Creative Commons License
This work is licenced under a Creative Commons Licence googleb748ed438634c129.html
Kategorie: Wszystkie | Chiny | architektura | dywagacje | hipotezy | inne | making people angry | miasto
RSS
sobota, 25 maja 2013
712. miasto, assemblage i popiół
Miasto konstytuują instytucje i to, co pośredniczy. Sieci elektryczne, instalacje kanalizacyjne, drogi... Jedziemy tym samym autobusem, pijemy kawę w tej samej kawiarni, siadamy na tej samej ławce. Nie znaczy to przecież, że musimy się zaprzyjaźnić, ale - jeśli akurat nam się zechce - możemy. Jednak to właśnie to co pomiędzy daje nam wolność niezaangażowania, niewchodzenia w bliższe interakcje, daje nam przywilej pozostania ze sobą na dystans. To jest miasto, miasto, które wyzwala z klanowych więzów, z tego co plemienne, co przed-miejskie.

Assemblage jest niemiejski. To banda internetowych trolli, która zbiera się jak muchy nad ciastkiem, bez odpowiedzialności, bez tożsamości, po to by się nażreć i defekować. Oczywiście, assemblage nie jest tylko zły, ma w sobie gwałtowność i pierwotną siłę zamieszek, ma potencjał rewolucyjnego wybuchu, ale to jest regres, to jest natura, assemblage niczego nie buduje (choć może - gdy proces jego powstawania jest dobrze zmanipulowany - być wykorzystany do budowy i do niszczenia, do zainicjowania rewolucyjnej zmiany).

Awantura, jaką sprowokowałem (nie do końca z premedytacją) na fb moimi wątpliwościami w stosunku do 'Marszu Szmat', pokazała kilka rzeczy. Po pierwsze, mimo tego, że SlutWalk jest (jak napisał Łukasz) 'franczyzą' i na świecie zarówno wśród środowisk lewicowych jak i feministycznych stosunek do tej formy manifestacji nie jest wcale jednoznaczny, to właśnie w Polsce (gdzie na dodatek 'slut' zostało przetłumaczone jako 'szmata', a nie - jak sugerowało kilkoro komentatorów na przykład jako 'zdzira', a więc przyjęto słowo które tylko poniża i uprzedmiotawia, zamiast słowa, które zawiera w sobie agresywne wyzwanie rzucone konserwatywnemu społeczeństwu) nie można na ten temat dyskutować. W Polsce można tylko 'Marsz Szmat' bezkrytycznie popierać, albo jest się zwolennikiem gwałtów, prawicowym barbarzyńcą. 'Dyskusja' pod moją niewinną w sumie notką - która doprowadziła, ku wyraźnemu zadowoleniu co niektórych - do deklaracji ABR o wycofaniu się z publikowania felietonów, ujawniła niesamowite wręcz pokłady nienawiści, które przez środowiska lewicowe (a w każdym razie uznające się za takie) uwalniane są z porażającą łatwością.

Owi lewicowi arbitrzy elegancji dobrze wiedzą, kto na przynależność do ich klanu zasługuje, a kto nie.



Ta 'dyskusja' pokazała, że łatwo jest robić krzywdę (ja też żałuję jednego słowa, którego mogłem nie użyć), łatwo jest niszczyć, bardzo trudno rozmawiać i budować. Ta 'dyskusja' pozostawiła po sobie popiół i obrzydliwy posmak w ustach, którego niełatwo będzie się pozbyć.

Przed-miejskie, naturalistyczne, plemienne nawalanki są wszystkim tym, czemu zaprzecza miasto. Plemię wyznacza granicę - kto z nami, kto przeciw nam. Nie ma tu miejsca na niezaangażowanie, nie można być poza, nie można nie mieć zdania. To jest wojna i nikt nie pozostanie nieporaniony.

Powtórzę więc deklarację, która złożyłem dawno temu w tekście 'Urbanizm jako ideologia?' - bardziej niż lewicowcem czy prawicowcem, jestem 'urbanistą' (jednak w innym znaczeniu, niż używane powszechnie), bo urbanizm to myśl i praktyka przyszłości. Praktyka, która daje wolność, również wolność do bycia razem.

[Problem tylko w tym, że po tej 'dyskusji' pozostało bardzo niewielu ludzi, z którymi chcę być razem... Jestem 'miejski' również w tym sensie, że nie chcę mieć z wami nic wspólnego - choć wciąż będziemy jeździć tym samym autobusem i pić kawę w tej samej kawiarni.]
19:40, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (5) »
sobota, 11 maja 2013
711. koniec ruchów miejskich?
Rozpad stowarzyszenia My-Poznaniacy (My-P) jest - być może - symbolicznym znakiem, że polskie ruchy miejskie (RM), które dopiero co zaczęły zdobywać samoświadomość, właśnie umarły. Wiem, że to ryzykowna hipoteza, która pewnie wielu miejskich aktywistów oburzy, ale być może nie jest ona pozbawiona podstaw...

Mimo głosów przypominających o stowarzyszeniach zajmujących się od wielu lat różnymi miejskimi sprawami (na przykład kwestiami dotyczącymi rowerów), przyjmuje się, że RM zaczęły w Polsce zyskiwać na znaczeniu około roku 2007-8. RM bowiem są czymś więcej niż tylko grupą aktywistów zajmujących się jakąś konkretną kwestią, konkretnym problemem. Stowarzyszenie My-P (a wcześniej Porozumienie Społeczne My Poznaniacy) było takim archetypicznym RM, który narodził się z grupek protestujących przeciwko/walczących o partykularne sprawy i który potrafił połączyć je w ogólnomiejską narrację. Ten zakładany uniwersalizm jest fundamentalną cechą konstytuującą RM, która równocześnie sprawia, że jest on w rzeczywistości bytem niemożliwym.

