Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
środa, 01 maja 2013
709. niech się święci 1 maja!
Dyskusja dotyczy tego, w jaki sposób może dziś powstać zbiorowy podmiot polityczny. Jak w społeczeństwie jednostek, w społeczeństwie, które nie wierzy w społeczeństwo można 'być razem' i 'działać (politycznie) razem'. Najprostsze rozwiązania ma prawica - naród, wspólnota religijna... odwołać się do tego co jest. Może jest ledwo ledwo, może i jest zdegenerowane, ale istnieje realnie. Samo w sobie nie byłoby to tak straszne, gdyby nie fakt, że immanentną cechą tak budowanej wspólnoty jest ekskluzywizm. Teoretycznie religia (szczególnie 'katolicka' a więc odwołująca się do tego co powszechne) mogłaby nie być taka, niestety, łatwiej zarządzać fanatykami, niż ludźmi krytycznymi. Kościół więc wybrał związek z prawicą. Ten flirt ma zresztą długą historię - w zasadzie zawsze kościół hierarchiczny wybierał zamordystów przeciw rewolucjonistom. Z sympatią patrzę na 'lewicę chrześcijańską', obawiam się jednak, że to jest projekt niemożliwy do zrealizowania (ale chętnie zmienię zdanie!). Z narodem sprawa jest jeszcze bardziej oczywista - bardzo łatwo jest wyznaczyć granicę pomiędzy 'my' i 'oni' (i przesuwać tę granicę według upodobań). Budowanie podmiotu politycznego w oparciu o naród jest więc z zasady wyłączające. Wiara w 'lewicę patriotyczną' jest - obawiam się - mrzonką.

Z drugiej strony mamy liberałów, którzy po prostu zarządzają 'społeczną masą upadłościową'. Społeczeństwo jest słabe, nie wierzy, że w ogóle istnieje, cóż więc prostszego niż do tej nie-wiary się odwoływać? Szczególnie, że ci, którzy wierzą (czy to w naród czy boga) są tak przerażający? Liberałowie jednak produkują barbarzyńców, nie liczących się z innymi ludźmi, ogarniętych obsesyjnym egocentryzmem. Liberalizm i prawica to dwie strony tej samej monety - "Kto jednak nie chce mówić o kapitalizmie, powinien także milczeć o faszyzmie", jak głosi jednej z bardziej popularnych cytatów z Maxa Horkheimera.



Chętnie więc będę nawoływał do tego by 'wziąć historię w swoje ręce' ale nie bardzo widzę tego, kto mógłby to zrobić.
Wyzwaniem dla lewicy jest nie tyle odkrycie, co zbudowanie zbiorowego podmiotu politycznego, który będzie z jednej strony inkluzywny, z drugiej wystarczająco samoświadomy by domagać się (i wziąć!) władzy.

Pisząc i mówiąc o 'interfejsach' próbuję do pewnego stopnia przezwyciężyć brak podmiotu, proponując konstruowanie spoiwa (a właściwie 'spoiw', bo to jest zawsze liczba mnoga), które różne 'resztki' oraz 'mimowolne zgęstnienia' tkanki społecznej mogłyby ze sobą związać. Tak, to jest jakaś wariacja na temat liberalnych instytucji,  tak, to jest do pewnego stopnia 'rozpaczliwy' albo 'prowizoryczny' projekt 'odgórnej rewolucji', moje myślenie ma również korzenie w zasadzie pomocniczości... Można więc krytykować go na różne sposoby i z różnych stron. Być może nawet nie jest on wcale projektem lewicowym (ja mocno wierzę, że jednak jest). Mimo wszystkich zastrzeżeń, będę się jednak go trzymał, choćby dlatego, że niczego bardziej przekonującego nie widzę (a z narodem i religią już kiedyś flirtowałem, i wolałbym do tych czasów nie wracać... mimo wszystko).

Cóż, może bez zbytniej euforii, ale jednak Niech Się Święci 1 Maja!
Wszak (choć nie jestem Marksistą) to zdanie jest mi bliskie:
"We must believe in the Principle of Hope. A Marxist does not have right to be a pesimist."

08:56, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 lutego 2013
690. partia nowego typu
Jedyna organizacja, do jakiej się (po ponad 10 latach) zapisałem, właśnie przeżywa dramatyczny kryzys, który najprawdopodobniej skończy się jej zmarginalizowaniem. Grupa, która była w stanie wznieść się ponad partykularne interesy i stać się wzorem dla wielu polskich miejskich aktywistów, właśnie pogrąża się w bratobójczej walce, której z fałszywą troską przyglądają się wszyscy jej wrogowie.
Być może to tylko niezręczność i głupota, być może nie ma tu żadnych zewnętrznych sił pociągających za sznurki, lecz sytuacja w której stowarzyszenie (do którego należą działacze partii politycznych) zaczyna prowadzić działalność polityczną musi doprowadzić do wewnętrznych napięć. Tym bowiem co przesądza ostatecznie o sukcesie czy klęsce, to struktura organizacji, procedury i regulaminy. Jeśli struktura organizacji nie odpowiada temu, czym organizacja w rzeczywistości jest, klęska czai się za rogiem [obawiam się więc, że akurat w tym przypadku, jedynym wyjściem jest stworzenie nowej struktury...].

Od pewnego czasu powracam (dość obsesyjnie) do głównej tezy "Dziur w Całym', głoszącej, że polityka oparta na inkluzywizmie jest możliwa. Moje polityczne motto dziś brzmi:
"Polityka empatii w horyzoncie absolutnej inkluzywności."
A narzędziem realizowania takiej polityki, jest granica/instytucja.

Co to jednak znaczy w praktyce?
Wyobraźmy sobie organizację złożoną z wielu różnych grupek, o dość różnych interesach i skupiającą ludzi o różnych światopoglądach (to może dotyczyć organizacji o której pisałem powyżej lub też hipotetycznego Zjednoczonego Frontu Polskiej Lewicy Kulturowej i Socjalnej, do którego utworzenia zdaje się namawiać Agnieszka Grzybek z Zielonych. Przy okazji - pesymistyczny, ale bardzo dobry moim zdaniem głos Agnieszki Graff). W jaki sposób taka organizacja może funkcjonować?

Mamy oczywiście przykłady partii prawicowych, jak PiS czy PO, które łączy wewnętrznie władza, pieniądze oraz silna, autorytarna wręcz pozycja lidera. Autorytarne skłonności organizacji, a więc i autorytarna struktura. Czy można jednak inaczej?

