widać chyba jednak, że pewna awersja do polityki może zamykać architekturę/urbanistykę na rzeczywistość.

W końcu, najdalszy (geograficznie) etap mojego wojażowania - Kuala Lumpur i wykład na UiT MARA (na tym uniwersytecie studiuje 200 tysięcy studentów!!! A ja myślałem, że Plymouth jest dużą instytucją...). Trochę pod wpływem dyskusji w Moskwie (ponieważ wykład miał podobną zawartość), postanowiłem się trochę usprawiedliwić i wytłumaczyć dlaczego uważam, że o polityce mówić należy. Zacząłem więc od swoich książek oraz tradycji egalitarnego modernizmu.

Ku mojemu - jednak - zaskoczeniu, ten wątek mojego wykładu spotkał się z bardzo dużym zainteresowaniem i generalną akceptacją. Wydaje się, że z jednej strony w Malezji 'nabrzmiewa' zainteresowaniem polityką (echa 'Arabskiej Wiosny'?) z drugiej, etos państwowego uniwersytetu, gdzie edukacja jest darmowa (co odróżnia go zarówno od Strelki jak i od Plymouth) niemal wymusza społeczną wrażliwość i polityczną świadomość studentów i wykładowców. Bardzo dobra dyskusja, również w mniejszym gronie ze studentami programu magisterskiego. Mam poczucie, że do Malezji jeszcze wrócę...

Generalnie - bardzo udane, intensywne trzy tygodnie. Teraz jednak chciałbym trochę pobyć w domu, jeśli można...
07:58, krzysztof_nawratek , inne
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 października 2012
670. podglądani przez PiS?
Jak już pisałem, w poniedziałek lecimy do Polski, by przez 11 dni zbierać materiały dotyczące terenów po byłych zakładach Ursus. Potem przez następnę kilka miesięcy, bedziemy pracowali nad strategiami rozwoju tego terenu, pod roboczym hasłem 'Industrial City 2.0'. 

Z pewnym więc zaskoczeniem przeczytałem, że w tenże poniedziałek, w tymże Urusie, PiS organizuje debatę poświęconą pracy, a jednym z tematów, o którym ma być mowa będzie... reindustrializacja: 

"Szef PiS zaznaczył, że wybór miejsca debaty - w Ursusie - nie jest przypadkowy. "Tam mamy specyficzny teren poprzemysłowy. Zawsze uważaliśmy, że likwidacja wielkiej części polskiego przemysłu, brak wysiłku ze strony państwa, żeby ten przemysł podtrzymać po 1989 roku, była wielkim błędem (...). Wiemy, że sprawa odbudowy industrializacji Polski nie jest łatwa, ale jest to też część naszego programu" - podkreślił.

Ja się niezwykle cieszę, że problemy Ursusa przyciągnęły uwagę polityków, również polityków PiS. Oczywiście to zbieg okoliczności, że debata jest akurat w poniedziałek i akurat w Ursusie, ale zabawnie pomyśleć, że ten blog, moje publikacje i prace moich studentów mogłyby być inspiracją dla konserwatywnej, narodowej prawicy... ;)

Przy tej okazji przypomnę mój tekst dla Instytutu Obywatelskiego, oraz dyskusję z Edwinem Bendykiem, którą zorganizowała Bęc! Zmiana

___
No i jeszcze raz - wszystkich chętnych do współpracy serdecznie zapraszamy.
17:20, krzysztof_nawratek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 października 2012
669. paradoks realnego socjalizmu
This stability in capitalism is guaranteed by the universal logic / mediator of financial gain, in contrast to innovations in socialism which were forcefully provoked by the lack of this universal logic / mediator.

(However, socialism failed exactly because these local and temporary innovations cannot communicate with each other).

[inspired by Jadwiga Staniszkis. takie rzeczy opowiadam moim studentom. architektury]
23:07, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67