Już sama nazwa - My Poznaniacy - zawiera w sobie niemożliwą do spełnienia obietnicę powszechności i jedności. RM są z zasady nie tylko a-polityczne, ale wręcz anty-polityczne (to najwyraźniej taka polska karma - pre-polityczna Solidarność, apolityczne Komitety Obywatelskie...). Milcząco zakładają, że istnieje jakiś ideał miasta, jakaś cudowna homeostaza, uzyskiwana w drodze racjonalnych negocjacji - ale nie tylko negocjacji pomiędzy mieszkańcami (stąd możliwy byłby skok w polityczność), ale negocjacji oświecanych światłem prawdy o owym "idealnym mieście". Ta wiara w idealny wzorzec (kiedyś istniejący na mitycznym Zachodzie, a dziś będący hybrydą Kopenhagi i Kurytyby) w połączeniu z pewną naturalną anty-instytucjonalnością/demokratycznością daje RM poczucie moralnej wyższości nad (każdymi) władzami miasta. Ten łatwy podział - złe władze miasta (i nie ma tu ironii - najczęściej władze miasta rzeczywiście są złe) i dobrzy mieszkańcy, reprezentowani/wysłuchiwani/mobilizowani przez ruchy miejskie jest ich (ruchów miejskich) elementem konstytuującym.

Na marginesie warto chyba zauważyć, że My-P wcale nie są typowym polskim ruchem miejskim. Po pierwsze, startując w wyborach odważyli się zakwestionować swą apolityczną "niewinność", po drugie (i to chyba nawet mocniej wpłynęło na ich los) My-P było zakładane przez zupełnie inne pokolenie (pamiętające Solidarność i PRL), niż pozostałe ruchy miejskie w większości polskich miast.

W swoim tekście 'Polityka jest miejska' (na tytuł, jako autor 'Miasta jako idei politycznej' oczywiście patrzę z sympatią ;) Przemysław Filar podąża za Benjaminem Barberem w wierze, że "Stoimy w pół drogi do nowego świata, który będzie federacją miast a nie narodów", wieszcząc nowe idee, które ruchy miejskie wniosą do zapleśniałego świata partyjnej polityki. Problem w tym, że polskie ruchy miejskie żadnych nowych idei do polskiej polityki nie wniosły. Och, oczywiście, okazały się skuteczne w kopiowaniu idei wymyślonych gdzie indziej - takich jak budżet partycypacyjny (warto przypomnieć, że chyba pierwszym w Polsce jego poważnym prorokiem był nieżyjący już anarchista, Rafał Górski), czy bezpłatnego transportu publicznego - ale same z siebie intelektualnie okazały się dość jałowe.

Jedyną chyba ciekawą ideą, była koncepcja narracji konkretnej sformułowana przez Lecha Merglera. Niestety, to co mogłoby teoretycznie wyrosnąć w ciekawy model myślenia o mieście, miejskiej organizacji i polityce, okazało się w przypadku My-P jedynie taktyką. (W "Dziurach w Całym" oczywiście inspirowałem się tym pomysłem pisząc o "prawdzie opowieści" oraz o "granicy/instytucji".)

Ruchy miejskie rościły (roszczą?) sobie pozycję monopolisty - tylko one wiedzą, jaka powinna być "słuszna" miejska polityka. W Poznaniu pojawiły się dwa różne stowarzyszenia, które zgłaszają to samo roszczenie. To musi spowodować albo ich upolitycznienie - co wydaje się już następować - albo upadek. Tak czy siak, idea ruchu miejskiego z jego a-politycznym roszczeniem do uniwersalizmu właśnie się kończy.

Unikanie polityki prowadzi do jałowego technokratyzmu, który widać w wypowiedziach zarówno 'staro-nowych' My-P jak i 'rozłamowców'. Co ciekawe, Andrzej Białas (były szef My-P a dziś szef Prawa do Miasta) przyznaje, że miasto się zmieniło, ale nic z tej zmiany w gruncie rzeczy ani dla niego, ani dla jego nowego stowarzyszenia nie wynika - mówią w zasadzie o tym samym, o czym mówili przez ostatnie lata. Lech Mergler z pewnym żalem przyznaje, że wiele z tego co My-P mówili, zostało przez władze przyjęte i strywializowane. Co oczywiście powoduje, że jedynym programem może być "będziemy robić to samo co władze, tylko lepiej, sprawiedliwiej, uczciwiej".

Czy więc nie ma nadziei i musimy wrócić do starej i sprawdzonej polityki partyjnej (w ramach neoliberalnego paradygmatu TINA)? Wydaje się, że nie ma innego wyjścia. Teoretycznie istnieją oczywiście inne drogi (choćby ta, o której pisałem w 'Dziurach...', a w uproszczonej wersji pisałem o tym tu), i możliwe jest inne, nie-schmittiańskie rozumienie polityki, ale nie wydaje one się w Polsce możliwe. Ruchy miejskie potrafiły przeszczepiać rozwiązania sprawdzone i przetestowane gdzie indziej, nie miały jednak ani siły ani odwagi, ani najwyraźniej potencjału, by nowe, niesprawdzone nigdzie idee kreować i próbować testować (bo tylko poprzez testowanie mogłyby one przybrać realne formy). Kongres Ruchów Miejskich pozostanie zapewne efektywną siecią wsparcia i wymiany informacji, jednak obawiam się, że niczym więcej. Intelektualna słabość i niezdrowa ostrożność spowodowały, że śmierć nadeszła niemal zaraz po urodzeniu. Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej...
---
[dopisane w odpowiedzi na komentarz Artura Celińskiego na fb]
Oczywiście RM nie znikną ot tak, puf! po prostu przekształcą się w coś co już RM z jego uniwersalistycznym roszczeniem być przestanie. Wydaje mi się, że są możliwe trzy drogi (zawsze trzy):
- RM pozostaną merytorycznym zasobem ludzi i idei, wykorzystywanym instrumentalnie (na co narzeka Lech Mergler) przez władze i partie polityczne. Nikt nie kwestionuje, że prawdziwi eksperci, ludzie, którzy naprawdę znają się na mieście są właśnie w RM. Problem w tym, że skuteczność ich działania jest zawsze z 'drugiej ręki', to inni realizują ich pomysły
- RM przekształcą się miejskie partie (lub jedną ogólnopolską partię miejską, co jednak wydaje się niemal niemożliwe), tak jak przekształciliby się prawdopodobnie M-Py, gdyby się nie rozpadli.
- RM zredukują się do NGOsów działających w obrębie jakiejś określonej tematyki, jakiejś puli problemów lub lokalnych nieformalnych inicjatyw walczących o skwer czy plac zabaw.