Mam zamiar ułatwić sobie zadanie i założyć, że organizacja o której mówię przyjęła idee 'empatii w horyzoncie inkluzywności' za swój rdzeń ideowy. Jeśli tak, to ostatecznym jej celem jest włączenie w siebie wszystkich podmiotów politycznych (to jest cel ostateczny, będący wyznacznikiem kierunku, a nie czymś co może zostać zrealizowane) przy jednoczesnym zapewnieniu im zachowania własnej (cząstkowej) podmiotowości. To tylko na pierwszy rzut oka wygląda totalitarnie, w rzeczywistości wyobraźmy sobie raczej mieszkańców miasta - wszyscy są w miasto 'włączeni', w niczym owo 'włączenie' w miasto nie przeszkadza im mieć własne poglądy, mieć własne życie, często zupełnie bez związku i relacji z życiem innych mieszkańców. Miasto umożliwia (oczywiście do pewnego stopnia) taką koegzystencję, przede wszystkim dlatego, że jest bytem przestrzennym. Mieszkam w dzielnicy A i mogę nigdy nie mieć ochoty ani interesu by do dzielnicy B zawitać.

Czy podobna zasada może obowiązywać w organizacji?

'Narracja konkretna' Lecha Merglera była próbą (niewystarczającą, ale zdecydowanie idącą w dobrym kierunku) prowadzenia takiej właśnie działalności - w której poszczególni aktorzy biorą udział tylko cząstkowo, nigdy nie wymaga się od nich, by w całości podporządkowali się jakiejś 'idei'. Problem oczywiście w tym (i bynajmniej nie twierdzę, że Lech o tym nie wiedział), że musi istnieć pewien wspólny interfejs, który pozwala poszczególnym aktorom wchodzić razem ze sobą w interakcję. Ten interfejs może być zbudowany w różny sposób, lecz dla mnie idealnym jest empatia. To oczywiście może budzić (i budzi) uśmiechy politowania (od kiedyż to empatia jest kategorią polityczną?), będę jednak tego stanowiska bronił. Empatia jest czymś co każdy z nas do pewnego stopnia posiada, jest fundamentalnym czynnikiem umożliwiającym socjalizację (czyż nie odwołujemy się do niej, gdy dziecko kogoś skrzywdzi, prosząc je, by wyobraziło sobie siebie na miejscu skrzywdzonego/skrzywdzonej? czyż nie powinniśmy do tego samego namawiać posłów?) jest też czymś czego staramy się pozbyć i osłabić. Empatia jest bowiem zaprzeczeniem zarówno egoizmu oprawcy jak i egoizmu ofiary.

Obok interfejsu, drugim fundamentalnym czynnikiem kształtującym byt polityczny jest jego cel. Po co dana organizacja istnieje i działa? Jak napisałem powyżej, ułatwiam sobie zadanie, deklarując jej 'inkluzywistyczny horyzont'. Organizacja ('my wszyscy') zmierza do tego, by każdy człowiek mógł w pełni zrealizować swój potencjał. Potencjały są różne, marzenia mamy inne, szczęście znaczy co innego dla różnych ludzi - dlatego równość to nie urawniłowka. Niebezpieczeństwo takiego podejścia, że wyrodzi się w realizację okrutnych marzeń niweluje empatia.

Wreszcie kwestia techniczna - w jaki sposób taka empatyczno-inkluzywna organizacja może działać?
Granica/instytucja jest bytem, który rozdziela i mediuje pomiędzy poszczególnymi aktorami i grupami. W organizacji empatyczno-inkluzywnej granica/instytucja znajduje się w miejscu zarządu, lecz jej funkcją jest 'zbieranie/kumulowanie mocy' i używanie jej do realizacji 'polityki inkluzywności'. Granica/instytucja więc nie może dzielić i wykluczać, choć może (i czasami powinna) chronić odrębność i autonomie. Granica/instytucja istnieje i działa jedynie siłą i poprzez innych aktorów (grup) wewnątrz organizacji, jej zadaniem jest ciągłe budowanie koalicji dla osiągnięcia konkretnych celów. Taka struktura z jednej strony powinna gwarantować skuteczność i legitymacje działań organizacji, z drugiej zaś gwarantować jej anty-autorytarny charakter i ochronę każdego, nawet najsłabszego aktora.

Problemy zaczynają się, gdy taka empatyczno-inkluzywna organizacja musi istnieć w hierarchicznym, autorytarnym systemie i na przykład wziąć udział w wyborach, gdzie w ręce jednej (prezydent) lub kilku osób (posłowie/radne) oddaje się (mimo wszystko realną) władzę. To jest oczywisty moment niepewności, ponieważ musimy założyć i zaufać, że wybrane osoby użyją darowanego im 'impulsu autorytarnego' by demokratyzować strukturę. No ale cóż, bez zaufania żadna, nawet najlepiej zorganizowana struktura się rozleci...

12:42, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (2) »
wtorek, 29 stycznia 2013
687. 'my wszyscy' czyli jak zbudować Polskę, z której będziemy dumni
Wygląda na to, że GW znów chciałaby mieć wpływ na politykę. Jakiś czas temu szczuła rząd Balcerowiczem za fundusze emerytalne, ostatnio usiłuje nakłonić Kwaśniewskiego by wrócił do polityki i stanął na czele tzw. 'lewicy' (znaczy SLD i RP, jakby kto nie kojarzył). Przy okazji ostatniego skandalicznego zachowania posłów szeroko rozumianej prawicy (albo barbarzyńców, pozbawionych kultury i empatii) usiłuje szczypać PO, znów sugerując możliwość otwarcia się możliwości dla 'kulturowej lewicy'.

Wszystko wydaje się jasne i przejrzyste - po jednej stronie katoliccy talibowie, po drugiej młodzi, wykształceni, z wielkich miast. Wkurzeni tym, że ktoś chce decydować jak mają żyć. Argumentacja bynajmniej nie lewicowa, lecz czysto liberalna - moje życie życie seksualne i intymne to moja sprawa, chcemy być - jako jednostki, obywatele - traktowani w taki sam sposób, bez znaczenia z kim chcemy dzielić życie. To w końcu nie przypadek, że akcje (do której przyłożyłem i swój głos) pisania mejli do 'frakcji dyskryminacyjnej PO'  zorganizowało środowisko Liberte! które z lewicą nie ma przecież nic wspólnego. Taka zresztą miałaby być ta wymarzona 'lewica' GW - zdecydowanie bliska RP, zdecydowanie wolnorynkowa,  wyraźnie indywidualistyczna.

Nie tak szybko jednak...

Załóżmy, że to co wkurzyło tak bardzo 'młodych wykształconych', te kilkaset tysięcy, którzy wysłali mejle do 'frakcji dyskryminacyjnej' wcale nie pochodzi wyłącznie ze 'środowisk homoseksualnych' (mnie za cholerę za przedstawiciela 'środowiska homoseksualnego' uznać się nie da...), ich wkurzenie wcale nie jest podyktowane fascynacją indywidualną wolnością (bo przecież wszystkie odrzucone projekty dotyczyły _związków_ międzyludzkich!) lecz empatią, poczuciem, że naszym braciom i siostrom, naszym bliźnim, naszym współobywatelom dzieje się krzywda, dzieje się jawna niesprawiedliwość. Załóżmy więc, że wściekłość i frustracja nie bierze się z zagrożonej/nie danej indywidualnej wolności, lecz z powodu jawnej dyskryminacji, wykluczenia oraz obrazy jakiej doświadczyli nasi przyjaciele, znajomi czy po prostu _inni ludzie_.

Jeśli takie założenie byłoby prawdziwe, co to tak naprawdę oznacza?

Polityka w Polsce (i nie tylko) przeżarta jest schmittiańskim rozumieniem polityczności, która opiera się na podziale wróg-przyjaciel. Polityka więc to konflikt, to agon nieprzezwyciężalnych różnic. Tak rozumiana polityka jest kontynuacją wojny, tylko innymi środkami. Wszyscy - od skrajnej prawicy, po środowisko KP (które jęczało znudzone post-polityką) tak widzą świat społeczny i polityczny. Jeśli więc mówimy o tworzeniu podmiotu politycznego, to zawsze jako fragmentu, jako _naszych_ wyborców, przeciwko innym. Tak wściekły atak na związki partnerskie jest tylko drobną ilustracją tego, do czego prowadzi ta logika. My albo oni.

A gdyby odrzucić takie myślenie o polityce?

Załóżmy, że polityka wcale nie musi być oparta na walce, na konflikcie, na różnicy. Załóżmy, że polityka jest tym, czego Schmitt nienawidził - budowaniem wielogłosowego (bachtinowskiego - możnaby powiedzieć) uniwersalizmu? Nie jedności, która zawsze osuwa się w totalizm, a właśnie pluralistycznego uniwersalizmu?
Co to tak naprawdę oznacza?
Co to oznacza w naszym, polskim przypadku i jaki to ma związek z tym co stało się w sejmie (a potem w sieci)?

Załóżmy, że opieramy politykę na zasadzie inkluzywnej - zadaniem podmiotu politycznego nie jest określenie swoich granic (i tego co jest od niego różne), lecz przekraczanie swoich granic, dialog i narracyjna polifoniczność (a więc taka, która tworzy sensowną opowieść, choć widzianą 'z zewnątrz'). Jeśli jedyną i ostateczną weryfikacją prawdy jest inkluzywność, to podmiot polityczny jest wciąż aktywnym i wciąż dialogującym bytem dla którego zewnętrze, jest 'jeszcze-nie-wnętrzem'.

Taki podmiot polityczny oczywiście jest budowany poprzez przekraczanie siebie, empatia jest dla niego podstawowym narzędziem 'pracy'. W tak rozumianej polityczności sprawa związków partnerskich jest tak samo ważna jak kwestia umów śmieciowych - obie dotyczą wykluczenie określonej grupy społecznej ze sfery praw, jakie posiadają inne grupy. Nie ma więc mowy o podziale na lewice kulturową i społeczną, jest napięcie pomiędzy żyjącymi 'większym życiem', a wykluczonymi.
W takim rozumieniu polityczności, nasi bracia i siostry z Liberte!, ze swoim uwielbieniem dla kapitalizmu, zmieszczą się doskonale, jeśli potraktują kapitalizm nie jako hegemoniczną narrację, w której wolny rynek jest przestrzenią epistemologiczną (ustaliliśmy bowiem wcześniej, że to inkluzywizm pełni tu rolę ostatecznego weryfikatora prawdy), lecz przestrzenią wolnej eksploracji, przestrzenią przygody, bezpiecznie wydzieloną od chronionego ciała społecznego. W przeciwieństwie więc do neoliberalizmu, w którym kapitalizm pożera i przenika wszystko, proponuję system, w którym sfera zabawy, kreacji, walki i eksperymentu jest _poza_ systemem - ale jest oczywiście niezbędna, właśnie jako to co - wiecznie - 'jeszcze-nie-jest-wnętrzem'.

Czy taki polityczny projekt, oparty nie na konflikcie, lecz na dialogu, nie skupiający się na osobie wroga, lecz przyjaciela - którego stara się poznać i zrozumieć mimo oczywistych, wydawałoby się, różnic jest możliwy?

Moim zdaniem jest niezbędny. I ostatnie wydarzenia pokazały, że jest dla niego przestrzeń. Zamiast nienawiści i wykluczenia, czas na prawdziwą politykę przyjaźni (a czasem i miłości). Nie czekajmy dłużej... My Wszyscy.

00:21, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (3) »
sobota, 08 grudnia 2012
676. w obronie struktury - notki do wykładu
Wczoraj miałem przyjemność być obecny głosem (przez moment obrazem) w Krakowie, na konferencji 'po kapitalizmie'.
Dla zainteresowanych - notatki z których korzystałem w moim wystąpieniu. Dość duże skróty i uproszczenia (wykład miał trwać jedynie pół godziny), to zapis 'na brudno', 'roboczy', postaram się rozwinąć to w solidny tekst w niedalekiej przyszłości.

___

 20:30-21:00, 7 grudnia 2012| krzysztof nawratek, granica/instytucja czyli prowizoryczna rewolucja

hegemoniczna logika kapitalizmu niweluje wszelkie granice, znosi wszelkie różnice, zrównuje wszystkich w paradygmacie producent/konsument. wydawać by się mogło, że konserwatywne, pre-kapitalistyczne instytucje – takie jak rodzina, wspólnota religijna czy naród, które posiadają wewnętrzną logikę różną od logiki kapitalizmu, powinny stanowić oczywiste wyzwanie i zaporę dla kapitalistycznego wpływu. ale mamy dziś do czynienia z pełną symbiozą najbardziej wynaturzonego/uwolnionego kapitalizmu z opresyjnymi instytucjami pre-kapitalistycznego świata. postaram się pokazać, w jaki sposób granice/instytucje mogą tworzyć i osłaniać poza-kapitalistyczne i emancypacyjne logiki oraz dlaczego »naturalnym« środowiskiem dla ich powstawania/działania jest miasto.

1. PODMIOTOWOŚĆ

Wystawa 'Chwała Miasta' organizowana przez Bec!Zmiane używa tego cytatu.

Prawdziwa miejska zmiana, która jest niezbędna, rozpoczyna się nie od zdobycia władzy, lecz od zrozumienia mechanizmów prowadzących do odbudowy podmiotowości miasta, do odzyskania przez miasto możliwości kształtowania swojego własnego losu, swojej przyszłości.

Krzysztof Nawratek, Dziury w całym. Wstęp do miejskich rewolucji, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2012

Jeśli zamienimy 'miasto' na 'państwo' lub jeszcze lepiej 'Polskę' to to zdanie mogłoby znaleźć się w programie dowolnej prawicowej (i to nawet bardzo prawicowej) partii... Jeśli więc będę chciał dziś mówić – pozytywnie – o a-kapitalistycznych/tradycyjnych strukturach społecznych, takich jak rodzina, naród czy wspólnota religijna, to oczywiście tylko pogłębię wrażenie, że mimo wydania w Krytyce Politycznej, moja najnowsza książka to w istocie bardzo prawicowy tekst. Przyznam szczerze, że trochę jestem rozczarowany, że nikt takiej recenzji (jeszcze) nie napisał, lecz z drugiej strony, chciałbym wyjaśnić dlaczego mimo pewnych elementów często wiązanych z prawicą, projekt polityczny, jaki w „Dziurach w Całym” starałem się opisać, jest jednak bardziej na lewo, niż na prawo.