Wszystkie te scenariusze mają swoje zalety, wszystkie jednakże zakładają powrót w utarte koleiny działań i w znane formy. Nadzieja na 'nową politykę' czy 'nowe miasto' (w sensie radykalnej zmiany, a nie lekkiego ucywilizowania tego co jest) nie znajdzie tu swego spełnienia.

Chyba że, ta nadzieja nigdy nie była w ofercie, polskie RM miały w ofercie po prostu trochę więcej demokracji, trochę mniej korupcji, trochę więcej ścieżek rowerowych. To jest horyzont ambicji klasy średniej z ambicjami (która najwyraźniej nie zauważyła kryzysu roku 2008), wyznaczanym dziś w Polsce przez dziennikarzy zafascynowanych Janem Gehlem, którzy prawdopodobnie jak Zuzanna Ziomecka uważają, że jeśli nie mamy pracy, to w zamian powinniśmy być szczęśliwi, a jeśli nie mamy gdzie mieszkać to powinniśmy cieszyć się parkiem:  "...tworząc deptaki, ścieżki rowerowe i parki, można im zaoferować powrót do życia" (na ten temat więcej TU). Jeśli tak, to oczywiście Artur Celiński ma rację i RM odniosły i odnoszą spektakularne sukcesy i o żadnym końcu mowy być nie może. Tyle tylko, że tu może nie potrzeba RM, wystarczy kilku ekspertów (wywodzących się z KRM) i dziennikarzy?
00:57, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (7) »
niedziela, 05 maja 2013
710. nie chce mi się w wami gadać

Przywódca dużego ugrupowania autonomistów (do niedawna współrządzącego jednym z polskich województw) pisze na fb: 'Tea Party - tak, Occupy - nie' i 'że nie ma darmowych obiadów' i 'rząd nie ma swoich pieniędzy'. I nawet nie chodzi o ten absolutnie powszechny w Polsce korwinizm, który czasem mutuje w prześmieszne, wewnętrznie sprzeczne wersje ("Niskie pensje. W Polsce pracownik międzynarodowej korporacji zarabia cztery razy mniej niż w tej samej w Niemczech. Biurokracja. Jak chcesz załatwić pozwolenie na budowę domu czy założyć firmę, musisz uzbierać skrzynię papierów. Jedne z najwyższych podatków w Europie. Tragicznie niskie zasiłki dla bezrobotnych i samotnych matek."). Już prędzej chodzi o fakt, że gdy przyjmuje się barbarzyńską wersję liberalizmu, to jedynym spoiwem politycznej podmiotowości pozostaje ekskluzywny nacjonalizm. To, co mogłoby być ciekawym ruchem regionalnym, próbującym wymyślić 'inkluzywny nacjonalizm' w szkockim stylu, stacza się w nową wersję polskiej Narodowej Demokracji.

A jednak jest to już dyskusja, jakaś wymiana poglądów i argumentacja. Gdy jednak ktoś podsumowuje tekst Łukasza tekstem "dobro wspólne, które polega na dobraniu się do kieszeni podatnika", to nie chcę mi się dłużej gadać. Bo nie ma o czym. Wystarczy przeczytać umiarkowanie uważnie, z umiarkowanie dobrą wolą, o czym Łukasz pisze, by zrozumieć (co zresztą pokazują komentarze Petrosa pod tekstem), że dyskusja o 'dobru wspólnym' daleko wykracza poza banalny podział "etatyzm - wolny rynek". W Polsce - jak już komuś nie chce się czytać więcej - wystarczy na dobry początek odwołać się do katolickiej nauki społecznej, by zobaczyć, że sprawa nie jest tak prosta i zamknięcie jej w partyjnych podziałach lewica-prawica jest po prostu kłamstwem. Idee 'ekonomii trynitarnej' (cokolwiek byśmy na ich temat myśleli) proponowane przez środowisko Pressji, pokazują, że i na prawicy są ludzie, którzy myślą szerzej i głębiej. Ba! Oprócz "poważnej" (intelektualnej) prawicy, podobnie nie-prymitywne stanowisko (w tej kwestii, w innych już tak ładnie to nie wygląda) zajmują środowiska narodowo-rewolucyjne (określane też - chyba słusznie - jako faszystowskie), jak włoski ruch CasaPound, (czy polscy "autonomiczni nacjonaliści"), który buduje alternatywne instytucje społeczne, traktując skłoting jako ważne narzędzie polityczne.

W moim wykładzie (na co zwrócił uwagę Łukasz), oprócz Róży Luksemburg i greckich skłotów, przywoływałem i Georgesa Sorela, i klasztory, i rodzinę. Dyskusja o dobru wspólnym, nakłada się bowiem na dyskusję o politycznej podmiotowości (i na kilka innych dyskusji) i jako taka wykracza poza doraźny aktywizm i partyjniacką politykę.

Prawdą jest, że dziś mniej chętnie niż kiedyś wdaję się w dyskusje z głupcami. Dyskusja zakłada bowiem chęć - jeśli nie przekonania, bo to nie jest konieczne - to na pewno dowiedzenia się czegoś, zrozumienia i poznania. Często jest to chęć spojrzenia na siebie i swoje poglądy z innej strony. Dyskusja, dialog, rozmowa - to sposób istnienia. Pyskówka z głupcami (z lewicy, prawicy czy z kosmosu), których nie stać na krytyczną refleksję, to strata czasu. Nie chce mi się w wami gadać.