Chciałbym więc krótko dziś rozważyć dwa – kluczowe dla mojej książki – pojęcia:

  • tytułową 'dziurę w całym'

  • 'granicę/instytucję (interfejs)

2. PRZESTRZENNE I NIE-PRZESTRZENNE ALTERNATYWY DLA KAPITALIZMU

Zacznijmy więc od tego, że spóbujmy pomyśleć w formie przestrzennego diagramu słynną tezę Róży Luksemburg o relacji pomiędzy kapitalizmem a nie-kapitalistycznymi strukturami, które kapitalizm pożera by żyć,

potem

tezę Edwarda Glaesera o strukturach nie-rynkowych, bez których rynek nie może funkcjonować,

również

Georgesa Sorela ideę cite jako wyrwanej, autonomicznej społeczności, niepodlegającej wpływom rynku,

wreszcie Hardta i Negriego idea 'tego co wspólne',

by w końcu dojść do wnętrza kapitalistycznej ekonomii i zatrzymać się na 'wewnętrznych kosztach transakcyjnych'. Możemy do tej kolekcji dorzucić jeszcze Michaela Foucaulta 'heterotopię', ale to jest trochę zbyt oczywiste – sam Foucault podawał przykłady instytucji i miejsc (jak szkoła, szpital czy cmentarz), jest to zresztą pojęcie z dużym upodobaniem wykorzystywane przez architektów. Pewnie jeszcze moglibyśmy wspomnieć Hakima Beya i jego Tymczasowe Strefy Autonomiczne i moglibyśmy tak wymieniać i wymieniać.

Spróbujmy jednak pomyśleć o tych pojęciach jako przestrzeniach.

W przypadku Róży Luksemburg, Edwarda Glaesera czy Sorela – jak również w przypadku wewnętrznych kosztów transakcyjnych - sprawa jest dość prosta – przestrzennie te pojęcia łatwo dają się wyobrazić jako rozłączne terytoria. Łatwo byłoby naszkicować mapę – tu kapitalizm i rynek, a tam nie.

W przypadku Hardta i Negriego sprawa jest bardziej skomplikowana, tu mapa nie wystarczy, nie mamy do czynienia z dwuwymiarową płaszczyzną, lecz z przestrzenią (co najmniej) trójwymiarową. To co wspólne powstaje pomiędzy/obok/pod/nad kapitalizmem, być może jest to wręcz osobny wymiar. Problem z 'tym co wspólne' polega na tym, że autorzy skupiają się przede wszystkim na jej powstawaniu a nie definiowaniu, wydaje się też, że jeśli już dochodzimy do jakiejś definicji, to 'to co wspólne' staje się rodzajem magmy, jednolitą przestrzenią, bez wewnętrznych różnic, bez struktury.

W przypadku Hakima Beya pojawia się czas – to samo miejsce jest i nie jest autonomiczne (dziś jest, jutro nie jest), dlatego nie będę zajmował się TSA, a nawet więcej – uznaję je za nieistotne w kontekście rozważań o tym co 'po kapitalizmie'. Uważam idee Beia za ślepą uliczkę (choć opartą na dobrych intuicjach).

3. INSTYTUCJE A-KAPITALISTYCZNE (Z ZASTRZEŻENIAMI):

  • RODZINA (KLAN)

  • NARÓD

  • WSPÓLNOTA RELIGIJNA

Wszystkie te pojęcia i idee dotyczą innych niż rynkowe – choć przynajmniej częściowo przez rynek produkowanych/wykorzystywanych – logik funkcjonowania. Za wyjątkiem teorii kosztów transakcyjnych – a więc mejstrimu kapitalistycznej ekonomii, w której logika zysku jest wciąż horyzontem myślenia – wszystkie 'inne' logiki, przez krytyków kapitalizmu były opisywane niezwykle ogólnie. Wygląda to tak, jak gdyby jedynie kapitalizm posiadał wyraźną, zdolną do badania i opisu strukturę, podczas gdy to co na zewnątrz niego, jest czystym chaosem/naturą/potencjalnością. Hardt i Negri skupiają się na opisie tego jak to co wspólne jest wytwarzane, uciekając od zdefiniowania czym ono jest. Jest to szczególnie dziwne i rozczarowujące, że mówią oni o instytucjach poprzez które mamy dostęp do tego co wspólne – rodzina, naród i korporacja, jednocześnie jednak odrzucają te instytucje jako zepsute i złe. Zarzuty stawiane tym trzem instytucją społecznym są zrozumiałe – H&N zarzucają im ekskluzywizm oraz wewnętrzną, hierarchiczną strukturę. Pozostając jeszcze chwilę przy Rzeczy-Pospolitej, również idea exodusu raczej otwiera możliwość chwilowego wyjścia poza system, nie gwarantuje jednak wytworzenia alternatywy. Przykłady o których piszą H&N – wolne oprogramowanie czy wolne uniwersytety - bardzo łatwo są przez kapitalizm wchłaniane, do pewnego stopnia są czymś w rodzaju hobby, jak zbieranie muszelek czy wędkarstwo, bez znaczenia, raczej wzmacniając kapitalistyczny system kontroli i produkcji, niż go osłabiając.

'TO CO WSPÓLNE' JEST AMORFICZNE I HOMOGENICZNE (JAK POWIETRZE). POWYŻSZE PRZYKŁADY SĄ ŹLE DOBRANE

Dlatego pozostanę przy przestrzennych wyobrażeniach alternatywnych logik oraz przy tych trzech 'tradycyjnych' porządkach, o których wspomniałem na początku (rodzina, naród, wspólnota religijna). Wydzielona przestrzeń jest ważna z dwu powodów

  • po pierwsze nasze ciała również są przestrzenne

  • po drugie przestrzeń jest łatwiejsza by ją wydzielić, a jeśli możemy ją wydzielić, to możemy ją odróżnić i obronić. Mimo tego, że generalnie zwalczam podział wróg-przyjaciel jako fundament polityczności, akceptuje takie rozróżnienie jako tymczasowe narzędzie.

CZY ALTERNATYWA NIE MOŻE MIEĆ STRUKTURY? CO ZŁEGO JEST W STRUKTURZE CZY HIERARCHII?

4. DEFINICJA 'DZIURY W CAŁYM'

'Dziura' (w całym) ma potrójne znaczenie.

Po pierwsze, odwołuje się do intuicyjnego wyobrażenia przestrzeni bez specjalnego przeznaczenia – miejsca pod mostem, pasa trawy przy drodze, pozostałości po niedokończonej inwestycji itp. czy do potencjalności.

Po drugie, nawiązuje do cioranowskiego rozumienia pustki, jako nie-bytu przerywającej ciągłość. Tu ważniejsze jest jednak funkcjonalne a nie ontologiczne znaczenie owej pustki – ważne, co ona robi (zakłóca, przerywa, blokuje) a nie czym jest.

Wreszcie po trzecie, 'Dziura' nawiązuje do idei pustki (void) w rozumieniu Alaina Badiou, czyli Realnego poza Reprezentacją. Taka 'dziura' to nadmiar, a nie brak. Nadmiar, do opisania którego nie ma (jeszcze) języka/narracji.

'Dziura w Całym' jest więc przestrzenią częściowo hipotetyczną, której ostateczna aktualizacja/weryfikacja następuje post-factum. Jest to jednak równocześnie przestrzeń jak najbardziej rzeczywista. W planie obowiązującego paradygmatu/narracji ważne są dwie pierwsze cechy 'Dziury', w planie rewolucji/zmiany, pojawia się trzecia. Nie mamy tu jednak do czynienia z biernym oczekiwaniem na Wydarzenie, któremu będziemy mogli Zawierzyć, lecz raczej z wyzwaniem 'wolności kreacji'. Nadmiar 'Dziury w Całym' jest więc zadaniem znalezienia nowej narracji, po inżyniersku powiedzielibyśmy – nowego zastosowania. Na ile to nowe zastosowanie będzie odmienne od obowiązującej narracji i będzie TRWAŁE, na tyle istotna (czy 'duża') będzie owa dziura.

5. DEFINICJA GRANICY/INSTYTUCJI: chroni i wydziela lecz równocześnie zmienia relacje, tworzy nową opowieść. Dwa nieudane i jeden „projektowany” – przykłady:

  • Unia Europejska: pojawiły się nowe nacjonalizmy, pojawiły się mocne regionalizmy, szczątkowa świadomość Europejska. Unia jest niedoskonałą, nieudaną granicą/instytucją. Ale mogłaby być przykładem udanym.

  • Świeckie państwo – choć przykład Francji jest moim zdaniem kontrowersyjny i działa (co pokazał spór o chusty) w zły, opresyjny sposób. Ale w przypadku Malezji pozwala wyjść poza prawo religijne.

Przykład projektowany: zreformowana instytucja rodziny – chroniona struktura, bez definiowania jak jest ukształtowana (związki jednopłciowe, rodziny wieloosobowe etc.)

PROBLEMEM NIE JEST RÓŻNICA/TOŻSAMOŚĆ LECZ ZAMKNIĘTA AUTARKICZNA PODMIOTOWOŚĆ.

ROZWIĄZANIEM NIE JEST 'PŁYW'/MAGMA, AMORFICZNOŚĆ I ODRZUCENIE STRUKTURY, LECZ STRUKTURA WŁAŚNIE, STRUKTURA SEKWENCYJNA, RYTM ZMIANY

ORAZ

w nawiązaniu do cytatu od którego zacząłem

HYBRYDOWA PODMIOTOWOŚĆ. LECZ WCIĄŻ PODMIOTOWOŚĆ



09:37, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 października 2012
669. paradoks realnego socjalizmu
This stability in capitalism is guaranteed by the universal logic / mediator of financial gain, in contrast to innovations in socialism which were forcefully provoked by the lack of this universal logic / mediator.

(However, socialism failed exactly because these local and temporary innovations cannot communicate with each other).

[inspired by Jadwiga Staniszkis. takie rzeczy opowiadam moim studentom. architektury]
23:07, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 września 2012
658. lemingi i inne fałszywe podziały
Z prawdziwym obrzydzeniem niesmakiem obserwuję najnowsze akcje tworzenia fałszywych napięć i podziałów (przede wszystkim myślę o próbach zdefiniowania 'lemingów', ale to dotyczy również zapraszania do mediów profesora M., a i lewica nie jest bez winy...).

"...kapitał kulturowy działa przeciwko zmianie, przeciwko rewolucji. To, że mamy podobne odniesienia kulturowe, wcale nie czyni nas równymi społecznie, wcale nie wyrównuje naszej pozycji egzystencjalnej. Bo to właśnie na poziomie egzystencji, przeżywania życia, a nie na poziomie wyznawanych wartości, istnieje najważniejsza i nieprzezwyciężalna różnica pomiędzy tymi, którzy są bezpieczni, i tymi, którym brak bezpieczeństwa, posiadaczami życia i ludźmi, których życie jest w istocie posiadane przez innych. Kultura, religia, system wyznawanych wartości topią w bagnie fałszywej integralności nasze codzienne, życiowe potrzeby i aspiracje. Owa fałszywa integralność zorganizowana wokół religijno-kulturowych wytycznych uniemożliwia jakąkolwiek rzeczywistą zmianę."
DwC.WdMR: strona 116
13:08, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (1) »
sobota, 08 września 2012
657. utopia raz, poproszę
Żizek narzeka, że łatwiej pomyśleć koniec świata niż koniec kapitalizmu. A wszyscy (ze mną włącznie) za nim powtarzamy jak za panem matką, że żadnej utopii lepszego świata pomyśleć już się nie da, co najwyżej możemy bronić idei europejskiego państwa dobrobytu z połowy XX wieku. Co prawda sam Slavoj na spółkę z Alainem Badiou i innymi usiłują na różne sposoby reanimować 'hipotezę komunizmu', ale to są tylko intelektualne rozrywki, a nie szczera, tłusta utopia.

A przecież to wszystko nieprawda. Pomyśleć utopię lepszego świata można łatwo, w każdym momencie i miejscu (choć słońce i włoska lub grecka kuchnia pomagają).

Na przykład?
Pomyślmy społeczeństwo oparte na idei hybrydowej podmiotowości. Nie istnieje jednostka, a osoba, człowiek (i nie tylko, ale o tym kiedy indziej) w kontekście. Cały system prawny, społeczny i ekonomiczny jest więc oparty na idei relacji pomiędzy różnymi aktorami (ludzkimi i nie). Nie można istnieć w oderwaniu od innych, choć intymność jest chroniona. System społeczno-gospodarczy funkcjonuje by relacje wzmacniać i tworzyć nowe. Idea indywidualnego zysku nie istnieje, kapitalizm jaki znamy byłby w takim świecie chorą aberracją. System osłania aktorów, w oparciu o rodzaj 'renty obywatelskiej' gwarantuje każdemu i każdej zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych (domy buduje się więc by były tanie - również w eksploatacji - i trwałe, a nie by na nich zarobić), pragnienia są obecne przede wszystkim w sferze przeżyć i odkryć, a nie w sferze materialnej (choć materialność oczywiście jest ważna - jest częścią sieci). Nie ma problemu nadprodukcji (nie ma więc potrzeby reklamy, sorry koledzy i koleżanki...), jest za to ciągła produkcja relacji i wiązań, nowych związków, organizacji i instytucji. Postęp naukowo techniczny wynika wprost z potrzeby budowania większych i stabilniejszych lub nowych sieci powiązań (no dobra, wiem że to trochę za bardzo trąci Latourem...).