____
Przy okazji trochę autopromocji - wywiad o książce 'Holes in the Whole', pogłębiona recenzja (w języku portugalskim), oraz wykład o re-industrializacji:

___

12:11, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (8) »
sobota, 27 kwietnia 2013
707. rząd fanatyków?
Do tej pory myślałem, że rząd PO to taka zbieranina nudnych, umiarkowanie niekompetentnych ludzi, którzy rządzą bo większość wolałaby uniknąć Antka Macierewicza jako ministra. Jedynym wyjątkiem jest minister Gowin, którego - jak wszyscy mają nadzieję - Dobry Car Tusk w końcu wyleje na zbity pysk, bo Gowin to nieodpowiedzialny fanatyk, który jeszcze chwila i do wojny z Niemcami o polskie zarodki będzie nawoływał.

Na swoje nieszczęście (bo nieświadomość jest zdrowsza) przeczytałem w najnowszym numerze Foreign Affairs wywiad z ministrem Radkiem Sikorskim. Tego, że to prymitywny korwinista, mogłem się spodziewać. Wzywa do zaciskania pasa i podaje przykład Łotwy, jako przykładu do naśladowania. Co świadczy nie tylko o tym, że niewiele rozumie z tego co się w europejskiej gospodarce dzieje (w tymże Foreign Affairs dobry tekst The Austerity Delusion, dla mniej główno-nurtowych czytelników mocno krytyczny tekst o Łotwie TU), ale również, że jest opozycjonistą we własnym rządzie, ponieważ Polska - jak niektórzy uważają, z sukcesem - wybrała wariant przeciwny (polecam ciekawy tekst o znaczącym tytule "If Austerity is so Awesome, why Hasn't Poland Tried it?"). Z mojego osobistego (a więc anegdotycznego) doświadczenia mogę tylko dodać, że kraj w którym oficjalnie 30-40% gospodarki jest w szarej strefie, a moim (i moich łotewskich znajomych) zdaniem to raczej 30-40% jest 'oficjalnej' gospodarki, z wielkim wpływem rosyjskich pieniędzy, raczej nie nadaje się do pokazywania Europie jako przykładu do naśladowania...
Ale zostawmy gospodarkę - Sikorski się na niej nie zna, trudno, w końcu nie od tego jest ministrem.

Trochę inaczej wygląda kwestia polityki zagranicznej - to jest jego obszar odpowiedzialności. Należy więc cieszyć się, że przynajmniej z Niemcami nie szuka zwady (to miła odmiana po ministrze Gowinie oraz naszych drogich neo-endekach z PiS), problem w tym, że na wschód Sikorski patrzy już z nieufnością godną braci Kaczyńskich:

"And unfortunately, after the war between Russia and Georgia, I'm afraid conflict in Europe is imaginable".

Cóż, rozumiem, że po doświadczeniach w Afganistanie Radkowi pozostała pewna fascynacja karabinami, a jeśli sprawy pójdą źle, znów będzie mógł o azyl w UK wystąpić.

Mamy więc w obecnym rządzie co najmniej dwu ministrów, którzy powinni zdecydowanie zająć się czymś innym, niż rządzeniem prawie 38śmio milionowym krajem. Różnica pomiędzy PiS a PO już nawet nie jest estetyczna...
13:13, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
705. zło smoleńskiej lewicy
Wygląda na to, że brand 'lewica smoleńska' został wypromowany, nie istnieje co prawda jako rzeczywisty byt, lecz czy dziś kogokolwiek interesuje treść? W polityce opanowanej przez obraz, tylko 'brand' się liczy (oczywiście w zakresie tych kilku kanap, które tego typu idee jeszcze obchodzą).

Chciałbym tu wyraźnie oddzielić 'lewicę smoleńską' od 'lewicy patriotycznej', mimo tego, że ludzie Nowych Peryferii (a przynajmniej niektórzy z nich) do 'lewicy smoleńskiej' się garną. Mimo to jednak, nie są to byty tożsame. Do 'lewicy patriotycznej' również mam pewne zastrzeżenia, lecz to jest zdecydowanie spór w rodzinie; w przypadku 'lewicy smoleńskiej' nawet jeśli istnieje tu jakieś pokrewieństwo, to jest ono dalekie i raczej mnie ono uwiera niż mi na jego celebrowaniu zależy.

Agata Czarnacka, która może chyba być uznana za matkę lewicy smoleńskiej, opublikowała tekst, w którym stara się dać odpór różnym zarzutom, które wobec niej i jej idei ostatnio padły (z czego chyba najbardziej zabolały ją słowa Cezarego Michalskiego). Przyznam szczerze, że gdy w pierwszym zdaniu ktoś używa słowa 'denotować' nabieram do czytanego tekstu pewnej podejrzliwości. Zresztą, cały tekst pełen jest zawiłej składni, intelektualnych referencji i wyrafinowanej logiki, możliwe więc, że zupełnie nie rozumiem, o co autorce chodzi.

Załóżmy jednak, że zrozumiałem. I bardzo fundamentalnie się z tym co zrozumiałem nie zgadzam. Po pierwsze z założeniem, że 'lud smoleński' jest traktowany przez 'oświeconą większość' jako banda wariatów. Być może to wciąż jest część narracji 'elit' z okolic Czerskiej, ale dla większości - jak myślę - to raczej cynizm i pozór, a nie szaleństwo. Za takim odczytaniem 'narracji smoleńskiej' przemawia to, jak używają jej prawicowi politycy, tacy jak Adam Hofman, który ostatnio to właśnie rząd i 'oświecone elity' uznał za sektę, kierującą się fanatyczną wiarą a nie krytycznym racjonalizmem. Mamy więc do czynienia - co Czarnacką powinno cieszyć, mimo że falsyfikuje to jej argumentację, ze sprawną (choć tabloidalną) sferą publiczną. Nie jest to oczywiście ideał jaki się marzył Habermasowi, ale ten ideał przecież nigdy nie istniał...

Tym jednak co w pomyśle na 'lewicę smoleńską' jest najbardziej przerażające i złe, jest  - powtórzona po raz kolejny za Dawidem Wildsteinem - próba połączenia zabójstwa Jolanty Brzeskiej z katastrofą smoleńską. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda dobrze - i w przypadku katastrofy i w przypadku zabójstwa mamy do czynienia z niewydolnym państwem, które 'zdradziło' swoich obywateli (o tym 'zdradzaniu', pisałem już zresztą jakiś czas temu).
Problem w tym, że śmierć Jolanty Brzeskiej to dowód na to, że polski kapitalizm zabija, a umorzone śledztwo jest dowodem na to że słabi (owe 'mrówki', o które upominała się ofiara katastrofy w Smoleńsku Izabela Jaruga - Nowacka), w Polsce są przez aparat państwowy - w najlepszym razie - ignorowani. Czy Smoleńsk dowodzi tego samego? Oczywiście nie! Sama katastrofa dowodzi niesprawności państwa (ale sprawne państwo wcale nie zacznie - z samej definicji swojej sprawności - bronić 'mrówek'), a śledztwo jest z jednej strony dowodem niekompetencji, a z drugiej podatności aparatu państwowego oraz mediów na polityczne manipulacje. Co to ma wspólnego ze śmiercią Jolanty Brzeskiej?
Nic. A w każdym razie bardzo bardzo niewiele.

Próba 'zawłaszczenia' tragedii Brzeskiej przez 'smoleńczyków' (i tych 'lewych' i tych 'prawych') nie tylko jest etycznie wątpliwa, ale - z punktu widzenia spraw o które Brzeska walczyła - nieefektywna.
Dla lewicy, próba 'przyklejenia' się do 'smoleńczyków' jest samobójstwem. Mam nadzieję, że te próby podejmowane są z porywu serca, a nie z wyrachowania. Emocje nie są problemem - cynizm owszem.
19:53, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 kwietnia 2013
703. Polska, nie mieszkam w Polsce
Byłem kilka dni w Warszawie. Najpierw na dziwnej konferencji, pełnej panów w garniturach i pań w garsonkach, powiedziałem, że mówiąc o modelu miasta musimy brać pod uwagę fakt, że różne modele kapitalizmu wytwarzają różne miasta, dlatego nie można odrywać dyskusji o mieście od dyskusji o ustroju społeczno-gospodarczym.
To wystarczyło, by pewien deweloper wyzwał mnie od lewaków. Bałem się, że mu żyłka pęknie...

Potem przysłuchiwałem się opowieściom burmistrza Bartelskiego, który zaproszony by przedstawić swoje 'słuszne poglądy na wszystko' okazał się człowiekiem, który w zasadzie nie ma żadnych poglądów na cokolwiek. Okazało się, że za ideologicznymi pohukiwaniami o tym że wszelkie regulacje to zło i że absolutna wolność jest najważniejsza nie stoi żadna wizja. Okazało się, że burmistrz Bartelski wyznaje ideologię (no dobrze, my wiemy że absurdalną) ale najwyraźniej nawet nie spróbował zastanowić się, jak ona mogłaby stać się podstawą jakiegokolwiek programu politycznego. A ja narzekałem na to, że lewica jest intelektualnie jałowa... ech...

Gdy 10 kwietnia jechałem na dworzec rano taksówką, pan taksówkarz nie uraczył mnie rantem na temat Smoleńska (#lewicasmolenska to zło... ale to może innym razem...) lecz wdaliśmy się w przyjemną pogawędkę o wyższości państwa socjalnego (które tworzy), nad państwem liberalnym (które rozprzedaje). Jest nadzieja.

Ale ta nadzieja jest głęboko ukryta, bo na powierzchni, w polskich mediach i polityce ekstatyczny żal po śmierci Margaret Thatcher (po raz kolejny widać, jak Polacy uwielbiają celebrować śmierć), w internecie mnóstwo doniesień o tym że 'Jaruzelski jej nie cierpiał', podczas gdy jej ciepłe słowa o Solidarności pojawiły się pod koniec lat 80tych i były czystą propagandą. Co naprawdę myślała ona o związkach zawodowych i o działaczach na rzecz wolności i praw człowieka widać nie tylko w jej stosunku do związków zawodowych w UK, nie tylko w niechęci do Nelsona Mandeli i sympatii dla generała Pinocheta - Polaków generalnie guzik obchodzi co się dzieje poza Polską - widać to w jej stosunku do Solidarności w roku 1981 oraz do gen. Jaruzelskiego.

Zabawne jest, gdy radykalni antykomuniści, ludzie, którzy wychwalają ruch Solidarności i czują się jego spadkobiercami, którzy manifestują pod domem Jaruzelskiego, dziś padają na twarz przed (zmarłą) kobietą, która mówiła o gen. Jaruzelskim per 'patriota' i bliżej jej było do tych, którzy wprowadzili stan wojenny, niż do Solidarności, która 'mogłaby wymknąć się spod kontroli'.

Polska prawica okazuje się (hm... staram się wciąż wierzyć ludziom) intelektualnie jałowa i politycznie cyniczna. A może to (niemal?) cała polska klasa polityczna nadaje się do wymiany? Jeśli tak i jeśli nie bardzo widać kto mógłby ją zastąpić, pozostaje jedynie totalna przebudowa systemu politycznego, jego radykalna demokratyzacja. Obywatelska rewolucja?
12:34, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (3) »
wtorek, 02 kwietnia 2013
700. rozmowy o śluzie
Zdaje się, że kilka dni temu ten wywiad wywołał sporo emocji. Właściwie się nie dziwię - taki fragment:

"Idę do toalety i przy okazji sprawdzam śluz. Po prostu. I wiem pod koniec dnia, czy jestem płodna, czy nie. Wyniki zapisuję na specjalnej karcie. Pokazać?
No jasne.
Wielkie dziwowisko. Proszę.
Co oznacza ''4AD''?
Że śluz all day był błyszczący i nierozciągliwy.
"

zrobił na mnie wrażenie. Nie, nie chodzi o to, że jestem jakoś strasznie pruderyjny, ale jednak o swojej fizjologii publicznie nie opowiadam. A tu proszę, potwierdza się, że katolicyzm to w gruncie rzeczy fundamentalistyczny naturalizm.

I oczywiście nic mi do tego, jak ludzie układają sobie życie, ale takie rozmowy o śluzie to jakieś 'ludzkie zoo' albo gabinet osobliwości. Po cholerę takie coś drukować?