Mamy więc świat w którym ludzie pracują bo chcą być z innymi, a nie dlatego, że muszą (jeśli ktoś chce być sam, inni mu/jej to troskliwie umożliwiają, bo nawet samotność i oddzielenie jest częścią inkluzywnej narracji). Świat w którym każdy system (rodzina, naród, wspólnota religijna, organizacja i instytucja) jest otwarty (nie istnieje więc jeden rodzaj rodziny, lecz raczej różnego rodzaju wielowarstwowe konstrukcje społeczne, ekumenizm jest esencją religii a nie wymuszonym dodatkiem), świat w którym ekspansja jest zawsze kontekstualizowana, świat w którym rozwój wynika z potrzeby lepszego zrozumienia/poznania świata, włączenia na równych prawach jak największej liczby aktorów. Pieniądze istnieją jako sposób komunikacji pomiędzy poszczególnymi fragmentami gospodarki (więc nie są to takie pieniądze jakie znamy), państwa funkcjonują jako otwarte pod-systemy globalnego świata (podobnie jak miasta czy regiony).

I co? Nawet jeśli nie jest to utopia bardzo dopracowana, to podobnych i lepszym można pomyśleć przed obiadem lub po kolacji więcej. Nie jest więc prawdą, że utopia umarła i że świata po-kapitalizmie nie jesteśmy w stanie pomyśleć. Raczej, w jakiś przedziwny sposób wstydzimy się spróbować. Zupełnie niepotrzebnie.

W kontekście upadku lewicowego 'Przekroju' i potrzeby - jak to nazwał Adam Ostolski 'uznaniu lewicy w jestestwie swoim' - proponuję, by każdy wymyślał sobie jedną utopię tygodniowo. Wbrew temu co twierdzi AN, myśl i opowieść ma znaczenie. Jako latourysta powinien przecież się zgodzić, że opowieść również jest aktorem, częścią koalicji (moim zdaniem przede wszystkim buduje wiązania pomiędzy aktorami, ale nie będę się sprzeczał).

14:52, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (2) »
sobota, 21 lipca 2012
648. zdradzony Robotnik
"Uczestnictwo i służba, oto zadania, które nas czekają."

[To nie jest recenzja.]

Robotnik (Der Arbeiter) Ernsta Jungera to książka, którą w latach dziewięćdziesiątych znałem z legendy, omówień i cytatów, to była jedna z kultowych książek środowisk, z którymi się wówczas przyjaźniłem (swoją drogą ciekawe czy ci ludzie czytają ją i dziś...). Gdy więc w 2010 wydało ją wydawnictwo PWN (wydanie te zostało dotowane - co uważam ze fakt niezwykle zabawny - przez Janusza Palikota, najwyraźniej jeszcze w jego fazie 'prawicAwej') 'pochłonąłem' ją najszybciej jak mogłem. Za szybko jednak. Sięgnąłem więc po nią jeszcze raz parę dni temu, po części sprowokowany tym poczuciem niedosytu czy rozczarowania jakie mi towarzyszyło przez ostatnie kilkanaście miesięcy, po części z powodu rosnącego zainteresowania metafizyką miasta przemysłowego.

Robotnik to niezwykła książka - jednym z aspektów jej niezwykłości jest na przykład fakt, że nie została nigdy przetłumaczona na język angielski. Ale to tylko wiele (moim zdaniem) mówiąca anegdota. Czytając 'Robotnika' miałem poczucie rozdwojenia - z jednej strony, 'Robotnik' uchodzi za profetyczną wizję nowoczesnego społeczeństwa, z drugiej trudno zapomnieć, że książka została wydana na rok przed dojściem do władzy nazistów - a sam Junger był związany z intelektualnymi kręgami niemieckiej 'konserwatywnej rewolucji'. Mimo więc tego, że trudno go wprost powiązać z reżimem hitlerowskim, trudno też uznać go za zadeklarowanego antyfaszystę. Czytałem więc 'Robotnika' jako dokument epoki, ale równocześnie jako genialną przepowiednię dwudziestego (dwudziestego pierwszego?) wieku, książkę wciąż - przynajmniej we fragmentach, w diagnozach, bo już nie projektach - niezwykle aktualnej.  [Nie będę streszczał 'Robotnika' - polecam dwa teksty, które przybliżą książkę tym, którzy jej nie znają - przede wszystkim Tomasza Gabisia, ale również Jacka Szabana.]

Junger opisuje społeczeństwo nowoczesne jako społeczeństwo pracy, w którym to właśnie praca jest 'formą bytu'. Nie istnieje nic co nie jest pracą i nie istnieje nikt, kto nie pracuje. Praca niweluje wszystkie różnice i hierarchie ("Wszystkie decydujące rozkazy mobilizacyjne nie biegną z góry w dół, ale jawią się jako rewolucyjny cel, co czyni je tym skuteczniejszymi") , likwiduje demokracje jako wybór ("Akceptacja dokonuje się za sprawą czystego uczestnictwa, a więc przez udział w głosowaniach, niezależnie od tego, która partia zwycięży."), kwestionuje wolność jako przywilej jednostki. Ba! kwestionuje jednostkę tak jak odrzuca masę (jako zbiór jednostek). Ten fragment zresztą jest jednym z tych, w których odnaleźć możemy niezwykle aktualną diagnozę bieżących wydarzeń. Jungera przekonanie o końcu masy można czytać jako wyjaśnienie impotencji ruchu 'oburzonych', tych tłumów na ulicach hiszpańskich miast, które kilka miesięcy temu wybrały w wyborach prawicową partię - wbrew swoim oczywistym interesom. Robotnik jest totalnością, nikt nie jest odrzucony, nikt nie jest wywyższony, bo każdy jest fragmentem wielkiej totalnej maszynerii ("Człowiek to źródło naturalnego bogactwa i żaden państwowy plan nie będzie doskonały, o ile nie potrafi czerpać z tego źródła"). Ten świat Robotnika nie jest światem klas, nie jest światem narodów (choć Junger widzi awangardę tego świata w Niemcach), nie jest też światem zysku i eksploatacji ("Inicjatywa prywatna stanie się akceptowalna w momencie, gdy uzyska rangę specjalistycznego charakteru pracy - innymi słowy: gdy będzie objęta kontrolą w obrębie szerszego procesu") - to świat Planu i Wyższego Celu. Świat Robotnika to świat totalny.

Tak jak i nasz świat jest światem totalnym, światem w którym każdy nasz uczynek, każda myśl jest mierzona logiką zysku i ekonomicznej efektywności. W naszym świecie istnieją jednak hierarchie i są ludzie, których nikt nie potrzebuje - maszyna kapitalistycznego wyzysku nie ma nad sobą wyższego celu, niż zysk tych, którzy siedzą w sterowni.

Książka Jungera rozpoczyna się od rozważań nad mieszczańską próbą zdławienia Robotnika, ukształtowanie go na mieszczańską modłę ("...pierwsi mistrzowie robotnika byli pochodzenia mieszczańskiego, a konstrukcja systemów, do których wtłaczano młodą siłę, realizowała mieszczańskie wzorce!"). Der Arbeiter jest pieśnią o świecie, w którym mieszczanin przegrał, w którym totalność pracy zakwestionowała wszystkie inne logiki.