Bo przecież śluz Małgorzaty Terlikowskiej jest podobny do śluzu innych kobiet; nie to chyba sprawia, że warto (?) z nią porozmawiać. Nie to, co dzieje się wewnątrz małżeństwa Terlikowskich, lecz to, że p. Terlikowski chciałby narzucić określone restrykcje i sposób życia innym. I to wydaje mi się w rozmowie z Małgorzatą Terlikowską interesujące. Jest zresztą taki fragment, w którym pada zdanie:

"Walczymy o to, żeby nasze dzieci żyły w spójnym świecie. Żeby im się zgadzało."

który tych problemów dotyka. I w gruncie rzeczy wyjaśnia doskonale postawę Terlikowskiego. On kocha swoje dzieci, chciałby, by mogły żyć w świecie, nie chce zamknąć ich do getta. A jak na razie, nie ma wyjścia - zdaje sobie sprawę, że fundamentalistyczny katolicyzm jest strasznie niestabilny, że jego racjonalizacja jest w zasadzie niemożliwa, że to się musi rozlecieć, bo przykazanie miłości zaprzecza fundamentalistycznej moralności:

"Bo zobacz - jako chrześcijanka muszę wpoić swoim dzieciom szacunek dla homoseksualisty. Bo to bliźni. A jednocześnie muszę przekazać, że nie pochwalam sposobu życia tego człowieka. Możemy sobie wmawiać, że fantastycznie nam się udaje oddzielanie człowieka od jego czynów, ale wielu dorosłych ma z tym kłopot. A co dopiero dziecko.

Więc jako katolicki rodzic stąpam po cienkim lodzie - nie mogę dopuścić, żeby moje dziecko krzywo patrzyło na Piotrusia, którego wychowuje dwóch tatusiów. A nie daj Boże, żeby Piotrusia przezywało. A z drugiej strony - muszę przekazać swoje wartości i ''rodzinę'' Piotrusia skrytykować. Rozumiesz, że to okropnie trudne?"

W przeciwieństwie do Ignacego Karpowicza wcale nie uważam, że idea rozdzielenia człowieka od czynu jest taka głupia. Bardziej obawiałbym się świata, w której każdy czyn miałby siłę ostatecznego definiowania człowieka. To dopiero byłby prawdziwy horror. Generalnie (znów odeślę do swojej najnowszej książki) lepiej chyba widzieć niespójność i relacyjność człowieka, zamiast jego integralności. Taka integralność to przecież marzenie prawaków, od którego (gdy zrozumiał jego ostateczne i straszliwe konsekwencje) stara się dziś uciec Szczepan Twardoch (tak, staram się odczytać ten wywiad - w przeciwieństwie do Jasia Kapeli - na Szczepana korzyść, widząc w nim wściekłość neurotycznego chłopca, który właśnie zrozumiał, że Święty Mikołaj nie istnieje i generalnie świat jest bardziej skomplikowany, niż mu się wcześniej wydawało. Czy może więc dziwić, że jego pierwszą reakcją jest skrajny egotyzm? Wciąż mam nadzieję, że na tej pierwszej reakcji się nie skończy...).

I to jest interesujące - zarówno w warstwie politycznej, gdy hipokryzja zostaje uprawomocniona jak i prywatnej, gdy katoliccy fundamentaliści - od Walendziaka, przez Wencla po Hołownię mają problem, by spójność pomiędzy głoszonymi poglądami a życiem i rzeczywistością utrzymać. Ale to przecież nie dotyczy tylko katolików, lecz nas wszystkich. To jest - moim zdaniem - temat na ciekawą rozmowę. Znacznie ciekawszą, niż rozmowa o śluzie...

---
I trochę z innej beczki - już kiedyś marudziłem, że z polskich czasopism w zasadzie nie ma żadnego lewicowego, do którego sięgałbym z przyjemnością. Zdecydowanie wolę postmodernistyczną prawicę z Pressji, niż nudną socjaldemokrację z Krytyki Politycznej. Wciąż mam nadzieję, że lewicę stać na niepokorne, niekonwencjonalne myślenie, że duch Brulionu i pierwszej Frondy może i powinien objawić się po 'naszej' stronie barykady. Ostatnio czytam Jacobin Magazine, który nie jest może idealnym wzorem do naśladowania, ale pokazuje w miarę interesujący kierunek. Powtórzę więc mój apel o pismo i środowisko, które będzie interesujące, waleczne, bezczelne, inteligentne i będzie wyrastało z 'lewicowej wrażliwości'. Przecież to niemożliwe, by ludzi zdolnych takie pismo w PL zrobić nie było?
11:13, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (7) »
sobota, 16 marca 2013
698. 'Wałęsa' w Watykanie
W jednej z wielu dyskusji na fb dotyczących przeszłości obecnego papieża i jego związków ze zbrodniczą juntą (1976 - 1983), która rządziła w Argentynie, obrońca papieża użył 'argumentu z Wałęsy':
...nie możecie oskarżać Franciszka o współpracę z reżimem na podstawie nieprzychylnych mu publikacji, bo w przypadku Wałęsy też ukazały się oskarżycielskie książki, ale sąd lustracyjny Wałęsę uniewinnił. Więc dopóki nie zapadnie wyrok sądu w sprawie Franciszka - morda w kubeł...

Moja odpowiedź mogłaby być taka - nie mam specjalnych wątpliwości na temat kontaktów Wałęsy z SB i dzięki bogini, że nie został wybrany papieżem. Czy jednak budowanie analogii pomiędzy Franciszkiem a Wałęsą ma w ogóle sens? Oczywiście, jest to analogia słaba, choć wydaje się, że przynajmniej w kilku punktach, można próbować jej użyć.

Wałęsa i Franciszek mówią rzeczy, które ich kompromitują - Wałęsa o sadzaniu homoseksualnych posłów 'za murem', Franciszek o 'bożej wojnie' przeciwko legalizacji małżeństw homoseksualnych; obaj prezentują się jako 'swoje chłopy' (Wałęsa jako robotnik, Franciszek jako 'papież jeżdżący autobusem'); wreszcie - obaj nie są kryształowo czyści. W przypadku Franciszka, nawet jeśli oskarżenia dotyczące wydania dwu jezuitów juncie nie są prawdziwe, jego stosunek do tragedii odbieranych przeciwnikom politycznym dzieci jest - delikatnie mówiąc - głęboko rozczarowujący.