Nasz świat jest światem w którym mieszczanin przechytrzył robotnika, w którym wszyscy konsumujemy, a niemal nikt tak naprawdę nie jest częścią świata pracy jako formy bytu, mimo tego, że większość wykonuje jakoś pracę ("Każdy ruch ręką, choćby czyszczenie stajni z gnojówki, ma swoją rangę, o ile nie odczuwa się go jako abstrakcyjnej pracy, ale dokonuje się w obrębie większego i sensownego ładu."). Książka Jungera jest więc testamentem klęski, opisem przegranej wojny i straconej szansy. Wrogowie Robotnika okazali się bardziej przebiegli, sprytniejsi i zdolni do nauki. Zrozumieli świat jaki opisywał Junger i wyciągnęli wnioski zanim Robotnik tak naprawdę się narodził. Dziś już za późno na Robotniczą Rewolucję, lecz wciąż stoją przed nami te same wyzwania. Wróg zmienił maskę, lecz pozostał ten sam.
22:39, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (6) »
niedziela, 04 marca 2012
615. wciąż bez języka
Jakiś czas temu, redakcja kwartalnika Herito, przysłała mi (za co bardzo dziękuję) numer piąty tego pisma, numer zatytułowany 'Miasta do przemyślenia'.

Nawet jeśli jesteście już lekko znudzeni tak zwaną 'tematyką miejską', warto sięgnąć po to pismo. Zamiast coraz częstszego dziś ogólnego bicia piany, dostajemy bowiem kilka świetnych esejów o miastach naszej (centralnej, wschodniej i wschodnio-południowej) części Europy. Na przykład fascynujący esej o Szczecinie (w którym zresztą byłem chwilkę kilka lat temu i bardzo chętnie pojechałbym znowu). Wiem, że nie zabrzmi to najlepiej, lecz czytając ten tekst   potwierdzałem całym sobą stereotypy dotyczące wyobrażeń o tym mieście. Rzeczywiście, Szczecin dla mnie zawsze był gdzieś w okolicach Kamczatki i Madaganu, miastem na rubieżach, miastem kresowym - jak z przekąsem pisze Artur D. Liskowacki. Na moje usprawiedliwienie mogę tylko podać datę swoich urodzin, a więc fakt, że wychowałem się w PRLu, gdy granice były rzeczywistymi zaporami, przez które ciężko było przeniknąć. Tekst ten potwierdza również znaczenie tożsamości, mitu i obecności w powszechnie dzielonej sferze wyobraźni. Okazuje się bowiem, że fakt faktycznego, fizycznego istnienia tego miasta, jest mało ważny, w porównaniu z niemalże zupełnym nieistnieniem w sferze zbiorowej wyobraźni.

Tekst o Szczecinie doskonale (i chyba jest to trochę przerażające) czyta się w kontekście dwu wspaniałych esejów o miastach Słowacji i Serbii.

Pewnym zgrzytem - oczywiście moim, motywowanym ideologicznie zdaniem - jest wywiad z profesorem Jackiem Purchlą (swoją drogą redaktorem naczelnym Herito) na temat konkursu ESK. Wywiad, w którym kultura zostaje całkowicie podporządkowana neoliberalnej modernizacji. Purchla, wciąż najwyraźniej zaczadzony ideą klasy kreatywnej (wyrażający radość z tego, że "Dziś burmistrzowie "mówią Floridą"") chwaląc ESK mówi wprost: "Wsród strategicznych pożytków płynących z tak zdefiniowanego projektu ESK wymieniłbym takie kwestie jak: poprawa wizerunku, lepsze pozycjonowanie miasta i wzmocnienie elementów jego przewagi konkurencyjnej...". Takim językiem, językiem 'oficera' z agencji reklamowej, posługuje się mówiąc o kulturze profesor zwyczajny nauk humanistycznych... 

Warto więc czytać piąty numer kwartalnika Herito jako manifestacje braku nowego, post-neoliberalnego języka mówienia o miastach. Język nostalgii, w jakim o półistniejących miastach naszej części Europy piszą autorzy większości tekstów okazuje się słaby i "romantyczny", staje się jedynie glebą, na której wyrasta neoliberalna modernizacja, lub też może okazać się językiem nacjonalistycznej reakcji.

Wydaje mi się, że wśród tekstów o kulturze miast, wciąż brakuje języka solidarności. Języka który nie odrzuca modernizacji jako takiej, lecz mówi o modernizacji widzianej z perspektywy żywych, współczesnych mieszkańców miast, a  nie z perspektywy instytucji i neoliberalnej ideologii, a w najlepszym razie z perspektywy fantazmatu 'nowego mieszczaństwa'. Taki język istnieje przecież w opowieści jaką o miastach snują miejscy aktywiści, działacze rad osiedlowych, obrońcy likwidowanych szkół czy zamykanych linii tramwajowych. Ten język bezpośredniego doświadczenia może osunąć się w zwykły populizm (już widać jak zaczynają uczyć się go politycy), jeśli nie zostanie wzmocniony teoretyczną refleksją. To właśnie jest wyzwanie dla piszących o miastach w pismach takich jak Herito. Z ciekawością i nadzieją poczekam na następne numery.
10:02, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (6) »
wtorek, 03 stycznia 2012
603. cztery narracje o aborcji
Co jakiś czas powraca w Polsce rytualna nawalanka pomiędzy 'obrońcami życia' a 'zwolennikami wolnego wyboru' dotycząca prawnej dopuszczalności aborcji. Ścierają się w mediach i publicznych debatach dwie narracje, pomiędzy którymi - podobno - nie ma żadnej możliwości porozumienia. Problem jednak - moim zdaniem - nie polega na tym, że te dwie 'oficjalne' narracje są tak różne, lecz na tym, że ukrywają one narracje niewypowiedziane, które są do siebie zbyt podobne.