Tym jednak, co najbardziej zbliża Franciszka do Wałęsy, jest zdolność do społecznej polaryzacji reakcji. Wałęsę (gdy jeszcze coś znaczył w polityce) albo się kochało (jak w jednym ze swych monologów mówił lata temu Jacek Fedorowicz - "jestem umiarkowanym zwolennikiem Pana Prezydenta, gdy przechodzę obok pałacu, klękam tylko na jedno kolano") albo odrzucało. Franciszek prowokuje podobne (a może nawet ostrzejsze) reakcje. Nowy papież nie pozostawia nas obojętnymi - albo uznajemy, że jego związki z juntą go kompromitują (stajemy się wtedy 'lewicowymi antyklerykałami') albo uważamy, że ich nie było, stając się niezdolnymi do dyskusji fanatykami.

I ten mechanizm wydaje mi się najbardziej przerażający. Tu nie ma miejsca na 'kto nie jest przeciwko nam, jest z nami', to nie ma miejsca na kościół powszechny, wyciągający rękę do ludzi innych przekonań. To jest kościół, 'kto nie jest z nami, jest przeciwko nam', kościół 'bożej wojny' ze zlaicyzowanym światem.

Wbrew nadziejom wielu, obawiam się, że kościół Franciszka będzie taki sam jak kościół Benedykta XVI, tylko znacznie bardziej (Franciszka 'troska o ubogich' przejawia się w modlitwie i współczuciu, a nie - obawiam się - w chęci rzeczywistego poprawienia ich losu. Tu oczywiście przypomina się stosunek Matki Teresy do cierpienia...). Obawiam się więc, że w Watykanie rządzi inteligentny i sprawny odpowiednik prezydenta Wałęsy. Skutki jego rządów, będą podobne, jednak nie w skali Polski, lecz świata.
___
Zupełnie wstrząsający jest stosunek polskich mediów do nowego papieża - i nie mówię tu tylko o mediach katolickich czy tabloidach jak gazeta.pl rozczulających się nad pelerynką czy telefonem papieża (gosh, to niesamowite, że media łapią się na tak prymitywny PR). W poważnej bądź do bądź Gazecie Wyborczej (dzisiejszy Magazyn Świąteczny) można przeczytać pisany na klęczkach tekst Jarosława Mikołajewskiego 'Kościół papieża Franciszka nie z tego świata', w którym znajdziemy na przykład takie zdanie "Nieprzypadkowo on, twardy przeciwnik zalegalizowania związków homoseksualnych, dopuszcza stosowanie prezerwatyw w sytuacji, gdy istnieje możliwość zakażenia." pokazujące jak trudno się myśli i pisze całując równocześnie biskupi pierścień.

[17.03.2013] A tu dla odmiany interesujący felieton broniący papieża, na coraz ciekawszym (polecam!) portalu młodej polskiej 'radykalnej' lewicy socializmteraz.pl
14:06, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (4) »
wtorek, 05 marca 2013
695. lewica jako narodowy bolszewizm czy narodowy liberalizm?
Wczoraj ukazały się dwa teksty, które choć nie powiązane ze sobą bezpośrednio, warto chyba czytać łącznie. Na portalu lewica24.pl Agata Czarnacka marzy o 'lewicy smoleńskiej', natomiast na portalu lewica.pl Agnieszka Mrozik i Piotr Szumlewicz ubolewają nad tegoroczną Manifą. Oba te teksty - oprócz wielu innych problemów,  dotykają problemu relacji myśli (i praktyki) lewicowej z narodem. Agnieszka i Piotr przed (kolejną) próbą budowania takiego związku przestrzegają, Agata wręcz przeciwnie.

Zacznijmy od tekstu Czarnackiej, jest on bowiem zamierzony jako manifest bardziej, podczas gdy drugi tekst jest raczej polemiką.
Agata próbuje zaproponować (kolejne) wcielenie polskiej, patriotycznej lewicy, która budowałaby socjalizm w zgodzie z narodową kulturą czy też narodowymi wartościami. Z niesmakiem odrzuca patriarchalną własność prywatną, czyżby przechodząc na pozycje narodowego bolszewizmu? Wiem, że Agata nie lubi etykietek, lecz przecież sama - pisząc o 'lewicy smoleńskiej' - grę z etykietkami podjęła. W tekście Czarnackiej ważny jest też element pokoleniowy - w gruncie rzeczy ten manifest nie jest kierowany do wszystkich, lecz do młodych Polaków. Z mojej - uniwersalistycznej - perspektywy Agata popełnia więc podwójny błąd: po pierwsze buduje podmiot polityczny w oparciu o wyobrażony byt, jakim jest naród; po drugie, buduje ów podmiot na konflikcie generacyjnym - 'młodzi' przeciw 'starym'. Naród jest tylko jednym z wielu bytów społecznych w jakim istniejemy, bynajmniej nie jedyny i nie dominujący. To nie bycie Polakiem definiuje moje życie, lecz to skąd pochodzę (z Polski, ze Śląska, z określonego środowiska), nie narodowość lecz pozycja społeczna (zaryzykuję tezę, że Warszawa jest bardziej Centrum, niż moje Plymouth i warszawscy młodzi lewicowcy mają większe szanse na dobre życie, niż moi sąsiedzi ze Stonehouse).

Jednak największym błędem, jaki popełnia Agata jest kopiowania narracji prawicy, co spycha lewicę na pozycje reaktywne, na pozycje z których można jedynie powtarzać gesty i słowa tych, którzy zajęli wcześniej pozycje z której kształtują dyskurs. Agata - chyba nie do końca świadomie - w ostatnim paragrafie doskonale ilustruje jak taka próba używania prawicowego języka i pojęć się skończy. Tekst Dawida Wildsteina porównujący Jolantę Brzeską do 'żołnierzy wyklętych' nie jest próbą zbliżenia patriotycznej lewicy z patriotyczną prawicą, lecz zwykłą próbą zawłaszczenia kolejnego symbolu (Jolanta Brzeska) w służbie prawicowej ideologii. Zamiast ten tekst cytować i się nim ekscytować, należałoby raczej napisać - nie macie prawa, bo przez lata milczeliście, nie macie prawa, bo to wasza prawicowa ideologia siły i 'świętej własności prywatnej' jest odpowiedzialna za tą tragedię.

Niebezpieczeństwa wynikające z tekstu i myślenia Czarnackiej dobrze pokazują Agnieszka Mrozik i Piotr Szumlewicz. Tegoroczna Manifa zarówno w haśle (O Polkę niepodległą) jak i w warstwie wizualnej

usiłuje podjąć grę z prawicową wyobraźnią i 'odzyskać' ją dla feminizmu. Jak jednak słusznie pisze Agnieszka i Piotr, owa 'Polka niepodległa' odwołuje się do indywidualistycznej wyobraźni, z którą świetnie się czują przedsiębiorcze kobiety z Kongresu Kobiet, ale już niekoniecznie pielęgniarki czy szeregowe pracownice korporacji. Nie mówiąc już o milionach prekariuszek, 'wyzwolonych' od 'opresyjnych' umów o pracę.

Tak jak Czarnacka flirtuje z narodem i konfliktem pokoleń, tak organizatorki Manify flirtują z narodem i liberalizmem. Jak to ma się do jakiegokolwiek lewicowego, czy choćby wychodzącego poza dominujący paradygmat myślenia naprawdę nie mam pojęcia.
Nie idźcie tą drogą, zaprowadzi was ona bowiem albo na manowce, albo do dwu dominujących w Polsce prawicowych partii.

10:04, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (1) »
wtorek, 05 lutego 2013
689. rasizm i empatia
Po głosowaniu za odrzuceniem ustaw o związkach partnerskich liberalne i lewicowe środowiska się zagotowały - pojawiło się sporo mocnych komentarzy, sporo memów, atakujących w brutalny sposób posłankę (będę używał na tym blogu takiej formy, jaka mi odpowiada) Pawłowicz, przy okazji obrażając ludzi bezdzietnych i samotnych oraz posła Godsona, wykazując się nieskrępowanym rasizmem, co słusznie wypunktował Kacper Pobłocki. To zresztą nie pierwszy raz, gdy 'oświecone' elity nie mają problemu by obrażać innych od siebie (by wspomnieć tylko niezwykle popularny filmik pokazujący tańczące starsze panie na Krakowskim Przedmieściu, z którego zaśmiewali się swego czasu 'młodzi, wykształceni z wielkich miast').

Do koloru skóry wrócił jednak dziś sam Godson, wypowiadając jakże głęboką myśl, że: "Homoseksualizm jest wypaczeniem. Bycie ciemnoskórym - nie." Pewnie więc kolejna fala rasistowskich komentarzy za chwilę się pojawi. I tak to się będzie kręcić...

Moi lewicowi i anty-rasistowscy znajomi zżymają się na fakt, że wśród wszystkich posłów, którzy głosowali przeciwko związkom partnerskim, to właśnie Godson (oraz Pawłowicz) zostali zaatakowani. Widzą w tym polski rasizm i pewnie mają dużo racji. Jak mówi AN - Godson jest chrześcijaninem i to warunkuje jego poglądy, a nie kolor jego skóry. Zgoda, czy jednak gdyby jego religia była rasistowska (a nie homofobiczna, jak konserwatywne chrześcijaństwo) to mógłby bezkarnie - powołując się na wolność religijną - obrażać ludzi o innym kolorze skóry?

Podrążmy więc głębiej naturę ataków na posła Godsona. Oprócz posądzenia o rasizm, wydaje mi się, że istnieje inny powód, dla którego wypowiedzi posła Godsona jakoś bardziej uwierają, niż katolickich fanatyków z PiS czy PO. I owszem, ma to związek z kolorem skóry. Poseł Godson doświadczył w Polsce rasizmu (pewnie nie tylko w ostatnich dniach, ale i wcześniej), sam poczuł, co znaczy być dyskryminowanym za coś, na co się nie ma wpływu. Naturalnym więc wydaje się założenie, że powinien być w stanie, zrozumieć innych, którzy z innych powodów doświadczają dyskryminacji. Mówiąc wprost - oczekiwalibyśmy od posła Godsona wyższego poziomu empatii niż od posła Gowina (od którego ja osobiście niczego dobrego już nie oczekuję).

Jak się niestety okazuje - takie oczekiwania są zupełnie bezpodstawne.

Ja na temat posła Godsona mam niezmienną opinię od momentu, gdy przeczytałem z nim wywiad na portalu Krytyki Politycznej (z 2010 roku). Wywiad, który miał w podtekście oczekiwanie i fascynacje Innością. Niestety, poglądy posła Godsona są jak najbardziej mejstrimowo neoliberalne:
"Kiedy zapewniam pracownikowi odpowiednie warunki, to jego wydajność jest lepsza. A przecież chodzi nam o większą wydajność, o większe zarobki. To jest jak najbardziej liberalne. Jest system kar i nagród, ale jest też system motywacji. Jeśli pomagamy pracownikowi wydobyć to, co w nim najlepsze, on będzie dawał z siebie wszystko, będzie dumny, że pracuje w tej firmie. Da z siebie wszystko."
Po tych słowach, promujących 'wyzysk z ludzką twarzą', najbardziej cyniczną formę kapitalizmu, ja się od posła Godsona empatii już nie spodziewałem i jego głosowanie przeciwko związkom partnerskim zupełnie mnie nie zaskoczyło. Indywidualne doświadczenia dyskryminacji być może więc czynią niektórych z nas na dyskryminacje ślepymi. To przykre, ale nauka z tego taka, byśmy jeszcze mocniej unikali dyskryminacji i poniżania innych - bo prędzej czy później to wróci. Karma zawsze wraca.
11:24, krzysztof_nawratek , making people angry
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9