Zacznijmy jednak od tego co na powierzchni.
Mamy więc najmocniejszą w mediach narracje 'obrońców życia', która brzmi z grubsza tak: życie człowieka zaczyna się od poczęcia i trwa do naturalnej śmierci i jako takie powinno być chronione. To jest jednak stanowisko, które bardzo łatwo jest podważane poprzez wskazanie, że 'obrońcy życia' nie mają nic przeciwko karze śmierci czy wysyłaniu żołnierzy do Afganistanu i Iraku. Dlatego zaraz pojawia się narracja wspomagająca - 'nienarodzone dziecko' jest bezbronne i jako takie powinno być chronione przez silnych, jeśli pozwolimy by silniejsi (w tym przypadku - matka) 'dziecko zabiły' wyzbywamy się naszego człowieczeństwa. Te dwie oficjalne narracje, mimo, że nie mają ze sobą wiele wspólnego, występują razem, wzmacniając tożsamość 'obrońców', jako heroicznych rycerzy słusznej sprawy (tu doskonale wpasowują się w narracje militarystyczną, nie ma żadnej sprzeczności pomiędzy żołnierzem 'walczącym z terroryzmem' a 'obrońcą życia' walczącym z 'cywilizacją śmierci'. Zabójstwa ginekologów dokonujących aborcji w USA stają się zrozumiałe). Jednak istnieje jeszcze jedna narracja, której ślad już się pojawił, lecz której w oficjalnych wystąpieniach prawie nie znajdziemy. 'Chlubnym' wyjątkiem szczerości jest słynna deklaracja byłego posła i europosła PiS (i ojca senatora PO) Marcina Libickiego o kobietach jako żywych inkubatorach: "Nie można zmuszać kobiety, by zachodziła w ciążę, ale gdy jest w ciąży, to możemy ją zmusić do rodzenia. Dziecko poczęte wymaga ochrony. Matka jest tu tylko depozytariuszką". Tu mamy z jednej strony narracje 'heroicznych obrońców', lecz z drugiej pojawia się, zwykle skrzętnie skrywana, narracja anty-kobieca. "Matka jest tu tylko depozytariuszką" jest potwierdzeniem męskiej dominacji i dobrze wyjaśnia pęknięcie w narracji 'obrońców życia', gdy zaczynamy rozmawiać o tym co następuje _po_ urodzeniu dziecka. 'Obrońcy nienarodzonych' są bowiem również (prawie zawsze) zadeklarowanymi obrońcami autonomii rodziny oraz jej tradycyjnego modelu. W którym, jak wiadomo, dominującą pozycję zajmuje ojciec-mężczyzna. Ta ukryta narracja 'obrońców życia' jest więc po prostu obroną określonej struktury przemocy, struktury władzy mężczyzny, w której zarówno kobieta (żona, matka) jak i dziecko (narodzone i nie) stanowią 'symboliczną własność', z którą wewnątrz struktury rodziny mężczyzna może robić co chce, a państwo (czy jakakolwiek zewnętrzna struktura) nie ma prawa interweniować.

Z drugiej strony mamy narrację 'prawa wyboru'. Zwolennicy i zwolenniczki prawnej dopuszczalności przerywania ciąży z jednej strony argumentują, że 'mój brzuch, moja sprawa', a płód jest zależny od matki, więc to matka ma prawo decydować o jego losie; z drugiej jednak (ponieważ taka narracja brzmi lekko egoistycznie, jest więc retorycznie słaba) zwolennicy 'prawa wyboru' podchwytują skrywaną, antykobiecą narrację 'przeciwników aborcji' (tak pięknie wypowiedzianą przez Libickiego) i do 'prawa wyboru' dołączają narrację ochrony kobiety, przed chcącymi ją ubezwłasnowolnić (a w drastycznych przypadkach pozbawić życia - co miało przecież w Polsce kilkakrotnie miejsce, gdy dobro 'dziecka nienarodzonego' było ważniejsze od życia 'depozytariuszki') mężczyznami - czy szerzej, zwolennikami i zwolenniczkami brutalnego patriarchatu. Narracja 'zwolenników wyboru' staje się tutaj narracją samoobrony, zagrożenia życia i zdrowia kobiety przez nieludzkie prawo (tego przecież dotyczyła słynna sprawa Alicji Tysiąc).

Dwie powyższe 'oficjalne' narracje 'zwolenników i zwolenniczek wyboru' nie dają jednak pełnego obrazu tego, o co idzie spór.
Trzecia narracja pojawia się oczywiście w dwu powyższych, lecz rzadko kiedy można ją usłyszeć lub przeczytać wypowiedzianą do końca. Ta trzecia narracja jest Singerowską narracją świadomości. Aborcja jest dopuszczalna, ponieważ płód jest na niższym niż matka poziomie samoświadomości.  Przyjęcie tej narracji powoduje, że - jak postuluje Peter Singer - nie tylko płód, ale również narodzone dziecko, nie byłoby traktowane jako pełnoprawny człowiek (co zresztą w kulturach tradycyjnych było praktykowane i często jest praktykowane do dziś). W publicznej debacie ta narracja jest raczej rzadko używana, ze względu na jej łatwe skojarzenie ze zwolennikami eugeniki co (w publicznej debacie) równe jest zwolennikom nazizmu. Ta narracja jest przede wszystkim narracją hierarchii a przez to władzy i dominacji i w takim kontekście trzeba na nią patrzeć.

Mamy więc cztery narracje 'oficjalne', które można sprowadzić do dwu. Z jednej strony więc: 'chrońmy życie nienarodzonych maluszków', z drugiej 'pozwólmy kobietom decydować o ich własnym zdrowiu i życiu'. Czy te dwie narracje rzeczywiście całkowicie i nieodwołalnie się wykluczają? Nie wydaje mi się...

Czy dyskusja jest jednak możliwa, gdy z jednej strony mamy: 'kobiety, szczególnie w ciąży, nie są w stanie podejmować poważnych decyzji, dlatego musimy (my mężczyźni) sprawować nad nimi kontrolę', a z drugiej 'osobnik o wyższym poziomie samoświadomości ma prawo decydować o losie osobnika o niższej samoświadomości'?

Jeśli w pierwszym, 'oficjalnym' obiegu mamy dwa dyskursy oparte o współczucie, to dwa 'podskórne' dyskursy są dyskursami władzy i dominacji. Te dwa pierwsze - moim zdaniem - mogłyby 'zejść się' w jakiś realny kompromis, minimalizujący _realną_ ilość dokonywanych aborcji i w maksymalnym stopniu chroniący zdrowie i życie (życie również w sensie jego jakości) kobiet. Jednak to nie one wyznaczają prawdziwy ton debaty - w cytowanym powyżej wywiadzie Marcin Libicki jasno mówi, że jemu wcale o realne życie (ani kobiet, ani 'nienarodzonych maluszków') nie chodzi, chodzi mu jedynie o utrzymanie określonego modelu władzy i moralności. Dopóki więc debata nie wyjdzie z tego 'darwinowskiego' stadium walki o dominację, spór o aborcje w Polsce pozostanie nierozwiązany. I nie jest to bynajmniej problem prawny czy polityczny - prędzej czy później (i myślę, że raczej prędzej) do zmiany prawa dojdzie i aborcja będzie dopuszczalna. To jest problem kulturowy czy wręcz cywilizacyjny. Bez wyjścia poza debatę 'kto kogo może zjeść', nie będziemy w stanie zbudować w Polsce współczującej, solidarnej społeczności (wspólnoty). Dlatego właśnie dyskusja o aborcji jest kluczowa dla wszystkich, którzy chcieliby widzieć społeczeństwo jako coś więcej niż zbiór rywalizujących ze sobą jednostek. Czym prędzej zrozumieją to polscy konserwatyści (jeśli jeszcze jacyś zostali, nie pożarci przez barbarzyńskie hordy) tym większe Polska ma szanse na przetrwanie i - jeśli bogini pozwoli - rozwój.

07:16, krzysztof_nawratek , dywagacje
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4